UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 5.00 (2 Votes)

Image    Eksformacja — nie ma takiego terminu. Jest mi jednak potrzebny dla skrótowego ukazania różnicy pomiędzy nowym a dotychczasowym zakresem znaczenia wyrażenia eksplozja informacji. „Eksplozja” pochodzi od łacińskiego explodo, oznaczającego (mniej więcej) odrzucenie. W samej rzeczy chodzi o wybuch, który rozpręża i tym samym od- czy też rozrzuca materiał (wybuchowy, ale tutaj to omal masło maślane), tak że substancja zdolna do takiej przemiany chemicznej w ułamkach sekund rozprzestrzenia się (gwałtownie), ażeby zająć przestrzeń wiele tysięcy razy większą od jej pierwotnej, niewybuchłej postaci.

„Informacja”: słowo to również jest pochodzenia łacińskiego i oznacza „formowanie”, „tworzenie” (np. jakiegoś wizerunku, obrazu). Pojęcie informacji zrobiło w XX wieku znaczną karierę i stało się substratem i kierunkowskazem powstających i rosnących w potęgę technologii. Informacja jednak, można by sądzić, nie wybucha, a zarazem eksplozja nie tworzy niczego, lecz przecież raczej niszczy. Otóż tak wcale nie jest w naturze: panuje w niej, powiedziałbym, właśnie przeciwieństwo destrukcji, tyle żeśmy przywykli nazywać ów proces zgoła inaczej i umieściliśmy go poza rozdziałami wiedzy traktującymi o ludzkich technologiach, czyli tam, gdzie technologie jeszcze (a może tylko prawie jeszcze) nie dotarły: w biologii mianowicie.

2

    Eksplozje najbardziej typowe, konieczne i najbardziej podtrzymujące, jako umożliwiające życie, zachodzą wokół nas wszędzie i — co niby dziwniejsze — w nas samych, a gdyby ktoś chciał uściślić rzecz, w żeńskiej odmianie gatunku homo. Jajeczko kobiece ma około 0,1 mm średnicy, tyle mniej więcej co przeciętna, najmniejsza komórka dorosłego organizmu, i w ciągu kilku miesięcy „wybucha” w organizm, który już po przyjściu na świat, w tempie coraz wolniejszym, sterowany i regulowany wewnętrznie, „wybuch” kontynuuje, ażeby osiągnąć objętość mniej więcej dziewięć bilionów razy większą od startowej (jajeczka zapłodnionego). Jak już wiemy najpewniej, cały plan organizmu, czyli efekt tej konstrukcyjno-wybuchowej ekspansji, mieści się gotowy w jądrze jajeczka, i dla powodów, o jakich tutaj mówić nie mogę (boby nam wywód rozsadziły), podobny, choć nie całkiem taki sam „budowlany projekť’ mieści się w główce męskiego plemnika, która poza tym, że ów plan zawiera, jest „zapalnikiem” bioeksplozji (którą byłbym gotów zwać „eksformacją”, ponieważ chodzi o skomputeryzowane biochemicznie instrukcje pewnej budowy). Ponadto należy zwrócić uwagę na osobliwy fakt, stanowiący największą różnicę między naszymi technologiami wszelkiej konstrukcji (np. aut, komputerów) i wszelkiej budowy (np. mostów, domów) a technologią, jakiej używa życie, dopracowawszy się jej w czasie ostatnich trzech (prawie że czterech) miliardów lat istnienia planety Ziemi.

3

     Eksformacja biotechnologiczna, zwana w biologii ontogenezą, a prościej rozwojem płodowym, zachodzi niby to znacznie wolniej aniżeli zwyczajna detonacja naszych materiałów wybuchowych, ale jeśli już pominąć nawet przeciwstawny niszczeniu efekt embriogenezy, boć ona stwarza, a nie niszczy, przecież w porównaniu czysto pomiarowym zjawiska rozplemu żywych organizmów wedle proporcjonalności nie ustępują błyskawicznym eksplozjom różnych dynamitów, ponieważ objętość końcowa od początkowej jest dla materiałów wybuchowych najwyżej miliony razy większa, lecz dla nas i innych rozmnażających się od jajeczka żywych stworzeń większa jest biliony razy. Ta stanowi wszak milionkrotną różnicę na korzyść życia: jeżeliby zatem uwzględnić odmienność stanu początkowego od końcowego, w procesach życia konstruowanie zachodzi nie mniej „wybuchowo” niż w technice rozmaitych typów „wysadzania w powietrze”. Jest to dla nas może jeszcze nie całkiem doniosłe i powyższe zestawienia mogą patrzeć na z lekka naciągane: byłoby to istotnie błahą odmiennością używanego tu i tam języka opisów, rzecz jednak w tym, że my ową eksformacyjną technologię życia będziemy umieli w przyszłości przejąć i zastosować dla nie tylko biologicznych celów. 

4

    Różnica między konstruowaniem technika-inżyniera i budowaniem organizmu nie ogranicza się do powyższej dyferencji. Najbardziej istotna różnica nie spoczywa tam, gdzie obserwujemy raz wybuch chaotyczny, entropię gwałtownie powiększający, a raz „wybuch” rodzicielski, sterowany z niedościgłą dla nas precyzją, który entropię, zawartą w płodzie, kosztem jej wzrostów gdzie indziej pomniejsza. Najważniejsza dla inżynierii różnica spoczywa w tym, że w naszych technologiach zawsze do czynienia mamy z materiałem i narzędziem, z tym, co jest obrabiane, i tym, co obrabia, z budulcem i budowniczym, z operowanym i operatorem, z pojazdem i kierowcą, z tworzywem i instrumentem, ale tej zasadniczej dwoistości zjawiska życia nie znają. Żywe „samo siebie buduje”, samo kształtuje, samo steruje, samo reguluje, samo stwarza, stąd też moja dla skrótowości (a nie ze słowotwórczej pasji) wzięta i zaproponowana „eksformacja” jako zdumiewające zjawisko „projektowania potomków”, „konstruowania dzieci”, których projektanci-konstruktorzy może nawet nie chcą, i nie wiedzą nigdy, jaka z permutacji i z kombinatoryki ich genów wyniknie składanka jako niemowlę... To jest najdziwniejsze i to będzie pewno dla przejęcia inżynieryjnego najbardziej trudne...

5 

    Prawie na pewno nie było aż tak, jak wyobrażał sobie Marks, że to praca stworzyła człowieka, jego powstanie z hominidów, ale na pewno prototypem dowolnego narzędzia naszej ery była ręka. Bez uwolnienia wyprostnej ręki od funkcji wspierających, czyli bez naszej dwunożności i wyprostnej postawy, byłoby z powstaniem manufaktury (czyli rękodzieła) i automatyki współczesnej bardzo niedobrze. Eolit, czyli posługiwanie się kamieniem nieobrobionym, paleolit, czyli długie wieki technologii łupania i ociosywania minerałów, początek neolitu i tak dalej byłyby niemożliwe bez pozostającego w mocy do dzisiejszych dni podziału na to, co obrabia, i na to, co jest obrabiane. Oczywiście — tam gdzie wkracza w obszar naszych potrzeb mniej albo bardziej „zdomestykowane” życie, podział traci (ale tylko częściowo) zasadność. Rolnik wszak nie obmyśla budowy ziaren, z jakich mu zboże wyrośnie, ale narzędzi do uprawy roli też potrzebuje; i to samo mamy w każdej hodowli, żywca na przykład (w hodowli zwierząt domowych, np. psów, to samo). Jednakowoż to jest alfabet, o którym nie warto mówić, kiedy patrzymy w przyszłość. W moich opowiadaniach SF z ziaren zasadzonych powstają (bo wyrastają) magnetowidy czy meble, ale tak dobrze być jednak nie może: nie wiemy, w jakich postaciach nastąpi zjednoczenie narzędzia-obrabiarki i materiału obrabianego, ale skoro życie ziemskie potrafiło tej sztuki dopiąć, nie widzę żadnych niepokonywalnych przeszkód na drodze, wzdłuż której i my, może już w XXI wieku, podobne technologie nauczymy się szybko wdrażać w życie. Nie trzeba od razu myśleć zbyt fantastycznie: o worku siemienia, który polany czymkolwiek wrasta w glebę, ażeby z niej wyrosło lśniące auto. Idzie jednak o rzecz zasadniczo poważną, o tę mianowicie, że koszty produkcji będą może nie aż tak zerowe prawie jak koszty wzrostu chwastów czy trawy, ale jednak okażą się niesamowicie skromne w zestawieniu ze współczesnymi. A ponieważ nie wiemy, ani jaką drogą, ani jakimi metodami ta największa z rewolucji naukowo-technicznych się ziści, podobnie jak do dziś nie wiemy, jak się przed miliardami lat na Ziemi urzeczywistniła (czyli jak życie powstało, mówiąc po prostu), nie należy zbyt pochopnie wybiegać w przyszłość nieznaną, ale brzemienną tym, co jest do odkrycia i/albo wynalezienia, ponieważ nie będzie to ani rzetelne odkrycie, ani niesłychany wynalazek. Przecież życie ziemskie „wymyśliło” ową technologię tak dawno i tak powszechnie i z takim sukcesem ją realizuje (przy okazji nas samych wykonawszy), więc nie należy umieszczać tej metody inżynieryjnej pomiędzy bajkami. Dlatego takie gwiazdy przewodnie przyświecały mi w latach 1962–1964, kiedy pisałem książkę pt. Summa technologiae. Dopisałem się w niej nawet „czystej hodowli informacji”, czyli takiej hodowli, która by już w życiu wcale służyć nie miała, lecz która by nam jako plon dostarczała teorii naukowych: ale to temat trudny, szeroki i całkiem osobny.

6

     Trzynaście lat temu ówczesna Polska Akademia Nauk zwróciła się do mnie o prognozę rozwoju biologii i napisałem ją, wziąwszy za granicę okole roku 2060, ponieważ było to (z grubsza) podwojenie okresu, odkąd Crick z Watsonem wykryli kod dziedziczności DNA, uniwersalny klucz-projekt wszystkiego, co żywe na Ziemi. Prognoza nie ujrzała światła w Polsce, przyszły bowiem burzliwe czasy (pierwszej) Solidarności wraz z ich wojennym efektem. Opublikowałem ową prognozę (może i głupio, na pewno nawet) w Niemczech, w pewnej antologii SF, i przekonałem się o tym, co później i gdzie indziej tamże ogłosiłem, że mianowicie jeżeli ktoś pragnie ukryć przed całym światem jakąś informację (tu: prognozę) tak, żeby zginęła w sposób doskonały ze wszystkich oczu, to nie do kas pancernych, nie do lochów, nie pod szyfry, nie przez zakopanie o północy na cmentarzu trzeba ją ukryć: wystarczy opublikować ją w milionowym choćby nakładzie jako science fiction, to i diabeł nie pozna się na niej i w ten sposób najznakomitszy zostanie ukryta. Tam więc właśnie napisałem mniej więcej to, co tu powyżej streściłem (było to bardziej fachowo wyrażone, bo pisałem z myślą o fachowych adresatach), a ponadto dodałem, że wywodzić się pocznie z przeciętnej inżynieryjnie czy i biotechnicznie biologii zarówno domena cisbiologiczna, jak transbiologiczna. Miało to zaś oznaczać tyle: najpierw posiądziemy elementarze wiedzy, przeciętnej czy ściągniętej po prostu z obszaru życia, i dopiero później, jak sądziłem, zapewne po roku 2060, przejdziemy w obszar „transbiologiczny”. Różnice widziałem zaś, aby to najprościej wysłowić, tak oto: cisbiologia inżynieryjna jest tym, co po swojemu na użytek prokreacji czyni po prostu życie (stąd się np. wywodzić może mikrochemiczne konstruktorstwo wszelkich leków tak skierowanych w przyczyny schorzeń, jak pocisk w cel: dzisiaj na taką drogę wkroczyły wielkie koncerny, zwłaszcza w USA, jak GENTECH np., i jest ich już wiele, choć efekty na razie skromne). Transbiologią natomiast pozwoliłem sobie nazwać techniki produkcyjne, już nic a nic z procesami życia nie mające wspólnego wprost poza tym, że wywodliwe będą z metod, jakimi pracuje życie, tj. jakich używa dla tworzenia genomów, dla ustalania określonych gatunków roślin i zwierząt (czemu by dziś odpowiadało ustalenie projektowo-montażowe gatunków aparatów telewizyjnych i samochodów), dla obdarzania tych gatunków zdolnościami samonaprawczymi w razie uszkodzeń (tj. potencją samoleczniczą, jak bliznowacenie ran na przykład), i tak dalej. Jednym słowem, sugerowałem, że się najpierw wewnątrz domeny biologicznej konstrukcyjnie rozgościmy, a potem i poza nią, douczeni należycie, jako najwyższej klasy „plagiatorzy”, wkroczymy (stąd właśnie mi się wzięły owe „cis” i „trans” jako dodatki określające). Taka kolejność prac kreacyjnych wyglądała na prawdopodobną.

7 

    Sądzę, że bystry Czytelnik orientuje się, czemu w piśmie poświęconym szeroko rozumianej praktyce informatycznej wspominam o powyższym temacie: przecież idzie o zawłaszczanie najcenniejszej i najbardziej wyrafinowanej informacji (eksformacją na użytek tego tekstu nazwanej), jaką można sobie w ogóle wystawić, a można, ponieważ ona w ziemskiej biosferze powszechnie istnieje i od miliardoleci funkcjonuje. Wszelako dodałem podział następujący. Jak się dzisiaj w nauce powszechnie uważa, co najmniej dwuzakresową sprawność wykazuje proces życia. Po pierwsze tę, że sam powstał, na ogół bowiem nie sądzi się, że jakowiś życzliwi praastronauci przywieźli na Ziemię zarodki życia i na niej zasadzili. A zatem (to po wtóre) okazało się, że życie, samoistnie na Ziemi, w jej oceanach zrazu pleniące się, wylazło po milionoleciach na kontynenty, przekształciło atmosferę, tlenem ją dla przyszłych zwierząt uzdatniając, i olbrzymim drzewem ewolucyjnym gatunkotwórczości zapełniło otulinę planety tak, że jest do dziś na jakieś 10 kilometrów (albo więcej nieco) gruba (gdy mierzyć od dna oceanów pod spodnią część stratosfery, do której czasem ptaki mogą podlatywać). Otóż ta dwuskładnikowa potencja, właściwa życiu, nie musi wcale być przez inżynierię człowieka skopiowana czy przejęta, ponieważ wprawdzie „życie inaczej konstruować nie mogło” (przecież jakby samo nie zdołało powstać, toby także niczego „w dalszym ciągu” stworzyć nie potrafiło, boż nie byłoby komu cokolwiek organizować w ustroje), natomiast my, ludzie, możemy porzucić założenie, iż zaczekamy, „aż samo coś powstanie, a potem dzięki samopowstaniu nauczy się, co dalej z tym robić”. Otóż my naszemu tworzywu biotechnicznemu nie będziemy musieli aż takiej dubeltowej umiejętności wprawić, albowiem tworzywo nie musi „samo” powstać: my możemy je po swojemu syntetyzować i obdarzyć zdolnością rozwijania się w kierunku dla nas korzystnym. Mchy, porosty, dinozaury nie dla nas wszak powstały, natomiast jako władcy bioinżynierii będziemy zainteresowani w produkcji tego, co nam tak posłuży, jak np. dziś nabiał. A zatem, już bardziej abstrakcyjnie: zbiór wszystkich możliwych budowlanych „elementów”, które mogą zostać zaopatrzone uzdolnieniem do dalszego rozwoju i swoistego, projektowo (jak w jajku) zaprogramowanego budowania, jest najprawdopodobniej większy od zbioru takich „elementów”, które mogą zarówno (po pierwsze) bez wszelkiej z zewnątrz skierowanej inżynieryjnej pomocy jakową zaródź utworzyć, a następnie, po wtóre, z tej zarodzi wywieść ewolucję tworów w rodzaju flory i fauny. Drugie zadanie samo ma powstać i samo to powstałe obdarzyć uniwersalną potencją sprawczą, rozprężną prospektywnie w obszarach mórz i lądów planety. Jest ono niechybnie trudniejsze aniżeli tamto pierwsze, ażeby tylko to syntetyzować, co by (wprawdzie samo do powstania niezdolne) posiadło sprawcze moce rozmaite.

    Na prostym przykładzie można rzecz unaocznić. Koni nie produkujemy i produkować z pierwiastków nie umiemy. Natomiast jakieś „prakonie” były przodkami koni w ich obecnej rozmaitości. Zegary, w przeciwieństwie do koni, same narodzić się oczywiście nie mogły (mam na myśli zegary „sztuczne”, które umieszczamy na wieżach ratuszowych bądź też na przegubach rąk, a nie „naturalne”, w rodzaju drgań atomowych czy obrotów planet). Myśmy więc zegar wymyślili, skonstruowali, a od najpierwszych poszły „radiacje ewolucyjne”, a nawet „specjacje”, czyli gatunkotwórczość zegarowa, albowiem zadanie (pomiar czasu) jest wspólne dla klepsydry z piaskiem i dla kwarcowego zegarka, ale budową, każdy to wszak przyzna, różnią się nie mniej niż komar od konia. Tak zatem: na ziemi powstało tylko to oczywiście, co powstać mogło samo: bez interwencji zewnętrznej, jako produkty startowe ewolucji naturalnej, i zapewne mnogość rozmaitych a niezbędnych dla narodzin życia warunków, które spełnione być muszą (inaczej życie się nie narodzi), jest daleko większa aniżeli liczba warunków, jakie spełniać musi to, co samo by nie powstało, ale co my zdołamy pchnąć na drogi dalszej specjalizacji nam potrzebnej. Zresztą cały zbiór naszych technologii, od wytopu metali po konstrukcję wahadłowców, to nic innego przecież, jak „popychanie” i „nadawanie rozpędu” pewnym technikom, w powiciu bardzo elementarnym, zawodnym, wysoce awaryjnym, a postęp techniczny (między innymi) zmniejsza zawodność, zwiększa zaś pęki parametrów sprawności nam potrzebnych. Chodzi więc o olbrzymią rzekę procesów nie ze wszystkim nowych, ale takich, które umożliwią przejęcie talentów życia po to, ażeby budować podobnie jak życie, ale już jakieś „pozażywe” twory. Pierwszym „pozażywym”, jaki mi na myśl przychodzi tutaj, może być komputer, i potrafilibyśmy już wyrysować — poczynając od liczydeł — całe ogromne ewolucyjne drzewo coraz sprawniejszych komputerów, które — wszystkie — pracują informacjoprzetwórczo, mniej więcej tak, jak informacjoprzetwórczo pracowała i pracuje naturalna ewolucja. Ona robiła swoje „dla siebie”, a komputery robią coś podobnego, ale wyłącznie „dla nas”. Jednym słowem, postulowałem potencjalne istnienie dwóch zbiorów „urządzeń”, co by można też jak w logice narysować: większy krąg obejmuje to, co nie powstaje samo, ale co raz powstałe potrafi się „rozmnażać” i coś zadanego „konstruować”; a mniejszy krąg wewnątrz tamtego większego „potrafi” zarówno sam powstać (przy sprzyjających warunkach naturalnych, oczywiście), a ponadto zdoła uruchomić jakąś ewolucję: na Ziemi biologiczną z DNA, z białkami, ale gdzie indziej może odmienną...

    Ot i wszystko, co można wymyślić na temat sprawstwa konstrukcyjnego, nie odwołując się (to warunek konieczny i nieprzekraczalny) do żadnych sił witalnych, do żadnych praastronautów, do żadnych czarodziejskich mocy albo do zielonych ludzików...

8

     W zakończeniu powrócę do dnia dzisiejszego. Ostatnimi czasy pisało się wiele o zagrożeniach pochodzących z inżynierii genetycznej, z Human Genome Project, z klonacji. Ta ostat- nia zwłaszcza dorobiła się gromów padających też z Watykanu. Otóż żadnej klonacji dwaj uczeni amerykańscy nie wykonali. Klonacja byłoby to wzięcie z organizmu żywego komórki i wyhodowanie z niej (jak z zapłodnionego jajeczka) bliźniaczego organizmu. Oni natomiast uczynili tylko to, co teraz możliwe. Brali ludzkie jajeczko, omyłkowo zapłodnione nie jednym plemnikiem, lecz dwoma (co takie jajeczka zawsze skazuje na krótki wstępny „rozruch” podziałowy i zgon, bo nic dalej powstać na skutek dubeltowej inseminacji nie może — na pewno). Następnie zaś (co już robi się np. u bydła z jego jajeczkami) rozpuścili odpowiednim enzymem tak zwaną zona pellucida, która otulała już na dwoje podzielone jajeczko. Kiedy tych dwu komórek, na jakie pierwsze jajeczko się podzieliło, już nic nie spaja, każda z nich zaczyna osobną drogę rozwojową (ale tak czy owak rychło ginie — przypominam o zgubnym błędzie „pseudopoczęcia”, co był na początku). To i wszystko. W moich oczach było to nie żadne klonowanie, lecz tylko sprawdzenie wiedzy nie doświadczonej jeszcze, że niczym się rozwój jajka ludzkiego po zapłodnieniu nie różni od rozwoju jajeczek wszelkich innych zwierząt.

    To się może podobać komuś albo nie, lecz na temat niezbitych faktów nie można się sensownie spierać. Oczywiście, informacyjna zawartość, a tym samym prospektywna potencja (tak by rzekł stary Driesch) inna jest u ludzkiego, inna zaś u krowiego jajeczka, ale tego — dlaboga — nikt nie neguje. Czy było konieczne takie eksperymentowanie — tu można być zdań rozmaitych! Lilienthal, latając na swoim szybowcu, sto lat temu kark skręcił. Czy to było potrzebne? Blanchard wcześniej miał z balonami niemiłe przygody. Czy to było potrzebne? Widzę pierwsze kroki — a raczej pełzanie — w stronę, w której kryje się to, co wyżej usiłowałem opisać z trudem, typowym dla długoterminowej prognozy, ponieważ zjawisk przewidywanych a nieznanych nie ma na razie, to i terminów, czyli języka ich deskrypcji, brak. Były i będą małe kroczki w tę stronę, i jeśli cokolwiek wiem o poznaniu ludzkim, wiem, że nic go na tej drodze — czy ku dobru, czy ku złu — żadnymi admonicjami, żadnymi kondemnacjami, żadnymi ustawami nie powstrzyma.

    Taki jest już nasz los „faustowski”, ale w ocenę człowieka nieubłaganie zmierzającego w przyszłość tutaj się wdać nie zamierzam, ponieważ nie wartościuję, pochwał ani potępień nie ciskam, lecz wyłącznie referuję to, co w łonie przyszłości skryte. Oczywiście, różne rządy mogą wydawać ustawy z mocą zakazów, jak 160 lat temu miał przed poruszającym się z prędkością piechura pociągiem iść strażnik, machający czerwoną flagą, a jakby pociąg zdołał mknąć 40 km/h, toby (jak głoszono) pasażerowie co do jednego zwariowali. Jakoś zakaz ustawowy padł, i jeżeli ludzie i dziś (jak w Kijowie wobec „końca świata”) wariują, jest to całkiem osobną historią...

 

 

Stanisław Lem, Moloch, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003, str. 37-46