UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 0.00 (0 Votes)

Image

    Odczuwał ją Einstein — ową moc, która przyciąga ludzi do kościołów, skłania ich do modlitwy, świętych tańców i spełniania rozmaitych rytuałów. Podobne przeżycia bywają naszym udziałem w wysokich górach czy nad morzem. Ale czym one są? Czy to obecność Boga, dotknięcie transcendencji, czy też mistyczny ekwiwalent tak zwanego déja vu, trik odgrywany przez nasz umysł?

    Pytanie to otwiera artykuł w „New Scientisť’, referujący badania Andrew Newberga, specjalisty od neurofizjologii z Uniwersytetu Pensylwanii w Filadelfii. Newberg zafascynowany jest biologią zjawisk religijnych. Przyznaje, że jako uczony pojmuje dziwaczność swej roli. Zadawano mu często pytanie, czy sam jest osobą szczególnie religijną, czy też raczej cynikiem, który postawił sobie za cel dowieść, że Boga nie ma; on jednak odżegnuje się od podobnych kategorii.

    Newberg studiował reakcje uczuciowe właściwe doświadczeniom religijnym, a zarazem wspólne wyznawcom różnych konfesji. Chodzi o poczucie jedności z uniwersum, które tak fascynowało Einsteina, a także o oszołomiony podziw, który towarzyszy objawieniom religijnym i sprawia, że podobne momenty stają się najważniejszymi chwilami w naszym życiu.

    Wybrano ośmiu wprawionych w medytacji buddystów, którzy zgodzili się poddać swoje mózgi badaniom. Technik wprowadzał im cienką rureczkę do żyły, a potem w samotności i zupełnym spokoju oddawali się medytacji, koncentrując się na jakimś szczególnie sobie bliskim religijnym symbolu. Tymczasem przez rureczkę wstrzykiwano badanemu do krwiobiegu radioaktywną substancję znaczącą. Jej zagęszczenie w mózgu, stwierdzone dzięki komputerowej tomografii, wskazywało na okolicę najbardziej ukrwioną, a więc najbardziej aktywną podczas medytacji. Później uczeni zestawiali wyniki z aktywnością mózgu badanych w czasie, kiedy nie oddawali się oni religijnym ćwiczeniom.

    Nie było zaskoczeniem, że podczas medytacji specjalną aktywność wykazują okolice mózgu odpowiedzialne za koncentrację uwagi. Stwierdzono też jednak szczególną aktywność części płata ciemieniowego w lewej półkuli. Okazało się, że chodzi o obszar, w którym rodzi się rozróżnienie pomiędzy jaźnią a wszystkim, co nią nie jest. Mówiąc szerzej, lewa półkula zajmuje się odtwarzaniem świadomości istnienia naszego ciała, natomiast prawa bardziej skupia się na kontekście, to znaczy na otoczeniu, w którym przebywamy. U medytujących nasilało się uczucie wyłączenia ze świata, które odcinało ich od dźwięków i sygnałów wzrokowych, ułatwiając inny rodzaj kontaktu — chociaż nie wiadomo z czym. Doświadczenie powtórzono z udziałem mniszek z zakonu reguły św. Franciszka. Mniszki modliły się głośno, a więc ich uwaga koncentrowała się raczej na słowach aniżeli na symbolicznych obrazach, jak w przypadku buddystów, i ich mózg wykazywał aktywność okolicy zawiadującej mową. Podobnie jednak jak buddyści, odłączały się od reszty świata. Poczucie jedności z uniwersum nie jest jedyną cechą doświadczeń religijnych. Mają one także szczególnie silny podtekst emocjonalny. Uczucie podziwu i czci, objawienie, czyli illuminatio, rodzi się na ogół, jak powiadają badacze, w okolicach odległych od płatów ciemieniowych, w tym, co nazywamy emotional brain — mózgiem przeżywającym emocje. Chodzi o system limbiczny, spoczywający w głębi obu płatów skroniowych. Uruchamia się on przy szczególnie znaczących, afektywnie silnie zaznaczonych doznaniach, jak ujrzenie twarzy własnego dziecka. Podczas intensywnych doświadczeń religijnych system limbiczny staje się niesłychanie aktywny. Dlatego ludzie, którzy takie doświadczenia przeżywają, mają trudności w ich przekazaniu. Ująć werbalnie potrafimy tylko ich zewnętrzną treść, składową wzrokową czy zmysłową, która nie różni się wiele od codziennego doświadczenia, natomiast najistotniejsza część przeżycia, owo uczucie radosnej harmonii, jest nieprzekazywalna.

    Podobna do tych stanów jest niezwykle silna aura, jaką odczuwają ludzie cierpiący na epilepsję skroniową. Dostojewski mówił o „dotknięciu Boga”, którego doznaje tuż przed atakiem. Natomiast kiedy pojawia się choroba Alzheimera, często towarzyszy jej stopniowy zanik zainteresowań religijnych; u takich chorych system limbiczny ulega zniszczeniu. Bogactwo stymulacji limbicznej pozwala wyjaśnić, dlaczego rozmaite religie w tak znacznym stopniu opierają się na rozmaitych rytuałach — twierdzi Newberg. Ceremonialne ruchy, liturgia, muzyka — wszystko, co się odróżnia od aktywności codziennej, pomaga wzmóc religijne uczucia.

    Poczucie wyłączenia bardzo się zbliża do osobistego doświadczenia obecności Boga. Jest taki uczony nazwiskiem Persinger, który uważa, że właściwie każdy może spotkać Boga, nosząc specjalny hełm, wytwarzający tzw. stymulację transczaszkową (transcranial stimulation). Najzwyklejsi ludzie doznają wtedy ponadrealnych doświadczeń. Najlepsze rezultaty daje słabe pole magnetyczne o natężeniu jednej mikrotesli. Aktywizuje ono płaty skroniowe i na pięć osób badanych — cztery doznają poczucia obecności kogoś niewidzialnego. Konkret przeżycia poszczególnych jednostek zależy od ich osobistej skłonności i wiary. Jeśli komuś na przykład zmarła niedawno jakaś szczególnie ukochana osoba, doznaje on poczucia jej powrotu.

    Persinger, który wykoncypował ów hełm, sam przeżył jego działanie i twierdzi, że bogactwo doświadczenia zmniejszone było tylko przez fakt, że wiedział, w jaki sposób całe urządzenie funkcjonuje. Trudno oczywiście zjawy Persingera zrównywać z doświadczeniem osób religijnych, chodzi o rzeczy podobne, ale nie tożsame. Rzecznik naczelnego rabina Londynu porównywał je do doświadczeń z halucynogennymi narkotykami.

*

    Trzeba podkreślić, że nasz system limbiczny rozwinął się w bardzo dawnych czasach i należy do najstarszych ewolucyjnie części mózgu. Dzięki niemu jesteśmy zdolni do uczuć, do których nie dorastają inne żywe istoty. To, co znajduje się w mózgu, nie jest oczywiście Bogiem. Interpretacja naszych doznań zależy od specyfiki wiary, jaką się wyznaje. Nie jest ona częścią eksperymentu, ale rezultatem wpływu kultury, w której dany osobnik się rozwinął.

    Można tylko powiedzieć, że ewoluująca biologia wykryła coś, co dotyczy stosunku naszych umysłów do Wszechświata. Czy to dowód, że jesteśmy zjednoczeni z Bogiem albo Kosmosem? Na to dręczące pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Rzecznik Amerykańskiego Stowarzyszenia Ateistów w New Jersey mówi: nie, chodzi tylko o pewnego rodzaju aktywność mózgową. Osoba o usposobieniu religijnym powie natomiast: to oczywiste, że nasz mózg umie przeżywać takie stany, został przecież w odpowiedni sposób ukształtowany, ponieważ istnieje Bóg.

    Jeden z ekspertów dał taki przykład: sonety Szekspira można traktować jako pewną kombinację ruchów pióra i celulozy. Można jednak również uważać je za skoncentrowany głos wielkiego ducha — i to także będzie prawda. Istnieją rozmaite wyjaśnienia, z których każde jest na swoim poziomie prawdziwe, nie dają jednak łącznie jednoznacznej odpowiedzi. My tylko prowadzimy doświadczenia — tłumaczy Newberg — natomiast ich wykładnia leży już poza granicami empirii. Potrzebujemy nie tylko nauki, ale i bardziej subiektywnego, uduchowionego rozumienia zjawisk, by pojąć naturę rzeczywistości. Mózg jest odbiornikiem, nauka może zbadać zasady jego działania — nie potrafi jednak odpowiedzieć na pytanie, co on właściwie odbiera.

 

maj 2001

 

Stanisław Lem Krótkie zwarcia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004, str. 149-152