UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 5.00 (2 Votes)

    Sheppard podszedł do biurka, wydobył spod książek czarne metalowe pudełko z papierosami i podsunął je gościowi. Sam też zapalił i zaczął chodzić od drzwi ku oknu, zasłoniętemu ciężką brunatną portierą. Milczenie trwało długo, aż Gregory znużył się śledzeniem kroczącej miarowo postaci.

    — Postanowiłem dać panu tę sprawę — odezwał się nagle Sheppard, nie przystając.

    Gregory nie wiedział, co mówić. Czuł wypity alkohol i zaciągał się tak mocno papierosem, jakby dym miał trzeźwiące właściwości.

    — Będzie ją pan prowadził sam — podjął tonem orzeczenia Sheppard. Nie przestając chodzić, z ukosa spojrzał na siedzącego w kręgu lampy.

    — Wybrałem pana nie ze względu na szczególne zdolności śledcze, bo ich pan nie ma. Systematyczny też pan nie jest. I to nie szkodzi. Ale jest pan w ten problem osobiście zaangażowany. Prawda?

    — Tak — odparł Gregory. Wydało mu się, że dobrze wypadła taka sucha, stanowcza odpowiedź.

    — Ma pan jakąś własną koncepcję tej sprawy? Najzupełniej prywatną, której nie chciał pan wyjawić dziś u mnie w biurze?

    — Nie. To znaczy... — Gregory wahał się.

    — Słucham.

    — To wrażenie na niczym nie oparte — odezwał się Gregory. Mówił niechętnie. — Wydaje mi się, że w tej historii nie chodziło o zwłoki. To znaczy one mają tam swoją określoną rolę, ale nie w tym rzecz.

    — A w czym?

    — Tego nie wiem.

    — Naprawdę?

    Głos Inspektora był przekorny, ton niemal wesoły. Gregory żałował, że nie może zobaczyć jego twarzy. Był to zupełnie inny Sheppard niż ten, którego widywał z rzadka w Yardzie.

    — Myślę, że to paskudna sprawa — wypalił naraz, jakby mówił do kolegi. — Jest w niej coś... coś przewrotnego. Nie chodzi o to, że jest taka trudna. Tam są szczegóły, które nie dają się połączyć nie dlatego, że to jest fizycznie niemożliwe, ale dlatego, że wtedy wynika nonsens psychologiczny, i to tak piramidalny, że dalej nie sposób myśleć.

    — Tak, tak — tonem uważnego zasłuchania przywtórzył mu Sheppard. Wciąż chodził. Gregory nie patrzał już za nim, nie odrywał oczu od papierów, mówiąc coraz zapalczywiej:

    — Koncepcja obłędu, manii, psychopatii, jako podłoża, z którego wyrasta cała ta historia, narzuca się nieodparcie. Skądkolwiek się zaczyna, jakkolwiek pragnie się tego uniknąć — wraca się wciąż do tego samego. To właściwie jedyna deska ratunku. Ale tak się tylko wydaje. Maniak — bardzo dobrze. Ale ta skala i ta żelazna logika — nie wiem, czy pan rozumie! Gdyby się weszło do jakiegoś domu i znalazło w nim wszystkie stoły i krzesła tylko o jednej nodze, można by sobie powiedzieć: to robota szaleńca. Jakiś wariat umeblował tak sobie mieszkanie. Ale gdyby się szło od domu do domu i to samo znajdowało w całym mieście?... Ja nie wiem, co to znaczy, ale to nie mógł być, to nie może być szaleniec. To jest raczej przeciwny biegun. Ktoś nadmiernie rozumny. Tylko że poświęcił swój rozum niepojętej sprawie.

    — A dalej?... — spytał niegłośno Sheppard, jakby nie chciał stłumić żaru, który w widoczny sposób ogarniał Gregory’ego. Siedząc za biurkiem, ślepo wpatrzony w papiery, nie widząc ich, młody człowiek odezwał się po chwili milczenia:

    — Dalej... bardzo niedobre rzeczy. Bardzo niedobre. Seria działań bez jednego potknięcia — to okropne, to... to mnie przeraża. To nie jest ludzkie. Tak ludzie nie działają. Ludzie mylą się, muszą się od czasu do czasu przeliczyć, pomylić, zostawić ślad, rzucić rozpoczęte działanie. Te zwłoki na początku, te... poruszane, jak to się nazywa — ja nie wierzę w to, co twierdzi Farquart, że sprawca został spłoszony i uciekł. Nic podobnego. On chciał wtedy tylko poruszyć. Najpierw trochę. Potem więcej. Potem jeszcze więcej — aż to pierwsze ciało znikło. Tak miało być, on to sobie tak postanowił. Myślałem, wciąż myślę, dlaczego... ale nie wiem. Nic.

    — Zna pan sprawę Lapeyrota? — spytał Sheppard. Stał w głębi pokoju, ledwo widoczny.

    — Lapeyrot? Ten Francuz, który...

    — Tak. To było w tysiąc dziewięćset dziewiątym. Zna pan tę sprawę?

    — Coś mi chodzi po głowie, ale nie pamiętam. O co tam szło?

    — O nadmiar śladów. Tak to nazwano, niezbyt szczęśliwie. Na wybrzeżu, nad Sekwaną, przez pewien czas znajdowano guziki od ubrań, ułożone w różne figury geometryczne. Klamerki od pasków, od szelek. Drobne monety. Poukładane w wielokąty, w koła. Rozmaicie. Chustki do nosa posplatane jak warkocze.

    — Zaraz. Coś sobie przypominam. Musiałem o tym gdzieś czytać. Takich dwu starych, którzy na poddaszu... tak?

    — Tak. To właśnie ta historia...

    — Wyszukiwali młodych ludzi, którzy chcieli popełnić samobójstwo, odradzali im to, pocieszali, sprowadzali do siebie i prosili, żeby im opowiedzieć, co przywiodło takiego nieszczęśliwca do samobójczych myśli. Tak to było, prawda? A potem... dusili. Tak?

    — Mniej więcej. Jeden był chemikiem. Zamordowane ofiary rozbierali, ciała pozbywali się za pomocą stężonych kwasów i paleniska, a guzikami, klamerkami i wszystkimi drobiazgami, które zostawały po zaginionym, bawili się, a raczej grali w zgadywankę z policją.

    — Nie rozumiem, czemu pan o tym wspomniał. Jeden z tych morderców był obłąkany, a drugi stanowił ofiarę tak zwanej folie en deux. Bezwolny, podporządkowany indywidualności tamtego. Zgadywanki guzikowe wymyślili dlatego, że to ich podniecało. Rzecz była może i trudna do rozwiązania, ale w gruncie rzeczy trywialna: byli mordercy i zamordowani, były ślady. Cóż z tego, że sztucznie sporządzone...

    Gregory urwał i z niepojętym uśmiechem, który pojawił się naraz na jego wargach, patrzał na Inspektora, usiłując dojrzeć go w mroku.

    — A... — powiedział takim tonem, jakby dokonał wstrząsającego odkrycia — o to chodzi...

    — Tak, właśnie o to — odrzekł Sheppard i wrócił do swego marszu przez pokój.

    Gregory opuścił nisko głowę. Skubał palcami brzeg biurka.

    — Sztuczne... — powiedział szeptem. — Imitacja... Imitacja, co? — powtórzył, podnosząc głos. — Udane, ale co? Szaleństwo? Nie, nie tak: krąg znów się zamyka.

    — Zamyka się, bo pan idzie w złą stronę. Kiedy pan powiada „udawane szaleństwo” — to szuka pan ścisłej analogii do sprawy Lapeyrota. Mordercy działali tam, że tak powiem, pod określonym adresem: zostawiali umyślnie ślady, a więc dawali policji łamigłówki do rozwiązania. Tymczasem w naszym wypadku wcale nie jest pewne, że „adresatem” jest policja. Uważam to nawet za bardzo mało prawdopodobne.

    — No tak... — powiedział Gregory. Był zniechęcony, przygasł. — Więc znowu wracamy do punktu wyjścia. Do motywu.

    — Ależ nie, czekajże pan. Proszę tu spojrzeć.

    Sheppard wskazał ręką na ścianę. Widniała na niej nieruchoma plamka światła, której Gregory dotąd nie zauważył. Skąd pochodziło to światło? Spojrzał na biurko. W pobliżu reflektora lampy spoczywał na papierach szlifowany przycisk. Jeden wąski promień, załamując się w głębi kryształu, biegł w ciemną głąb pokoju i padał na ścianę.

    — Co pan tu widzi? — spytał Sheppard, usuwając się w cień.

    Gregory przechylił się w bok, aby umknąć oślepiającej lampie na biurku. Na ścianie wisiał obraz, skryty w mroku. Tylko jeden jego fragment oświetlał ów samotny promyk. Na tej przestrzeni, nie większej od dwu monet, widniała ciemna plama, obrzeżona bladopopielatym, wygiętym słabo brzegiem.

    — Ta plama? — powiedział. — Jakiś przekrój? Nie, nie mogę się w tym połapać, zaraz...

    Ów kształt zaintrygował go. Patrzał coraz uważniej, mrużąc oczy. W miarę jak obserwacja się przedłużała, powstawało w nim uczucie niepokoju. Dalej nie wiedział, na co patrzy, ale niepokój rósł.

    — To jest jakby żywe... — powiedział, mimo woli zniżając głos. — Chociaż nie... wypalone okno w ruinie?

    Sheppard podszedł bliżej i zasłonił sobą to miejsce. Nieregularna plamka leżała teraz na jego piersi.

    — Nie może pan się w tym zorientować, bo widzi pan tylko część — powiedział. — Prawda?

    — A! Pan myśli, że ta seria znikających zwłok stanowi tylko część, fragment, powiedzmy, początek jakiejś większej całości?

    — Tak właśnie myślę.

    Sheppard znów chodził. Gregory znów zwrócił wzrok ku miejscu na ścianie.

    — Może to być początek jakiejś afery o dużym zasięgu, kryminalnej albo i politycznej, która z czasem przekroczy granice naszego kraju. To, co dopiero nastąpi, miałoby zatem wynikać z tego, co już było. Może też być inaczej, może obserwowaliśmy tylko manewr odwracający uwagę, czyli taktyczną operację pozorną...

    Gregory ledwo słuchał, tak był zapatrzony w ów ciemny, niepokojący go kształt.

    — Przepraszam — powiedział nieoczekiwanie dla samego siebie — co tam jest, panie inspektorze?

    — Gdzie? A, to!

    Sheppard przekręcił kontakt. Światło zalało pokój, trwało to może dwie lub trzy sekundy. Potem Inspektor zgasił górną lampę i znów zapadł mrok. Nim wrócił, Gregory dostrzegł to, co było dotąd niewidoczne — kobiecą twarz, rzuconą skosem w tył, patrzącą samymi białkami, z szyją o głębokiej bruździe wisielczej. Nie widział już szczegółów fotografii, a mimo to, jakby z dziwnym opóźnieniem, docierała do niego zgroza zakrzepła w tej martwej twarzy. Powiódł oczami za Sheppardem, który wciąż chodził.

    — Może pan ma rację — powiedział, mrugając powiekami — ale nie wiem, czy to jest najważniejsze? Czy pan może sobie wyobrazić człowieka, który w nocy, w ciemnej kostnicy, odgryza zębami płócienną zasłonę?

    — A pan nie potrafi? — przerwał mu Sheppard.

    — Och, tak, ale w podnieceniu, w przestrachu, w braku innych narzędzi pod ręką, z konieczności... Ale pan przecież wie tak samo dobrze jak ja, po co on to zrobił. To się powtarza przecież w całej serii, ta przeklęta, żelazna konsekwencja. Przecież on wszystko robił po to, żeby wyglądało tak, jakby te zwłoki zmartwychwstały. Po to obliczał wszystko i studiował biuletyny meteorologiczne. Ale czy taki człowiek mógłby sądzić, że znajdzie się policjant gotowy uwierzyć w cud!? Tu, tu właśnie tkwi całe szaleństwo!

    — O którym pan mówił, że go nie ma i być nie może — zauważył obojętnie Sheppard. Odsunął portierę i patrzał w ciemne okno.

 

Stanisław Lem, Śledztwo, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001, str. 36-41