UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 0.00 (0 Votes)

Trzeba wreszcie wyraźnie powiedzieć, że stopień oryginalności i znaczenia, jaki Lem osiągnął w literaturze fantastycznej jest o tyle bardziej zaskakujący, o ile jego twórczość stanowi zjawisko w polskim pisarstwie współczesnym absolutnie odosobnione. Samotność Lema musi więc znaleźć odpowiednią kompensatę w szczególnej uwadze i życzliwości ze strony krytyki.

Współczesna literatura fantastyczna (zwłaszcza zachodnia) biegnie dwoma skrajnymi nurtami: tzw. science-fiction oraz tzw. fantasy. Można dla obu nurtów znaleźć inne nazwy, bardziej przylegające i po prostu ładniejsze, ale nie to jest ważne. Istotne są zasadnicze różnice, jakie występują między obu nurtami, a które traktuje się albo powierzchownie, lub których wręcz się nie dostrzega.

Science-fiction wywodzi się z literatury Verne'a. Ambicją utworów tego typu jest: w oparciu o możliwie najpełniejszą znajomość współczesnej nauki (a głównie: techniki) przewidzieć materialny, cywilizacyjny kształt przyszłego świata. Autora obowiązuje ścisłość, logika i dopiero na trzecim miejscu — wyobraźnia. Strona artystyczna (w sensie literatury innego typu), a nawet psychologiczna utworu zależy często od szczęśliwego przypadku. Jeśli chodzi o aspiracje filozoficzne, lub zgolą metafizyczne, to są one raczej niepożądane. Lepiej zastąpić je atrakcyjnością perypetii.

Cechy te powodują, iż trudno nam się dziwić, kiedy książki gatunku science-fiction krytyka stawia w pobliżu powieści kryminalnej, a więc zasadniczo poza obrębem literatury, a bliżej pewnego rodzaju gry intelektualnej.

Inaczej fantasy. Gdyby poszukać ojca tego nurtu, to byłby nim może Hoffman, a może — co wydaje się bardziej trafne — Poe, Z science-fiction spokrewniona jest fantasy pewną tendencją profetyczną (większość, choć nie wszystkie dziełka tego gatunku, dzieją się w bliższej lub dalszej przyszłości), ale i na tym koniec. W fantasy wierność współczesnej nauce nie tylko że nie obowiązuje, ale jest nawet pewnego rodzaju nietaktem; logikę zastępują prawa sennej wizji; zdyscyplinowaną wyobraźnię - koszmar. Oczywiście, w epoce surrealizmu fantasy łatwiej wpada w oko krytyki literackiej, a niejednokrotnie zdarzają się na jej obszarze autentyczne talenty tej miary, co Ray Bradbury.

Skrajności są jednak skrajnościami. Tak science-fiction, jak i fantasy stoją o krok od licznych, a bolesnych zwyrodnień. Aby móc rozsmakowywać się w dobrodziejstwach kompromisu, oznaczamy sobie te niebezpieczeństwa bez ogródek.

Dla science-fiction zagładę stanowi jej postępująca jałowość filozoficzna; jednostronność w widzeniu człowieka, który staje się jedynie koniecznym dodatkiem do triumfującej techniki; wtórność problemów natury czysto warsztatowej.

Dla fantasy wręcz odwrotnie: całkowity brak rygorów, mętniactwo, skłonność do łatwej poetyzacji popisów złego smaku.

 

II

Pozwoliłem sobie na ten naszpikowany pseudodefinicjami akapit, aby spojrzeć na twórczość Stanisława Lema wpierw tak, jakby uczynił to zawodowy krytyk: "w oparciu o współczesną sytuację gatunku". A więc "w oparciu o współczesną sytuację gatunku" pisarstwo Lema wydaje mi się wysoce znamienne i  p o  r a z  p i e r w s z y wzbudzające podziw.

Lem w którymś ze swoich artykułów wyznaje, iż sam jest zaskoczony wyborem, jakiego dokonał na terenie literatury. Prawdopodobnie zaczął uprawiać science-fiction za podszeptem uczucia, jakie wzbudza w nas zbyt wyraźna luka w otaczającym nas życiu. Nie było polskiej science-fiction? Lem napisał "Astronautów". Nie omylę się chyba zbyt głęboko, kiedy dodam, że pisząc tę, powieść — traktował rzecz rozrywkowe i doraźnie. Widać to zresztą po samym utworze. "Astronauci" — to typowa science-fiction. Banalny dzisiaj temat wyprawy międzyplanetarnej (z całym skrupulatnym opisem przygotowań) pięknie kojarzy się z równie banalną problematyką moralną, jak to: solidarność ras i narodów w realizacji eskapady, jak z drugiej strony: złowieszcza niesolidarność Wenusjan, która doprowadziła ich do haniebnej samozagłady. Powieść cieszyła się (i cieszy za granicami) znacznym powodzeniem, bo w końcu pisało ją to samo pióro, którego dziełem był świetny "Czas nieutracony". To powodzenie stało się z kolei handicapem do powstania "Obłoku Magellana".

Pozostając na terenie science fiction pisarz nieubłaganie podlega dość zabawnemu prawu przelicytowania się. Pierwszą książkę napisałem o wyprawie na inną planetę, drugą — muszę poświęcić ekspedycji w obręb innej galaktyki. Oczywiście, i przygotowywania trwają dłużej i rakieta jest znacznie (ale to znacznie) większa, i liczba niebezpieczeństw wzrasta do którejś tam potęgi. Ale mimo że w "Obłoku Magellana" wszystko było zmultiplikowane, książka nie miała już tego powodzenia, co "Astronauci". Typowy twórca science-fiction wcale by się tym nie przejął. Zbudowałby zapewne jeszcze większy statek i wysłał go do takich galaktyk, gdzie pieprz rośnie — albo też zmienił kierunek. Można bowiem wysłać rakietę do jądra ziemi, w głąb oceanów, albo — co nie jest wyjątkiem — w głąb mikrokosmosu. (Chociaż nigdy nie mogę pojąć, jak oni to robią.)
Na szczęście, Lem nie jest typowym twórcą science-fiction, a — jak się okaże — nie jest twórcą science-fiction (w dotychczasowym znaczeniu) w ogóle.

Jak wynika z jego publicystyki, ostatnio zebranej w zbyt chaotycznym tomie "Wejście na Orbitę", doraźna przygoda zamieniła się w obsesję. Nastąpił czas lektur, rozważań, studiów. Niebagatelną rolę odegrała również autoironia, której najbardziej widzialnym efektem, stały się nierówne, ale miejscami kapitalne "Dzienniki gwiazdowe Ijona Tichego". Nie obyło się bez głębokiej i w sensie czytelniczym nużącej pomyłki, bowiem w moim odczuciu pomyłką była próba ucieczki w świat kryminału i rachunku prawdopodobieństwa ("Śledztwo"). Trwał jednak proces — niezwykle istotny — między pokusami efektownego rzemiosła a aspiracjami autentycznego pisarza, twórcy "Czasu nieutraconego".

Zgodnie z wyznaczoną poprzednio mapą podziału, najbardziej prawdopodobny i pokuśliwy wydawałby się przeskok w radosną krainę wolności — w fantasy. Zwłaszcza, że Lem niejednokrotnie zdradza się ze swoim zachwytem dla współczesnego klasyka gatunku — Bradbury'ego. I rzeczywiście: przy pierwszej lekturze "Solaris" można ulec złudzeniu, że wybór został właśnie tak, a nie inaczej dokonany. Historia rakiety zawieszonej nad myślącą planetą jest i dość koszmarna, i wystarczająco oderwana od współczesnej wiedzy (zwłaszcza biologicznej. A więc?

W typowej fantasy wizjonerstwo jest rzeczą samoistną, generalną: Jeżeli nawet służy określonym treściom jak w "451 Fahrenheita" tego Bradbury'ego, to osiąga je wyłącznie drogą wytwarzania nastrojów emocji czysto poetyckich. Tam, gdzie u podstaw czai się brak jakichkolwiek rygorów, tam nie może być mowy o wysokich piętrach spekulacji.

Tymczasem wizja "Solaris", chociaż zbuntowana wobec jednych, posłuszna jest na tyle innym prawom rozumu, że pozwala autorowi na budowanie konstrukcji intelektualnych, i filozoficznych o wyjątkowej przenikliwości i odwadze. W stosunku do zastanego modelu fantasy wydaje się nieporównanie bardziej płodna.

To samo — może w jeszcze większym stopniu — da się powiedzieć o ostatniej powieści Lema (już bardzo własnej) "Powrót z gwiazd ", czy dotychczas najpiękniejszym jego utworze: fragmencie, opowiadającym o pracowni profesora Corcorana z "Podróży dwudziestej piątej" Ijona Tichego.

"W oparciu o współczesną sytuację gatunku" da się powiedzieć, że Lem potrafił zespolić walory science-fiction z najlepszymi stronami fantasy — i że tylko w tej syntezie mógł ocaleć pisarz i intelektualista.



III

Niedawno zmarły socjolog, i myśliciel amerykański, C. Wright Mills, przyrównał wiek dwudziesty do czasów średniowiecznych. Śmiałą tę paralelę oparł na rozumowaniu, iż tak w mentalności średniowiecza jak i w mentalności dwudziestowiecznej da się odkryć wyraźną tendencję do monomanii. Tak jak w średniowieczu nad wszystkim dominowała scholastyka (myślenie czysto spekulatywne), tak w wieku dwudziestym — technika (prymat empirii).

Nie posiadam ani w części rozległości horyzontów Millsa i nie potrafię znaleźć właściwego stosunku do tej hipotezy, ale jeżeli przyjąć, że literatura fantastyczna jest baśnią lub namiastką religii naszego wieku, to właściwe jej monotonne roztrząsanie motywu technicznego świadczyłoby wybitnie na korzyść poglądu autora "Elity Władzy".

Science-fiction pławi się w zachwycie lub w pełnym grozy uwielbieniu; fantasy w buncie i obrazoburstwie — oba jednak nurty fascynują się prawie wyłącznie techniką. Człowiek? Jedynie o tyle, o ile technika może go wywyższyć, zmiażdżyć lub odczłowieczyć. Społeczeństwa, systemy społeczne? Mój Boże, nawet paszkwil Orwella nie mógłby istnieć bez wyolbrzymienia techniki do monstrualnych wymiarów. Śmielsze utopie zdobywają się jeszcze na próby przewidywania postępów medycyny, ale i to w wąskim zakresie przedłużenia życia lub sztucznego zamrażania, bez którego notabene niemożliwe byłyby loty kosmiczne w stronę galaktyk, gdzie pieprz rośnie.

Na tym tle Jerzy Żuławski jako autor pierwszej części "Na srebrnym globie" (wszystkie inne części wielotomowego cyklu są już, niestety, pomyłką) jest twórcą nowatorskim i wyjątkowo głębokim. Ale na tym tle pisarstwo Lema wydaje się wysoce znamienne i po raz drugi wzbudzające podziw.

O "Solaris" pisałem już oddzielnie ("N. K." nr 39 600) a więc dzisiaj kilka słów o blaskach "Powrotu z gwiazd". Książka nie jest, bynajmniej, ani efektowna, ani łatwa w czytaniu. Przeciętni połykacze science-fiction czy fantasy, drukowanych w "Przekroju", prawdopodobnie nie przebrną nawet przez pierwszy rozdział, gdzie opis przyszłościowego miasta ma więcej cech futurystycznego poematu (przemieszanego z traktatem architektonicznym), niż normalnej, rozrywkowej beletrystyki. Rzecz jest również — jak na literaturę fantastyczną — dość prosta w pomyśle. Oto z dalekiej podróży gwiezdnej wracają kosmonauci. Przebywali w podróży kilkanaście lat, ale w tym czasie (w oparciu o czasowe konsekwencje teorii względności) na Ziemi upłynęło ich sto kilkadziesiąt. Wystarczająco dużo, aby pomarli wszyscy krewni i znajomi, aby obraz cywilizacji zasadniczo się zmienił.

Pomysł — powtarzam — stosunkowo prosty, lecz dla typowego twórcy science-fiction nawet poręczny. Ludzie o sto kilkadziesiąt lat spóźnieni w erze rozkwitającej techniki! Ileż zabawnych spięć, ile okazji do mrożących krew w żyłach scen, gdzie nieporozumienia grożą śmiercią lub perfidnie obmyślanym kalectwem! Po powieści Lema uwijają się, co prawda, jakieś glidery i uldery (bez opisu technicznego!), do których bohaterowie nie umieją wsiadać — są jakieś szczegóły techniczne z wyprawy kosmicznej, na których nie zna się znowu otoczenie bohaterów; ale zajmują one prawie tyle miejsca, ile taksówki, samoloty "Lotu" i ewentualne wzmianki o sputnikach w rasowej powieści współczesnej. Sferę problemową "Powrotu z gwiazd'' wypełnia problematyka psychologiczna i moralna, dla której więcej pokrewieństwa znajdziemy w "Obcym'' Camusa niż w "Pozytronowym detektywie" Asimova, choć to epoka "Detektywa" a nie "Obcego" jest współczesna okresowi, przedstawianemu przez Lema. 

No tak. To, że ranga intelektualna propozycji Lema w sposób wyraźny przewyższa inne znane nam utwory science-fiction, lub fantasy - to już rozstrzygnęliśmy. Mamy jednak wykazać jej nowatorstwo również i w sferze czysto fantastycznej, profetycznej — pamiętając o zasygnalizowanym przegięciu technicystycznym. To, że Lem ogranicza rekwizytornię i spekulacje techniczne do minimum, to jeszcze mało — powstaje pytanie, czy ma nam do zaofiarowania coś innego, poszerzającego dotychczasową wynalazczość naukowo-literackich utopii.

Wspominałem w odsyłaczu o słowotwórstwie Lema. Oczywiście, zagadnienie jest raczej kuriozalne i przez samego autora często traktowane z wyraźnym zacięciem parodystycznym. Być może, że inwencja Lema jest tu bogatsza od innych autorów, ale w końcu są to kategorie ilościowe. Wielkim sukcesem "Powrotu z gwiazd" jest przecież jego dialog. Rzecz zaskakująca, a jednak prawdziwa: we wszystkich przeczytanych przeze mnie powieściach fantastycznych bohaterowie stosują składnię, metaforykę, metodę skrótów i niedomówień, zgodną z duchem języka dwudziestowiecznego (jeśli nie dziewiętnastowiecznego, co zdarza się nierzadko). Co gorsza: dopiero po "Powrocie z gwiazd" — jako czytelnik literatury fantastyczno-naukowej — odczułem całą niestosowność tego przegapienia. A więc schemat science-fiction, jego wąskość, tak ugruntowały się w naszej wyobraźni, iż w imię tego schematu jesteśmy gotowi nawet afirmować absurdy! (Powiedzmy: powieść współczesna z bohaterami latającymi w sputnikach, którzy mówią językiem z epoki "Bogurodzicy"). Oczywiście, wynalazczość w zakresie języka musi być bardziej ograniczona od tejże w dziedzinie techniki, łatwo tu bowiem o całkowitą niekomunikatywność, lub pseudo-poetycki bełkot; z drugiej jednak strony doświadczenie "Powrotu z gwiazd" wydaje się otwierać perspektywy bardzo twórcze, jeśli zachowa się umiar i wiedzę językową tak samo obowiązującą, jak znajomość fizyki.

Za chwilę, przejdę do problemów profetyzmu w zakresie obyczajowości i erotyki. Jeśli chodzi o erotykę w powieściach Lema, będzie ona nawet osią osobnego rozważania. Tutaj chcę głównie podkreślić, że wynalazczość językowa nie tylko wydaje się obowiązująca ze względu na walor ogólnego prawdopodobieństwa, ale — co może ważniejsze — również z uwagi na klimat psychologiczny przedstawianych zdarzeń. Smutna, pełna lęku i wzajemnej samotności miłość Hala do Eri byłaby dla nas równie niezrozumiała bez znajomości prawideł współczesnego im języka (ograniczonego do krótkich zdań orzekających, informujących), jak miłość współczesnej nam młodzieży (jeszcze uznającej słowo "lubię", ale już nie "kocham"), dla rozgadanego pięknymi okresami romantyka. I to — powtarzam — wydaje mi się wynalazkiem na terenie literatury fantastycznej znacznie bardziej kapitalnym, niż na przykład wprowadzenie maszyny, która sama się zjada.

Biologia. Wspominaliśmy już, że pomimo pewnego zacofania w stosunku do fizyki, astronautyki, cybernetyki wreszcie — nie są obce literaturze fantastycznej rojenia z zakresu medycyny, nowych upraw (w "Pozytronowym detektywie" wszyscy żyją wyłącznie drożdżami!), tracenia zębów i bezpotrzebności snu. Wspomniana przeze mnie teza Millsa funkcjonuje jednak i na tym terenie — na przykład rozwój medycyny daje w typowej science-fiction efekty analogiczne do rozwoju techniki: stwarza udogodnienia, ułatwia życie — i basta! Autorzy science-fiction wykazują i w tym wypadku ślepotę pisarską równą absurdowi nie dostrzegania zmian językowych, norm estetycznych i moralnych przyszłej ludzkości. Człowiek ostatecznie nie jest maszyną i każde przeobrażenie somatyczne czy fizjologiczne może, albo nawet musi, rodzić następstwa o nieprzewidzianym zakresie. Powiedzmy, że całą ludzkość — w okresie niemowlęcym — poddaje się zabiegowi tzw. betryzacji. Zabieg ten jest szczytem humanitaryzmu: oto dzięki zastrzyknięciu pewnej substancji, działającej na określone ośrodki mózgowe człowiek wyzbywa się zdolności zabijania. Jest w pewnym sensie "chemicznie" święty. Niby dość prawdopodobny (powiedzmy za tysiąc lat) wynalazek medyczny — i jakże pożyteczny! Jednak czy można — według dzisiejszych, naszych przekonań - narzucać człowiekowi moralność za pomocą tego typu "kastracyjnego" zabiegu? Więc co to jest moralność? Odpowiadamy: możliwość wyboru. A co się dzieje z wolnością człowieka, gdy pozbawimy go moralności? To tylko pierwszy ciąg pytań. Za nim pojawia się zaraz następny: czy człowiek, który nie zabija (w sensie li tylko potencjalnym) zachowa zdolność do walki, a w końcu do jakiegokolwiek ryzykownego działania? Ten, kto nie potrafi zabijać, nie umie też bronić się — a więc nie jest zdolny do narażenia swojego życia, do poświęcania. Zmienia się w jałowego konsumenta, przed którym wszelkie żywsze uczucia (entuzjazmu, miłości, tragizmu) są raz na zawsze zawarowane. Więc jednak zdolność zabijania (znowu podkreślam: sama zdolność!) jest nieodłącznym warunkiem człowieczeństwa? W takim razie zło może być twórcze? Czymże, do licha, jest zło?

Nie wiem, czy z mnożenia idealnych robotów (nie do odróżnienia od zwykłego człowieka), superfotonowych rakiet, ultrakolosalnych stacji kosmicznych da się wydobyć problematykę, tak związaną z pierwszymi pytaniami ludzkości, jak z tego jednego pomysłu Lema (zreferowanego przeze mnie z konieczności w formie zwulgaryzowanej)? Może tak. Ulegam jednak złudzeniu, że tego typu propozycje literatury fantastycznej uwyraźniają nam już na dzisiaj, jak sugerowana przez Millsa monomania technicystyczna może rodzić groźne skutki, jeśli nie wzbogacimy jej o autentyczną twórczość filozoficzną, humanistyczną, ideową. Dla uzupełnienia zaś argumentu, przemawiającego za wynalazczością Lema również i pod względem profetycznym, trzeba dodać, że w jednym "Powrocie z gwiazd" pomysłów podobnych do wynalazku betryzacji jest co najmniej kilka.

IV

Wynalazczość, wyobraźnia, solidne zaplecze naukowe. Tak, te najlepsze cechy science-fiction autor "Ery robotów" już posiadł. Dodał do nich autentyczną problematykę filozoficzną. Trzecim przejawem wielkości Lema może być tylko wyjście poza rangę literatury z epitetem (choćby najlepiej robionej) w dziedzinę pisarstwa bezprzymiotnikowego. Jeśli chcę pozostać wierny moim wyobrażeniom o pełni pisarstwa, muszę z uporem powtórzyć postulat zwierzenia, konfesyjności literatury. Oczywiście na tle praw gatunku literatury fantastycznej taki postulat brzmi prawie szaleńczo. Ostatecznie literatura fantastyczna może być jeszcze traktatem filozoficznym, próbą moralitetu, ale pamiętnikiem, próbą samookreślenia?

Znowu trzeba wrócić do pokuśliwości f a n t a s y, która przez dominację elementów poetyckich daje na przykład takiemu Bradbury'emu okazję do wyrażenia pewnych obsesji, temperamentu, stosunku do świata: ale znowu trzeba zdać sobie przy tym sprawę z ograniczoności i tych pokus.

W pewnych partiach Orwella krytycy odczytują obraz lęków przedśmiertnych i cierpień autora. Być może to i słuszne, ale nie ma chyba książki tak wychylonej na zewnątrz, tak całkowicie wyczerpującej się w furii ataku, jak właśnie "Rok 1984". Tu zaś gasną znane mi przebłyski elementów osobistych, zwierzeniowych w literaturze fantastycznej.

Skoro jednak wszystkie inne drogi wiodą do uznania pisarstwa Lema za zjawisko wybitne, przekorą nie pozwala mi uwierzyć, aby — nawet wbrew prawom gatunku — nic znalazły się w nim elementy konfesyjne. To, że w proroctwach historiozoficznych Lem jest umiarkowanym sceptykiem, to odczytałem głównie z jego publicystyki — to, że pod względem filozoficznym jest umiarkowanym pesymistą, jeżeli pesymizmem można nazwać skłonność do widzenia człowieka w kategoriach tragicznych, to jednak zbyt ogólne. Ogólne, a przecież wyznaczające trop. Rzecz zadziwiająca, a i właściwie niedozwolona na terenie literatury fantastycznej: bohaterowie dwóch ostatnich książek Lema, ustawieni w różnych czasach (tak jak to jest tylko możliwe, gdy się ma pod ręką tysiąclecia!), ustawieni w różnych sytuacjach (tak jak to możliwe, gdy się rozporządza galaktykami), są jednak tymi samymi ludźmi — i to nie w sposobie bycia, czy w wyglądzie zewnętrznym (co stanowiłoby jedynie o ubóstwie autora), ale w postawie życiowej. Punktem centralnym tej postawy jest stosunek do kobiety. Gdybyśmy powiedzieli, że jest on romantyczny, bylibyśmy zbyt wzniośli — gdybyśmy zechcieli sprowadzić go do praw instynktu, wykazalibyśmy brak wrażliwości. W swych podróżach nie po galaktykach (są one dla czytelników), ale po coraz wyższych sferach filozoficznych (te podróże odbywamy zawsze głównie dla siebie) Lem objawia nam z książki na książkę swoje najbardziej osobiste, i n t y m n e przeświadczenie, że jedyną pewną rzeczą jest miłość. Nie ma jednak w tym przeświadczeniu egzaltacji romantyków, jest raczej gorycz, coś na kształt poniżenia. Ostatecznie, Lem nie żywi w stosunku do miłości złudzeń — zna dobrze jej fizjologiczny, niewolniczy charakter. Dzięki temu półzwierzęcemu charakterowi tylko miłość się nie zmieni, ale dlatego właśnie, że ona jedna nie podlega zmianom, jest czymś najbardziej wartym zyskania. Taki chyba jest cały sens liryczny "Powrotu z gwiazd", gdzie bohater godzi się nawet na miłość wyżebraną, dla tego też przeświadczenia bohater "Solaris" raz pozbywa się kobiety, podarowanej mu przez dobrotliwego potwora, potem znów gotów jest oczekiwać jej nadejścia przez wieczność.

Na tle polskiej literatury erotyzm Lema wydaje mi się może najbardziej tragiczny. Jest w nim odwieczny dylemat między człowiekiem myślącym, który poważa się na wędrówki poza zasięg wszelkich dostępnych granic, a człowiekiem czującym, który nigdy nie zechce i odejść od siebie.

Pewnego dnia, jak wspomina Ijon Tichy, przyszedł do niego Decantor i powiedział:
"Daję żywot wieczny. Daję pewność istnienia, kiedy ostatni okruch ciała zgnije i rozpadnie się w proch. Czy to mało?
— Tak — odparłem — to mało. Przecież sam pan mówił, że to będzie nieśmiertelność pozbawiona ciała, jego sił, jego rozkoszy, jego doznań..."

*

Trzeba wreszcie wyraźnie powiedzieć, że stopień oryginalności i znaczenia, jaki Lem osiągnął w literaturze fantastycznej jest o tyle bardziej zaskakujący, o ile jego twórczość stanowi zjawisko w polskim pisarstwie współczesnym absolutnie odosobnione. Na sukcesy poszczególnych poetów pracują (bo w końcu tak jest) całe rzesze innych, choć mniej utalentowanych, to, już przez samą sumę drobnych zdobyczy — wartościowych autorów. Podobnie bywa z nowelistami, a nawet i w dramacie sytuacja przedstawia się znacznie bardziej sprawiedliwie. Samotność Lema musi więc znaleźć odpowiednią kompensatę w szczególnej uwadze i życzliwości ze strony krytyki. Jeśli tak nie jest dotychczas, to stanowi to kolejny dowód, że pełna nonszalancji i samozadowolenia postawa naszej krytyki, zepchnie ją poza sferę współczesnego życia, poza obręb głównych problemów współczesności, w przestworza galaktyk, do których nie dotrze już nawet poczciwa i rakieta z "Obłoku Magellana". 

 

Stanisław Grochowiak
"Nowa Kultura"