UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 5.00 (4 Votes)

Sprawa, o którą Lemowi chodzi przede wszystkim, daje się od biedy ująć w pytaniach: czym jest człowiek? Jakie są jego granice? Czy jest możliwy jakiś szczęśliwy finał, jakiś ostateczny sukces technologicznej i cywilizacyjnej ekspansji człowieka poza Ziemię? Jaka jest jego sytuacja w świecie? Są to pytania, które stawia sobie Lem — filozof. I filozofem jest ten pisarz nade wszystko.

Stanisław Lem jest jednym z najbardziej popularnych i liczących się dzisiaj w świecie twórców literatury, zwanej umownie i bardzo nieprecyzyjnie fantastyczno-naukową. W ciągu wielu lat tradycji czytelniczej narosło na temat tego gatunku literackiego szereg obiegowych i stereotypowych wyobrażeń, które mogą zaciemniać czy zakłamywać lekturę dzieł, zwanych fantastyczno-naukowymi, a zwłaszcza lekturę pisarstwa Lema. Te schematyczne nastawienia czytelnicze, to, z grubsza biorąc, oczekiwanie — w książkach o wyprawach człowieka na inne planety, o tzw. podboju kosmosu — fantastyki, sensacji, przygód, przewidywania czy uprawdopodobniania przyszłości. Literatura fantastyczno-naukowa traktowana jest często pomniejszająco, zarówno przez pisarzy jak i czytelników, jako młodzieżowa, ze szkodą dla samej młodzieży.

Lem po mistrzowsku włada różnymi, niepodobnymi do siebie konwencjami literackimi. Ma też w swoim dorobku wiele takich utworów, w których odnajdujemy wyraziste elementy wspomnianej sensacyjności, przygodowości, fantastyki. I on tworzy pewną prawdopodobną wizję przyszłej cywilizacji, przyszłe zdarzenia (np. zdobycie Marsa), przyszłe pojazdy kosmiczne, komputery, przyszłych ludzi, instytucje społeczne itp. Ale zarówno te literackie, przyszłościowe pomysły, jak i wszelkie tradycyjne akcesoria literatury fantastyczno-naukowej w żadnym wypadku nie są dla Lema celem, lecz czymś drugorzędnym, stwarzanym jak gdyby "po drodze" ku zupełnie innej sprawie. Tak to jest również w opowiadaniu "Ananke" ze zbioru "Bezsenność", skądinąd niezwykle atrakcyjnym ze względu na sensacyjną fabułę. Utwór ten będzie właśnie przedmiotem tych uwag.

Sprawa, o którą Lemowi chodzi przede wszystkim, daje się od biedy ująć w pytaniach: czym jest człowiek? Jakie są jego granice? Czy jest możliwy jakiś szczęśliwy finał, jakiś ostateczny sukces technologicznej i cywilizacyjnej ekspansji człowieka poza Ziemię? Jaka jest jego sytuacja w świecie? Są to pytania, które stawia sobie Lem — filozof. I filozofem jest ten pisarz nade wszystko.

Akcja "Ananke" rozpoczyna się na Marsie przebudzeniem bohatera Pirxa ze snu. Scena ta wprowadza od razu w istotę problematyki. Jak więc budzi się na dalekiej planecie człowiek, który należy do zwycięskiego pokolenia jej zdobywców, gdzieś na granicy wieków XXI i XXII? Pirx jest najpierw na wpół przytomny: "Wypchnęło go coś ze snu — w ciemność. (...) Nie wiedział, gdzie jest, nic nie pamiętał" (str. 166). Potem przypomina sobie swoje któreś już z kolei lądowanie na Marsie i "spacer" po tej planecie: "Siedli w burzy. Atmosfery tyle, co nic, ale przy dwustu sześćdziesięciu kilometrach na godzinę prawie nie ustoisz przy tym nędznym ciążeniu. Pod podeszwami żadnego tarcia; idąc, trzeba się wkopywać butami w piasek, dopomagać sobie grzęznącymi kostkami. I ten pył z lodowatym sykiem szorujący po kombinezonie, włażący w każdą fałdkę..." (str. 167). Mars to "rozmaz, szarawa rdza i wieczny wiatr" (str. 173) — zamiast spodziewanych cudów.

Pirx chce zapalić światło w pomieszczeniu, w którym się obudził. Zdobywca Marsa, nie mogąc znaleźć kontaktu, myśli o sobie: "Jak ślepy szczur..." (str. 168). Obiekty stacji na Marsie, tzw. Projektu, "co zbudowali, to im zasypywało, ani hotelu, ani hoteliku — nic" (str. 167). Pirx goli się, Irytuje go brak brzytwy: "Pod uchem były trzy włoski, których nie chciał wziąć aparat elektryczny" (str. 169). Intencje Lema stają się wyraźne: chodzi o podkreślenie wszelkich utrapień i niewygód codzienności, spędzanej w dodatku gdzieś na obcej planecie, która jest pozbawiona choćby najmniejszego z uroków Ziemi. Pirx zaś, mimo że minął cały wiek i że to Mars, jest najzwyklejszym, najbardziej "swojskim" człowiekiem: ma niedorzeczne sny, je sałatkę śledziową, przychodzą mu do głowy dziwaczne porównania itp.

Na Marsie, "mróz koszmarny zamieniał się na mróz tylko okropny" (str.   168).   Nieustająca,   jednostajna wichura, niesie tumany brudnego piachu. "Ani wody, ani tlenu, ani życia — poszarpane kratery, (...) nudne równiny, martwy, płaski, bury krajobraz z bladym, szarordzawym niebem" (str. 169). Taki okazał się zdobyty Mars, przedtem przedmiot wiekowych marzeń mieszkańców Ziemi, ich, jak powiada Lem, Ewangelia. A teraz "uosobienie straconych złudzeń, wyszydzonych, wyśmianych — ale drogich" (str. 168). Pirx "pomyślał zdanie tak głupie, że się mimo woli uśmiechnął: Mars jest świnią" (str. 169). Spodziewano się na tej planecie wysoko rozwiniętej cywilizacji, wnioskując z obrazu znanych, marsjańskich kanałów. Okazały się mirażem, brane przedtem za przejaw potężnej cywilizacji: kanały nawadniające bądź linie komunikacyjne. Wiele pokoleń żyło złudzeniem, wiarą w Marsa, która miała swoich ortodoksów i kacerzy, reformatorów i kontrreformacje. Powstała ogromna literatura naukowa o tej planecie i jej kanałach. Uczeni od dziesiątków lat "spierali się o Marsa, którego nie widzieli; widzieli dno własnych umysłów"  (str. 229).

Teraz, gdy miraż, który brano za rzeczywistość, został zdemaskowany, Ziemianie pozostają nadal w niewoli swej przeżywającej kryzys ideologii skolonizowania Marsa. Walczą o utrzymanie i rozbudowę zasypywanego piachem Projektu, choć już wiadomo, że jest to przedsięwzięcie absurdalne i że niepotrzebnie pochłania olbrzymie środki i ludzką energię, choć nikt się do tego głośno nie śmie przyznać. Pirx niedorzecznie gniewa się na Marsa, "jak gdyby świat był odpowiedzialny za majaki, które mu usiłuje narzucić człowiek" (str. 229).

Przejdźmy do sprawy niezmiernie istotnej dla interpretacji "Ananke". Jest rzeczą zupełnie nieważną, czy prawdziwi zdobywcy Marsa znajdą w przyszłości na prawdziwej planecie to, co na Marsie Lema ujrzał jego bohater Pirx. Marsa Lema w żadnym wypadku nie należy traktować jako Marsa prawdopodobnego, jako "przepowiedni" rzeczywistej planety. Nie to było celem pisarza. Autor, stwarzając fikcję Marsa i wielopokoleniową fikcję historii jego badaczy, marzycieli, ideologów, wreszcie oszukanych zdobywców, buduje pewną sytuację modelową człowieka czy ludzkości. Celem Lema jest zatem ujęcie w owym modelu zasadniczej prawdy o losie, ograniczeniach i koniecznościach, które staną się udziałem również naszych potomnych.

Ów Lemowski model, powracający często w jego twórczości, to zderzenie człowieka z tym, co niewyjaśnione i niepoznawalne. W przypadku "Ananke" chodzi o widoczne z Ziemi kanały Marsa, które w rzeczywistości nie istnieją. A przecież "pokolenia archeologów schodziły do grobu twardo wierząc w to, że sprawa (...) zostanie do końca, sprawiedliwie i (wyraźnie rozstrzygnięta"(202). Niestety, najbardziej racjonalne — zdawałoby się, rachuby i wyjaśnienia okazały się tylko wiarą, iluzją, która przez sto kilkadziesiąt lat oszukiwała ludzkość i angażowała jej energię. Racjonalizm obnażył się jako najbardziej irracjonalne złudzenie. Pisze Lem: "w tym przekreśleniu pytań i odpowiedzi w totalnej nieodpowiedzialności pojęć względem zagadkowego obiektu — była jakaś gorzka, ale istotna, okrutna, ale pouczająca lekcja..." (str. 202). Ta lekcja pokory wynika z przeświadczenia Lema, że są w świecie zagadki, które oprą się ludzkiemu poznaniu. Że po etapie wiary nadchodzi rozczarowanie i klęska. Że szanse ekspansji człowieka poza Ziemię trzeba postawić pod znakiem zapytania i że tam natrafi na światy, których uczłowieczyć nie zdoła i z którymi nie porozumie się. Nie tylko w "Ananke" intryguje Lema zderzenie człowieka z jego własną, nieprzekraczalną granicą. To częsty motyw jego twórczości, najpełniej wyrażony może w powieściach "Głos Pana" i "Solaris". W dziele "Summa technologiae" powiada Lem, że człowiek jest "potężny właściwie tylko w oczach apologety, którym jest on sam" (str. 18).

W historię poznania i zdobycia Marsa, która jest historią ludzkości, wpisana jest w "Ananke" niezwykle interesująca fabuła typu sensacyjnego. Jej celem jest również demaskacja ludzkiej niedoskonałości, a ściślej mówiąc, niedoskonałości technologii, która daje człowiekowi złudne poczucie siły. Mniemając, że stworzył doskonałe maszyny, zawierza im bez reszty. Zyskuje oszukańcze — i zgubne — poczucie bezpieczeństwa. [...]

Zwróćmy uwagę na podobieństwo bankructwa obu złudzeń: co do Marsa i co do komputerów. Tu i tam rzeczywistość zadaje śmiertelny cios aktowi wiary. W komputery po prostu wierzono: "Stabilizację olbrzyma, schodzącego na planetę, przejęły od ludzi automaty tak dawno, że był to grunt wszystkich działań — który nagle usunął się spod nóg" (str. 216). W sporze o przyczyny katastrofy dyrektor stoczni statków kosmicznych van der Voyt dowodząc, że to nie komputer zawiódł — posługuje się przesłanką, która jest dogmatem: komputer był doskonały. Niestety, ułomność człowieka — Corneliusa — stała się ułomnością maszyny. Ludzka niedoskonałość zemściła się na człowieku w jego własnym tworze.

Zatem człowiek myli się, licząc na to, że w swoim "zbrojnym ramieniu", w technologii, uwolni się od własnego człowieczeństwa. Technologia, traktowana jako narzędzie postępu bez granic, jako instrument, któremu w ostateczności nic się w świecie nie oprze, staje się, paradoksalnie, czymś w rodzaju zwierciadła ludzkiej słabości. Zwierciadła, które ukazuje człowiekowi jego własną ograniczoność. Choroba Corneliusa i na tym polegała, że był trawiony jakby żądzą doskonałego racjonalizmu, absolutnego panowania rozumem nad sytuacją — i padł ofiarą tej właśnie chorobliwej żądzy.

W ogóle współcześni Pirxa są wyznawcami jakiegoś paradoksalnego quasi-racjonalizmu, zdając się, na ślepo przecież, irracjonalnie, na własne twory: nieomylne ich zdaniem maszyny. Człowiek pozostanie tylko sobą, także w swoich tworach i w swym działaniu, zdaje się mówić Lem, i jest w tym przeświadczeniu swoisty humanizm. Taką bardzo ludzką postacią "Ananke" jest właśnie sympatyczny Pirx, bohater, rzeklibyśmy, pozytywny (występujący w wielu innych utworach Lema), nieufny i krytyczny w stosunku do zadufania i wierzeń innych. "Człowieczość" Pirxa Lem w szczególny sposób eksponuje, obrazując choćby tok jego myślenia: miast racjonalnego dowodzenia, wniosków wynikających logicznie z przesłanek, myśleniem Pirxa rządzą niejasne domysły, przeczucia, emocje, podświadomość: "Myśl, biegnąc wśród chaotycznych wspomnień, zawadziła niewidzialnie o coś i było to niczym pogłos alarmu" (str. 221). Lub choćby takie "swojskie" zdanie: " W głowie — muł" (str. 221).

Jeszcze jedną, istotną i paradoksalną myśl nasuwa "Ananke": technologia, za pomocą której człowiek realizuje swój cel poznania i opanowania świata, uczłowieczenia go, naprowadza go w rezultacie na wniosek, że świata nie da się zdobyć ani uczłowieczyć. Istotnie, człowiek czuł się w świecie najbardziej bezpiecznie, i świat był najbardziej, rzec można, zdobyty, gdy wyobrażenie o świecie brano za twardą rzeczywistość i gdy społeczeństwa nie miały żadnych technologicznych szans sprawdzenia swej wiedzy. Tak było choćby w średniowieczu, epoce szczęśliwego geocentryzmu i antropocentryzmu kosmologicznego. To właśnie w renesansie pojawiło się fizyczne poczucie małości Ziemi, także, w innym sensie — małości człowieka. Technologia zatem, choć jej celem jest zwielokrotnienie ludzkiej potęgi, prowadzić musi do samopoznania i uczyć pokory.

Marcin Bajerowicz "Nurt" 1972 (numer 8)

Stanisław Lem: "Ananke" ze zbioru "Bezsenność"; Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1971