UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 4.50 (2 Votes)

Kajuty fizyków znajdowały się na czwartej kondygnacji. Umiał już poruszać się na „Eurydyce”. Przestudiował plan całego statku, tak niepodobnego do tych, którymi latał. Nie rozumiał wielu nazw i przeznaczenia dziwnych urządzeń rufowego członu, bezludnego i odciętego od reszty kadłuba potrójnymi grodziami. Gąsienicowy moloch wskroś i wzdłuż przeszywały tunele komunikacyjne, istna sieć podziemna walcowato rozciągłego miasta. W jego mięśniach spoczywała pamięć wędrówek w korytarzach ciasnych, owalnych w przekroju lub krągłych jak studnie, w których przychodziło płynąć w nieważkości, od czasu do czasu pomagając sobie lekkim pchnięciem, aby uczynić właściwy zwrot przy skręcie, a w towarowcach do ładowni można się było dostać i prościej, szybem klimatyzacyjnego przedmuchu, wystarczyło włączyć sprężarkę i mknęło się w szumie niemal prawdziwego wiatru, a nogi zawieszone w powietrzu zdawały się niepotrzebnym szczątkowym narządem, z którym nie wiadomo, co robić.

Prawie żałował bezgrawitacji, którą tak nieraz klął przy byle naprawie, bo prawa Newtona dawały o sobie znać i wystarczyło uderzyć młotkiem bez porządnego uchwytu drugą ręką, by polecieć po wypadkowej, robiąc zabawne tylko dla innych koziołki.Windy, właściwie bezkołowe obłe kabiny z oknami tak wygiętymi, że widziało się w nich własne zniekształcone skurczeniem odbicie, poruszały się bezszelestnie, podając liczby mijanych sektorów i mrugając na właściwym przystanku.

Korytarz miał zarazem szorstką i poduszkowatą wyściółkę podłogi, za rogiem znikł właśnie podobny do żółwia odkurzacz, a on szedł wzdłuż szeregu drzwi, lekko wypuklonych jak ściana, o wysokich progach okutych miedzią, bo to pewno spodobało się jakiemuś architektowi wnętrz. Trudno było wymyślić inną przyczynę. Stanął przed kajutą Laugera, straciwszy naraz pewność siebie. Wciąż nie potrafił stać się jednym z ludzi statku. Ich życzliwość w mesie, skwapliwość, z jaką raz jedni, raz inni prosili go do swego stołu, zdawała mu się przesadna, jakby chcieli udawać, że naprawdę jest jednym z nich — i tylko na razie jakoś nie przydzielono mu żadnego stanowiska. Wprawdzie rozmawiał z Laugerem, a ten zapewnił go, że może przyjść, kiedy zechce, ale i to zamiast go napełnić ufnością, jakoś nastroszyło. W końcu Lauger nie był byle kim, pierwszy fizyk, i nie tylko na „Eurydyce”. Nigdy nie sądził, że mogą go opaść wątpliwości, jak należy się zachować wobec kogokolwiek, savoir-vivre — to słowo miało tu posmak słowa „flirť’ w podziemiach piramidy. Drzwi bez klamki, starczyło dotknąć ich opuszkami palców — otwarły się tak szybko, że omal cofnął się jak dzikus przed autem. Obszerne wnętrze uderzyło go nieporządkiem. Wśród stosów taśm, płyt, papierów, atlasów wznosiło się wielkie biurko, wygięte blatem w półpierścień, z obrotowym siedzeniem w środku, za nim na ścianie prostokątna czerń z błądzącymi świetlikami iskier. Po obu stronach tej rozmrowionej tablicy wisiały na podświetlaczach wielkie fotografie mgławic spiralnych, a dalej wypuklały się pionowe, słupiaste cylindry, częściowo pootwierane, pełne przegródek z dyskami procesorów. W lewym kącie olbrzymiał skośnie czworogranny aparat z podczepionym krzesełkiem, wbity wylotem w strop, a ze szczeliny pod binokularami drobnymi skokami spływała taśma z jakimś wykresem, gromadząca się już zwojami na podłodze. Okrywał ją stary perski dywan z zatartym hieroglificznym wzorem. Ten dywan oszołomił go do reszty. Kolumniasty cylinder znikł, tworząc wejście do następnego pomieszczenia. Stał w nim Lauger, w płóciennych spodniach i swetrze, z nie ostrzyżoną od dawna głową, i uśmiechał się do niego porozumiewawczo i niewinnie. Miał twarz mięsistą, jakby przedwcześnie postarzałego dziecka, i tak niepodobną do twórcy wysokich abstrakcji, jak Einstein, kiedy jeszcze pracował w jakimś urzędzie.

— Dzień dobry... — powiedział przybyły.

— Chodź, kolego, chodź. Dobrze przyszedłeś: za jednym zamachem wejdziesz w fizykę i w metafizykę...

I wyjaśniająco dodał:

— Jest u mnie ojciec Arago.

Wszedł za Laugerem do drugiej kajuty, mniejszej, z zakrytą koją, kilkoma fotelikami wokół stołu, na którym dominikanin rozpatrywał przez lupę jakieś plany, a może komputerową mapę planetarną, bo biegły po niej równoleżniki.

Arago wysunął fotel koło siebie. Usiedli we trzech.

— To Marek — ojciec go zna? — spytał Lauger, i nie dając mu dojść do słowa, ciągnął:

— Domyślam się pana kłopotów, panie Marku. Trudno dogadać się z duchem w maszynie.

— Maszyna jest bezwinna — zauważył dominikanin z wyczuwalną ironią w głosie. — Gada to, co w nią włożono.

— To znaczy — co włożyliście — poprawił go przekornie uśmiechnięty fizyk. — Nie ma zgody w teoriach, ale też nigdy jej nie było. Chodzi o los nadokiennych cywilizacji — dorzucił wyjaśnienie dla nowego gościa. — Ale skoro wszedł pan w nasz spór, streszczę początek. Pan już wie, że dawne pojęcia o ETI* zdążyły się zmienić. Jeśli jest nawet milion cywilizacji w Galaktyce, ich trwanie podlega takiemu rozrzutowi czasowemu, że nie można się najpierw porozumieć z gospodarzem planety, a potem go odwiedzić. Cywilizacje trudniej łapać niż jednodniówki. Dlatego nie szukamy motyla, tylko poczwarki. Wie pan, co to jest okno kontaktu?

— Wiem.

— No właśnie! Przesiawszy ze dwieście milionów gwiazd, wykryliśmy jedenaście milionów kandydatek. Większość ma albo planety martwe, albo pod oknem, albo nad oknem. Wyobraź sobie — przeszedł niespodzianie na ty — żeś się zakochał w portrecie szesnastoletniego dziewczęcia i ruszasz w zaloty. Podróż niestety musi trwać pięćdziesiąt lat. Staniesz przed staruszką lub nieboszczką. Jeżeli poczniesz słać oświadczyny pocztą, sam się zestarzejesz, nim otrzymasz pierwszą odpowiedź. To jest in nuce pierwotna koncepcja CETI. Nie można rozmawiać z wielowiekowymi interwałami.

— Więc lecimy do poczwarki? — spytał. Od niejakiego czasu nazywano go Markiem, a teraz nie wiedzieć czemu przemknęło mu przez myśl, czy nie wyszło to od zakonnika, który, jak on, był i nie był członkiem załogi.

— Nie wiadomo, do czego — zauważył Arago. Lauger zdawał się zadowolony z tych słów.

— Zapewne. Życiodajne planety rozpoznajemy podług składu atmosfer. Ich katalog liczy wiele tysięcy w naszej Galaktyce. Odsialiśmy prawie trzydzieści budzących nadzieję.

— Rozumu?

— Rozum jest w pieluszkach niewidzialny. Kiedy dojrzeje, wylatuje z okna. Trzeba go dopaść wcześniej. Skąd wiemy, że nasz cel wart jest fatygi? To Kwinta, piąta planeta Dzety Harpii. Mamy szereg danych.

— In dubio pro reo — powiedział dominikanin.

— A kto jest wedle ojca oskarżonym? — spytał Lauger, znów nie dał mu odpowiedzieć i kontynuował:

— Pierwszym kosmicznym symptomem rozumu jest radio. Grubo przed radioastronomią. No, nie bardzo grubo — koło stu lat. Planetę z nadajnikami można wykryć, kiedy ich łączna moc przejdzie w gigawaty. Kwinta emituje w zakresie krótkim i ultrakrótkim mniej niż jej Słońce — jak na martwą planetę, fenomenalnie dużo. Jak na zelektronizowaną — średnio, bo tkwi pod poziomem szumów słonecznych. Ale coś tam jest, coś radiowego, podprogowego. Mamy na to dowody.

— Poszlaki — skorygował go znów apostolski wysłannik.

— Nawet mniej — jedną poszlakę — zgodził się Lauger. — Ale co ważniejsze, na Kwincie obserwowano punktowe błyski elektromagnetyczne i jeden został zarejestrowany w całej emisji przez spektroskop orbiterów znad Marsa. Te dwa orbitery kosztowały Ziemię sporo: naszą ekspedycję.

— Bomby atomowe? — spytał człowiek pogodzony już z imieniem Marek.

— Nie. Raczej wstęp do inżynierii planetarnej, bo były termojądrowe, czyste. Gdyby na Kwincie szły rzeczy ziemskim biegiem, zaczęłoby się od uranidów. Co więcej, te błyski zjawiły się tylko wewnątrz polarnego kręgu. Czyli na tamtejszej Antarktydzie albo Arktyce. W ten sposób można topić lądolód. Ale nie w tym się różnimy — spojrzał na dominikanina. — Chodzi o to, czy przybyciem możemy wyrządzić tam szkodę. Ojciec Arago uważa, że tak. Jestem podobnego zdania...

— Więc gdzie różnica?

— Uważam, że gra jest warta świeczki. Poznawanie świata bez szkód nie jest możliwe.

Zaczynał pojmować sens kontrowersji. Zapomniał, kim jest. Wrócił mu dawny animusz.

— Ksiądz... to jest — ojciec, leci z nami — wbrew swoim przekonaniom? — zwrócił się wprost do duchownego.

— Naturalnie — odparł Arago. — Kościół należał do przeciwników wyprawy. Tak zwany kontakt może się stać darem Danaów. Otwarciem szkatułki Pandory.

 

Stanisław Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999, str. 120-124