UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 3.67 (3 Votes)

Ulica wrzała. Łoskot nadziemnych pociągów, klaksony aut, grzechot rozpędzonych trolejbusów, dzwonki sygnałów i potężny gwar ludzkich głosów kipiały w granatowym powietrzu, poprzerzynanym na strzępy ciemności snopami świateł wszystkich barw i odcieni. Tłumy przelewały się na kształt węży bez końca, wypełniając szczelnie chodniki, jaskrawiejąc w kwadratach świateł okien wystawowych i zapadając w półmrok domów. Świeżo zwilżony asfalt syczał pod setkami opon samochodowych. Oślizłe czarne i srebrne cielska długich maszyn migały jedne za drugimi.

Szedłem wtłoczony w tłum, stanowiąc jego cząstkę nierozdzielną, bez celu i myśli, dając się unosić jak korek fali.

Ulica dyszała, mruczała i huczała, oblewały mnie potoki świateł i smugi ciężkich woni perfum kobiecych, czasem owiewał ostry dym południowych papierosów, czasem słodkawy, duszący opiumowanych cygar. Po fasadach domów wspinały się w obłąkańczym tempie neonowe litery gasnących i zapalających się reklam, tryskały fontanny świateł, migotały szaleńcze wypryski rac i ogni sztucznych, opadając ostatnim błyskiem na głowy tłumu.

Szedłem pod olbrzymie, rozjarzone rzęsiście portale, pod ciemne sklepy, pod wyniosłe kolumny jakichś gmachów nieznanych, wbity w ruchliwą, wielojęzyczną, ani na chwilę nie zamilkającą masę ludzi, a jednak samotniejszy niż na wyspie bezludnej. Dłoń machinalnie pobrzękiwała w kieszeni dwiema pięciocentowymi monetami, które stanowiły cały mój majątek.

Na skrzyżowaniu trzech wielkich ulic, których kamienne paszcze wyciągały się w dal szyjami malejącymi w perspektywie, a upstrzonymi regularnym kręgosłupem-mozaiką lamp, oddzieliłem się od tłumu i stanąłem na krawężniku.

Tłumy przepełzały przez jezdnię jakby wyrzucane z jakiejś gigantycznej śluzy, zależnie od koloru zapalających się świateł. Na zmianę z nimi huczały, wyły, mruczały motory wielkich aut, gwiżdżąc od czasu do czasu rozdzierająco hamulcami. Przebiegający kolporter wetknął mi do ręki jakąś niepotrzebną gazetę, którą kupiłem, żeby się od niego odczepić, wsadziłem ją za mankiet rękawa i patrzyłem dalej.

Tłum był właściwie coraz to inny, ale zawsze taki sam. Ulica wciąż tętniła w dwie przeciwne strony, przepuszczając przez swój asfaltowy przełyk porcje ludzkiej masy, jakby chewing gum, na zmianę z błyszczącym żelastwem samochodów.

Z cienkiej smugi jezdni zjechał nagle ogromny, lśniący cień i z cichutkim syczeniem opon zatrzymał się tuż przede mną. Był to olbrzymi buick, którego lewa przednia szyba opuściła się i z wnętrza rozległ się głos:

— Jaka to gazeta?

Równocześnie dłoń, odziana w ciężką rękawicę szoferską, wskazała na biały skrawek papieru wystający zza mego rękawa.

Pytanie to, sposób jego zadania, treść były oczywiście wysoce dziwne, ale życie nauczyło mnie nie dziwić się niczemu, zwłaszcza w wielkiej metropolii. Odpowiedziałem, wyciągając gazetę (gdyż sam nie znałem jej tytułu):

— „New York Times”.

— A którego mamy dzisiaj? Jaki dzień? — spytał ten sam głos. Głupia ta zabawa znudziła mi się.

— Piątek! — odpaliłem na odczepne.

W tej samej chwili drzwi auta odskoczyły i głos powiedział:

— Proszę wsiadać.

Zrobiłem ruch, jakbym chciał się cofnąć.

Go on! — rozległy się wyrazy wypowiedziane z taką siłą, że mimo woli usłuchałem.

Nie wiem, jak opadłem na miękkie poduszki — gdy drzwi trzasły i zaraz, jak w gangsterskich filmach, motor już ciągnął. Światła ulicy zadrgały, wyciągnęły się w pulsujące smugi — pomknęliśmy prostą.

Rozejrzałem się w aucie. Wnętrze było ciemne. Siedziałem sam na tylnym miejscu. Przede mną, na tle niewyraźnie oświetlonej deski rozdzielczej i przedniej szyby, widniały dwie bardzo podobne barczyste sylwetki męskie: kierowcy i jego towarzysza. Począłem się zastanawiać. Umysł mój był wprawdzie nieco nadwerężony dwudniowym przymusowym niedojadaniem, ale pracował dość sprawnie. Głód ten spowodował raczej pewną lekkość nadzwyczajnych decyzji i wysoką obojętność na zdarzenia zewnętrzne. Ale teraz — cóż się teraz właściwie działo? Maszyna wyjechała widocznie na jakieś wolniejsze ulice, gdyż motor zaczął pracować z tym charakterystycznym wysokim, śpiewnym tonem, z jakim ciągną wysokoobrotowe kompresory na pełnym gazie. Nagle, ostry skręt — hamulce, uderzone nagle, zaświszczały — wóz podskoczył kilka razy, zapadł się miękko na jakiejś jamie i stanął.

 

Stanisław Lem, Człowiek z Marsa, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004, str. 5-7