UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 5.00 (1 Vote)

Stanisław Barańczak

"Nurt" nr 8, 1972

W wypadku Lema neologizm określonego typu stanowi zawsze model całego świata przedstawianego w utworze i nawet ideologii tego utworu. Tak jest i tym razem. Obydwa zjawiska, które cechują kontaminanację anachroniczną — kontrastowość "historyczna" zestawianych członów i ich ścisłe "zazębienie" wzajemne — są w "Bajkach" a zwłaszcza w "Cyberiadzie" wiernym odwzorowaniem tego wszystkiego, co "dzieje się" na wyższych poziomach struktury utworu.

Słowo ma wszelkie właściwości dzieła, pisał kilkadziesiąt lat temu A. Potiebnia. W "formie wewnętrznej" pojedynczego słowa dadzą się dostrzec w skondensowanej formie zjawiska i procesy, które w odpowiednio zwielokrotnionych i uszczegółowionych postaciach objawiają się na wyższych "poziomach" tekstu: w sferze stylu, kompozycji, ideologii nawet. Rzecz jasna, teza Potiebni jest — jak pisano o tym wielokrotnie — skrajna i nie zawsze sprawdzalna. Istnieją wszelako takie wypowiedzi literackie, w których "forma wewnętrzna" słowa — nie każdego oczywiście: raczej pewnej klasy słów wyraziście się wyodrębniających i powtarzanych szczególnie często — istotnie staje się czymś w rodzaju miniaturowego modelu całego dzieła, włącznie z jego najbardziej rozległymi perspektywami filozoficznymi. Przypomnijmy sobie choćby Leśmiana z jego ni to archaizmami ni to neologizmami, łączącymi to, co przeszłe, i to, co przyszłe — a z drugiej strony obecną w tej poezji bergsonowską koncepcję czasu jako trwania; Tuwimowski "Bal w Operze", gdzie słowo celowo "amputowane" (jak choćby słynne "IDEOLO") jest znakiem streszczającym w sobie krytykę zdeprawowanego języka i myślenia; przypomnijmy sobie Peipera, Przybosia, Białoszewskiego...

Ale przecież nie tylko w poezji "forma wewnętrzna" słowa może odgrywać tak zasadniczą rolę. Cała ta niezwykle obszerna dziedzina prozy, jaką jest science-fiction w najróżniejszych swoich odmianach i realizacjach, stoi również pod znakiem dominacji pewnego typu słowa, szczególnie tutaj częstego i szczególnie ważnego. Łatwo się domyślić, że chodzi o neologizm. Fantastyka naukowa nie może się bez neologizmu obejść; jest to środek stylistyczny (leksykalny i zarazem słowotwórczy), który dla tej dziedziny literatury jest koniecznością. Przyczyna tego stanu rzeczy jest jasna dla każdego chyba czytelnika: neologizm to wynik swoistego zapotrzebowania ze strony rzeczywistości ukazywanej w utworze. Świat w dziele fantastyki naukowej to świat przyszłości, świat nowy, złożony z elementów, których powstanie czy wytworzenie pisarz może jedynie hipotetycznie "planować". Wszystkie te nowe elementy świata domagają się nazwy. Przekształcenia semantyczne — polegające na zmianie treści nazwy przy wykorzystaniu jej dotychczasowego językowego kształtu — nie załatwią oczywiście wszystkiego: podstawowym wyjściem staje się więc tworzenie neologizmów, nowych nazw dla nowych przedmiotów czy zjawisk. Oczywiście, nazwy te nie zawsze są — a nawet najczęściej nie są — całkowicie nowe, dotąd nie spotykane, nie dające się rozszyfrować.

Subtelnych rozróżnień w tym zakresie dokonał polski badacz problemów science-fiction, Ryszard Handke1. Wskazał on, że stopień czytelności neologizmu w rękach pisarza może się stać narzędziem, kształtującym charakter świata przedstawionego i wiedzy, jaką o tym świecie ma z jednej strony narrator, z drugiej — my, czytelnicy. Jeśli autor traktuje świat przyszłości jako zwykłe "przedłużenie" naszego świata, różniące się od niego tylko wyższym stopniem technicznego rozwoju, ale poza tym całkowicie zrozumiałe i racjonalnie skonstruowane — przekonanie to odzwierciedlają neologizmy całkowicie "czytelne", złożone z elementów na pierwszy rzut oka rozpoznawalnych. Co innego natomiast, jeśli powieść science-fiction oparta jest na założeniu, że i narrator i czytelnicy dostają się w świat zaskakująco nowy i obcy, którego praw ogólnych i szczegółowych urządzeń nie są w stanie w ramach swojej wiedzy rozszyfrować i zrozumieć. Znanym przykładem takiej sytuacji jest "Powrót z gwiazd" Stanisława Lema. Bohater-narrator wraca tu, jak pamiętamy, na Ziemię z lotu międzygwiezdnego, który w jego czasie biologicznym trwał lat parędziesiąt: na Ziemi upłynęło tymczasem stulecie z górą. Oczywiste jest, że bohater styka się po powrocie ze światem całkowicie dlań nowym i obcym; ale styka się również z językiem pełnym niezrozumiałych dla niego nazw. Co więcej, nazwy te są neologizmami niezrozumiałymi również dla czytelnika. Przynajmniej niektóre. Przyjrzyjmy się pierwszej z brzegu sytuacji; bohater. próbuje zorientować się w nieznanym otoczeniu:

— Na polidukcie — powiedział mężczyzna. — Jaki ma pan styk?
Nic nie zrozumiałem.
— Czy... jesteśmy jeszcze na dworcu?
— Oczywiście... — odparł z pewnym ociąganiem.
— A... gdzie jest Wewnętrzny Krąg?
— Już go pan stracił. Musi pan dublować.
— Lepszy będzie rast z Meridu — wtrąciła kobieta. (...)
— Rast?... — powtórzyłem bezradnie. 2

Zauważmy, że występujące w tym krótkim fragmencie neologizmy reprezentują trzy różne klasy. Są tu przekształcenia semantyczne, a więc wyrazy w zasadzie znane — "styk", "dublować" — które jednak, jak się domyślamy, dla rozmówców bohatera mają bardziej określone znaczenie niż dla niego i dla nas. Mamy tu również typowy dla większości utworów science-fiction neologizm "czytelny": ów "polidukt", którego grecko-łaciński źródłosłów łatwo daje się roszyfrować. Ale największy kłopot sprawia "rast", wobec którego czytelnik, podobnie jak bohater, staje bezradny: neologizm ten nie dosyć, że nie odsyła nas do określonego źródłosłowu, to na dodatek jest całkowicie "nieprzejrzysty" w swojej słowotwórczej budowie. Pół biedy jeszcze, kiedy — jak w tym wypadku właśnie — chodzi po prostu o pewne przedmioty czy techniczne urządzenia, które bohater może sobie obejrzeć i tą drogą poznać desygnat tajemniczej nazwy. Gorzej, jeśli niezrozumiały neologizm określa jakieś zjawisko społeczne, które w dodatku nie mieści się w systemie pojęć bohatera: tak jest z "betryzacją", której znaczenie objawia się dopiero w trakcie dłuższego wywodu jednej z powieściowych postaci.

Mimo wszystko jednak również i ten typ neologizmu, który ilustrowałem przykładami z "Powrotu z gwiazd", jest dla science-fiction czymś powszechnym. Toteż bezsprzecznie oryginalnych wynalazków Lema należy szukać nie tutaj, ale w jego utworach całkiem innego rodzaju. Chciałbym wziąć tu za przykład dziedzinę twórczości Lema określaną najczęściej jako "groteskową", a reprezentowaną najdoskonalej przez "Bajki robotów" i "Cyberiadę" 3 .

W pewnym sensie utwory te opierają się na sytuacji dokładnie przeciwstawnej wobec tej, od jakiej wychodził "Powrót z gwiazd". Przede wszystkim: nie ma tu postaci intruza, kogoś z zewnątrz, przybysza z innego świata, dla którego świat przedstawiony w utworze byłby obcy i niezrozumiały. Akcja "Bajek robotów" i "Cyberiady" toczy się w świecie rządzonym i zamieszkałym wyłącznie przez roboty, które przed wiekami — jak można się domyślać na podstawie licznych wzmianek — wyparły całkowicie ród "bladawców" — ludzi. Świat przedstawiony w tych utworach jest więc doskonale znany bohaterom. Więcej — jest znany również narratorowi, który, jak znowu z licznych wzmianek można wywnioskować, jest również robotem, a w każdym razie reprezentuje "roboci" punkt widzenia. Z czytelnikiem natomiast rzecz się komplikuje. Teoretycznie świat ten powinien mu przecież — jako "bladawcowi" — być całkowicie obcy. Można sobie wyobrazić powieść fantastyczno-naukową osadzoną w społeczeństwie robotów, która ukazywałaby to społeczeństwo czytelnikowi właśnie w kategoriach niepokojącej zagadki: i takie zresztą wyjście science-fiction najczęściej wybiera. Lem postępuje natomiast w sposób swoiście paradoksalny: świat robotów jest oparty na zasadach, w których natychmiast odnajdujemy dokładne odbicie zasad rządzących światem ludzkim. Jeśli ktoś nieuprzedzony zacznie czytać "Cyberiadę", z pewnością dopiero po dłuższym czasie zorientuje się, że Trurl i Klapacjusz wraz z innymi bohaterami to roboty, a nie "ludzcy" przedstawiciele świata baśni czy heroikomicznego eposu.

Mieliśmy jednak mówić o neologizmach. Otóż w nich właśnie — a przynajmniej w pewnej ich grupie, która dla ,,Bajek" i "Cyberiady" jest najbardziej znacząca i charakterystyczna — można dostrzec skondensowany model owego paradoksalnego, ludzko-robociego świata. Zaludniają ten świat "elektrycerze", ujeżdżający na "cyberkoniach" i strzelający z "cybermat"; rządzą tu "cybernatorzy" a poezje pisują "elektrybałci", wychoiwaniem zajmują się "cybernerzy" i "cybernantki", gusłami — "cyberownice", a tańczeniem na "cyborgiach" — oczywiście "cybajadery"; świat zwierzęcy tworzą "cybernardyny" i "robosły" (obdarzane, rzecz jasna, "elektryczącym" głosem); z "elektrajów" sfruwają ,"cyberchanioły"; w wolnych chwilach grywa się tu w "cybergaja" lub tańcuje "cyberka", chyba że kogoś łupie "cybermatyzm"; nie brak nawet niepokojów społecznych w postaci rosnącej armii "bezrobotów". Jak widać, wszystkie te neologizmy — jest ich w "Bajkach" i "Cyberiadzie" znacznie więcej — różnią się kilkoma istotnymi cechami od typowego neologizmu literatury fantastyczno-naukowej. Zwraca mianowicie uwagę przede wszystkim treść wyrazów, które stanowią źródło słów dla neologizmu, a mówiąc ściślej — problem pola semantycznego, z którego te źródłosłowy się wywodzą; po drugie zaś, istotny jest tu również problem operacji słowotwórczej, dzięki której powstaje neologizm. Biorąc obie te sprawy pod uwagę, proponowałbym określić neologizmy w rodzaju przed chwilą cytowanych nieco dokładniejszym mianem kontaminacji anachronicznej.

Co to określenie oznacza? Zwróćmy przede wszystkim uwagę, że wszystkie bez wyjątku wymieniane neologizmy polegają ma zetknięciu ze sobą dwu wyrazów, czy nawet — fragmentów (ale fragmentów łatwo rozpoznawalnych) dwu wyrazów. Nie są to jednak wyrazy jednorodne pod względem przynależności do określonych pól semantycznych, tak jak to się zazwyczaj dzieje w typowych neologizmach "poważnej" literatury fantastyczno-naukowej, a więc w zestawieniach takich jak "aeromobil", "mechanoautomat" czy "pulsomotor" (wszystkie przykłady z utworów Lema), gdzie oba człony wywodzą się z kręgu pojęć, najogólniej mówiąc, technicznych. W wypadku "Bajek" i "Cyberiady" mamy właśnie, na odwrót, tendencję do kontrastowego zestawiania wyrazów z dwu całkowicie różnych pól semantycznych, i to różnych przede wszystkim pod względem nacechowania historycznego. W tym sensie powiedzieliśmy, że zestawienia takie mają charakter świadomie anachroniczny. Jedna ich część odwołuje się z reguły do kręgu pojęć "techniczno-cybernetycznych" (rdzenie typu "cyber-", "elektr-", "robot-", "automat-", "-tron" — jak w wyrazie "cyklotron" — itp.), druga natomiast — do kręgu semantycznego bądź to "historycznej przeszłości" ("rycerze", "rybałci", "guwernerzy"), bądź "baśni" ("czarownica" itp.), bądź wreszcie najogólniej "świata istot żywych" (który przecież dla świata robotów jest też przeszłością!).

Ale powiedzieliśmy również, że to anachroniczne zestawienie ma charakter tzw. kontaminacji. Oznaczałoby to, że w zasadzie nie mamy tu do czynienia ze zwyczajnym złożeniem słowotwórczym, w którym dwa wyrazy zostają po prostu zetknięte ze sobą4: u Lema proces łączenia dwu kontrastujących jednostek słownych posuwa się dalej, w kierunku ich częściowego nakładania na siebie czy zazębiania ze sobą. Jest to w każdym razie tendencja bardzo wyrazista, która realizuje się zawsze, ilekroć jest po temu okazja. Zamiast powiedzieć "elektrorycerz" (jak uczyniłby prawdopodobnie każdy inny autor science-fiction), Lem pisze właśnie "elektrycerz", zazębiając ze sobą dwa pnie słowotwórcze występującą w obydwu głoską ("elektRycerz"). Kontaminacja jest, można by rzec, tym bardziej smakowita i udana, im obszerniejsza jest przestrzeń głoskowa, na której obydwa pnie zazębiają się ze sobą: z tego punktu widzenia należałaby wyróżnić np. "cyBERNatora", "cybERNEra", "intELEKTryka" czy "ród mATRYCjuszowski" (skojarzenie "matrycy" z "patrycjuszami" przy jednoczesnym humorystycznym odesłaniu do dalszego łacińskiego źródłosłowu "mater — pater"). Oczywiście, kontaminacja ma nad zwykłym złożeniem tę przewagę, że może szczególnie łatwo — zwłaszcza wtedy, gdy jednoczy dwa wyrazy tak bardzo kontrastujące swą historyczną przynależnością — wywoływać efekty komiczne. Ale chyba nie tylko o to tu chodzi.

Mówiliśmy już bowiem parokrotnie, że przynajmniej w wypadku Lema neologizm określonego typu stanowi zawsze model całego świata przedstawianego w utworze i nawet ideologii tego utworu. Tak jest i tym razem. Obydwa zjawiska, które cechują kontaminanację anachroniczną — kontrastowość "historyczna" zestawianych członów i ich ścisłe "zazębienie" wzajemne — są w "Bajkach" a zwłaszcza w "Cyberiadzie" wiernym odwzorowaniem tego wszystkiego, co "dzieje się" na wyższych poziomach struktury utworu. W płaszczyźnie stylu szerzej pojętego (nie tylko jako zespół zabiegów słowotwórczych) mamy w "Cyberiadzie" kontrastowe zestawienie stylizacji baśniowej ze stylizacją naukowo-techniczną, o czym pisał obszernie niemal każdy badacz czy krytyk, który tym utworem się zajmował. Nie zwrócono jednak dostatecznie uwagi na fakt, że to konfrontowanie dwu skrajnie różnych stylizacji nie polega na ich prostym zestawieniu obok siebie, ale raczej na ich kantaminancyjnym skrzyżowaniu czy przemieszaniu. Inaczej mówiąc, osobliwość stylistyczna "Cyberiady" polega nie na tym, że raz mówi się tu językiem baśniowym a innym razem — astronautyczno-cybernetycznym, ale że obie te stylizacje są jak gdyby wtopione jedna w drugą, jak choćby w pierwszych zdaniach baśni "O królewiczu Ferrycym i królewnie Krystali":

Król Panceryk miał córkę, której piękno przewyższało blask klejnotów koronnych; ognie, odbijające się od jej lic lustrzanych, zaćmiewały umysł i oczy, a kiedy przechodziła, to nawet ze zwyczajnego żelaza sypały się iskry elektryczne; wieść o niej sięgała najdalszych gwiazd. Usłyszał o niej Ferrycy, następca tronu jonidzkiego, i zapragnął połączyć się z nią na wieki, tak aby ich wejść i wyjść nic już nie mogło rozdzielić.

Zauważmy, że schemat składniowy zacytowanych zdań odwołuje się do typowych schematów baśniowych, wypełniony jest jednak nietypowymi — bo odwołującymi się z kolei do realiów świata robociego — elementami (jak choćby owe kapitalne "wejścia i wyjścia" cybernetyczne). Zasada anachronicznej kontaminacji obejmuje — jeśli iść ku coraz wyższym "poziomom" — również sprawę gatumku literackiego; w tej dziedzinie mamy do czynienia z kontrastowym zetknięciem i skrzyżowaniem gatunków tak różnych jak z jednej strony science-fiction, a z drugiej — wspomniana baśń przede wszystkim, ale również staropolska gawęda, wolteriańska powiastka filozoficzna czy nawet epos (już sam tytuł "Cyberiada" wskazuje właśnie na skrzyżowanie science-fiction z eposem w rodzaju "Iliady"5 : w praktyce pojawiają się oczywiście raczej odwołania do eposu heroikomicznego). Wreszcie sam świat przedstawiony w "Cyberiadzie" zorganizowany jest na zasadzie anachronicznej kontaminacji: jest to z pozoru świat robotów, oparty jednak wyraźnie na zasadach społeczeństwa ludzkiego i to z wczesnej, feudalnej fazy jego rozwoju! Mechaniczna doskonałość, jakiej można by się spodziewać po cybernetycznie zorganizowanych istotach, przeradza się właśnie w czysto ludzką ułomność...

I stąd również pewne wnioski natury ideologicznej, jakie lektura "Bajek robotów" i "Cyberiady" musi za isobą nieuchronnie pociągnąć. Niespodziewanie odkrywamy w tych utworach Lema koncepcję czasu kolistego, wręcz przeciwną progresywistycznej koncepcji leżącej u podstaw np. "Obłoku Magellana". Dzieje świata zmierzają nie ku postępowi, ale obracają się wciąż w tym samym kole, każdy następny etap, choć z pozoru doskonalszy od poprzednich, reprodukuje tylko pewien utrwalony prawzór, niepomny na błędy i gorzkie doświadczenia antenatów. Jak pisze Grochowiak, "Cyberiada jest bezlitosną (...) rozprawą z dogmatami scjentycznej religii: z łaską uświęcającą naukowego poznania, z krainą wiecznej szczęśliwości w opanowanym kosmosie6 . Wbrew pozorom, jest to wizja głęboko optymistyczna, gdyż — przy całej niechęci do antropocentryzmu — broni wartości humanistycznych. Człowiek pozostaje sobą nawet w przebraniu robota: nasz świat jest może nie najlepszym, ale najtrwalszym ze światów.

STANISŁAW BARAŃCZAK

 



PRZYPISY
1. Handke, Polska proza fantastyczno-naukowa. Problemy poetyki. Wrocław 1969.
2. S. Lem, Powrót z gwiazd. Wyd. III. Kraków 1970, s. 12.
3. Posługuję się zbiorowym wydaniem obu tych utworów w jednym tomie: Cyberiada. Kraków 1967.
4. W tym sensie polemizowałbym z klasyfikacją Handkego, który zalicza tego rodzaju twory do złożeń (op. cit., s. 114).
5. Skojarzenie z wyrazem "ariada" (rodzaj rozrywki umysłowej), które nasunęło się M. Marcjan (Z problematyki wzorca i jego parodii. Na marginesie twórczości Stanisława Lema. W ks. zb.: Tradycja i nowoczesność. Wrocław 1971), wydaje się raczej nieistotne.
6. S. Grochowiak, Jaki śmieszny Lem!. "Kultura" 1965 nr 39.