UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

    „Spośród książek dyskursywnych zadowolony jestem wyłącznie z Summy technologiae. Nie znaczy to, że nie można jej zmienić, ale że jeśli się nie musi, to nie należy tego czynić. Ona żyje i przetrwała. Filozofię przypadku należałoby w dużym stopniu przepracować, gdyż zupełnie niewłaściwie zostały w niej odważone punkty ciężkości. [...] Jeśli zaś chodzi o Fantastykę i futurologię, jest to morze papieru poświęcone próbom uzdrawiania nieuleczalnie chorego bądź — żeby użyć innego porównania — wyciąganie klinicznego imbecyla z totalnego skretynienia” — powiedział Lem w rozmowach ze Stanisławem Beresiem.

    Spośród jego wielkich esejów Summa technologiae wysuwa się istotnie po latach na czołowe miejsce, usuwając nieco w cień inne podobne książki. Nie dlatego może, by tamte były mniej od niej ciekawe, ale dlatego, że Summa najlepiej jako wywód jest „domknięta”, dotyczy spraw, których upływ czasu nie przedawnił, doczekała się też najbardziej ekscytujących spełnień w rzeczywistości ludzkiej kultury i techniki. Nic dziwnego: Dialogi zanurzone są po części w abstrakcji filozoficznego wywodu, po części w aktualnych w dobie komunizmu kwestiach politycznych. Fantastyka i futurologia roztrząsa problemy literatury science fiction i jej — nieprawych najczęściej — związków z nauką. Filozofia przypadku buduje „gmach światopoglądu”, poszukując struktur wspólnych ewolucji biologicznej, historii, kultury, twórczości artystycznej itd. Summa technologiae nieco inaczej: jeżeli „sumą” jest, czyli także „gmachem”, to na podobieństwo projektów futurystycznych budowli, tzn. stawia śmiałe hipotezy, wytycza drogi, którymi pójść ma, zdaniem autora, ludzka myśl techniczna i wynalazczość, a w ślad za nimi — silnie od nich uzależniona — kultura. Przy tym jednak — jak każdy gmach dobrze skonstruowany — ma Summa wyraźną oś konstrukcyjną, wspiera się na zespole niezwykle oryginalnych idei i trafnych prognoz, które zdążyły już sprawdzić się wielokrotnie w ciągu tych paru dziesięcioleci, jakie upłynęły od czasu napisania książki (1963).

    Summa od samego początku pomyślana była jako dzieło projektujące przyszłość i z tej przyczyny poddające się prędko i w sposób niejako automatyczny weryfikacji dokonywanej przez czas i rzeczywistą historię naukowych czy technologicznych odkryć. Stała się więc w jakimś sensie książką „w ruchu”, książką, która z samej swej istoty miała być stale przykładana do zmieniającego się wciąż stanu faktycznego, stale komentowana i uzupełniana przez autora, sprawdzającego trafność swych przewidywań. I tu przydarzyło się coś, o czym marzy skrycie każdy futurolog. Sformułowane u progu lat sześćdziesiątych idee Lema na temat dalszego rozwoju cywilizacji technicznej sprawdziły się nad podziw, co jest dla autora źródłem nie skrywanej dziś satysfakcji. Rzecz jasna, Summa nie jest owocem jasnowidzenia, są w niej więc obszary, na których prognozowanie okazało się bardziej fortunne, są też i takie, gdzie autor trafiał mniej celnie. Ważne jest co innego: że z niezwykłą przenikliwością przewidział ogólne kierunki ewolucji technologicznego instrumentarium cywilizacji, co też pozwoliło mu wyobrazić sobie korzyści i kłopoty, jakie stąd wynikną dla jednostek i społeczeństw przyszłości.

    Dlatego Summa — inaczej niż pozostałe książki eseistyczne Lema — doczekała się licznego potomstwa w postaci ukazujących się do dziś esejów kontynuujących jej myśli, przymierzających je do aktualnych informacji płynących już to z naukowych laboratoriów, już ze świata współczesnej cywilizacji. Tak właśnie uzupełniają Summę Tajemnica chińskiego pokoju, Bomba megabitowa i Okamgnienie, ale w jakimś węższym rozumieniu wszystko, co Lem ostatnio pisze, jest nawiązaniem do Summy jako pewnego projektu zwierzchniego, szkicu Całości, do którego muszą z konieczności odnosić się wszelkie cząstkowe obrazy dzisiejszego świata.

    Nadaje to Summie szczególny rys: książki projektującej nie tylko przyszłe losy cywilizacji, ale też biografię myślową autora, jej cechy indywidualne, odróżniające ją od innych charakterystycznych dla epoki intelektualnych życiorysów. Podobnie czytelnik, który — jak ja na przykład — czytał esej Lema w latach sześćdziesiątych, uformował swoją wizję rozwoju technologii i kultury ludzkiej pod wpływem tej książki. Pierwszy tekst, jaki o Lemie napisałem w roku 1968, to właśnie naiwnie entuzjastyczna recenzja drugiego wydania Summy, powstała na zamówienie rozgłośni radiowej działającej w krakowskim miasteczku studenckim. Dla czytelnika Summy z lat sześćdziesiątych w dalszych losach nauki i technologii do końca wieku nie było nic zaskakującego — raczej spełnienie oczekiwań podbudowanych autorytetem autora książki. Ciekawsze jest zakotwiczenie idei Summy w biografii intelektualnej samego Lema.

    Czytając wydane w 2000 roku Okamgnienie, natykamy się z pewnym zaskoczeniem parokrotnie na odwołanie do znanego z komunistycznych czasów zawołania o „doścignięciu i prześcignięciu”. Z tym że propagandyści z lat pięćdziesiątych mieli w tym miejscu na myśli gospodarkę krajów kapitalistycznych, podczas gdy Lem mówi o żartobliwej adaptacji hasła do kwestii „dościgania i prześcigania” biologii przez technologię. Coś więcej jest jednak na rzeczy. Stalinowska wizja historii ludzkości kładła nacisk na podporządkowywanie sobie przez człowieka sił natury, na kształtowanie jej podług ludzkiej woli. Wiemy dziś doskonale, jakimi klęskami ekologicznymi zaowocowała ta strategia, kierowana przez politycznie omnipotentnych niedouków. Żart Lema ma więc ukryte głębiej ostrze: oto „dościganie i prześciganie” da się istotnie pomyśleć, ale na inny całkiem sposób niż ten, który sobie wyimaginowali Trofim Łysenko i jego współpracownicy. Summa istotnie projektuje dościganie i prześciganie natury, ale nie tyle poprzez jej ubezwłasnowolnienie i wydanie bezbronnej w ręce „poprawiaczy”, ile raczej przez rozwijanie tkwiących w niej możliwości w drodze trudnego i pełnego pokory podpatrywania i naśladownictwa. Za nimi idzie podejmowane z rozwagą przekształcanie tych lub innych parametrów imitującego naturę urządzenia — tak by je przystosować do szczególnych wymagań, jakie mu się tu i teraz stawia, a jakich nie mogła przewidzieć biologiczna ewolucja.

    Dlaczego biologia spod znaku Łysenki nie miała żadnych szans na sukces w swoich próbach poddania sobie natury? Otóż dlatego, że odcięła się własnowolnie od dwóch najszybciej chyba rozwijających się dziedzin dwudziestowiecznej myśli ludzkiej: od nauki o przetwarzaniu informacji (cybernetykę popularny słownik filozoficzny z czasów stalinowskich nazywał „burżuazyjną pseudonauką”) oraz od genetyki, którą Łysenko zastąpił czymś w rodzaju obskuranckiego neolamarckizmu. Te właśnie dwa motory dwudziestowiecznego postępu w nauce Lem uczynił głównym ośrodkiem swego zainteresowania w Summie. Paradoks stanął więc być może u kolebki tej książki: niezgoda na polityczny nadzór nad nauką i lepsza tu niż gdzie indziej na świecie świadomość, w jaki zaścianek wpycha badania naukowe odepchnięcie i egzorcyzmowanie genetyki i cybernetyki, spowodowała zapewne większą od przeciętnej fascynację zakazanymi niedawno dziedzinami wiedzy i ich intronizację. Nie była to z pewnością motywacja jedyna: genetyka i cybernetyka idealnie trafiają w naukowe pasje Lema, który od najmłodszych lat interesował się, po pierwsze, związkami pomiędzy biologią i naukami ścisłymi, po drugie — i może przede wszystkim — dziedzinami wiedzy „pomostowymi”, pozwalającymi uzgadniać na jakimś wyższym poziomie abstrakcji wyniki badań nauk szczegółowych, tworzyć wspólne dla nich modele matematyczne i formuły znakowe.

    Pomysłem zapewniającym Summie sukces było więc zapewne zestawienie ewolucji biologicznej z procesami rozwoju technologii, na których opierał się cywilizacyjny postęp. Przyniosło to wielorakie korzyści: po pierwsze, technologiczna ewolucja zyskała bardzo interesujący kontekst i lustro, pozwalające mierzyć jej dynamikę innymi niż zazwyczaj kategoriami, jako proces niejako „obiektywny”, porównywalny ze zjawiskami zachodzącymi w naturze i będący swoistym uzupełnieniem czy kontynuacją ewolucji biologicznej. Po drugie, Lem przyjął założenie, iż wzorców przyszłościowych technik szukać należy w świecie przyrody, że ona właśnie winna być natchnieniem dla konstruktorów — jako twórczyni rozwiązań najbardziej efektywnych i sprawdzonych przez milionolecia. W „technologiach przyrody” zdumiewa i zachwyca nie tylko mikrominiaturyzacja połączona z najwyższą sprawnością, ale też samowystarczalność poszczególnych organizmów, ich zdolności samonaprawcze, umiejętność przystosowywania się do zmiennych warunków środowiskowych, działania na własną rękę i — last but not least — samopowielania się, czyli po prostu biologicznego rozrodu.

    Zwrot ku biologii ma w Summie technologiae dość zaskakujące uzasadnienie. Otóż swoistym aksjomatem ewolucjonistycznych teorii przyrody — wszystkich tych ujęć, które natchnienia szukały sobie jeszcze w Plotyńskiej hierarchii bytów — było przeświadczenie o tym, iż ewolucja równoznaczna jest zawsze z doskonaleniem wszystkich parametrów rozwijających się istot. Ten wzorzec nieustającego, jednokierunkowego rozwoju przeniesiony został w obszar kultury i technologii. Człowiek tedy miał być nie tylko istotą nieskończenie doskonalszą od ameby, ale także, co za tym idzie — zbrojny w swój intelekt i zdolności konstruktorskie, mógł podejmować zadanie „doskonalenia przyrody” na modłę Łysenki czy Miczurina. Idea, która patronuje Summie technologiae, nie jest, rzecz jasna, prostym odwróceniem ewolucjonistycznych aksjomatów, oznacza wszelako znaczącą ich modyfikację. W Paszkwilu na ewolucję, którym Lem zamyka najistotniejsze wątki swych rozważań, uderza dziś nie tyle krytyka pewnych rozwiązań, które przyjęła natura, ale odsłonięcie zaskakującego faktu, że w istocie najdoskonalsze spośród służących życiu urządzeń powstały najwcześniej, na etapie formowania się pierwszych komórek — z ich zadziwiającymi mechanizmami odżywiania się, samoregulacji i rozrodu. W porównaniu z takim miniaturowym cudem technologii, jakim jest pojedyncza komórka, człowiek — kombinacja kostno-mięśniowych dźwigni wyposażona w skomplikowany i mało efektywny system odżywiania — jest istotą w swym planie ogólnym dość prymitywną. To prawda, że odróżnia zasadniczo człowieka od ameby rozum, ale on właśnie zdaje się być nie tyle najwyższym wykwitem ewolucji, ile urządzeniem pozwalającym zrekompensować ludzkiej istocie niedostatki konstrukcyjne, a przy tym rozwiązaniem ewolucyjnie niekoniecznym, możliwym — jak w przypadku społeczeństw owadzich — do ominięcia i zastąpienia instynktem.

    Przejaskrawiam nieco to rozumowanie, choć — trzeba przyznać — z Paszkwilu na ewolucję urodziły się znacznie bardziej dogłębne rozważania w Golemie XIV, gdzie te pomysły zyskały rozwinięcie. W Summie technologiae ważne jest przede wszystkim rozdzielenie ewolucji biologicznej i ewolucji samego rozumu, odrzucenie przeświadczenia, że istnieje prosta i jednoznaczna zależność: „im więcej rozumu, tym więcej doskonałości konstrukcyjnej”. Otwiera to wrota do szerokiego wykorzystania w technice rozwiązań zapożyczanych od istot stojących na bardzo niskim szczeblu ewolucyjnej drabiny. Dla Lema będą to np. bakterie lub owady, a zatem organizmy żywe pozbawione wyższego intelektu, działające w oparciu o pewien zespół wykształconych w drodze ewolucji odruchów, które można byłoby — jak mniemał autor — modyfikować i wykorzystać do zaspokajania ludzkich potrzeb.

    Obraz ewolucji widzianej poprzez Summę technologiae ma więc dwa aspekty: z jednej strony zmieniają się w czasie, komplikują, rozkrzewiają w drzewo gatunków schematy konstrukcyjne żywych istot — i tam ewolucja raz pokonuje technologiczne bariery, tworząc rozwiązania rewelacyjne, przydatne przez milionolecia, innym razem jak gdyby się cofa lub obchodzi trudności, narażając się na krytykę z punktu widzenia „obiektywnej racjonalności”. Z drugiej strony jest u Lema ewolucja samego rozumu, który kształci się i rozwija niejako samopas, używając jako przejściowej siedziby ludzkich ciał, projektując już jednak dalsze swe mieszkania — w postaci stworzonych sztucznie maszyn myślących, a potem może i całych galaktyk. W ten sposób ewolucja fizyczna żywych istot — choć z ewolucją rozumu związana — tylko częściowo daje się na nią nałożyć, wykazując własną dynamikę i sobie tylko właściwe „interesy” (w postaci np. przechowywania i reprodukcji genetycznego kodu: koncepcję „samolubnego genu” Lem sformułował na kilka lat przed Dawkinsem). Z kolei interesy własne — odmienne od ludzkich — ma też sam rozum, traktowany przez Lema niczym siła przyrody — odrębna i siebie tylko słuchająca.

    Ogromny jest zakrój Lemowej Summy, próbuje ona bowiem ogarnąć i wyjaśnić całość dostępnego myślą Kosmosu jako siedziby życia. A jednocześnie pokazuje, jak istoty inteligentne potrafią ów Kosmos przebudować — tak, by z jednej strony podważyć podział zjawisk na „naturalne” i „sztuczne”, z drugiej — by otoczyć się ciasno iluzją świata-fantomu, wytworzonego drogą bezpośredniego — chemicznego, elektronicznego — oddziaływania na ludzkie zmysły (w tym punkcie okazał się Lem projektodawcą i prekursorem bujnie rozwijającej się dzisiaj technologii wytwarzania „wirtualnej rzeczywistości”). Pisząc kiedyś o Summie technologiae, zauważyłem z niejakim zaskoczeniem, że jej autor omija w swoich prognozach to, co zwykle fascynuje futurologów, a mianowicie całą dziedzinę technologicznego uzbrojenia ludzkiej codzienności. Z Summy nie dowiemy się bynajmniej, jak człowiek przyszłości będzie podróżował, ubierał się, jadł, pracował i spędzał czas wolny, jakie będzie urządzenie społeczeństw, ustrój polityczny itd. W zamian znajdziemy tam namysł nad ludzkim poznaniem i istotą człowieczeństwa, myślenia, nad tajnikami ewolucji ciał i rozumów, nad relacjami pomiędzy światem, umysłem, sferą doznań sensualnych czy nawet nad — sztucznie wytworzoną — transcendencją. Tym samym technologia w Summie wchodzi w domenę rezerwowaną dotychczas dla religii i natury, staje z nimi w szranki, próbując zastąpić lub nawet w pewnej mierze zmodyfikować ich prawidła.

    Swoista bluźnierczość Summy nie na tym polega, że ludziom dążącym do spotkania z transcendencją proponuje z pełną powagą „Boga z maszyny”, ale raczej na tym, że wprost żadnej sfery egzystencji czy poznania nie chce pozostawić w gestii teologii bądź filozofii spekulatywnej. Empirii nie stawia się w Summie żadnych z założenia granic, co nie oznacza, iż ludzka — tu i teraz — empiria granic takich nie ma. Gdzie jednak kończy się domena poznania ludzkiego, tam otwiera się szansa dla poznania poza- czy ponadludzkiego: intelekt opuszcza swe biologiczne siedlisko i zmierza dalej — wcielony w maszynę, a w końcu w jakieś potężne systemy stojące w pół drogi między mechanizmem a naturą samą, widzianą teraz jako gigantyczne łożysko karmiące zrodzony w sobie Rozum i tym samym zdolne do samopoznania, choć nadal jeszcze nie do wszechmocy i wszechwiedzy.

    Tytuł książki zatem nie bez kozery kryje w sobie aluzję do Summy teologicznej św. Tomasza z Akwinu. W istocie bowiem konstruuje tutaj Lem niejako cały ateistyczny paradygmat Kosmosu, w którym miejsce Boga zajmuje Rozum — jako siła sprawcza i zarazem niepodległa wobec biologii, zmierzająca w swej ewolucji ku własnym, niedocieczonym celom. Co się ostało dziś z owego paradygmatu? Myślę, że przede wszystkim jego konstrukcyjny schemat — usytuowanie wzajemne ewolucji biologicznej i technologicznej, Natury i Rozumu. Następnie niezwykle przenikliwe rozważania na temat naśladowania biologii jako czynnika rozwojowego techniki i zaraz dalej — na temat konsekwencji nowych technik, uzbrajających (lub rozbrajających) zmysły jednostek, dla ludzkiej kultury, sposobów postrzegania świata, wierzeń itd.

    Czytając dzisiaj Lemową Summę, musimy z konieczności przymierzać jej proroctwa do technologicznych spełnień — i temu też zadaniu poświęcone są najnowsze eseje jej autora. O ile Summa tworzyła coś w rodzaju paradygmatu, pustej matrycy do wypełnienia przez nowe odkrycia, o tyle Tajemnica chińskiego pokoju, Bomba megabitowa czy Okamgnienie są jak najbardziej aktualnym sprawozdaniem z postępów ludzkiego konstruktorstwa i zarazem — ze stanu kultury, która wchłonęła wynalazki uczonych i pod ich wpływem się zmieniła. Przy tym każda następna książka wciąż więcej uwagi poświęca właśnie owym kulturowym rezultatom postępów technologicznych, czyli oddaje pole refleksji antropologicznej, silnie, rzecz jasna, uzależnionej od rozważań o nowych triumfach nauki. Z tej perspektywy patrząc na Summę, dostrzegamy przede wszystkim to, co się w jej wizjach skomplikowało.

    Komplikacja dotyczy po pierwsze spraw związanych z konstrukcją sztucznego myślenia. Na tym polu, jak się wydaje, optymizm cybernetyków z lat sześćdziesiątych wystawiony został na próbę. Okazało się, że stworzenie maszynowego rozumu, a szczególnie — naśladującej ludzką świadomości, jest zadaniem o wiele trudniejszym, niż to się wydawało w epoce, w której powstała idea „testu Turinga”. Dziś mniema się raczej, że prace nad konstruowaniem sztucznego intelektu pójdą w innym kierunku, tzn. nie ku imitacji myślenia ludzkiego, ale raczej w stronę potęgowania pewnych sprawności, które z budowaniem „osobowości” w maszynie nie mają wiele wspólnego. Stąd wynikają jednak pewne dylematy, które dla Lema w dobie pisania Summy nie były jeszcze tak oczywiste. Chodzi mianowicie o to wszystko, co wynika z rozwoju komputerowych sieci. Otóż sieci te — przewidziane zresztą przez Lema, choćby w opowiadaniu Sto trzydzieści siedem sekund z tomu Maska — wypełnione są nieobjętą masą nie selekcjonowanej informacji, która nie sumuje się w żadną zbiorową mądrość — raczej przeciwnie: skutecznie przesłania i tłumi to wszystko, co posiada intelektualną wartość. I choć korzyści wynikające z ułatwień w dziedzinie komunikacji i dostępności informacji są tu ewidentne, to jednak nie sprawdza się stary sen cybernetyków, marzących o spotęgowaniu Rozumu, które miało wynikać z połączenia możliwości poszczególnych maszyn myślących. Internet jest, na odwrót — miejscem, gdzie w sposób najbardziej wyrazisty ujawniają się ludzkie słabości i grzechy. A zatem rozwój sieci przynosi efekty, które przypominają — używając symboli branych z opowieści Lema — raczej działalność „Demona Trzeciego Rodzaju” niż skutki zastosowania „pułapki Gargancjana”. Miliony komputerów złączonych siecią bowiem nie „myślą razem”, tylko przesyłają sobie nawzajem miliardy gigabajtów informacji. Trochę tak jak ludzie, których mózgów nie da się spiąć bezpośrednio w ponadjednostkową Całość, choć można udostępnić im do celów komunikacji telefony, faksy lub choćby papier i gęsie pióra.

    I jeśli nawet komputery można w końcu połączyć, aby spotęgować ich moc obliczeniową, to nie oznacza jeszcze „doścignięcia i prześcignięcia” natury w dziedzinie konstruowania miniaturowych urządzeń myślących. Jednym z zaskoczeń, jakie Lema zapewne spotkało, jest odkrycie, że w środowisku ciekłych koloidów powstać mogą układy o sprawności przewyższającej znacznie te, które człowiek jest w stanie zbudować w świecie metali i kryształów.

    Inne dziedziny, w których postępy wiedzy ziściły w dużej mierze założenia poczynione w Summie, to genetyka i bioinżynieria. Ale i tutaj triumfy nauki budzą niekiedy niepokój — jak w przypadku klonowania, perspektywy ingerencji w ludzkie genomy, „zamawiania” cech przyszłego potomstwa itd. Jaka więc dziś rola Tego, Kto Przewidział? Ani jest dzisiejszego stanu rzeczy chwalcą, ani Kasandrą przepowiadającą zagładę (co mu się często zarzuca). Wobec dzisiejszych triumfów technologii Lem zajmuje raczej postawę sceptyka, rozumiejąc przede wszystkim, że odkrycia nauki „triumfami” stają się dopiero przepuszczone przez potężny mechanizm mediów i komercji, a osiągnięcia uczonych budzą obawy wtedy przede wszystkim, gdy w ich wykorzystanie wdaje się wielki business. W takim kontekście ogląda więc Lem ziszczenie swych prognoz z Summy.

    Czy jednak niebezpieczeństwa stojące przed nauką nie były przed czterdziestu laty widoczne? Rzec można, iż Lem w tamtych czasach dostrzegał je, ale jakby na innym polu i w innym (literackim) kontekście. Nauka prawdziwa stanowiła jeszcze w latach sześćdziesiątych dla Lema enklawę moralności i bezinteresownego oddania sprawie. Może dlatego, że w naszej części politycznego świata uprawianie jej na serio wymagało często niezwykłej odwagi i samozaparcia, wyniki badań podlegały bowiem natychmiast ideologicznej kontroli. Trudno powiedzieć, czy autor Summy wyobrażał sobie w jakikolwiek sposób idealny portret środowiska badaczy, w którym dokonają się przewidywane przezeń odkrycia, ale można sądzić, że środowiska owego nie utożsamiał w żadnej mierze ze środowiskiem konstruktorów, którzy w jego Tragedii pralniczej zajmują się na wyprzódki projektowaniem człekokształtnych pralek, powodując groteskowe perturbacje na kapitalistycznym rynku. To, co się może przydarzyć w świecie konkurencji i pogoni za zyskiem, było więc dla Lema natchnieniem do drwiny, w mniejszym jednak stopniu — zgryzotą przyszłego uczonego. Choć może tylko w Summie. Badacze planety Solaris i kosmicznych sygnałów z Głosu Pana — tak jak uczeni bohaterowie innych powieści i opowiadań Lema — bardzo często stają wobec krzykliwej nawały tekstów, które trywializują i sprowadzają do absurdu każdy wysiłek zrozumienia tego, co trudne czy nieziemskie. A jednak sfera nauki rzeczywistej i sfera dziennikarskiego humbugu jeszcze są tam możliwe do odróżnienia. Sytuacja, jaką opisuje Lem w Bombie megabitowej czy Okamgnieniu, jest już inna. Nauka staje się w tych książkach dokładnie przemieszana z szarlatanerią i trzeba czasem nielichego znawcy zagadnienia, aby odróżnić doniesienie o wartościowym odkryciu od sensacyjnej bzdury.

    Dziwaczne, choć na swój sposób fascynujące jest dzisiaj zniknięcie filtrów odsiewających informację od dezinformacji, autentyczne odkrycie od pobożnych życzeń, filozoficzną refleksję od szamańskich zaklęć. W ślad za podniesieniem śluz uwalniających informacyjny potop nastąpiła swoista demokratyzacja futurologii. Dziś przepowiadaniem przyszłości zajmują się wszyscy, bowiem przepowiednie stały się jednym więcej towarem na rynku — wpływającym na podaż i popyt, sterującym bowiem przepływem kapitału inwestycyjnego. Zdumiewającą, choć może inną niż spodziewana, karierę zrobiła zaprojektowana przez Lema technologia fantomatyczna, czyli — mówiąc językiem bardziej współczesnym — wytwarzanie rzeczywistości wirtualnej. W tej właśnie rzeczywistości testuje się przyszłe rozwiązania technologiczne, ekonomiczne czy socjologiczne, stała się więc ona uniwersalnie funkcjonującym „modelem przyszłości” umożliwiającym tysiącom ludzi swoistą chałupniczą futurologię. Z drugiej strony rzeczywistość wirtualna służy oderwaniu od rzeczywistości tout court, odrzuceniu jej naturalnych ograniczeń w poszukiwaniu najrozmaitszych spełnień w świecie realnym niemożliwych. W ten sposób rzeczywistość przysłonięta zostaje coraz grubszym kożuchem nierzeczywistości.

    Eseistyczne potomstwo Summy technologiae to zatem książki próbujące wyłuskać okruchy tego, co realne i rokujące na przyszłość, z zalewu informacji bzdurnych czy realizujących taką czy inną wersję wishful thinking. Summa była profecją dokonywaną w przestrzeni swoiście pustej — trzy najnowsze książki odszukują okruchy jej przesłania wśród zgiełkliwego bazaru kultury postmodernistycznej — z wciąż żywą nadzieją, że autentyczne poznanie przetrwa i zapewni także przetrwanie zagrożonej ludzkiej kulturze i tożsamości człowieka.

 

Jerzy Jarzębski

(Average rating 5 on 2 rating)