UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

    Szpital Przemienienia to jedna z najdziwniejszych książek Lema. Nosi datę ukończenia: wrzesień 1948, i w swej dzisiejszej formie zdaje się być książką zamkniętą i spuentowaną. A przecież ukazała się początkowo jako część pierwsza dzieła w trójnasób obszerniejszego i noszącego tytuł Czas nieutracony. Autor opisywał wielokrotnie, jak doszło do powstania tego niezwykłego tworu: napisał oto swą powieść tuż przed zjazdem szczecińskim Związku Literatów Polskich i proklamowaniem socrealizmu jako obowiązkowej doktryny twórczej, co spowodowało, iż redaktorzy-strażnicy nowej poetyki poczęli dopominać się o wątki partyjno-komunistyczne, stosowną apoteozę nowego ustroju, demaskację wrogów, spekulantów i szpiegów, opis dojrzewania bohaterów w drodze do służby sadowiącej się w Polsce władzy itd.

    Młody pisarz dał się przekonać i dopisywał, dopisywał — a jego mentorom wciąż było mało — aż w końcu powstała olbrzymia, trzyczęściowa powieść, której literackie walory obniżają się stopniowo, w miarę jak autor coraz udatniej imituje styl i problematykę socrealizmu. W całej pełni nie udało mu się to nigdy — dlatego Czas nieutracony — ukończony w roku 1950 — ukazał się dopiero w okresie odwilży, w 1955 roku, miał w dwa lata później jeszcze jedno wznowienie i wskutek wiadomych „poprawek” stał się natychmiast pozycją anachroniczną — dopóki autor nie wznowił go już bez nakazanych uzupełnień.

    Jakże jednak traktować dziś całość utworu? Na wznawianie Czasu nieutraconego Lem nie daje po prostu zgody, twierdząc słusznie, że druga i trzecia część powieści zostały na nim wymuszone i w żadnej mierze nie odpowiadają osobistym jego zamysłom twórczym. Ale przecież całość tego potężnego, choć niejednorodnego dzieła istnieje w bibliotekach i nosi nazwisko autora — niezależnie od tego, w jakiej mierze można je dziś uznać za owoc kolektywnego wysiłku Lema i jego politycznych nadzorców. Mało tego — w dopisanych tomach książki jest sporo całkiem dobrej literatury realistycznej, pisarz zmieścił tam bowiem swe doświadczenia montera z lat wojny i okupacji, a potem — z czasów powojennych, kiedy odbywał lekarską praktykę jako student medycyny. I to nie wszystko: niektóre wątki filozoficzne ze Szpitala Przemienienia zyskują dopełnienie w kolejnych tomach; można rzec, iż problematyka serio wyziera spoza ideologicznego kamuflażu, a jej odczytanie wymaga tylko pewnego wysiłku, potrzebnego, by odcedzić rzeczywiste dylematy od propagandowych sloganów. Jednym słowem, Czas nieutracony przypomina kawałek tortu polany z wierzchu ketchupem: da się go jeść pod warunkiem dokonania wstępnych zabiegów oczyszczających, identyfikujących i odsiewających obowiązkowe koncesje na rzecz socrealizmu.

    O czym jest więc ta historia — najpierw mniejsza, rozgrywająca się pomiędzy okładkami Szpitala Przemienienia, a  potem większa — ogarniająca trzy tomy Czasu nieutraconego? Książka, którą trzymamy w rękach, jest rodzajem traktatu filozoficzno-moralnego, nie ukrywającego swych związków z Czarodziejską górą Tomasza Manna. Z opus magnum Manna łączy ją przede wszystkim „laboratoryjny”, by tak rzec, charakter miejsca akcji, którym jest oddzielone od reszty świata sanatorium, wątek edukacyjny, a nade wszystko połączenie perypetii bohaterów z wielką dyskusją na tematy filozoficzne, która jest zarazem próbą diagnozy sytuacji kultury europejskiej. Różnica w tym przede wszystkim, że Lem — w odróżnieniu od Manna — naprawdę był lekarzem, dlatego wątek choroby i w ogóle ciała w jego powieści nie jest tylko metaforą, ale ma całkiem realistyczny wydźwięk. Polski pisarz — powiedzmy to od razu — zajmuje się stanem zdrowia kulturowego organizmu, w którym żyjemy, z pozycji innej niż Mann, z pozycji mianowicie człowieka po holocauście, po największej w dziejach masakrze ludzi i systemów wartości, społeczeństw i ideałów.

    Młody lekarz, Stefan Trzyniecki, rozpoczyna praktykę w szpitalu dla umysłowo chorych w samych początkach okupacji niemieckiej (pewnie nie tyle zaraz po wrześniu 1939, ale po wkroczeniu Niemców na ziemie zabużańskie w 1941 r. — są tam pewne sytuacyjne niekonsekwencje, w których trudno się na pierwszy rzut oka zorientować, bo autor — znów chyba z politycznych powodów — musiał unikać zbyt wyraźnego umiejscowienia akcji). Sytuacja w tamtym wojennym czasie jest z narodowego punktu widzenia tragiczna, ale nie przekracza ostatecznie miary tej gorzkiej wiedzy o własnym losie, jaką Polacy nagromadzili przez półtora stulecia swojej najnowszej historii. W miarę rozwoju akcji powieściowej okazuje się, że tragedia ma jeszcze inne, bardziej uniwersalne wymiary, że polega na głębokich przemianach kultury, która przeżywa chorobę dehumanizacji i nihilizmu. Diabeł gospodarujący w europejskiej spuściźnie wieków działa, najogólniej rzecz biorąc, w dwóch kierunkach: powoduje zanik poczucia sensu, obejmujący wizję świata, własnej egzystencji, wszelkich tradycyjnych systemów wartości (tym epatuje kabotyński literat Sekułowski), a z drugiej strony na pozór odwrotnie: instaluje ów diabeł w ramach kultury pewien typ chłodnej racjonalizacji działań, w której nie ma już miejsca na najprostsze odruchy moralne, a przede wszystkim — na poczucie solidarności z innymi ludźmi (klinicznym przykładem takiej postawy jest dr Kauters, a potem psychiatra niemiecki deklamujący o „chirurgicznych zabiegach”, w drodze których naród pozbywa się swych schorzałych członków). Rezultaty obydwu stanowisk nie odbiegają zbytnio od siebie: człowiek jako przypadkowy „wyskok białka” i człowiek jako biologiczny agregat, który lepiej lub gorzej funkcjonuje, dając się zredukować do swej mechanicznej sprawności — jednako mało są warci, a przynajmniej jednako mało ważne jest ich jednostkowe istnienie. Skutki takich pomysłów nie dają długo na siebie czekać: w momencie próby, kiedy nad psychicznie chorymi zawisa groźba nakazanej przez hitlerowską władzę masowej eksterminacji, nihiliści zawodzą, rzecz jasna, od pierwszej chwili, a godność człowieczeństwa i zawodu lekarza ratują humaniści starej daty.

    Opowiedziana w taki sposób, fabuła Szpitala Przemienienia zdaje się aż nadto prosta, a wymowa powieści — aż nazbyt oczywista. Rzecz skomplikuje się, jeżeli przyjrzymy się bliżej paradoksom Sekułowskiego: jego wywody o przypadkowości i niecelowości bytu wyglądają bowiem, jakby je kto wyjął z później napisanych traktatów samego Lema. Nie ulega wątpliwości, że demoniczny, ucharakteryzowany trochę na Witkacego poeta jest naprawdę atrakcyjny intelektualnie, a jego adwersarze-humaniści wypadają w dyskusjach dość blado. Że zakończenie oddaje im w pełni sprawiedliwość? No tak, trudno inaczej rozumować nazajutrz po zbrodniach zorganizowanego nihilizmu. Moralność jednak (niestety!) nie jest ani ostateczną, ani wystarczającą odpowiedzią na szatańskie dylematy tkwiące w porządku świata. A tu pytania Sekułowskiego nie tracą ani trochę ze swej destrukcyjnej siły.

    Szpital Przemienienia jest książką zamykającą w sobie filozoficzne kłopoty, przed którymi stoi młody, ponad miarę inteligentny lekarz. Autor jej zdaje się desperacko szukać miejsca, w którym zakotwiczyć by można ludzkie „ja”. W psychice? Ale przecież dość kilku gramów takiej lub innej substancji chemicznej, by psychika objawiła swą zawstydzającą zależność od cielesnego substratu. W ciele? Z jego wątłą kompleksją, poddaną najlżejszym wpływom ze świata zewnętrznego? W rozumie? Z jego skłonnością do aberracji i autodestrukcji? Sprawność wywodów Sekułowskiego — głównego produktu europejskiego nihilizmu naszego stulecia — przypomina nieco inżynieryjną perfekcję Dychtończyków z Podróży dwudziestej pierwszej Ijona Tichego: ten umysł potrafi wszystko uzasadnić, działa jednak w przestrzeni bezkierunkowej, w której znikły porządkujące chaos systemy wartości, a zatem uzasadnienia — wzajem sprzeczne — służą już tylko dogadzaniu monstrualnej próżności, egotyzmowi i tchórzostwu poety.

    Stefan Trzyniecki boryka się przez cały czas z problemem, jaki mu Sekułowski zadał: czy istnieją w świecie jakiekolwiek trwałe struktury — systemy odniesienia, względem których można by oceniać „moralność” czy „normalność”. Służą temu w powieści najbardziej nawet trywialne, zdawałoby się, wątki — jak owa nieszczęsna namiętność przyjaciela do doktor Nosilewskiej, którą Stefan próbuje leczyć jakimiś bzdurami w stylu „psychotestów” z tygodników ilustrowanych. Lekarze dusz i mózgów, sięgający śmiało skalpelem w głąb ludzkiej czaszki, okazują się nagle bezradni jak dzieci, gdy przychodzi im rozwikłać własne problemy. „Wariaci” znów — jak ów chłopiec-rzeźbiarz — objawiają pod skorupą skodyfikowanych „objawów” tajemniczą, intrygującą osobowość.

    Umysł i ciało łączy w książce Lema relacja niejasna i paradoksalna — i nie wiadomo, któremu z tych elementów przyznać nadrzędność. Z jednej strony Sekułowski, w którym zwierzęcy strach ciała pokonuje na koniec silnego tylko pozornie ducha, z drugiej — mizernej postury, groteskowy staruszek Pajączkowski, który w chwili próby potrafi zapanować nad cielesną słabością i lękiem. A Kauters ze swymi bezlitosnymi eksperymentami na żywym ludzkim organizmie? Pozornie widzi tylko ciało; traktuje człowieka jako biologiczną maszynę, aparat, który może się zepsuć, nie zaś jako żywą, czującą jednostkę. Ale czyni to przecie z wyżyn zorganizowanego „ducha” — nauki.

    W Szpitalu Przemienienia jest już cały przyszły Lem — z jego nieufnością wobec „nauki czystej”, „ekspertów”, racjonalności absolutnej, a zatem wypranej z etyki. A jednocześnie jest tam Lem, który pewnych zasadniczych, diabolicznie brzmiących pytań o naturę świata i życia nie potrafi zbyć łatwymi formułkami na temat moralności i humanizmu. W tym ateistycznym świecie diabeł naprawdę kłapie zębami i czuć piekielną siarkę.

    Rzecz dziwna i ciekawa: Szpital Przemienienia jako osobna powieść jest literacko zamknięty i doskonale skonstruowany — jako traktat filozoficzno-moralny pozostawia wiele nie rozwiązanych zagadnień, które autor przenosi następnie do kolejnych tomów powieści i tam biedzi się nad nimi w sposób do dziś ciekawy i symptomatyczny. Opowiedzmy więc przynajmniej dalszy ciąg powieściowej trylogii.

    Część druga tej historii, Wśród umarłych, rozgrywa się w mieście nie nazwanym z imienia, w którym rozpoznajemy rodzinny Lwów pisarza. Do Lwowa przybywa ze wsi młodziutki chłopiec, Karol Wilk, genialnie uzdolniony matematycznie. Pracuje w warsztatach samochodowych, rychło też dostaje się pod opiekę starszych, doświadczonych profesorów, którzy chcieliby za wszelką cenę uratować jego intelekt przed niebezpieczeństwami wojny i okupacji. Chłopiec jednak — w przeciwieństwie do egotysty Sekułowskiego — chciałby uczestniczyć w walce z najeźdźcami i pod wpływem przyjaciela swego zmarłego ojca, komunisty Marcinowa, zapisuje się do partii. Oznacza to udział w czynnym ruchu oporu. Dojrzewanie intelektualne i dojrzewanie społeczne przebiegają u chłopca równolegle. Kulminacja obydwu procesów przychodzi w tragicznym okresie likwidacji miejscowego getta: chłopiec znajduje się na progu wielkich odkryć w dziedzinie matematyzacji procesów fizycznych i biologicznych, ale zanim zdąży opracować i przekazać swe pomysły światu, aresztuje go gestapo i zostaje stracony.

    W trzeci tom powieści — Powrót — wchodzą znani nam z poprzednich części dzieła bohaterowie. Doktor Trzyniecki, który uprzednio, wskutek swego semickiego wyglądu, dostał się do obozu w Bełżcu, potem do Oświęcimia, teraz podejmuje pracę w klinice ginekologicznej. Docent Wieleniecki, dawny preceptor Karola Wilka, oddaje się pracy naukowej, organizując zespół uczonych odbudowywanego uniwersytetu we Wrocławiu. W tle — jak to w powieściach z tamtych lat — spekulanci spekulują, szpiedzy szpiegują, a dzielny Urząd Bezpieczeństwa aresztuje kogo trzeba. Centralne miejsce w powieści zajmują jednak chwiejni politycznie inteligenci, którym sukcesy odbudowy przemawiają do wyobraźni i skłaniają przynajmniej do akceptacji nowej Polski i solidnej pracy na jej rzecz. Za co Stefan otrzyma zresztą — także podług nieśmiertelnych schematów — nagrodę od losu w postaci prześlicznej doktor Nosilewskiej.

    Czy warto się więc zajmować utworami tak posłusznymi nakazom socrealistycznej poetyki? Moim zdaniem tak, bo ów socrealizm przykrywa dalszy ciąg rozważań nad problemami „zadanymi” bohaterom przez ducha Sekułowskiego, który — niczym źle kołkiem przebity upiór — towarzyszy im wciąż swym chichotem. Weźmy historię Karola Wilka: jest ona — paradoksalnie — dalszym ciągiem poszukiwań twardego kośćca rzeczywistości. Tym kośćcem może być z jednej strony matematyka, z drugiej — wytworzone między ludźmi reguły etyki. Dziwne połączenie! A przecież idealny bohater drugiego tomu książki kładzie mniej więcej równy nacisk na obie dziedziny swego życia. Opis dochodzenia przezeń do zrozumienia matematycznego porządku rządzącego światem to jeden z najbardziej dramatycznych i poetyckich tekstów Lema. Nie ma w tym ani krzty fałszu: matematyka zda się tu naprawdę gwarantem jedności i logiki uniwersum. W miejsce porządku boskiego intronizowany zostaje porządek logicznej, wspólnej dla całej natury konstrukcji, którą starczy odkryć, by zrozumieć świat. Uzupełnieniem tego porządku musi być jednak porządek ludzki — oparty na wzajemnych powiązaniach emocjonalnych, gotowości do poświęceń dla innych, bez oglądania się na jakiekolwiek rachunki i bezosobową racjonalność działania. Karol Wilk znajduje ten ideał w partii komunistycznej — i to jest jedyne w tej historii odstępstwo autora od prawdy: własnej i historycznej. „Prototyp Marcinowa istniał naprawdę — powiada dziś Lem — tyle że z partią i komunizmem nie miał nic wspólnego”.

    W trzeciej części autor ogranicza nieco swe ambicje, co manifestuje się choćby w tym, że zmienia Trzynieckiemu specjalność, czyniąc go z psychiatry ginekologiem: ginekologia, służąca z zasady „nowemu życiu”, jest nieporównanie mniej od psychiatrii narażona na destrukcyjną siłę filozoficznych pytań o istotę człowieczeństwa, racjonalność świata itd. Ale właściwym eksponentem ideologicznego stanowiska, jakie polecono zająć pisarzowi, jest partyjny docent Wieleniecki. To on w trzeciej części Czasu nieutraconego odpowie na nihilistyczną filipikę Sekułowskiego. Posłuchajmy najpierw demonicznego poety:

    „Nie pamiętam dokładnie cyfr (pamięć zawodzi mnie ostatnio), ale czytałem, jak nieprawdopodobne jest powstanie żywej komórki ze zbiorowiska atomów... coś jak jedna szansa na trylion. Potem, żeby się te komórki w liczbie iluś tam bilionów odpowiednio zebrały, konstytuując ciało żywego człowieka! Każdy z nas jest losem, na który padła główna wygrana: parędziesiąt lat życia, wspaniałej zabawy. W świecie gazów rozpalonych, wirujących do białości mgławic, twardego mrozu kosmicznego pojawił się wyskok białka, galaretowatej mazi, usiłującej natychmiast rozleźć się w wyziewy bakteryjne i gnicie... Sto tysięcy kruczków utrzymuje ten dziwaczny podskok energii, który jak błyskawica rozdziera materię na trwanie i ład: węzeł przestrzeni pełzający w pustym krajobrazie, i po co? Po to, aby niebo znalazło potwierdzenie w czyimś oku?”

    Wieleniecki odpowiada na tę afirmację bezsensu istnienia namiętną obroną społecznego postępu:

    „Może w stutysięcznym roku powstanie przemysł, wytwarzający świadomość tak, jak my produkujemy samochody? Może człowiek zaludni Galaktykę? Cóż możemy wiedzieć? Gdyby zjawił się tu przed nami i powiedział, nie rozumielibyśmy nic, jak człowiek neandertalski nie pojąłby tajemnicy atomu. Czy to ma znaczyć, że widzę przyszłość jako raj na ziemi? Nigdy. Człowiek potrzebuje jako bodźców tych wszystkich sił, które budzi w nim opór świata. A jeszcze zostanie tęsknota nieśmiertelności, samotność, śmierć. A może i to przezwycięży? Nie wiem. Wiem tylko, że ten świat, który zastanie, będzie w jakiejś cząstce zawdzięczał naszym wysiłkom”.

    Zauważmy — obie postawy proponują pewnego rodzaju heroizm, polegający na rezygnacji z perspektywy osobistej. Tyle że u Sekułowskiego „ja” roztapia się w materii, u Wielenieckiego — w dziejach ludzkiego gatunku. Jeśli więc pierwszy jest pesymistą i nihilistą (bo w nieludzkim kosmosie nie potrafi odczytać racji własnej egzystencji), drugi zaś — optymistą i piewcą wartości (bo ogląda siebie przez pryzmat społecznych zadań) — to owa pozorna sprzeczność postaw wynika po prostu z różnych poziomów doświadczenia, wobec których relatywizuje się byt jednostkowy.

    Drążąc dalej przytoczone teksty, można się jednak doszukać w postawie obydwu bohaterów także bieguna eskapizmu: po co Sekułowskiemu kosmiczne theatrum, na którego tle wygłasza swe oracje? Przecież po to, aby wymigać się od moralnej odpowiedzialności za życie w społecznym tu i teraz. Wieleniecki z kolei siebie czyni kółkiem w machinie postępu i tym samym udaje, że dramatyczne pytania o sens egzystencji jego samego jako jednostki nie dotyczą; prolonguje te kwestie i trud rozwiązań przerzuca na „przyszłe pokolenia”, „ludzkość” itd., tak jakby sam sobie nie musiał na nie w skończonym czasie własnego życia odpowiadać. Pytania Sekułowskiego brzmią więc kabotyńsko, Wielenieckiego — retorycznie; pierwszy zostanie skompromitowany przez same powieściowe zdarzenia, drugi — niejako ex post, poprzez autorską decyzję niewznawiania dalszych części książki.

    W rzeczywistości jednak ani jedna, ani druga postawa nie może u Lema doczekać się unieważnienia, mało tego, dostrzegamy, że w późniejszej twórczości dochodzi jakoś do ich paradoksalnego uzgodnienia. Dopiero bowiem homo socius i „człowiek absurdu” skojarzeni w obrębie pojedynczej osobowości wytwarzają jednostkę pełną; ożenek tych obydwu postaw nadaje jej bytowaniu godność i wymiar tragiczny. Będąc książką o nauce, Czas nieutracony jest także rozważaniem o racjonalizmie, a casus Sekułowskiego i Wielenieckiego to przy okazji prezentacja dwu osobliwych przygód Rozumu. W pierwszym przypadku „czysty intelekť’ wybiega tak daleko, że zdradza niejako swój ludzki rodowód, a ekscentryczny poeta raz popada w samozaprzeczenie, raz znowu — zbywszy racjonalnych ograniczeń — folguje najniższym instynktom, afirmuje w sobie „zwierzęcy” sensualizm. Rozsądny docent z kolei nie zezwala Rozumowi na zbyt ryzykowne loty, zaprzęgając go w kierat społecznych zastosowań, zakreśla mu więc taki obszar działania, na którym jego perypetie podlegałyby aksjologicznej kontroli. W późniejszych utworach Lem nie zawaha się przed sięganiem w mroźne przestrzenie „nieludzkości” — przy tym jednak ujawni się jako bezkompromisowy obrońca etyki, aksjologicznego kręgosłupa każdej, nie tylko ludzkiej, cywilizacji.

    Co innego wszelako filozoficzny dyskurs — co innego literackie dzieło sztuki: Szpital Przemienienia otwiera pewien problem, rzuca go na historyczne tło i stawia dramatyczne pytania epoce — Czas nieutracony oddaje wpierw pole marzeniom o matematycznej characteristica universalis, a także o jednostce zarazem genialnej i maksymalnie wiernej moralnym nakazom, by na ostatku zamknąć myśl dwudziestowieczną w klatce marksistowskiego projektu społeczeństwa i postępu. Zupełnie jak z piękną doktor Nosilewską, która w zakończeniu Szpitala była nieomal symbolicznym, otwierającym nadzieję aniołem pocieszenia po aksjologicznym szoku — a w finale Czasu nieutraconego wchodzi po prostu w instytucjonalną rolę żony, zakładając z bohaterem powieści rodzinę, „tę najmniejszą komórkę społeczeństwa... itd.” Choć więc Czas nieutracony mówi o poglądach Lema nieco więcej — ciąży w końcu ku zbyt łatwym (także artystycznie) rozwiązaniom. Dlatego może lepiej mimo wszystko postąpić krok w tył i poprzestać na zakończeniu pierwszego tomu trylogii: skalpel tkwi tam jeszcze w ręce, a mózg ludzki — siedlisko oszałamiającej przygody Rozumu — otwiera się na cięcie badacza. Próbując odpowiedzieć na związane z tym pytania, otwieramy zarazem drogę do dalszej, nierównie bardziej skomplikowanej przygody umysłu, w którą wiodą nas późniejsze książki Lema.

    Te późniejsze książki pod jednym jeszcze względem były wyborem drogi, którą wytyczała przed autorem pierwsza część trylogii: tak jak ona odwracały się bowiem od realizmu rozumianego w myśl politycznych wymogów epoki, tzn. realizmu będącego prostym odmalowaniem współczesnego świata i toczącej się tu i teraz historii. Jakże to? — powiemy. A wojenne realia w Szpitalu Przemienienia? Niby tak, ale odczuwamy świetnie, że one w swej doraźności nie są bynajmniej pisarzowi potrzebne, że potrafiłby roztrząsać swoje problemy, znalazłszy inną sytuację — usprawiedliwiającą odosobnienie bohaterów i dostarczającą zewnętrznego zagrożenia jako próby charakterów i systemów wartości. W Szpitalu Przemienienia króluje więc realizm odmienny, polegający na budowie modeli świata i ludzkich społeczności, modeli służących testowaniu pewnych twierdzeń, zadawaniu pytań, na które brak prostych, znanych z góry odpowiedzi, a zatem — najogólniej biorąc — na intelektualnej grze wyższego rzędu. Zbrzydzony raz na zawsze literaturą, która miałaby być dostarczaniem czytelnikowi obrazów świata znanego mu i tak z autopsji, literaturą ilustrującą gotowe tezy na temat procesu historycznego, Lem nigdy już potem do tak rozumianego realizmu nie powrócił, wybierając rzeczywistość inną: wytyczone starannie pole myślowego eksperymentu. Tam właśnie — aż po kres literackiej twórczości — rozgrywały się wszystkie przygody jego bohaterów.

 

Jerzy Jarzębski