UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 5.00 (2 Votes)

Opowieści o pilocie Pirxie to z pewnością jedna z najbardziej lubianych książek Lema. Przyczyny tego łatwe są do wskazania. Opowieści o Pirxie mają, po pierwsze, charakter trzymających w napięciu fabuł przygodowych, po drugie — ich bohater jest bardzo ludzki, zwyczajny, nic nie ma w sobie z herosa, a ponadto wciąż się uczy i dojrzewa, niczym typowa postać z powieści „edukacyjnej”. Lubimy takie powieści i nigdy nie tracą one popularności, bo powtarzają wciąż od nowa historię nabierania doświadczeń i wrastania w ludzką wspólnotę, czyli historię, którą każdy z nas na swój sposób przeżywa, niezależnie od miejsca i roli, jakie mu los wyznaczy.

    Pirx dojrzewa zatem wraz z poświęconymi mu opowiadaniami: na początku jest gapiowatym kadetem przygotowującym się do egzaminów w szkole pilotów rakiet, potem przechodzi wszystkie stopnie wtajemniczenia jako pilot patrolujący wyznaczone przestrzenie kosmosu, uczestnik międzyplanetarnych ekspedycji, dowódca rakiet transportowych, wreszcie — jako doświadczony kosmonauta — ochotnik biorący udział w akcjach ratowniczych, w eksperymentach z człekokształtnymi robotami, na koniec — w Ananke — w dochodzeniu przyczyn katastrofy statku kosmicznego. Dalszy ciąg przygód Pirxa Lem umieścił w ostatniej swojej powieści — Fiasku, gdzie komandor pojawia się już tylko jako nieboszczyk: ofiara niezwykłych warunków panujących na księżycu Saturna, Tytanie. Lem dokona potem dziwnego z punktu widzenia reguł powieściowej konstrukcji „ożywienia” swego bohatera, nie dając już jednak — ani jemu, ani czytelnikom powieści — przesłanek pozwalających definitywnie określić, kim jest i skąd pochodzi jego obarczona niepamięcią przeszłości psychika. Nie wiemy zatem, czy to Pirx „ożywa” w Fiasku, czy młody pilot, jego uczeń, który podążył mu z pomocą, by także zginąć — i jest to chyba zamierzone przez autora posunięcie, które nowemu bohaterowi nadaje rolę swoistego symbolu „człowieka w ogóle”, wiecznego wędrowca-zdobywcy nowych światów i nowych obszarów poznania.

    Jako Marek Tempe, bohater Fiaska, Pirx jest więc jednocześnie starym wygą i — wciąż od nowa — „młodym pilotem”, adeptem uczącym się fachu i poznającym świat. Podkreślam to, bo „młody piloť’ należy do ulubionych bohaterów Lema, jest jakby kwintesencją tego, co w człowieku godne podziwu i sympatii. Jednoczy w sobie osobistą dzielność z nienasyconą ciekawością, skłonność do angażowania się w niebezpieczne przygody z młodzieńczym gapiostwem i roztargnieniem, fizyczną sprawność z odruchową „poczciwością”, pierwotnym instynktem moralnym, który wyklucza właściwe wielu ludziom dojrzałym cyniczne wyrachowanie. Postać młodego pilota jednoczy więc w sobie to wszystko, co Lem-mizantrop w naturze ludzkiej mimo wszystko ceni i co jednocześnie stanowi o jej swoistości, odróżnia ją od tego, co już „ludzkie” nie jest.

    Opowieści o Pirxie — tak jak większość książek Lema — są opowieściami o poznaniu. To, co je odróżnia od pozostałych utworów, to, moim zdaniem, nacisk kładziony na punkt widzenia właściwy bohaterowi dramatu poznania. Lem pyta w tych historiach, co to znaczy nie: poznawać w ogóle, ale — poznawać po ludzku, po ludzku widzieć świat, reagować nań, działać i oceniać. Ważne to chyba dlatego, że cywilizacja, szczególnie dwudziestowieczna, próbuje ustanowić normy logiki i racjonalności niejako oderwane od ludzkiej skali, „obiektywne”, a przez to rzekomo wolne od błędu, a przy tym łatwe do analizy i oceny. Takie normy właściwe są myśleniu „eksperckiemu”, takie stoją u podstaw konstrukcji maszynowego intelektu. Chodzi w nich z grubsza o to, by procedury myślenia i poznawania uczynić czymś bezosobowym, łatwym do przenoszenia z jednego materialnego substratu do innego, oderwanym tedy od uwikłania w podmiotowość i wielowarstwową, działającą w dużej mierze irracjonalnie psychikę.

    Bez wątpienia, tego rodzaju badania, w których najważniejsze jest stworzenie działających bez jakichkolwiek odchyłek od logiki systemów myślenia i poznawania, odgrywają ogromną rolę w budowie współczesnej cywilizacji, grożą jednak odsunięciem na bok, zlekceważeniem ludzkiej specyfiki, tego wszystkiego, co wytworzył nasz gatunek, co leży u podstaw ludzkiej kultury, nadając jej trwałość i spoistość. Lem poświęcił tej kwestii sporo miejsca w swoich esejach (np. w Filozofii przypadku) — w opowieściach o Pirxie „ludzkość” testowana jest w sytuacjach praktycznych, wymagających decyzji brzemiennych w najpoważniejsze konsekwencje. W takich właśnie sytuacjach Pirx okazuje się zadziwiająco sprawny, znacznie bardziej niż komputerowe programy, komisje ekspertów czy — jak w Teście — kolega-prymus, Boerst.

    Na samym wstępie ową szczególną sprawność Pirxa dosyć łatwo wytłumaczyć. Otóż Pirxowi powodzi się dobrze tam, gdzie zachodzą sytuacje nie przewidziane przez program, wykraczające poza normę i rutynę. Mucha powodująca zwarcie w instalacji elektrycznej rakiety (Test), ładunek elektryczny wyglądający na ekranie jak obcy statek kosmiczny (Patrol), wprowadzająca w błąd sygnalizacja (Odruch warunkowy) — oto sytuacje, w których sprawdza się elastyczność myślenia Pirxa, jego „marzycielstwo”, które tu przekłada się po prostu na umiejętność wykroczenia poza utarte procedury, kojarzenia odległych faktów, widzenia siebie samego z pewnego dystansu. Doktryna poznawcza, jaką stosuje Lem w opowieściach o Pirxie, przypomina zatem doktrynę leżącą u podstawy późniejszego Kataru. Chodzi tu mianowicie o to, że świat jest jako obiekt poznania czymś zbyt złożonym, aby można było do niego stosować w każdym przypadku określone procedury analityczne. Zgoda, w większości sytuacji one wystarczają do orientacji i rozumienia zjawisk, nie są jednak niezawodne, ponieważ nie ma w świecie sytuacji dokładnie izolowanych od tła i nie wchodzących z nim w nieprzewidziane interakcje. W takich momentach rutynowa procedura nie przydaje się na nic, bo jest zbyt prymitywna. Pomóc może przyłożenie do świata agregatu dorównującego mu złożonością. Może nim być sam człowiek — z wewnętrzną komplikacją swego mózgu, ciała i psychiki, może być „samo życie”, czyli niezliczona ilość zachodzących w świecie zdarzeń i ludzkich działań, które mogą doprowadzić do rozwikłania zagadek poznawczych niejako mimochodem, przypadkowo. W przypadku Pirxa sprawdza się pierwsza wersja: do jego sukcesów przyczynia się myśl „błądząca”, wbrew rutynie, w poprzek licznych warstw doznań aktualnych oraz zdarzeń i wspomnień przechowywanych w pamięci. Jeśli nazwiemy ją „intuicją”, nie rozgryziemy przez to bynajmniej tajemniczości, która się za taką władzą intelektu kryje, ale przecie tak musi być: intuicja wyjaśniona w swym mechanizmie stałaby się jeszcze jedną procedurą.

    No dobrze, ale historie, jakie się przydarzają Pirxowi, nie wyczerpują się w sytuacjach, o jakich była mowa powyżej. Może bardziej charakterystyczne dla cyklu pirxowskiego są przypadki, w których nie ma twardej granicy pomiędzy myśleniem ludzkim i maszynowym. Po prostu dlatego, że maszyny nie tworzą się same, ale są produktem człowieka, który przekazuje im swoje własne, niekoniecznie najlepsze, cechy. I tu okazuje się najczęściej, że przymieszka „ludzkości” nie wychodzi raczej maszynom na zdrowie. Supersprawny robot Amiel (Wypadek) roztrzaskuje się, kiedy, wiedziony prawdziwie ludzkim odruchem, pragnie sprawdzić się jako wspinacz. Setaura z Polowania zgubi moment wahania, gdy weźmie Pirxa za swego sprzymierzeńca. Android Calder przegra, bo do swej doskonałości technicznej domiesza jeszcze prawdziwie ludzką pychę i pogardę dla istot „niższych”, nad którymi spodziewa się zapanować i zmusić je, by tańczyły tak, jak im zagra. Komputer pokładowy z Ananke przejmie od swego programisty jego nerwicę natręctw, co jego samego — i całą załogę rakiety — kosztować będzie roztrzaskanie się na marsjańskim kosmodromie. Nawet robot Terminus, w którego pamięci przechowały się elektroniczne „duchy” zmarłych kosmonautów, przypłaci to w końcu oddaniem na złom.

    Wygląda na to, że ludzkie przypadłości psychiczne obliczone są na życie w gromadzie: temu służą skłonności do osobistego wyróżniania się, umiejętność odróżniania wrogów od stronników, żądza władzy, pedanteria, obsesja pamięci. Wszystko to wzięte z ludzkiego świata, ale też w tym świecie skłonnościom takim, gdy stają się niebezpieczne — dla jednostki lub wspólnoty — towarzyszą mechanizmy tonizujące czy asekurujące: niczym owa lina, wiążąca w trakcie wspinaczki Pirxa z Masseną, a której zabrakło Amielowi. Przeniesione w świat mechanizmów, owe ludzkie popędy objawiają swój irracjonalizm i czające się za nimi groźby. „Ludzkość” jest więc czymś cennym, ale tylko na własnym gruncie. Maszyn karmić nią nie należy, chyba że — jak roboty z Cyberiady — od literackiej konwencji otrzymają w darze całkiem już ludzką naturę, jej przymioty i wady oraz społeczne theatrum, na którym będą się realizować.

    To, co dotychczas napisałem, brzmi dość sucho i nie tłumaczy w pełni popularności cyklu pirxowskiego wśród czytelników. Myślę, że ona wywodzi się jeszcze z jednego źródła. Otóż przygody Pirxa mają miejsce w kosmosie maksymalnie „oswojonym”, pilnowanym przez rutynowe patrole rakietowe, wykorzystywanym ekonomicznie, ale też rekreacyjnie, w kosmosie wypełnionym ludzką aktywnością — tak jakby był tylko jeszcze jednym, nowo odkrytym kontynentem. Prawda: zdarzają się tam katastrofy, ale gdzież ich nie ma! Niebezpieczne eksperymenty? Przecie i dziś na Ziemi ich pełno. Tragedia „Albatrosa” kojarzy się z jakimś widowiskiem grozy w stylu zatonięcia „Titanica”, ale przez to właśnie pozostaje czymś akceptowalnym — poznawczo i emocjonalnie. Paradoksalnie uspokajająco działać mogą na czytelnika nawet opisy zdezelowanych rakiet i ich nieodpowiedzialnej lub niesprawnej załogi (Opowiadanie Pirxa). To tylko obraz normalności, z jaką wciąż mamy tam do czynienia, obraz ludzkiego właśnie świata, który obiecuje nie żądać od nas w przyszłości, abyśmy się całkowicie zmienili i dopasowali ciałem i duszą do jego technicznych wymogów.

    Podobnie z gapiostwem i marzycielstwem Pirxa. Ono się owija wokół obiektów najzupełniej zwykłych: dwukoronówka w kieszeni, która przydałaby się na bilet do kina, apetyt na omlety, piękna dziewczyna na pokładzie kosmicznego transatlantyka, na której miło byłoby zrobić wrażenie, jakieś niejasne wspomnienia, odruchy emocjonalne. Myślenie Pirxa właśnie w kluczowych momentach akcji opowiadań miewa charakter atekstowy i alogiczny — niejako wbrew konwencji literackiej, która od bohatera wplątanego w detektywistyczny dramat żądałaby raczej racjonalnej analizy. Ale to, co najbardziej ludzkie, odległe jest od racjonalności: ma często charakter marzenia, wybiegającego tyleż w przyszłość, co w przeszłość, kształtującego je w myśl ukrytych pragnień. Owe pragnienia znów nie mają racjonalnego charakteru, człowiek nie umie przecież racjonalnie wyjaśnić, po co żyje i na co w istocie potrzebne mu są jego odkrycia. Tkwi to gdzieś w mitologii ludzkiego rodzaju, zagrzebane tak głęboko, że już nie poddające się jakimkolwiek analizom. Dlatego człowiek może głęboko uwierzyć w coś, co nie istnieje — jak kanały na Marsie, które przecie, mimo swej irrealności, odegrały wielką rolę, pobudzając badania astronomów. Człowiek może też zawahać się przed jakimś czynem, powodowany prostym odruchem moralnym, za którym nie stoją żadne racjonalne uzasadnienia.

    Dumając nad różnicą dzielącą ludzi od androidów, Pirx pyta sam siebie w Rozprawie:

Na czym polega to człowieczeństwo, którego oni nie mają. Może naprawdę jest tylko ożenkiem alogiczności z tą „poczciwością”, tym „zacnym sercem”, i tym prymitywizmem odruchu moralnego, który nie obejmuje dalekich ogniw przyczynowego łańcucha? Skoro maszyny cyfrowe nie są ani zacne, ani nielogiczne... Więc, w takim rozumieniu, człowieczeństwo jest to suma naszych defektów i mankamentów, naszej niedoskonałości, jest tym, czym chcemy być, a nie potrafimy, nie możemy, nie umiemy, to jest po prostu dziura między ideałami a realizacją — czy nie tak?

    Kim są więc ludzie u Lema? Istotami przypominającymi nieco człowieka Sartre’owskiego: wiecznie z sobą nieidentycznymi, wychylonymi w przód do nieznanych ziszczeń, ale też zapatrzonymi wciąż w przeszłość, od której domagają się Sensu i moralnej sankcji dla swego postępowania. Myślące maszyny, które budują, są więc nie tyle repliką ich własnej natury, ile realizacją marzenia o „czystej racjonalności”, które zresztą nigdy — jak większość marzeń — spełnić się nie może. A literatura? Nie z ratio przecie wyrasta, ale na odwrót: z potknięć rozumu, z nieprzenikalnych tajemnic i z potrzeby potwierdzenia etycznego porządku, który realizuje się najlepiej przez wieczną recytację tych samych konwencji literackich: przygody, poznania, dojrzewania — właśnie tak, jak jest w Lema Opowieściach o pilocie Pirxie.

Jerzy Jarzębski