UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Image

Obłok Magellana – główne dzieło fantastyki naukowej pierwszej połowy lat pięćdziesiątych – przez wiele lat nie był przez autora wznawiany, choć z punktu widzenia polityki nie tak wiele można mu dziś zarzucić. Jeśli darujemy mu obowiązkowy dydaktyzm, pozostanie dziś jeszcze lekturą budzącą żywe zainteresowanie, jako pierwsza tak szczegółowo (od strony techniki, a też i psychologii członków załogi) obmyślana historia kosmicznej eksploracji i przygody Kontaktu.

(Average rating 4.5 on 4 rating)
5.00 out of 5 based on 3 ratings3 user reviews.
Byłem na Tampere Reviewed by reversed on . Nie uważam "Obłoku" za coś podlejszej jakości czy zgoła miernego. Takie wartościowanie jest w znacznej mierze wtórne po Mistrzu, którego prawem albo też obowiązkiem jak się dość powszechnie uznaje, jest samokrytyczny osąd własnych dzieł tudzież chronorecenzowanie z perspektywy miesięcy - lat i dekad od powstania dzieł, od skreślenia ich ostatnich słów. Mistrzowi wolno - Mistrz musi kontestować to, co wyszło spod jego pióra. "Obłok Magellana" doczekał się jednak mnóstwa wtórnych i powierzchownych ocen bycia tubą propagandową soc-realu i alegorią Świata, w którym każdy otrzymywał wedle potrzeb i od każdego otrzymywano wedle jego możliwości. To nie był mój pierwszy pochłonięty Lem, a raczej świadomy wybór, żeby w końcu dopaść tego, co mi tak skrzętnie Mistrz odradzał, a Inni obrzydzali jako poczerwieniały chłam. I to ja miałem rację. Może sobie tam Mistrz kontestować "Obłok" jak chce, może też udawać, że go nie napisał. Byłem na Tampere, moja była wstęga Triumfatora maratonu, to ja snułem się po pokładach Gei, moją była wątła nić pępowiny po wyjściu na pancerny grzbiet międzygwiezdnego pocisku gdzieś pomiędzy Słońcem i Proximą. To ja stałem przed dioklesowym tłumem wznosząc blokadę automatów nad głową, to ja penetrowałem zamarznięty sztuczny księżyc Atlantydów, to ja w końcu byłem Ametą w agonii i to w końcu na moich rękach umierał Zorin tak daleko od Ziemi. Rating: 5 5
Baśniowa utopia Reviewed by Maciej Norkowski on . Podejmuję się wydobyć z zakurzonej biblioteczki najbardziej skrywaną przed współczesnym światem książkę Stanisława Lema, który sam pragnął zepchnąć ją w otchłań zapomnienia upatrując w niej „grzechy” swojej młodości: egzaltację, poetycką stylistykę na wzór R.M. Rilkego, czy wykreowanie obrazu humanizmu epoki komunizmu zgodnie z kanonem politycznym tamtych lat. „Obłok Magellana”, bo o nim mowa, to opowieść o ludzkiej kondycji, doświadczeniach granicznych i przekraczaniu granic. To podróż w mroki międzygwiezdnej przestrzeni oraz w głąb nas samych. To baśniowa utopia o wpatrywaniu się z nadzieją w gwiazdy. To krzepiąca choć wyidealizowana historia o więzach międzyludzkich, których dynamika podlega przemianom z dala od błękitu ziemskiego nieba. W końcu to próba nadania znaczenia swojemu życiu oraz odnalezienia swojego miejsca w czasie i przestrzeni („... i wtedy ludzie raz jeszcze sięgną wstecz i odkryją nas na nowo, tak jak my odkrywaliśmy wielki czas przeszły”), a także wkraczanie na obszar metafizyki drogą trudniejszą, wymagającą pogłębionej refleksji i odrzucenia prawd objawionych – w obliczu majestatu śmierci i w rosnącej pokorze dla ogromu i chłodu wszechświata. Usunięcie w cień wątków ideologicznych (zaprzątających głowy wielu czytelnikom) umożliwia zrozumienie, jak bardzo osobista – w warstwie emocjonalnej – mogła to być podróż dla samego autora. Nigdy więcej w swoich książkach Lem nie pozwoli sobie na tego typu intymność, młodzieńczą egzaltację oraz optymizm w stosunku do kondycji rodzaju ludzkiego i jego przyszłości. Zakładając, że całokształt twórczości pisarza przeważył ostatecznie szalę na stronę świeckiego humanizmu podszytego umiarkowaną mizantropią, „Obłok Magellana” jawi się tym bardziej jako wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju podróż, jaką odbył trzydziestokilkuletni Stanisław Lem. Uchwycił w niej przede wszystkim doświadczenie młodości (już z nieco nostalgicznej perspektywy) i przetworzył je przez pryzmat romantycznego eposu wyprawy międzyukładowej. Nie odczułem już nigdy w jego książkach tak osobistego, emocjonalnego piętna, jakie wywarł na swoim bezimiennym alter ego. Czyż brak imienia głównego bohatera oraz sposób prowadzenia narracji nie wskazuje, że autor bardziej niż w późniejszych dziełach wprowadza nas w przestrzeń swoich osobistych doświadczeń oraz intymnych wyobrażeń? Wszyscy, którzy znają biografię Lema wiedzą, że przeszedł on przez studia medyczne, lecz z premedytacją ich nie ukończył – protagonista „Obłoku Magellana” kontynuuje jednak to zadanie idąc ostatecznie w ślady swojego ojca (warto zwrócić uwagę, że wątek relacji z ojcem jest również zastanawiająco mocno rozbudowany). Dlaczego jest to jedyna książka, którą zadedykował żonie? Czy była jego „Anną z Gwiazd”? „Obłok Magellana” nie jest wykładnią przyszłości. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że Stanisław Lem sięgnął niezwykle daleko w alternatywną przyszłość, zabierając jednak ze sobą także obrazy z czasów jemu współczesnych. Dzięki temu książka ma wiele smaczków, które można z uśmiechem wyłapać, jak na przykład używanie starej, dobrej kredy do pisania po tablicy znajdującej się, nomen omen, w międzygwiezdnym statku pędzącym z połową prędkości światła ku innej galaktyce. Zanim jednak ktokolwiek zarzuci tej powieści ogólną dezaktualizację pragnę pospieszyć z argumentem, że pisanie o „wideoplastyce” (dzisiejsze holografii / wirtualnej rzeczywistości), „mechaneurystyce” (zawoalowanej cybernetyce), jak również o wykorzystywaniu „rozedrganych okruchów kryształu” (metodzie zapisu danych) w latach pięćdziesiątych XX wieku (sic!) powinno obudzić przynajmniej umiarkowany podziw dla zdolności pisarza w przewidywaniu rozwoju różnych technologii. Nie wspominając już rozwlekle o zdolności do antycypowania trudności w przełamywaniu barier poznawczych (zjawisko „migotania świadomości” przy przekraczaniu wielkich prędkości). „Obłok Magellana” jest dla mnie książką wyjątkową także dlatego, że nigdy wcześniej i później nie poczułem silniejszej więzi z samym pisarzem (gdy wsiadałem po raz pierwszy na pokład Gei Lem żył jeszcze). Mam nieodparte wrażenie, że razem „... poznaliśmy coś trudniejszego i piękniejszego niż odkrycia naukowe i tajemnice materii, coś, czego nie może ogarnąć żadna teoria ani zanotować najdoskonalszy automat”, pamiętając o naszych bliskich, i tych, z którymi połączyły nas „...rzeczy ulotne, lecz najtrwalsze: szum drzew i wody, wspólne marzenia, błękit, w którym wiatr gonił obłoki nad naszymi głowami”. Przewracanie pożółkłych, pachnących starym drukiem stron pierwszego wydania „Obłoku” z 1955 roku pozostanie dla mnie na zawsze nostalgiczną przygodą, wzmagającą silne poczucie przywileju podróżowania z wiecznie młodym Stanisławem Lemem. Rating: 5 5
Aż do granic Reviewed by Pyza Wędrowniczka on . O „Obłoku Magellana” i „Fiasku” Ostatnią powieść Lema, „Fiasko”, czyta się dzisiaj i przywołuje dużo chętniej, niż ukazującą się w „Przekroju” w połowie lat 50. trzecią powieść, „Obłok Magellana”. Mimo to obie te książki się ze sobą wiążą i tak jak „Wizja lokalna” jest swego rodzaju „przepisywaniem” podróży XIV z „Dzienników gwiazdowych”, tak „Fiasko” jest jakby auto-retellingiem „Obłoku Magellana”. Obie powieści łączy rzecz jasna podstawowy motyw: wielka podróż kosmiczna, w którą włożono siły całej ludzkości. Zamknięci w ogromnym statku kosmicznym astronauci wyruszają tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek, nieść przesłanie od ludzkiej cywilizacji i nawiązać Kontakt z Obcymi. Realizacje jednak nie są, wbrew pozorom, skrajnie różne. Załoga Gei z „Obłoku...” to mężczyźni, kobiety i dzieci. W świecie tej powieści kobieta latająca w Kosmos nie jest niczym dziwnym. W „Fiasku” tylko mężczyźni lecą w przestrzeń – ale statek nazywa się przecież Eurydyka. Jest jak zapowiedź klęski, bo przecież to Eurydyka pośrednio nie daje zakończyć misji Orfeusza powodzeniem. Trochę klasyczny motyw marynistyczny, kobieta na statku przynosząca nieszczęście, trochę podzwonne dla całych rodzin, sunących przez ciemność Wszechświata na Gei. To w „Fiasku” zresztą jeden z bohaterów będzie pomstował na samą propozycję, żeby wziąć na pokład kobiety i dzieci, jako nieodpowiedzialną. A przecież i bohaterowie „Obłoku...” liczą się z niebezpieczeństwem takiej wyprawy. Porzucają, jak główny bohater, rodziny i ukochanych, żeby wrócić w kolejnej epoce, jeśli w ogóle. Załoga Eurydyki, wykorzystując paradoks czasowy, wróci po zaledwie ośmiu latach. Z czego wypływa takie postawienie sprawy? Może to kwestia etnourage'u? Wszak w „Obłoku...” znajdziemy jeszcze rozwiązania narzucane przez wymogi epoki – socrealizm daje tam ciekawe efekty (jak choćby motyw ludzkości zjednoczonej w sielankowej, ale i melancholijnej społeczności), ale bywa kuriozalny. Jak tam, gdzie bunt na statku, wynikający z uwarunkowań psychicznych człowieka nieprzyzwyczajonego do podróży w ciasnym pudle przez dwie dekady, uśmierza się historią o prześladowanym niemieckim komuniście z lat 30. W „Fiasku” nie ma tak łatwej drogi – człowieczeństwa, także tego fizjologicznego, nie da się przeskoczyć: kosmonautom w długim locie pomaga nie hibernacja, ale powrót do sztucznego życia płodowego. Tak więc chociaż technologia we „Fiasku” – inżynieria sideralna, pomysł której jest szalenie ciekawy – jest dużo bardziej zaawansowana, to człowiek pozostaje bardziej ludzki i bardziej przez nią ograniczony niż w „Obłoku...”, niosącym jeszcze optymistyczne przesłanie lat 50. i wiarę w podbój Kosmosu. Ale są dwa elementy dla tych powieści wspólne. Przelatując niedaleko księżyca Jowisza, Ganimedesa, Gea bierze na pokład mimowolnego rozbitka, Piotra, który z uszkodzoną pamięcią leci – nie mając wyboru – razem z załogą ku Obłokowi Magellana. W „Fiasku” podobny los spotyka nieznanego odmrożeńca, Marka Tempego, który nie wie kim jest, znaleziony wraz z innymi ciałami na księżycu Staruna, Tytanie. Obaj bohaterowie próbują dojść do tego, kim są i co ich skłoniło do decyzji, jakie w rezultacie doprowadziły ich na pokład wypraw badawczych. Obaj do końca nie będą pewni, czy na pewno są tym, kim są – choć z różnych powodów. Drugi taki element to Obcy. Tych, których spotkają bohaterowie „Obłoku...” nie widzimy, a jedynie o nich słyszymy. Nie mamy pewności, czy nie są bajką opowiadaną umierającemu kompanowi. Kwintanie z „Fiaska” mogą zaś w rezultacie okazać się tylko kolejnym lustrem, które Lem podstawia ludzkości. Warto też zauważyć, że sposób opowiadania wybiera autor podobny: przez bohaterów stojących nieco z boku, często nie umiejących zrozumieć zaawansowanych naukowych dialogów reszty załogi. Różni się oczywiście podejście bohaterów obu powieści do spraw fundamentalnych: ci z „Obłoku...”, wyruszając z komunistycznej przeszłości, uważają całą „imperialną” przeszłość, wraz z religią, za serię przesądów. Ci z „Fiaska” nie dość, że mają na pokładzie teologa-zakonnika, to jeszcze są dość umiarkowanie zadowoleni ze swojej społeczności. Bohaterów „Obłoku...” przeraża, że kiedyś jedzono zwierzęta, Tempe w „Fiasku” konstatuje z rezygnacją, że powszechny wegetarianizm to raczej mrzonka. O ile bohaterowie „Obłoku...” umilają sobie czas chodzeniem do „kina” i na koncerty, to ci z „Fiaska” sarkają na sam pomysł umieszczenia tego typu umilaczy na statku kosmicznym, bo kto by się czymś takim chciał zajmować (stając tym samym po stronie kontestatorów takich rozwiązań z „Obłoku...” – co ciekawe, można to też odczytać inaczej, jako ostateczną próbę poradzenia sobie ze złudzeniem, w jakim utrzymywał ustrój komunistyczny). Inna jest wymowa obu książek, ale jeśli się zastanowić – na pewno? Czy zakończenie „Obłoku...” jest ciepłe i optymistyczne? Śmiem twierdzić, że jest tym książkom do siebie bliżej, jeśli odrzucimy pozór, jakim „Obłok...” pokryty jest z wierzchu. Kto wie, czy nie zobaczymy wtedy proto-Kwintan? Rating: 5 5