UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

    Uderzającą cechą pisarstwa Lema jest jego metaliterackość: kosmiczne historie to nie tyle snuta z niezmąconą powagą prognoza przyszłego rozwoju ludzkości, ile pewien rodzaj gry z wcześniej usadowionymi w ramach fantastyki (i nie tylko) wzorcami pisania i wzorcami literackich światów, jakie produkuje niestrudzenie gatunek. A może raczej: gra z literaturą jest niezbędnym tłem, na którym pojawia się własna Lema refleksja na temat ludzkości i jej przyszłych losów. Przy czym refleksja ta niekoniecznie znajduje się w centrum kosmicznej awantury. Niekiedy trzeba ją dopiero odkryć, niejako na obrzeżu tego, co naiwnemu czytelnikowi zdaje się problemowym centrum fabuły.

    Tak jest właśnie w Niezwyciężonym, który — zdecydowanie bardziej niż inne książki Lema — nawiązuje do batalistycznego, a więc poniekąd najmniej ambitnego nurtu tzw. hard science fiction. Produktem tego nurtu są wszystkie literackie opisy przyszłych wojen, w których autorzy prognozują rozwój broni i strategii konfliktów. Mniej czyste gatunkowo, bo uwikłane w motywy baśniowe i przeróżne stylizacje, są słynne Gwiezdne wojny, gdzie walczą z reguły upostaciowane Zło z Dobrem, obydwa wyposażone w jakieś widowiskowo działające narzędzia zniszczenia. Dobro, rzecz jasna, zwycięża w końcu — bo dzielniejsze, bardziej skłonne do poświęceń, lepiej pokumane z duchowymi Mocami, które ostatecznie decydują o tym, kto na placu boju okaże się silniejszy. Autorzy takich książek nie są z reguły tak prymitywni, aby dać wygrać temu po prostu, kto ma większy laser lub sprawniej działający miotacz antymaterii. Nie, dużo w tych historiach ukłonów w stronę Ducha, Serca i innych przymiotów, które już w baśniach dawały bohaterom przewagę nad siłami ciemności. Rzecz w tym, iż odpowiednio zastosowane wewnętrzne dobro staje się tam niejako dodatkiem usprawniającym śmiercionośną broń, dodającym jej siły rażenia. Obok dobra istotną rolę pełni „ludzkość”, rozumiana jako zbiór cech (indywidualnych, społecznych) charakteryzujących człowieka i zapewniających mu w ostatecznym rozrachunku wyższość nad dziwacznymi kosmitami, cyborgami czy innymi przeciwnikami, którzy tego rodzaju cechami nie mogą się poszczycić. W Niezwyciężonym jest na pozór podobnie. Z hard SF rodem jest tam cała warstwa techniki, precyzyjne opisy urządzeń służących do zapewnienia ludziom normalnego funkcjonowania w kosmosie i na obcej planecie, a nade wszystko charakterystyka broni, jakie człowiek wiezie z sobą, by we wszechświecie zaprowadzić porządek.

    No właśnie: porządek! Punktem wyjścia Niezwyciężonego jest wizja kosmosu opanowanego, oswojonego, podzielonego na strefy, w których straż trzymają ziemskie „bazy”, patrolowanego przez „krążowniki” należące do iluś tam typowych klas. Operacja lądowania na nieznanej planecie nie jest dla załogi rakiety żadnym niezwykłym wyczynem, ale zajęciem rutynowym, dokonującym się podług określonej a zgodnej z sytuacją procedury, nad którą czuwa sfora automatów. Krytycy cytowali często sam początek powieści, niezwykłą, bo „bezludną” scenę budzenia się urządzeń statku, podczas gdy załoga śpi jeszcze w hibernatorach, ukołysana do dalekiej podróży.

    Sam kosmos przypomina w Niezwyciężonym jakąś ziemską Polinezję: całe mnóstwo wysp-planet, gdzieniegdzie żyją „krajowcy”, a po morzu pływają uzbrojone po zęby europejskie okręty, utrzymując cały ten świat w ryzach. Czym jest jednak — spytajmy — ów ziemski porządek narzucony Galaktyce? Kombinacją siły i przywiezionego z zewnątrz (naukowego, moralnego) prawa. Ziemianie dysponują niewiarygodną potęgą, bardzo wiele też o świecie wiedzą, wiedza ta ma przy tym charakter niejako klasyfikatorski: gdzieś tam, na Ziemi, drzemią gigantyczne bazy danych, w które wpisuje się i sortuje informacje o gwiazdach, planetach i zamieszkujących je stworach, a każdy napotkany fenomen szuka sobie miejsca w kartotece. Potęga Ziemian nie znajduje dla siebie w kosmosie godnego przeciwnika — stąd pewna bezceremonialność i paternalizm, jaki ludzie skłonni są okazywać Innym. Traktują ich akurat podobnie jak światły badacz Europejczyk tubylców w koloniach, tzn. poznają z ciekawości ich życie i akceptują odmienność pod warunkiem, że Inni zechcą „przyzwoicie się zachowywać”, co oznacza po prostu — podporządkowywać się standardom ziemskiej etyki.

    Oto wyjściowa sytuacja Niezwyciężonego, jeśli spojrzeć na nią ze środka przedstawionego w powieści świata. Patrząc z zewnątrz, dostrzeżemy co innego: Niezwyciężony to powieść realizująca dziecinne marzenie ludzkości o niemal nieograniczonej potędze: tytułowa rakieta jest prawdziwym Sezamem, z którego wysypują się coraz to nowe, wspaniałe urządzenia, różnorodne pojazdy i sprzęt wojenny. Ba, Niezwyciężony potrafi też wystrzeliwać sondy orbitalne, otaczać się nieprzenikliwym siłowym polem, a potencjalnemu wrogowi zadawać niszczące ciosy. Tuzinkowa science fiction jest — co tu kryć — realizacją marzeń dziecka, które rysuje sobie w zeszyciku pancerniki dwakroć większe od słynnego „Yamato” i bombowce, przy których B-52 jest pchełką. Czymś podobnym są rakiety z Gwiezdnych wojen i innych temu podobnych widowisk. Następnym krokiem w takich marzeniach jest zazwyczaj starcie z kosmitami, w którym „nasi”, zbrojni w supermiotacze i lasery, mając też za puklerz swą wyższość moralną, odnoszą świetne zwycięstwo. Prawdziwa przygoda „Niezwyciężonego” zaczyna się w momencie, gdy stereotypowy model kosmicznego starcia ujawnia swą nierzeczywistą naturę.

    Kto z kim tu walczy? Podług pierwszej hipotezy załogi rakiety — ludzie z jakimś nieznanym, potężnym a chytrym przeciwnikiem. Podług hipotezy następnej i na pozór ostatecznej — ludzie z nieświadomym, nieosobowym, choć groźnym agregatem martwych mikromechanizmów. Czy jednak w istocie nie walczą tu mechanizmy pomiędzy sobą? Człowieka w Niezwyciężonym osłaniają od samego początku mechaniczne procedury, nad jego zdrowiem i bezpieczeństwem czuwają automaty — one wysyłane są na pierwszą linię, kiedy starcie z „czarną chmurą” okazuje się nieuchronne, one też „nie umieją przestać” — walczą aż do samounicestwienia, nie znając lęku i nie rachując strat. Znamienny pod tym względem jest opis potyczki „Cyklopa” z chmurą:

    „Gdyby atakującymi były żywe istoty, masakra, jaka je spotkała, zmusiłaby chyba następne szeregi do odwrotu, a przynajmniej do zatrzymania się u wrót wznieconego piekła, lecz martwe walczyło z martwym, atomowy ogień nie wygasł, zmienił tylko kształt i kierunek głównego uderzenia — i wtedy Rohan po raz pierwszy zrozumiał, czy raczej domyślił się bez słów, jak musiały wyglądać te niegdyś toczące się na pustynnej powierzchni Regis III zmagania, w których jedne roboty miażdżyły i rozbijały inne, jakimi formami selekcji posługiwała się martwa ewolucja i co oznaczały słowa Laudy, że pseudoowady zwyciężyły, jako najlepiej przystosowane. Zarazem przemknęło mu przez myśl, że coś takiego musiało się tutaj już kiedyś dziać, że martwa, niezniszczalna, w kryształkach energią słońca utrwalona pamięć bilionowej chmury musiała zawierać wiedzę o podobnych starciach, że właśnie z podobnymi samotnikami-pojedynkami, ciężko opancerzonymi olbrzymami, z atomowymi mamutami rodu robotów musiały się przed setkami wieków uporać te martwe kruszyny, które pozornie były niczym wobec płomieni wszystko niszczących, skały na wylot przepalających wyładowań”.

    O co tu właściwie chodzi? W Niezwyciężonym walkę toczą maszyny bojowe skonstruowane podług dwu najzupełniej odmiennych koncepcji. Ludzie przywożą na Regis superbronie niemal żywcem wyjęte z dziecięcych snów o potędze: wielkie, wyspecjalizowane mastodonty, zaopatrzone w skomplikowane systemy obrony i rażenia, wydajne elektromózgi itd. Planeta Regis przeciwstawia im miliardową chmurę złożoną z prostych, standardowych kryształków, odporną tym samym na wszelkie ciosy i łatwo odbudowującą swój zbiorowy potencjał. Ten pomysł wracał u pisarza wielokrotnie, aby wcielić się wreszcie we wcale dokładny projekt nowego typu broni, zamieszczony w Weapon Systems of the Twenty First Century or The Upside-down Evolution, tekście wchodzącym w skład Biblioteki XXI wieku, a następnie tomu Apokryfy. Zwróćmy uwagę na podtytuł: „odwrotna ewolucja” fascynuje Lema, ma on bowiem zrealizowany w przyrodzie postęp genetyczny za wątpliwy; ewolucja idzie wszak od rozwiązań perfekcyjnych (fotosynteza u roślin) do mniej doskonałych (przemiana materii u roślino- i mięsożerców). „Martwa ewolucja” w Niezwyciężonym naprawia więc niejako „błędy” ewolucji automatów, którą sterowali ludzie; nawraca ku formom prostszym, po energię zwraca się do słońca, budując w końcu quasi-społeczność odporną na wszelkie ciosy, przed którą nawet „Niezwyciężony” i jego arsenał muszą skapitulować.

    I tu rodzi się problem pierwszorzędnej wagi, bo zahaczający o całą Lema teorię ewolucji, wyłożoną w Golemie XIV. Pytanie brzmi: czy ewolucja zrobiła w istocie błąd, sterując ku coraz większej komplikacji żyjących istot? Z punktu widzenia „elegancji” technicznych rozwiązań i zdolności przetrwania gatunku w niesprzyjających okolicznościach — na pewno tak. W nieprzyjaznym środowisku bakterie czy owady radzą sobie łatwiej niż ludzie. Przecież jednak kolonie prostych organizmów — tak samo jak „czarna chmura” — nie potrafią nauczyć się myśleć; homeostaza zdaje się być najwyższym z ich osiągnięć, nie dysponują nadwyżką mózgowej sprawności, która ludziom umożliwia nie tylko nadrobienie „błędów” poczynionych przez ewolucję, ale też refleksję, komunikację, budowę intersubiektywnych więzi, czyli kultury po prostu. Ostateczne zwycięstwo „Niezwyciężonego” urzeczywistnia się wtedy dopiero, kiedy klęskę ponoszą walczące automaty. Ma ono dziwny smak, bo polega na świadomym zaniechaniu bezsensownej wojny, na próbie akceptacji „chmury” i jej królestwa takimi, jakimi są. Człowiek nie w tym okazuje się lepszy od „chmury”, że umie ją unicestwić, lecz wprost przeciwnie — że „umie przestać”, umie wywikłać się z fatalizmu wrogości, którą kieruje mechaniczny instynkt realizujący Darwinowską zasadę walki gatunku o przewagę nad innymi uczestnikami „walki o byť’. Zmysł piękna i emocje służą temu lepiej od rozumu. W paszczę lwa Rohan musi pójść nieomal „nagi”, pozbawiony tych wszystkich automatycznych narzędzi zniszczenia, które mogłyby uwikłać go w beznadziejną walkę. Bohater książki rozbiera się jeszcze — co nader istotne — z poczucia moralnej wyższości nad mieszkańcami Regis III. Pcha go co prawda w gardziel górskiej doliny nikła nadzieja odnalezienia towarzyszy, nie ma w nim już jednak ani dumy z własnego bohaterstwa, ani pragnienia odwetu, ani odrazy w stosunku do „wroga”. Jest jedynie wiara, że doznać Inności można tylko na drodze indywidualnego, angażującego całe ciało i całego ducha doświadczenia, w którym kalkulujące schematycznie żelastwo automatów w niczym pomóc nie umie.

    No i cóż z tym począć? Lem wprawdzie podziwia perfekcję prostych organizmów, ale sam — jako człowiek — nie ma z pewnością ochoty powracać do stadium nawet najdoskonalszej standardowej „muszki” czy „mrówki”. Jeżeli coś warte jest, mimo wszystko, w człowieku obrony, to jego psychiczna komplikacja, cały ten świat emocji, którego automaty nie znają — wreszcie też unikatowy charakter każdej bez wyjątku jednostki, która nosi w sobie własny, ściśle osobisty kosmos. To ten właśnie kosmos — prywatny, obciążony wszystkimi poznawczymi błędami ludzkości i ludzkiego, subiektywnego punktu widzenia — jest jedynym bodajże miejscem, w którym uniwersum ujmuje się jako pewną całość, cóż stąd, że oglądaną z partykularnej perspektywy?

    Niezwyciężony zaczyna się od symfonii granej przez maszyny — służki człowieka. W miarę jednak nadchodzących klęsk cały ten złom odsunięty zostaje na bok — pozostają jedynie dramaty ludzi postawionych wobec nieznanego; świat prywatnych odczuć i dojrzewania Rohana, uwikłanego w dziwną psychomachię ze swym dowódcą. Taka jest „treść głęboka” powieści — na powierzchni toczy się w tym samym czasie wartka, pełna napięcia i monumentalnych, batalistycznych obrazów akcja, naśladująca udatnie literackie wzorce rozmaitych „wojen światów”. Dlatego powieść Lema była lubiana przez najróżniejszych czytelników — tych, do których przemawiał urok mechanicznych zabawek, i tych, którzy z nich wyrośli, dojrzewając do wiedzy, że człowiekowi najtrudniej uporać się z samym sobą, zmierzyć się umysłem z całością wszechświata nie po to, by unieść się pychą, ale wprost przeciwnie: by jej demona zwalczyć. Trzeba więc przebyć ewolucyjną drogę od instynktowej prostoty owada do zawrotnej (mózgowej i myślowej) komplikacji człowieka, by można było u końca wędrówki jednocześnie: ujrzeć świat jako całość odbitą we własnych oczach — i zrezygnować z roli sędziego, miary wszechrzeczy.

 

Jerzy Jarzębski

(Average rating 4.7 on 3 rating)