UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 5.00 (1 Vote)

Image

Książka ta została w pewnym sensie napisana na zamówienie, w okresie, kiedy wyemigrowałem z Polski po wprowadzeniu stanu wojennego. Wydawnictwo Fisher złożyło mi niezwykle kuszącą propozycję: 100 000 marek zaliczki za nieistniejącą powieść. Był to jedyny taki wypadek w mojej karierze pisarskiej: nie wiedziałem o czym będzie książka, zakładałem tylko, że ma ona opowiadać o wielkim, kosmicznym przedsięwzięciu.

Co do zakończenia. Postępowanie bohatera nie jest w peł­ni racjonalne i, jak rozumiem, on sam ani nie zamierzał udać się na straceńczą, samobójczą wizytę, ani nie mógł, już po wy­ lądowaniu, chłodno obliczać swoich szans — a tym samym i szans całej tej wyprawy. Mówię, że on sam nie rozumiał swej sytuacji, dlatego, ponieważ TO zakończenie stało się niespo­dzianką również i dla mnie. Jeśli wolno się tak wyrazić, ak­cja poniosła mnie na ostatnich stronach w kierunku, którego z góry nie przewidywałem… Niezastosowalne okazują się zarówno kon­cepcje „twarde”, „siłowe” (wymuszenia „kontaktu” szantażem), jak i koncepcje rodem z Ewangelii. Nikt nie miał racji wśród ludzi — ani „gołębie”, z ojcem Arago na czele, ani „jastrzębie”.
Sława i fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla