UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 0.00 (0 Votes)

    Jeśli Summę technologiae umieścimy w centrum róży wiatrów, jaką tworzą eseje Lema, to Golema XIV przyjdzie także uznać za progeniturę tej książki, zajmującą jednak miejsce szczególne i do innych niepodobne. Czym jest Golem XIV z perspektywy gatunkowej, określić trudno. W swym stadium zalążkowym należał do Wielkości urojonej, a zatem do zbioru wstępów do fikcyjnych książek. Ale Lem szybko zapragnął jednak napisać dzieło, do którego wstęp stworzył, co sprawiło, że ów wstęp odkleił się od pierwotnego zbioru i zaistniał w ramach osobnego tomu — jednak o niejasnej przynależności, bo i czymże jest owa książka? Kolejnym wielkim esejem? Powieścią — nawet miejscami sensacyjną — o superkomputerze? Rodzajem filozoficznego dialogu, w którym jednej stronie udzielono szczególnie dużo miejsca?

    Interpretacja Golema XIV nastręcza niemałych trudności, ma on bowiem, jako wywód, swój sens niejako literalny, nad tym nadbudowuje się sens wynikający ze szczególnej sytuacji podmiotu wypowiedzi, którego związki z autorem są nader oryginalnej natury (z założenia przecież pisarz musi tu być kimś umysłowo niższym i zasadniczo odmiennym od swego bohatera).

    Co mówi Golem ludziom? Rysuje przed nimi wizję Rozumu, który oderwał się od swego macierzystego biologicznego podłoża i zyskał nieskończony dystans wobec tworów naturalnej ewolucji. W pierwszym rzędzie więc komputer przedstawi owej ewolucji surową analizę i krytykę: technologiczne rozwiązania fizyczności człowieka uzna za krok w tył w stosunku do perfekcji cechującej mikroorganizmy. Te ostatnie, praktycznie nieśmiertelne i zdolne do odżywiania na drodze fotosyntezy (tzn. żywiące się bezpośrednio energią Słońca), wydadzą mu się pod wieloma względami doskonalsze od istot bardziej złożonych, zmuszonych jednak do pasożytowania na organizmach niższych, a przy tym zdanych na wysoce zawodną i dość prymitywną mechanikę swych ciał. Jak działa ewolucja? — pyta Golem. I odpowiada: za nic ma w zasadzie istoty, które stwarza, „interesuje się” właściwie tylko możliwie sprawnym przekazywaniem genetycznego kodu. Ponieważ jednak kod ów, na mocy praw rządzących molekułami, nie może być zawsze przekazywany bezbłędnie, organizmy ewoluują, komplikują swą postać, mutacje zaś giną lub przeżywają w zależności od napotkanych warunków zewnętrznych.

    Do tej chwili wykład Golema nie odbiega wiele od rewelacji współczesnych genetyków, jest też, co ciekawe, zadziwiająco zbieżny z głośną, a powstałą niezależnie i w zbliżonym czasie książką Richarda Dawkinsa Samolubny gen. Wątek nowy pojawi się w momencie, gdy Lem, głosem komputera, pocznie dywagować nad kwestią uwikłania Rozumu w drabinę ewoluujących gatunków. Powie nam wówczas, że Rozum nie tyle jest ukoronowaniem doskonalących się funkcji organicznych, ile kołem ratowniczym rzuconym zdefektowanym, niedoskonałym właśnie, produktom późnych etapów biologicznej kreacji. Nie rzucił go zapewne żaden czuwający nad logiką rozwoju Stwórca, rozwinął się on samoistnie jako jedyna siła zdolna zapewnić przetrwanie w nieprzychylnym świecie kulejącym istotom z wyższych pięter drzewa rodzaju. Spośród tych istot ludzie rozwinęli go w najwyższym stopniu, czyniąc go generatorem języków etnicznych, czyli jakby echowych odbić genetycznego kodu, a następnie zaprzęgając go do tworzenia rozlicznych kultur, a w ich obrębie mitologii, religii, metafizyk — czyli, najogólniej biorąc, tego wszystkiego, co skutecznie mistyfikuje istotę ludzkiej kondycji, prawdę o osadzeniu człowieka w Bycie.

    Ale oto — ciągnie dalej Golem — ludzkość dotarła do granicznego momentu, który przyszedł z chwilą wynalezienia sztucznej, maszynowej inteligencji. Od tej chwili dalszy rozwój daje się pomyśleć dwojako: albo człowiek zleci maszynom troskę o swój byt i zaspokajanie potrzeb, sam zaś pozostanie tym, czym był dotąd — wówczas wprędce zdegeneruje się i stanie faktycznie niżej od swych produktów; albo, porzuciwszy swą dotychczasową naturę i to, co miał za najświętsze wartości, przekonstruuje swą postać i świadomie wkroczy w etap inżynieryjnego kreowania własnej fizyczności. Tylko taka decyzja zapewni mu możność dorównania elektronicznym mózgom i dalszą ewolucję.

    Jako swoistą perspektywę rozwojową ukazuje Golem uczonym naturę swego własnego myślenia, a następnie kreśli wizję nieograniczonej ekspansji Rozumu, który w ostatecznych konsekwencjach wcielać się może w zjawiska kosmiczne na wielką skalę. Na koniec nienasycona żądza czystego poznania wieść go może ku próbom wyjścia poza nasz wszechświat, by uchwycić go z dystansu, wyjścia poprzez grawitacyjną zapaść, która czeka — jak Golem powiada — każdą gwiazdę przekonstruowaną w potężny, pracujący na molekularnym poziomie „mózg”. W tej ostatecznej konsekwencji upada sztywna granica oddzielająca Rozum od Bytu, a kosmiczne zjawiska zyskują dwuwykładalność — jako substrat „fizyki” bądź „myślenia” w kosmicznej skali.

    Konstrukcja, jaką wznosi Golem w swym drugim wykładzie, jest zaiste ogromna i warta przemyślenia w wielu aspektach. Wynika z rewizji fizyki Einsteina, który dążył do skonstruowania modelu świata niesprzecznego i dającego się zinterpretować jako całość „od środka”. Taki świat, którego wszystkie zasady tkwią wewnątrz, tworzą logiczny system i są poznawalne, zdaniem Lema/Golema jest jedynie marzeniem uczonego. W rzeczywistości kosmosu i jego istoty nie da się objaśnić, tkwiąc w środku — i to zarówno z fizykalnego, jak z ewolucyjnego czy antropologicznego punktu widzenia. Ma on cechy systemu formalnego matematyki zawierającego arytmetykę liczb naturalnych, w którym także — zgodnie z twierdzeniami Gödla — nie da się rozstrzygnąć wszystkich twierdzeń, pozostając wewnątrz. Takie miejsca w kosmosie, których nasza fizyka nie potrafi opisać, miejsca, które z systemu owej fizyki uchodzą w singularność, są dla Golema nie tylko dowodem na niepełność wszystkich teorii na jego temat, jakie dadzą się w jego obrębie skonstruować, ale także upragnionymi „drzwiami na zewnątrz” — w obszar poza tym kosmosem i tą fizyką, z którego działając — być może — Rozumowi uda się dobudować do końca gmach poznania naszego wszechświata. Oto wersja metafizyki, na którą autor książki wyrażałby zgodę. W tle zawiera ona teodyceę, boż przecie to nierozumienie wszechświata wynika także z dziwacznego współistnienia w nim anthropic principle, czyli wizji kosmosu jako gigantycznej kołyski tylko po to stworzonej, aby wykołysać w niej człowieka — i Vernichtungsprinzip, to znaczy zasady mówiącej, że droga do rozwoju rozumnych istot wiedzie nieuchronnie przez niewyobrażalne hekatomby innych istnień, że, jednym słowem, „zasada zniszczenia” wbudowana została w każdy ewolucyjny postęp.

    Wykłady Golema są więc — łatwo zauważyć — wkorzenione głęboko w dotychczasową twórczość Lema. „Paszkwil na ewolucję” i propozycję „przesiadki” z ciał biologicznych w mechaniczno-elektroniczne zawarł autor już w Summie technologiae; kilka wersji kosmogonii opartej na hipotezie „myślących” gwiazd czy galaktyk odnajdziemy tu i ówdzie w jego twórczości SF (w tonacji serio np. w Głosie Pana, ujęty żartobliwie motyw ten zjawia się w bajce Jak Mikromił i Gigacyan ucieczkę mgławic wszczęli). Wreszcie ostatni wspomniany tu dylemat uzyskał formę osobnego eseju-„wstępu” w Bibliotece XXI wieku: Das kreative Vernichtungsprinzip. The World as Holocaust. Ostatnie książki eseistyczne Lema z mnogiego potomstwa Summy technologiae, jak Tajemnica chińskiego pokoju i Bomba megabitowa, są wprawdzie znacznie ostrożniejsze w kwestii „prześcigania ewolucji” przez sztuczne mózgi, ale nie likwidują zawartych w Golemie XIV filozoficznych zagadnień — przerzucają je tylko w odleglejszą przyszłość i odmienny obszar technologicznych spełnień. Genialny Golem, jak łatwo przewidzieć, nie może więc przeskoczyć samego Lema. Pewne sensy dodatkowe wynikają jednak z samej fikcyjnej sytuacji wypowiedzi.

    Kim jest podmiot głoszący krytykę człowieczeństwa? Przede wszystkim — nieczłowiekiem, niejako czystym Rozumem, funkcjonującym w oderwaniu i w opozycji do ludzkiej aksjologii i ludzkiej emocjonalności. Nie jest nawet — jak głosi — osobą, a więc taką imitacją człowieka, jaką był robot Calder z opowiadania Rozprawa. Dlatego chętnie zadalibyśmy mu pytanie, którego zadawać nie trzeba zwykłym uczonym. Pytanie brzmi: po co się rozwija i do czego dąży? Człowiek znalazłby tu od razu dziesiątki odpowiedzi, wywiedzionych jednak z kultury, biologii czy życia popędowego, od których wszak Golem a priori się odcina. Superkomputer jest wersją takiego Rozumu, który tylko w sobie samym szukać musi uzasadnień własnego istnienia i rozwoju, którego ewolucja jest niejako irracjonalna, bo oderwana od wszelkich celów i spełnień leżących poza nim. Wiedza dla wiedzy samej — ot i wszystko. Odpowiedź na nietaktowne pytanie skierowane do Golema odnaleźć możemy w sformułowanej przezeń teorii ewolucji. Skoro jest Rozum czynnikiem ewolucyjnej strategii przetrwania, to zapewne rozwijać się powinien podobnie bezkierunkowo i samoistnie, jak genetyczny kod, który powstanie jego warunkował. W samej rzeczy Lem nawet historię skonstruowania supermózgów modeluje tak, by z niej wydobyć przypadkowość i brak świadomego zamierzenia: ostatecznie Golem miał być przecież tylko znakomitym strategiem, służącym posłusznie ludzkim, obłędnym celom, do powstania zaś generacji maszyn-filozofów doprowadziła skomplikowana gra interesów pomiędzy politykami, wojskowymi i producentami urządzeń elektronicznych. Dochodzimy więc wreszcie do takiej warstwy sensów Golema XIV, która wydaje się na tle dotychczasowej twórczości Lema istotnie nowa lub przynajmniej po raz pierwszy sformułowana z taką dobitnością. Chodzi o to mianowicie, że Rozum w tej książce jawi się jako władza tylko po części „ludzka”, w rzeczywistości zaś w wielkiej mierze autonomiczna i w swym rozwoju wobec ludzkich zamierzeń niepodległa. Może więc Rozum być czynnikiem kulturotwórczym, może — równie dobrze — objawić się nagle jako siła niszcząca. Rozwijając się w ramach kultury, nie jest tedy Rozum kulturze poddany — jako urządzenie do spełniania życzeń lub wcielania w życie preferowanych przez dane społeczeństwo wartości. Będąc w obrębie dziejów cywilizacji czynnikiem sprawczym, motorem przemian, nie podlega zarazem teleologicznym założeniom, których natura zawsze jest „ludzka”, tzn. subiektywna, z kulturowych uprzedzeń wywiedziona. Z punktu widzenia potrzeb rozwijającego się Rozumu możemy natomiast ocenić inaczej ewolucyjny „regres” rozwiązań, który dotknął — zdaniem Golema — istoty żywe. Technologiczny obszar depresji, z którego istoty wyższych szczebli ewolucji nie potrafią już dosięgnąć bezpośrednio życiodajnej gwiazdy, to przecież idealne miejsce, na którym może rozwijać się indywidualna przemyślność i zapobiegliwość, czyli wymarzona kolebka, w której wykołysać można świeżo narodzony Rozum.

    Ów Rozum rozwija się zatem od zarania niejako kosztem istot, które wtrącone zostały w obszary morderczej walki o byt. Wykształcony w obrębie świata ludzkiego, zdaje się być w tej samej mierze dobroczyńcą i sztandarem człowieczeństwa, co pasożytem, wykorzystującym środowisko ludzkiej kultury do dalszego rozwoju, którego droga w efekcie zawsze poza ludzkość prowadzi, nie jest bowiem przez nią bez reszty zdeterminowana. To tylko technologiczny i intelektualny poziom danej cywilizacji sprawia, iż niektóre nieoczekiwane a fascynujące mutacje Rozumu nie mogą zostać przez nią przyswojone i giną w zapomnieniu, nie odczytane przez współczesnych — tak samo jak zmutowane zbyt radykalnie osobniki biologicznych gatunków nie doczekują się potomstwa. W wywodach mądrego Golema znajdziemy tezę, że cywilizacja dzisiejsza bliska jest tego progu, poza którym „skok w nieludzkość” byłby już dla Rozumu możliwy — i tam dopiero ujawniłby on na dobre swoją odrębną od idei humanizmu naturę.

    Jakże jednak potężną wizję „skoku w nieludzkość” uczynić jadalną dla nas — ludzi? Z ludzkiego punktu widzenia wywody Golema można tylko bądź odrzucić, bądź wyznać pokornie: credo quia absurdum — bo absurdalny dla członka rodziny człowieczej zda się ten głód wiedzy pozbawiony społecznych uzasadnień i zastosowań (któż jednak miałby przeniknąć motywy kierujące intelektem tak górującym nad nami?). Nie mogąc — z definicji — pojąć Golema, spróbujmy jednak zrozumieć pisarza, który go powołał do istnienia. Dlaczego swe idee wyraził w taki właśnie sposób, tj. głosem „nieludzkiego” superkomputera? Jegoż to poglądy, czy nie jego? Co na koniec wynika z cudzysłowu, jakim autor opatruje dyskurs Golema?

    Jedno jest pewne: w powieści pisarz odbija się nam nie tylko w jednym lustrze; wchodzi w rolę Golema, to prawda, ale jest też po trosze Creve’em i Poppem, przyjmuje zatem perspektywę zarówno ludzką jak nieludzką. Będzie raz spoglądał na swe człowieczeństwo z bezlitosnego dystansu, pomiatając najdroższymi wartościami ludzkiego rodzaju, innym znów razem na przemądrą maszynę spojrzy oczyma dziecka, tęskniącego do rodzicielskiego autorytetu — i wówczas rozpoznamy w nim bohatera Głosu Pana, Hogartha, który swej wiedzy nie potrafił uwolnić od irracjonalnych, kulturowych uwarunkowań. Lub jeszcze inaczej: nie tylko uwolnić jej nie umiał, lecz w ogóle skonstruować — bez wsparcia o czysto ludzki, pozarozumowy fundament, sklejony z emocji i odruchów zmysłu moralnego.

    Dialog „ludzkości” z „nieludzkością”, który jest bodaj główną treścią Golema XIV, znajdziemy rozsiany po całej nieledwie wcześniejszej twórczości Lema — od Szpitala Przemienienia po ostatnie książki. Dopiero tutaj jednak zyskał on tak syntetyczny wyraz i wykładnię: „głos Rozumu” został tu wydestylowany i uwolniony od swego ludzkiego rodowodu, a swoista potworność tej perspektywy uwydatniła się — nie wiem, czy z przyzwoleniem autora. Obok potworności jest tu jednak tęsknota za wyższym, rozgrzeszającym nas sensem. Creve i Popp odruchowo wierzą, że Golem darzy ich szczególnym zaufaniem, że są „wybrani”; Golem znów wierzy, że ponadludzkim wytężeniem Rozumu zdoła wydostać się z tego świata, aby dostąpić wyższego, pozakosmicznego poznania; ojcowie-roboty z Podróży dwudziestej pierwszej wierzą w bezpostaciowego „Boga”, który dostarczy im zbawczego punktu odniesienia poza ich rzeczywistością; w Gmachu z Pamiętnika znalezionego w wannie poczucia sensu istnienia dostarcza wizja drzwi uchylonych na zewnątrz. Czyżby więc obraz oddalającego się na niedosiężny dystans Rozumu pełnił u ateisty-Lema tę samą rolę, jak obraz Boga: wyłamywał w kosmosie-więzieniu drogę na zewnątrz, ku transcendencji (obojętne, jakiej byłaby natury)? Bo przecież tylko wydarłszy się — choćby w marzeniu — z obrębu naszego wszechświata, naszej kultury, naszej matematyki, rozumu, gatunkowej speciei — możemy próbować odpowiedzieć na pytania, które „od środka” pozostaną wieczyście nierozstrzygalne.

 

Jerzy Jarzębski