UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

5 1 1 1 1 1 Rating 5.00 (2 Votes)

"Gazeta Wyborcza" 20.09.2009

Wojciech Orliński: Zazdroszczę Panu, że mógł pan jakoś podglądać proces twórczy, który prowadził do powstania „Kataru” czy  „Wizji lokalnej". Choćby przez dziurkę od klucza...

Tomasz Lem: Podglądać? Przez dziurkę od klucza? Ja ten proces nie tyle podglądałem co podsłuchiwałem. Pamiętam dźwięk niesłychanie szybkiego stukania w maszynę do pisania. Klawisze nie nadążały za szybkością, z jaką pędziły myśli w głowie ojca. Kiedy to słyszałem, od razu wiedziałem, że nie należy ojcu przeszkadzać. Zresztą drzwi do jego pokoju były zamknięte, jeśli sprawa była poważna to nawet na klucz.
Gdy teraz redagowałem nasze ostatnie znalezisko, czyli rękopis „Sknoconego kryminału”, uderzył mnie pośpiech. Wiele słów jest wstukanych skrótowo, pierwsze dwie-trzy litery. Czasem opowieść ucina się w połowie zdania i ojciec próbuje ją podjąć na nowo, z innej strony.
Ostatnim etapem procesu twórczego było wielkie ognisko za płotem, w którym moja matka paliła stosy kartek. Nawet nie po to, żeby to zniszczyć. Nie było gdzie tego trzymać.

Myślałem, że były palone w kominku.

Nie, to było w starym domu, w którym nie mieliśmy kominka. Za płotem była zapuszczona łąka, teraz jest tam park, w którym rosną między innymi drzewa zasadzone przez mojego ojca i członków naszej rodziny. Tam było miejsce na ognisko, do dzisiaj widać wypalony krąg.

W którym momencie właściwie uświadomił pan sobie, że jest dzieckiem kogoś wyjątkowego?

Te olśnienia, że mój ojciec naprawdę był kimś wyjątkowym, mam do dzisiaj. Biorę do ręki jakiś jego zapomniany tekst o przyszłości technologii z 1960 roku i sobie uświadamiam, że co do treści to mógłby się spokojnie dzisiaj ukazać w "Scientific American", trzeba by tylko zastosować nowoczesną terminologię. Ale na takim najprostszym poziomie od bardzo wczesnego dzieciństwa.

Zanim się nauczyłem chodzić porządnie, już mnie uczono, że mam chodzić cicho. Ja się nie skarżę, moje dzieciństwo w PRL dzięki ojcu i tak było pełne przywilejów. Ale w dziecku jest taki naturalny konformizm - pragnienie żyć jak inni, nawet jeśli obiektywnie oznaczałoby żyć gorzej. Pamiętam na przykład, że wielki żółty mercedes, ostatni samochód mojego ojca, sprzedany niedawno na aukcji charytatywnej, bardzo mnie krępował, choć dla ojca był przedmiotem dumy.

A czy koledzy w szkole prosili o autografy?

Nie przypominam sobie. Ale za to nauczycielka od historii prosiła mnie, żeby mój tata - skoro tyle jeździ po świecie - przywiózł jej śrubkę do enerdowskiego młynka do kawy. Autografy przydawały się w latach 80., podczas budowy nowego domu. Okazało się, że książka z autografem ojca sprawdza się jako alternatywna waluta. Z ich pomocą można było załatwić normalnie niedostępne deski, gwoździe czy rolki papy.