UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

image„Awantury na tle powszechnego ciążenia” otrzymały Srebrny Kałamarz im. Hermenegildy Kociubińskiej - nagrodę, kóra została ustanowiona w 2007 r. przez Fundację Zielona Gęś. Przewodniczącą kapituły jest Dorota Koman. Wyróżnienie przyznawane jest zawsze 11 marca - w dniu imienin Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, patrona wyróżnienia.

4.7173913043478 1 1 1 1 1 Rating 4.72 (46 Votes)

imageStanisław Lem wciąż czeka na swojego biografa (może kiedyś zostanie nim jeden z felietonistów „Dwutygodnika”?). Na razie otrzymujemy świetnie napisane wspomnienia syna pisarza, do tej pory znanego głównie z roli tłumacza literatury anglojęzycznej. Tematycznie ułożona książka Tomasza Lema składa się z samych anegdot, którym towarzyszą zdjęcia-anegdoty. Przypomina pudełko belgijskich czekoladek – jest wielosmakowa, zaskakująca, elegancka. I nie można się od niej oderwać. Tomasz Lem w "Awanturach na tle powszechnego ciążenia" wspomina swego ojca. Malowniczy zbiór anegdot, impresji oraz scen z życia codziennego odkrywa przed nami inne oblicze autora światowych bestsellerów - mechanika samochodowego z zamiłowania, zapalonego narciarza, pasjonata słodyczy, chowającego papierki po cukierkach za szafą.

Juliusz Kurkiewicz "Dwutygodnik": cała recenzja

"Gazeta Wyborcza" 20.09.2009

Wojciech Orliński: Zazdroszczę Panu, że mógł pan jakoś podglądać proces twórczy, który prowadził do powstania „Kataru” czy  „Wizji lokalnej". Choćby przez dziurkę od klucza...

Tomasz Lem: Podglądać? Przez dziurkę od klucza? Ja ten proces nie tyle podglądałem co podsłuchiwałem. Pamiętam dźwięk niesłychanie szybkiego stukania w maszynę do pisania. Klawisze nie nadążały za szybkością, z jaką pędziły myśli w głowie ojca. Kiedy to słyszałem, od razu wiedziałem, że nie należy ojcu przeszkadzać. Zresztą drzwi do jego pokoju były zamknięte, jeśli sprawa była poważna to nawet na klucz.
Gdy teraz redagowałem nasze ostatnie znalezisko, czyli rękopis „Sknoconego kryminału”, uderzył mnie pośpiech. Wiele słów jest wstukanych skrótowo, pierwsze dwie-trzy litery. Czasem opowieść ucina się w połowie zdania i ojciec próbuje ją podjąć na nowo, z innej strony.
Ostatnim etapem procesu twórczego było wielkie ognisko za płotem, w którym moja matka paliła stosy kartek. Nawet nie po to, żeby to zniszczyć. Nie było gdzie tego trzymać.

Myślałem, że były palone w kominku.

Nie, to było w starym domu, w którym nie mieliśmy kominka. Za płotem była zapuszczona łąka, teraz jest tam park, w którym rosną między innymi drzewa zasadzone przez mojego ojca i członków naszej rodziny. Tam było miejsce na ognisko, do dzisiaj widać wypalony krąg.

W którym momencie właściwie uświadomił pan sobie, że jest dzieckiem kogoś wyjątkowego?

Te olśnienia, że mój ojciec naprawdę był kimś wyjątkowym, mam do dzisiaj. Biorę do ręki jakiś jego zapomniany tekst o przyszłości technologii z 1960 roku i sobie uświadamiam, że co do treści to mógłby się spokojnie dzisiaj ukazać w "Scientific American", trzeba by tylko zastosować nowoczesną terminologię. Ale na takim najprostszym poziomie od bardzo wczesnego dzieciństwa.

4.8947368421053 1 1 1 1 1 Rating 4.89 (38 Votes)

Był rok 1983. Rankiem w dniu wyjazdu z Polski ojciec umył się, ubrał, wyjął z kieszeni portfel, podszedł do kosza na śmieci i zaczął metodycznie wyrzucać banknoty – stuzłotówki z Waryńskim, tysiące z Kopernikiem, być może były tam również „Bolki i Lolki”, czyli banknoty z Mieszkiem i Chrobrym. Potem równie skrupulatnie obszedł się z bilonem, który z brzękiem także wylądował w koszu.

Widząc moją zdziwioną minę, wyjaśnił, że ponieważ już nigdy do Polski nie wrócimy, złotówki nie będą nam potrzebne.

Na ojca naskarżyłem cioci, pieniądze trafiły tam, gdzie powinny. Rodzice tradycyjnie zamknęli się w łazience, gdzie matka coś ojcu tłumaczyła, jednak kiedy wyszedł, nie wyglądał na przekonanego.