UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Image

Przystępując do pisania autobiografii świadom jestem dwóch przeciwstawnych sił powodujących moją ręką. Jedną z tych skrajności jest przypadek, drugą kształtujący życie porządek. Czyżby wszystko, co sprawiło, że przyszedłem na świat i przetrwałem, pomimo że wielokrotnie groziła mi śmierć, aby w końcu zostać pisarzem - i to jeszcze takim, który nieustannie stara się godzić ze sobą sprzeczne elementy realizmu i fantastyki - może być postrzegane wyłącznie jako rezultat niezliczonej ilości przypadków? A może jednak zadziałała jakaś predestynacja - nie w formie nadprzyrodzone mojry, nie skrystalizowana w los kiedy leżałem jeszcze w kołysce, lecz gdzieś we mnie kiełkująca - powiedzmy w mym genetycznym dziedzictwie, jak przystało na agnostyka i empiryka?

W każdym razie roli jaką przypadek odegrał w mym życiu nie sposób pominąć. Kiedy w 1915 roku poddała się przemyska twierdza mój ojciec jako lekarz armii Austro-Węgier dostał się do rosyjskiej niewoli. Po niemal pięciu latach w chaosie rosyjskiej rewolucji zdołał powrócić do rodzinnego Lwowa i - o czym wiem z jego opowiadań - co najmniej raz jako oficer, a więc "wróg klasowy", miał zostać na miejscu rozstrzelany. Z życiem uszedł tylko dlatego, że kiedy prowadzono go na egzekucję rozpoznał go idący chodnikiem ukraińskiego miasteczka żydowski fryzjer ze Lwowa. Fryzjer osobiście golił komendanta miasta, a zatem mógł się wstawić za ojcem. Tylko dlatego mego ojca - który jeszcze nim nie był - wypuszczono na wolność i mógł powrócić do Lwowa, do narzeczonej. Historię tę, ze względów estetycznych nieco bardziej złożoną, czytelnik może odnaleźć w fikcyjnej recenzji (De Impossibilitate Vitae Cezara Kouski) w mej Doskonałej Próżni. Tam przypadek stanowi uosobienie losu - gdyby fryzjer znalazł się w uliczce o minutę później dla mego ojca nie byłoby już ratunku. Usłyszałem od niego tę historię, gdy byłem małym chłopcem, może dziesięcioletnim, kiedy nie potrafiłem jeszcze oddawać się abstrakcyjnym rozważaniom przeciwstawiającym kategorie przypadku i losu. Ojciec został szanowanym, dość zamożnym lwowskim lekarzem (laryngologiem). W biednym kraju, jakim była przedwojenna Polska, niczego mi nie brakowało. Miałem i francuską guwernantkę i niezliczone ilości zabawek, a świat w którym dorastałem uważałem za coś niebywale stabilnego. Skoro jednak tak było, dlaczego jako gustujące w samotności dziecko wymyśliłem sobie niezwykłą zabawę, którą opisałem później w Wysokim Zamku?

Zabawa przenosiła mnie w zmyślone światy, jednak wcale nie wyobrażałem ich sobie w sposób bezpośredni. Jako uczeń produkowałem mnóstwo ważnych dokumentów:  legitymacji, zaświadczeń, paszportów, dyplomów i aktów prawnych na mocy których otrzymywałem niezliczone bogactwa, szlacheckie tytuły oraz władzę, albo też "najwyższe pełnomocnictwa", zezwolenia, zaszyfrowane dowody i kryptogramy najwyższej wagi -  a wszystko to odnosiło się do kraju, którego próżno szukać na mapie. Czyżby towarzyszyło mi poczucie niepewności?  Czyżby zabawa wzięła się z podświadomego poczucia zagrożenia?  Nic mi o takich przyczynach nie wiadomo. W szkole byłem dobrym uczniem. W kilka lat po drugiej wojnie światowej od pewnego starszego człowieka zajmującego jakieś stanowisko w przedwojennym szkolnictwie dowiedziałem się, że kiedy zbadano iloraz inteligencji wszystkich uczniów gimnazjów - musiało być to w roku 1936 lub 1937 - uzyskałem 180 punktów i - wedle słów tego człowieka - byłem najinteligentniejszym dzieckiem w całej południowej Polsce. Przed wojną nie miałem o tym pojęcia, wyników badań nie ujawniono. W każdym razie w tym sensie stanowiłem już jakiś wyjątek od powszechnej przeciętnej. Jednak w żadnej mierze wysoki iloraz inteligencji nie mógł okazać się pomocny w przeżyciu niemieckiej okupacji na terenie Generalnej Guberni. W tym okresie w sposób bardzo bezpośredni i "praktyczny" dowiedziałem się, że nie jestem "Aryjczykiem". Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie ani, niestety, o żydowskiej kulturze. Właściwie dopiero nazistowskiemu ustawodawstwu zawdzięczam świadomość, że w moich żyłach płynie żydowska krew. Udało nam się jednak uniknąć uwięzienia w getcie - dzięki fałszywym dokumentom wraz z rodzicami zdołałem przetrwać ten czas.

Chcę jednak jeszcze powrócić do dzieciństwa w przedwojennej Polsce. Moje pierwsze lektury były dość szczególnego rodzaju. Były to atlasy anatomiczne i dzieła medyczne należące do ojca, które przeglądałem w czasach kiedy z trudem potrafiłem coś przeczytać, a tym mniej z nich rozumiałem, że medyczna biblioteka ojca składała się z książek niemieckich i francuskich - po polsku była jedynie beletrystyka. Widok szkieletów, starannie otwartych ludzkich czaszek, mózgów naszkicowanych na wielokolorowych tablicach oraz spreparowanych jelit z magicznie brzmiącymi łacińskimi nazwami był moim pierwszym kontaktem ze światem książek. Buszowanie w bibliotece ojca należało naturalnie do rzeczy najsurowiej zakazanych i właśnie dlatego tak bardzo mnie pociągało, jako przedsięwzięcie niedozwolone i tajemnicze. Należy do tego jeszcze dodać ludzką kość. Za szklanymi drzwiami regału ojca leżała kość czaszki - os temporis - usunięta podczas trepanacji. Przypuszczalnie był to relikt z czasów, kiedy ojciec studiował medycynę. Kilkakrotnie miałem ją w ręce,  nie towarzyszyły temu jednak żadne nadzwyczajne doznania (żeby tego dokonać musiałem wykraść ojcu klucz). Wiedziałem czym była, ale nie bałem się, byłem raczej zaciekawiony. Jej otoczenie - rzędy grubych medycznych tomów - wydawało się najzupełniej naturalne: dziecko, nie posiadając żadnego układu odniesienia, nie potrafi dokonać rozróżnienia pomiędzy banałem a tym, co niezwykłe. Kość, a właściwie jej beletrystyczne odwzorowanie, pojawia się w mojej powieści Pamiętnik znaleziony w wannie . W książce kość urosła do całej czaszki, gładko odjętej od zwłok, która odgrywa jakąś nie do końca przeze mnie uświadomioną rolę. Czaszka tego rodzaju znajdowała się w posiadaniu mego wuja, brata matki, który także był lekarzem. Nazajutrz po wkroczeniu Wehrmachtu do Lwowa został zamordowany. (W owym czasie zginęło także wielu Polaków nie będących Żydami - profesorowie uniwersytetu oraz Boy-Żeleński. Zabrano ich nocą z domów i rozstrzelano.)

Jaki właściwie obiektywny, to znaczy nie wymyślony przeze mnie, nie składający się z samych tylko skojarzeń, związek istnieć może pomiędzy tymi częściami ludzkiego szkieletu a erą Holokaustu?  Czy związek ten jest tylko czystym przypadkiem, zbiegiem okoliczności? Moim zdaniem tak właśnie jest. Nie wierzę w przeznaczenie czy predeterminację. Zamiast pierwotnej harmonii potrafię sobie najwyżej wyobrazić (w oparciu o życiowe doświadczenia) pierwotną dysharmonię, prowadzącą do szaleństwa i chaosu. W każdym razie moje dzieciństwo z pewnością było spokojne i arkadyjskie - zwłaszcza w porównaniu z tym, co czekało mnie w następnych latach.

Byłem molem książkowym. Czytałem wszystko co wpadało mi w ręce:  wielkie narodowe poematy, powieści, książki popularnonaukowe (do dziś pamiętam, że książki tego rodzaju, jakimi obdarowywał mnie ojciec, kosztowały siedemdziesiąt złotych - cenę wydrukowano w środku - wówczas była to prawdziwa fortuna, za taką sumę można było kupić cały garnitur.)  Ojciec naprawdę mnie rozpieszczał. W jego anatomicznych atlasach - pamiętam to do dziś - oglądałem z wielkim zainteresowaniem męskie i żeńskie narządy płciowe. Szczególnie interesowało mnie kobiece łono jako coś pajęczego, może niekoniecznie budzącego obrzydzenie, ale z pewnością nie mającego nic wspólnego z erotyką. Wydaje mi się, że w późniejszym okresie moje dorastanie przebiegało całkowicie normalnie. Jednak studia medycyny i miesięczny staż w szpitalu jako położnik przyczyniły się do tego, że nie łączę dzisiejszej pornografii z popędem płciowym i chucią, lecz z rycinami w anatomicznych atlasach ojca i przeprowadzanymi przeze mnie badaniami ginekologicznymi. Myśl, że mężczyzna może odczuwać podniecenie na widok samych tylko narządów płciowych kobiety wydaje mi się zdumiewająca. Wiem dobrze, że tak właśnie ma się sprawa z libido, z instynktami wbudowanymi w nasze zmysły, zaprogramowanymi przez ewolucję. Jednak potrzeba odbycia stosunku bez miłości uderza mnie podobnie jak przemożna potrzeba zjadania łyżkami soli i pieprzu tylko dlatego, że potrawy bez tych przypraw są pozbawione smaku. Nie odczuwam ani wstrętu ani pociągu dopóki nie pojawi się ta specyficzna erotyczna więź, zwana miłością.

Jako ośmioletni chłopiec zakochałem się w pewnej dziewczynce. Nie wypowiedziałem do niej nawet słowa, jednak często obserwowałem ją w pobliskim parku. Dziewczynka nie była świadoma moich uczuć, najprawdopodobniej w ogóle nie zauważyła mojej obecności. Była to długa, namiętna miłość, pozbawiona jednak konkretów czy myślenia życzeniowego. Nie zależało mi na poznaniu jej. Moje uczucia ograniczały się do wielbienia z pewnej odległości - i niczego więcej. Niechaj psychoanalitycy jak chcą tłumaczą uczucia małego chłopca. Nie zamierzam tego komentować;  uważam, że taki epizod można zinterpretować zupełnie dowolnie.

Wspomniałem na początku przeciwstawne tendencje przypadku i porządku, zbiegów okoliczności i predestynacji. Dopiero w trakcie pisania Wysokiego Zamku przez głowę przeszła mi myśl że mój los, moja pisarska profesja, kiełkowała już we mnie kiedy oglądałem szkielety i galaktyki w astrofizycznych atlasach, rekonstrukcje olbrzymich archozaurów mezozoiku oraz liczne wielokolorowe tablice przedstawiające ludzki mózg. Albo, żeby to lepiej wyrazić, bodźce zewnętrzne oraz wrażenia zmysłowe współkształtowały moją wrażliwość - co oczywiście jest tylko przypuszczeniem.

Nie tylko wymyślałem fantastyczne królestwa i dostojne urzędy, dokonywałem także wynalazków i "projektowałem" prehistoryczne zwierzęta, których brakowało w paleontologii. Wymyśliłem na przykład samolot w kształcie olbrzymiego wklęsłego lustra, skupiającego światło na znajdującym się w ogniskowej kotle parowym. Na obwodzie lustra znajdowały się turbiny napędzające pojazd za pomocą wirników, jak helikopter, a energia pochodzić miała z promieni słonecznych. Ten dziwoląg miał latać bardzo wysoko, nad chmurami i naturalnie tylko za dnia. Nie zdając sobie z tego sprawy wymyślałem także urządzenia od dawna istniejące, na przykład mechanizm różnicowy. W grubych zeszytach rysowałem zabawne maszyny, ot choćby rower, na którym jeździło się jak na koniu, unosząc się w siodełku w górę i w dół. Ostatnio widziałem gdzieś urządzenie przypominające taki rower - chyba w angielskim "New Scientist", choć nie jestem pewien czy właśnie tam.

To doprawdy ciekawe, że nikomu nie pokazywałem mych rysunków. Chowałem je zarówno przed szkolnymi kolegami jak i rodzicami, i nie mam jednak pojęcia dlaczego tak postępowałem. Być może powodowała mną dziecięca fascynacja tajemniczością. Jednak w przypadku zabaw z wystawianiem paszportów i przepustek, dających prawo wstępu na przykład do podziemnego skarbca, było chyba inaczej. Przypuszczam, że nie chciałem zostać wyśmiany, bo choć widziałem, że to tylko zabawa, traktowałem ją niezwykle poważnie. Cząstkę tego świata ukazałem w Wysokim Zamku, książka zawiera jednak tylko niewielki fragment moich wspomnień. Dlaczego?  Na pytanie to potrafię częściowo odpowiedzieć. Po pierwsze, w Wysokim Zamku pragnąłem przenieść się w przeszłość,  ku dziecku jakim byłem, i do minimum ograniczyć "dorosłe" i "dojrzałe" odautorskie komentarze. Po drugie, podczas dojrzewania książka przeszła przez estetyczny filtr przypominający proces samoorganizacji, a zamieszczenie w tym kanonie niektórych wspomnień wywołałoby dysonans. Nie oznacza to, że zamierzałem ukrywać pewne fakty dlatego, że towarzyszy mi poczucie winy czy wstydu. Jednak pewne wspomnienia po prostu nie pasowały do tonu jakim opowiadam o swoim dzieciństwie. Chciałem dokonać niemożliwego - z całego życia wydobyć esencję mego dzieciństwa, w jego najczystszej formie:  obrać je z późniejszych warstw na które złożyła się wojna, masowa zagłada i eksterminacja, noce w schronach podczas nalotów, życie pod fałszywym nazwiskiem, wieczne ukrywanie się i wszystkie inne zagrożenia - tak jakby ich nigdy nie było. Albowiem nic przecież z tego nie istniało kiedy byłem dzieckiem, a nawet szesnastoletnim gimnazjalistą.  W książce uprzedzam o tym czytelnika;  nie pamiętam dokładnie gdzie, ale dałem do zrozumienia, że pewnych spraw nie będę poruszał, gdzieś w nawiasie pojawia się uwaga, że człowiek potrafi napisać szereg autobiografii zdecydowanie różniących się od siebie, w zależności od przyjętego punktu widzenia i kryteriów wyboru.

Znaczenie kategorii "porządku" i "przypadku" w ludzkim życiu uzmysłowiłem sobie w czasie wojny w sposób jak najbardziej praktyczny i instynktowny zarazem - jak gonione, zaszczute zwierzę, a nie myślący człowiek. Przekonałem się, że różnica pomiędzy życiem a śmiercią może zależeć od drobiazgów:  od wyboru ulicy którą pójdzie się do pracy, od decyzji, czy przyjaciela odwiedzi się o pierwszej czy dwadzieścia minut później, od tego czy drzwi zastanie się otwarte czy zamknięte. Równocześnie jednak nie twierdzę, że wiedziony instynktem, aby przetrwać stosowałem strategię minimaksu sprowadzającą się do nadzwyczajnej ostrożności. Przeciwnie, bezustannie narażałem się na niebezpieczeństwo - czasami uważałem to za konieczne, ale w wielu przypadkach postępowałem tak z bezmyślności czy nawet głupoty. Toteż kiedy myślę dzisiaj o tak idiotycznym zachowaniu nadal zastanawiam się - nie mogąc wyjść ze zdumienia - dlaczego właśnie tak postępowałem. Wykradanie amunicji z tak zwanego Beutepark der Luftwaffe we Lwowie i przekazywanie jej jakiemuś nieznajomemu człowiekowi, o którym wiedziałem tylko, że  działa w ruchu oporu, uważałem za swój obowiązek. (Byłem zatrudniony w niemieckiej firmie i miałem dostęp do tego składu.)  Jednak kiedy polecono mi przenieść broń z miejsca na miejsce tuż przed godziną policyjną i kategorycznie zakazano wsiadania do tramwaju, nie usłuchałem i stanąłem na stopniu. "Czarny", ukraiński policjant z sił wspomagających niemieckie oddziały okupacyjne, wskoczył na stopień tuż za mną i wyciągnął rękę, aby dosięgnąć uchwytu. Gdyby wyczuł pod moim płaszczem broń oznaczałoby to dla mnie smutny koniec. Moje postępowanie było zarazem aktem niesubordynacji, lekkomyślności i głupoty. Czy było to wyzwanie rzucone losowi czy tylko głupota?  Do dziś zadaję sobie to pytanie.

Łatwiej przychodzi mi wytłumaczenie dlaczego wielokrotnie pomimo ryzyka bywałem w getcie, kiedy było jeszcze otwarte -  miałem tam znajomych. O ile wiem niemal wszyscy jesienią 1942 roku trafili do komór gazowych w Bełżcu.

W tym miejscu rodzi się pytanie czy wszystko, co opowiedziałem do tej pory w ogóle jest istotne, to znaczy czy ma jakiś bezpośredni związek z moją profesją i pisanymi przeze mnie utworami - oczywiście z wyjątkiem autobiograficznego Wysokiego Zamku. Wierzę, że taki kauzalny związek istnieje - że nie przypadkiem w mym pisarstwie tak wielką rolę przypisuję właśnie przypadkowi jako sile kształtującej ludzki los. Żyłem przecież w bardzo różniących się od siebie systemach, nie tylko doświadczyłem wielkich różnic pomiędzy biedną, lecz niezależną (kapitalistyczną, jeśli już trzeba użyć tego słowa) przedwojenną Polską, przeżyłem Pax Sovietica w latach 1939-1941, okupację niemiecką, powrót armii czerwonej i lata powojenne w jakże odmiennej Polsce, ale równocześnie uzmysłowiłem sobie także pewną kruchość wspólną wszystkim systemom społecznym. Przekonałem się także, jak ludzie zachowują się w warunkach ekstremalnych, jak nieprzewidywalne może okazać się ich zachowanie w wielkim napięciu. Dobrze pamiętam uczucia jakie towarzyszyły mi przy lekturze Mr. Sammlers's Planet Saula Bellowa. Książkę uważałem za bardzo dobrą - tak dobrą, że czytałem ją wielokrotnie. Jednak większość tego, co Bellow zgotował swemu bohaterowi Sammlerowi w okupowanej przez Niemców Polsce nie brzmiała dobrze. Utalentowany pisarz musiał przeprowadzić szczegółowe badania, zanim przystąpił do pracy i popełnił tylko jeden oczywisty błąd - obdarzył polską pokojówkę zupełnie niepolskim imieniem. Ten błąd jednak można by naprawić jednym ruchem pióra. Mnie jednak trapiło coś innego - nie przemawiała  do mnie aura, to niemożliwe do opisania Coś, co wyrazić językiem można tylko wtedy, kiedy samemu doświadczyło się opisanej sytuacji. Kłopot z powieścią nie polegał na tym, że opisywane wypadki sprawiały wrażenie nieprawdopodobnych - w owym czasie działy się rzeczy najdziwniejsze i najbardziej nieprawdopodobne. Chodziło raczej o wrażenie, że Bellow poznał te wydarzenia "z drugiej ręki" i znalazł się w sytuacji badacza, który otrzymał próbki jakiegoś okazu w oddzielnych paczkach i stara się z powrotem wszystko odtworzyć. To tak, jakby mieszanina tlenu, azotu i pary wodnej wraz z wonią kwiatów miały wzbudzić w nas wspomnienie zapachu pewnego lasu o poranku. Nie wiem czy coś takiego jest zupełnie niemożliwe, z pewnością jednak byłoby to diablo trudne. U Bellowa wyczuwam dysonans, do chemicznego związku przyplątały się jakieś zanieczyszczenia. Tamte dni rozsadziły i zamieniły w proch wszystkie konwencje narracji literackiej. Niepojętej daremności ludzkiego istnienia w obliczu masowej zagłady nie sposób przekazać techniką literacką, która jądrem opowieści czyni jednostki lub niewielkie grupy. To tak jakby ktoś zapragnął odtworzyć Marilyn Monroe na podstawie dokładnego opisu wszystkich molekuł jej ciała - to byłoby niemożliwe. Nie potrafię naturalnie powiedzieć, czy ta nieadekwatność narracji była przyczyną dla której zacząłem pisać science fiction, przypuszczam jednak - to odważne stwierdzenie - że wybrałem fantastykę naukową ponieważ zajmuje się ludźmi jako gatunkiem (a raczej wszelkimi możliwymi gatunkami istot rozumnych, których przypadkiem szczególnym są ludzie). Science Fiction powinna zajmować się całymi gatunkami a nie tylko jednostkami, bez względu na to czy są one świętymi czy potworami.

Możliwe, że dlatego po pierwszych próbach (czyli po pierwszych utworach science fiction) zbuntowałem się przeciwko paradygmatowi gatunku, który w USA przeobraził się w skamielinę. Dopóki nie znałem tej fantastyki - a nie znałem jej długo (aż do 1956 czy 1957 roku zagraniczne książki nie były w Polsce dostępne) - sądziłem, że rozwój pójdzie w kierunku zapoczątkowanym przez H. G. Wellsa w Wojnie Światów. Wells niczym naczelny wódz zajął stanowisko na wzgórzu, skąd mógł obserwować cały gatunek w sytuacji ekstremalnej. Wells przewidywał przyszłość pełną katastrof i muszę przyznać, że się nie mylił:  trafność jego spostrzeżeń mogłem docenić w czasie wojny, kiedy wielokrotnie czytałem jego powieść.

Dziś jestem zdania, że moje pierwsze powieści science fiction pozbawione są wszelkiej wartości (pomimo że doczekały się licznych wydań i zyskałem dzięki nim światowy rozgłos). Pisałem je - na przykład Astronautów wydanych w 1951 roku - z pobudek, które i dziś rozumiem, choć przedstawiony w nich świat zdecydowanie przeczy wszystkim moim życiowym doświadczeniom. W książkach tych "zły" świat miał przeobrazić się w "dobry".

W latach powojennych nie było innego wyboru:  pomiędzy nadzieją i rozpaczą, pomiędzy historycznie bezpodstawnym optymizmem i uzasadnionym sceptycyzmem, który z taką łatwością mógł przeobrazić się w nihilizm. To naturalne, że chciałem opowiedzieć się za optymizmem i nadzieją!  Jednak moja pierwsza powieść jest realistyczna, napisałem ją (to znowu przypuszczenie) po to, żeby pozbyć się ciążących doświadczeń wojny, aby wyrzucić je z siebie niczym ropę i pozbyć się ich ciśnienia i ciężaru (być może jednak napisałem tę książkę także i dlatego, aby nie zapomnieć;  jeden motyw mógł towarzyszyć drugiemu). Powieść nosi tytuł Szpital Przemienienia. Pewien niemiecki recenzent dopatrzył się w niej dalszego ciągu Czarodziejskiej Góry Tomasza Manna:  to, co u Manna było jedynie zwiastunem, odległym pomrukiem wówczas jeszcze skrywającej się za horyzontem czasu burzy, w mej powieści przeobraża się w ostatni piekielny krąg, logiczne następstwo przewidywanego "upadku Zachodu" w postaci masowej zagłady. Wieś, szpital dla umysłowo chorych, zespół lekarzy - nic takiego w rzeczywistości nie istniało, było jedynie owocem mojej wyobraźni. Jednak osoby chore umysłowo - i nie tylko one - rzeczywiście masowo mordowano w okupowanej Polsce. Powieść tę napisałem w 1948 roku, na ostatnim roku studiów. Ukazała się jednak dopiero w 1955 roku, ponieważ nie odpowiadała ówcześnie obowiązującym socrealistycznym wzorcom. Bez przesady mogę  powiedzieć, że w owym czasie zajmowałem się mnóstwem spraw naraz.

W 1946 roku przeprowadziliśmy się ze Lwowa do Krakowa tracąc w wyniku wojny cały dobytek. Mój siedemdziesięciojednoletni ojciec został z tego powodu zmuszony do pracy w szpitalu - nie istniała możliwość założenia prywatnej praktyki. Zamieszkaliśmy w Krakowie w jednym pokoju, ojciec nie miał nawet środków na kupno własnego sprzętu. Przypadkiem przekonałem się jak mogę przyjść rodzinie z pomocą - do pewnego "groszowego" tygodnika napisałem szereg opowiadań (jako kryminały, nie były wcale złe). Poza tym pisywałem także wiersze, drukowane w "Tygodniku Powszechnym". Wydrukowałem tam także dwie nowele - nie tyle science ficition ile na pograniczu fantazji - oraz opowiadania, które ukazały się tu i tam. Nadal jednak nie traktowałem mego pisania całkiem serio. Zostałem młodszym asystentem Konserwatorium Naukoznawczego założonego przez doktora Mieczysława Choynowskiego. Przedstawiłem mu najdroższe memu sercu prace:  o teorii funkcji mózgu oraz traktat filozoficzny. Choynowski nie pozostawił na nich suchej nitki i wziął mnie pod swoje skrzydła. Tym samym zmusił mnie do czytania dzieł z zakresu logiki, metodologii nauk, psychologii, psychotechniki (teorii testów psychologicznych), historii nauk przyrodniczych oraz wielu innych dziedzin. Choć nie kryłem się z nieznajomością angielskiego, musiałem czytać i anglojęzyczne dzieła - bez niczyjej pomocy. Były one jednak na tyle interesujące, że ze słownikiem w ręce rozszyfrowywałem je niczym Champollion egipskie hieroglify. Ponieważ znałem francuski, łacinę, niemiecki rosyjski, jakoś dawałem sobie radę. Jednak do dziś rozumiem jedynie pisaną angielszczyznę. Nie potrafię mówić i nie rozumiem, kiedy inni mówią tym językiem. Poza tym dla miesięcznika "Życie Nauki" sporządzałem przegląd periodyków naukowych z punktu widzenia metodologii nauk. Tym sposobem wplątałem się w nieszczęsną aferę z Łysenką, ponieważ streściłem spór pomiędzy nim a rosyjskimi genetykami "w sposób tendencyjny". Teorię Łysenki o dziedziczeniu cech nabytych uważałem za absurdalną, co po kilku latach się potwierdziło, jednak moje stanowisko w tej kwestii miało dość katastrofalne skutki dla naszego miesięcznika. Podobna historia wydarzyła się nieco później, kiedy w cybernetyce Wienera i Shannona dostrzegłem zalążek nowej ery postępu, nie tylko technicznego, ale cywilizacyjnego. W owym czasie jednak cybernetyka uważana była za "burżuazyjną pseudonaukę". W tamtych latach na bieżąco zaznajamiałem się z nowinkami z różnych dziedzin nauki, ponieważ w Krakowie powstała instytucja rozdzielająca książki nadchodzące ze Stanów Zjednoczonych (i do pewnego stopnia z Kanady), rozsyłane następnie do wszystkich polskich uniwersytetów. Z nadchodzących paczek mogłem "pożyczać" wszystkie pozycje, które wzbudzały moje zainteresowanie, pośród nich znalazła się również książka Wienera The Human Use of Human Beings. Nocami zachłannie wszystko czytałem, aby jak najszybciej przesłać książki adresatom. W oparciu o przeczytany materiał napisałem powieści których się nie wstydzę:  Eden, Solaris, Niezwyciężony i tak dalej. Pod koniec lat pięćdziesiątych, po śmierci mego ojca, udało mi się zdobyć dla nas - mnie i mojej żony - niewielki domek na południowych obrzeżach Krakowa, w którym obecnie mieszkamy. (W chwili gdy piszę te słowa w pobliżu tego domu dobiega końca budowa nowego, obszerniejszego, z większym ogrodem).

Również w tamtym czasie zetknąłem się po raz pierwszy z mym przyszłym agentem literackim Franzem Rottensteinerem z Wiednia. Wówczas obydwaj często pisywaliśmy krytyczne, niekiedy pamfletowe artykuły do anglosaskich "fanzinów", głównie do australijskiego SF Commentary. Staliśmy się dzięki temu dość popularni w getcie science fiction, choć w sensie negatywnym. Dzisiaj uważam, że nasze wysiłki były daremne. Początkowo nie mogłem pojąć dlaczego tak wielu autorów virbus unitis buduje dla fantastyki naukowej najzwyczajniejsze w świecie więzienie. Sądziłem, że choćby zgodnie z prawem wielkich liczb pośród tak wielu pisarzy obojga płci powinni pojawić się i tacy, którym pod względem umiejętności warsztatowych i przygotowania naukowego nic nie można zarzucić. Ignorancja naukowa autorów amerykańskich była dla mnie niezrozumiała, podobnie jak przerażająco niski poziom literacki.

Popełniłem błąd i zanim się spostrzegłem upłynęło sporo czasu. Jako czytelnik spodziewałem się po fantastyce czegoś, co w nauce o ewolucji zwie się  procesem gatunkotwórczym - nowy gatunek zwierząt tworzy rozkładający się niczym wachlarz szereg nowych gatunków. W mej naiwności sądziłem, że czasy Verne'a, Wellsa i Stapledona stanowiły początek - a nie koniec niezależności i indywidualizmu autora. Każdy z tych pisarzy stworzył w swoim czasie nie tylko coś zupełnie nowego, ale i zdecydowanie odmiennego od dzieł pozostałych. Wszyscy mieli niemal nieograniczone pole dla spekulacji ponieważ były to tereny dziewicze, nie zapełnione jeszcze dziełami literackimi. Każdy z nich na ziemię niczyją przyszedł z innej strony i zajął jakąś konkretną prowincję tej terra incognita. Natomiast ich następcy musieli się do siebie upodabniać, ponieważ zaczęło robić się tłoczno. Przeobrazili się w mrówki w mrowisku, w pracowite pszczoły, z których każda wprawdzie buduje odrębną komórkę plastra miodu, jednak bliźniaczo podobną do sąsiedniej. Takie są prawa produkcji masowej. Odległość dzieląca poszczególne dzieła science fiction nie powiększyła się, jak tego mylnie oczekiwałem, lecz skurczyła. Sama myśl, że taki Wells czy Stapledon po wizjonerskiej fantastyce mógłby pisać zwykłe kryminały wydaje mi się niedorzeczna. Jednak dla kolejnego pokolenia pisarzy było to rzeczą zupełnie powszednią!  Wellsa i Stapledona można przyrównać do wynalazców szachów albo warcabów. Stworzyli nowe zasady gry, a ich następcy tylko się do nich stosowali, wprowadzając ewentualnie drobne zmiany. Źródła nowatorskich pomysłów stopniowo wyczerpały się, tematy przeobraziły się w skamieliny. Powstały także hybrydy (science fantasy), w których schematy i wzorce formy literackiej stosuje się w sposób mechaniczny. Aby stworzyć coś zupełnie nowego konieczne było przeniesienie się ku dziedzinie otwierającej nowe możliwości. Uważam, że w pierwszej fazie pisałem wyłącznie utwory drugorzędne. W drugiej fazie (Solaris, Niezwyciężony) osiągnąłem granicę dziedziny, która właściwe była już całkowicie zajęta przez innych. W trzeciej - na przykład wówczas, kiedy pisywałem recenzje z nieistniejących książek i wstępy do dzieł, które "kiedyś się ukażą" lub też (tak jak teraz) streszczenia pozycji, które "już dawno powinny zostać napisane, ale jakoś ich nie ma" - za sobą pozostawiłem obszary już wyeksploatowane i wkroczyłem na nowe tereny.

Najłatwiej zilustrować to na konkretnym przykładzie. Przed dwoma laty napisałem niewielką książeczkę zatytułowaną Prowokacja. Była to fikcyjna recenzja z rzekomo dwutomowego dzieła, które przypisałem nieistniejącemu niemieckiemu historykowi (nazwałem go Aspernikusem). Pierwszy tom nosi tytuł Endlösung der Erlösung, drugi Fremdkörper Tod. Całość przedstawia jedyną w swoim rodzaju historiozoficzną hipotezę o niedostrzeżonych dotychczas korzeniach ludobójstwa i o roli jaką śmierć, zwłaszcza masowa, odgrywała w różnych okresach i kulturach, aż do dnia dzisiejszego. Literacka wartość mej fikcyjnej krytyki (dość długiej, w przeciwnym razie nie starczyłoby jej na książkę) nie jest tutaj istotna. Liczy się fakt, że pojawili się zawodowi historycy, którzy moje fantazje wzięli za recenzję prawdziwej książki, czego dowodzą ich wysiłki zmierzające do jej zamówienia. Moim zdaniem Prowokacja również przynależy do gatunku fantastyki naukowej, jako że nie dążę do ustalenia definicji tego gatunku, lecz do traktowania go jak najszerzej.

O wszystkim tym mam dzisiaj jako takie pojęcie. Jednak żaden z utworów, które dotychczas napisałem, nie został z góry zaplanowany, a następnie przyobleczony w literacką postać. Nie mogę także utrzymywać, że to intuicja wskazała mi drogę ku obszarom na których mogłem się rozwijać, że poszukiwałem ich, aby wyobraźnia miała pole do popisu. Potrafię powiedzieć coś niecoś o okresie brzemiennym, narodzinach pomysłu, jego przychodzeniu na świat w bólach i męczarniach, jednak już nic o genetycznym składzie embrionu ani o tym, jak przekształca się w fenotyp - ukończone dzieło. Natomiast właśnie tutaj, w dziedzinie embriogenezy mego pisarstwa, w ciągu ponad trzydziestu sześciu lat zaszły pewne istotne zmiany.

Moje najpierwsze powieści (do których autorstwa przyznaję się z przykrością) były planowane i budowane według z góry założonego schematu. Powieści w rodzaju Solaris pisałem posługując się metodą, której nie potrafię wyjaśnić - powstawały w zasadzie z niczego. Terminologia narodzin, którą się tutaj posłużyłem, może wydać się nie na miejscu, ale pod pewnymi względami jest trafna. Nadal potrafię wskazać ustępy Solaris czy Powrotu z Gwiazd w których - pisząc - czułem się w roli czytelnika. Kiedy Kelvin, narrator Solaris, przybywa na krążącą nad planetą stację orbitalną  i przekonuje się, że nie ma na niej żywego ducha, a potem rozpoczyna poszukiwania załogi i spotyka Snauta, na widok Kelvina wpadającego w przerażenie, nie miałem pojęcia, dlaczego nikt nie spodziewał się jego przybycia ani dlaczego Snaut zachowywał się tak zagadkowo. Nie wiedziałem nawet, że planetę zamieszkuje jakiś "żywy ocean". Wszystko to zacząłem pojmować w taki sposób, w jaki dowiaduje się o tym czytający książkę czytelnik- z tą różnicą, że to ja ją pisałem. Natomiast w przypadku Powrotu z Gwiazd znalazłem się w martwym punkcie kiedy powracający astronauta wystraszył pierwszą napotkaną dziewczynę i kiedy pojawia się  słowo "betryzacja". Początkowo nie domyślałem się, co słowo to będzie oznaczać, coś jednak wiedziałem:   pomiędzy kulturą przyszłości, którą opuścił bohater żeby polecieć do gwiazd, a tą którą zastał po powrocie, musi istnieć jakaś nieprzekraczalna bariera. Metafora zaczerpnięta z atlasu embriologii nie jest zatem całkowicie pozbawiona sensu, ponieważ ciężarna kobieta wie wprawdzie, że nosi w sobie embrion, nie ma jednak pojęcia jak przekształca się on z jajeczka w dziecko. Uważam się za racjonalistę i nie lubię takich wyznań - wolałbym stwierdzić, że z góry wiedziałem, co zrobię, że wszystko to zostało zaplanowane - ale amicus Plato, sed magis amica veritas. Pomimo to jednak coś można powiedzieć o sposobie powstawania moich książek.

Po pierwsze, nie istnieje dodatnia korelacja pomiędzy spontanicznością pisania a jakością powstających dzieł. W podobny sposób "donosiłem" Solaris i Powrót z gwiazd , a jednak uważam Solaris za dobrą powieść a Powrót z gwiazd za gorszą (ponieważ kwestie społecznego zła i jego wykorzenienia potraktowane zostały w sposób zbyt uproszczony, nieprawdopodobny a może nawet całkowicie fałszywy. Nawet jeśli pragnienie wyrządzania zła innym można by farmakologicznie stłumić - jest to główna przesłanka powieści - żadne chemiczne ani jakiekolwiek inne środki nie są w stanie uporać się ze złem niezamierzonym, wynikającym ze społecznych zależności, konfliktów i sprzeczności interesów - w taki sposób, w jaki środek owadobójczy eliminuje szkodniki.)

Po drugie, spontaniczność tworzenia nie stanowi nawet gwarancji, że powieść będzie się rozwijać - innymi słowy że fabuła toczyć się będzie bez "stosowania siły": więcej tekstów musiałem odłożyć ad acta albo wylądowało w koszu niż trafiło do wydawców.

Po trzecie, pisaniu metodą prób i błędów zawsze prędzej czy później towarzyszy zabrnięcie w ślepą uliczkę, co zmusza mnie do wycofania się, a niekiedy dochodzi nawet do "wypalenia surowców" - zasobów niezbędnych do dalszego rozwoju - przechowywanych gdzieś w mojej głowie. Solaris nie byłem w stanie dokończyć przez okrągły rok, a udało mi się to tylko dzięki temu, że dowiedziałem się - od samego siebie - jak powinien wyglądać ostatni rozdział. (Później dziwiłem się jak to możliwe, że od początku nie wydawało mi się to oczywiste.)

I wreszcie, po czwarte, nawet to, co powstawało spontanicznie, nigdy za pierwszym razem nie przybierało ostatecznego kształtu. Większego dzieła (z opowiadaniami jest nieco inaczej) nigdy nie napisałem "liniowo", jednym ciągiem, a w przerwach pomiędzy sesjami pisania - z przyczyn czysto fizjologicznych nie można bezustannie siedzieć przy maszynie - pojawiały się nowe pomysły wzbogacające to, co już napisałem. Wówczas zmieniałem pierwotny tekst i do fabuły wprowadzałem nowe elementy i zawiłości.

Wieloletnie mocowanie się z tekstami nauczyło mnie, żeby nigdy na siłę nie pisać, jeśli temat do pewnego stopnia sam wcześniej nie dojrzał, kiełkujący pomysł najlepiej pozostawić w spokoju (co może trwać miesiącami a nawet latami). Albo postępować jak kobieta, która wie, że poród przedwczesny to nic dobrego. Sytuacja ta jednak rodzi wiele dylematów, ponieważ jak niemal wszyscy pisarze nauczyłem się wymyślać preteksty żeby unikać pisania. Jak wiadomo główną przeszkodą w pracy każdego człowieka jest lenistwo. Gdybym czekał, aż w mej głowie pojawi się w pełni dojrzały pomysł - nigdy nic bym nie napisał.

Moja metoda twórcza (którą wolę raczej nazwać postępowaniem autora) ewoluowała z biegiem lat bardzo powoli. Nauczyłem się unikać spontaniczności chwil popychających do natychmiastowego pisania, kiedy w mojej głowie nie pojawiał się jeszcze żaden zarys całości - ani fabuła, ani problemy, ani postaci - ponieważ coraz częściej nie udawało mi się dokończyć rozpoczętych utworów. Być może twórcza przestrzeń skurczyła się z czasem niczym roponośne tereny, z których początkowo wszędzie w górę tryskają fontanny ropy i wszystko jedno gdzie rozpocznie się wiercenia, a z czasem należy uciekać się do różnych podstępów, sztuczek i uruchamiać pompy, aby zmusić ją do wypłynięcia na powierzchnię. Środek ciężkości mej pracy powoli przemieszczał się ku podstawowej myśli, sednu problemu. Nie siadałem już do maszyny, kiedy w głowie miałem zaledwie skromny początek. Zamiast tego tworzyłem na własny użytek coraz więcej notatek, fikcyjnych encyklopedii oraz "pomysłów podręcznych" - i to wszystko doprowadziło mnie do tego, co robię teraz:  usiłuję poznać budowany przeze mnie "świat" tworząc specyficzną dlań literaturę. Nie oznacza to jednak, że spisuję grube tomy encyklopedyczne z zakresu socjologii czy kosmologii XXX wieku - nie piszę fikcyjnych, drobiazgowych relacji z naukowych ekspedycji czy innych utworów wyrażających ducha nieznanych nam czasów. Takiego przedsięwzięcia nie sposób dokonać podczas krótkiego ludzkiego życia. Zarzuciłem także pisanie, w pierwotnym zamyśle pomyślanych jako żart, wstępów i recenzji z nieistniejących książek (Próżnia Doskonała, Wielkość Urojona). Nie publikuję już takich utworów, wykorzystuję je jednak do gromadzenia na własny użytek wiedzy o innym świecie, najpierw we wstępnych szkicach, a później wspomagając jej dojrzewanie. W pewnym sensie otaczam się literaturą przyszłości, z innego świata, z cywilizacji posiadającej biblioteki stanowiące jej odzwierciedlenie, tworzące jej lustrzane odbicie. Piszę naturalnie tylko krótkie streszczenia, albo krytycznie recenzje traktatów socjologicznych, prac naukowych, dzieł technicznych, opisuję technologie, które zastąpiły literaturę po jej zejściu z tego świata (podobnie jak telewizja uczyniła przestarzałym "Bioskop" Lumiere'a, a trójwymiarowa telewizja zastąpi w przyszłości dzisiejsze odbiorniki). Tworzę także traktaty historiozoficzne, encyklopedie cywilizacji pozaziemskich i ich strategie wojskowe (wszystko to naturalnie w skrócie, bo w przeciwnym razie żeby tego dokonać musiałbym przeżyć Metuzalema). Niewykluczone, że opublikuję kiedyś niektóre pozycje z tej "biblioteki na własny użytek" niezależnie od tekstów do którego posłużyły mi za źródło wiedzy.

Skąd biorą się te wszystkie historie, które przyozdabiam tak czarującymi tytułami jak Dehumanization Trend in Weapons Systems of the 21 Century1 czy Kosmologia porównawcza (O porównawczej kulturologii humanoidalnych cywilizacji)?  W pewnym sensie z głowy, ale nie do końca. Na użytek własny oraz innych wymyśliłem takie oto porównania, które mają pomóc w zrozumieniu stylu mojej pracy:

1. Krowa daje mleko, które nie powstaje przecież z niczego. Jednak tak jak krowa, żeby ją można wydoić, musi jeść trawę, tak ja muszę pochłaniać duże ilości prawdziwej (czyli nie wymyślonej przez mnie) literatury naukowej wszelkiego rodzaju, a produkt końcowy, moje powieści, tak różni się od pożywki intelektualnej jak trawa od mleka.
2. Tak jak małpa w psychologicznych eksperymentach Köhlera nie zdoławszy dosięgnąć zawieszonego u sufitu banana zbudowała ze śmieci i leżących na podłodze pudeł piramidę, tak ja za każdym razem muszę budować własne "informacyjne rusztowanie", żeby wspiąwszy się na nie dosięgnąć mego "banana".
3. Trzecie porównanie jest dość drastyczne i sprawia wrażenie bardzo prymitywnego, jednak zawiera ono ziarno prawdy. Jak wiadomo toaleta zazwyczaj wyposażona jest w zbiornik z wodą, który musi być napełniony, a po naciśnięciu guzika czy pociągnięciu za spłuczkę woda strumieniem spływa na dół. Potem zbiornik przez jakiś czas zapełnia się wodą i niecierpliwe pociąganie za spłuczkę nie uruchomi miniaturowego wodospadu. Jeśli chodzi o moje książki model ten jest o tyle zasadny, że gdybym nie wzbogacał mej fikcyjnej biblioteki nadeszłaby chwila wyczerpania zapasów i potem nic już nie byłbym w stanie wycisnąć z mojej głowy. Doskonałą Próżnię, zbiór piętnastu fikcyjnych recenzji, napisałem właściwie bez żadnej przerwy, po czym mój "zbiornik" okazał się pusty. W analogii z toaletą można by posunąć się nawet dalej:  Kiedy do spłuczki sięgnie się zbyt wcześnie, wodospad będzie nie taki, jak trzeba. Po napisaniu takiej książki jak Doskonała Próżnia z głowy dałoby się jeszcze coś wycisnąć, ale nie byłbym zadowolonych z takich utworów i z pewnością odłożyłbym je ad acta.

Moje metody pisarskie dodatkowo komplikuje i wzbogaca fakt, że od czasu do czasu tworzyłem dzieła quasi-naukowe, które nie miały stanowić rusztowania, lecz pisane były jako książki o teorii literatury (pomimo że posługującej się modelem empirycznym, obcym przedstawicielom nauk humanistycznych). Tak powstała Fantastyka i futurologia, dzieło z zakresu "futurologii sceptycznej" Summa Technologiae, Dialogi (o ukrytych szansach rozwoju cybernetyki), a także eseje takie jak Biologia i wartości, Cybernetyka stosowana (O patologii socjalizmu), itd. 2

Później okazało się, że szereg pomysłów, na które wpadłem pisząc te książki i których używałem jako hipotez i przykładów - innym słowy wiele z tego, co napotkałem na wybranym szlaku intelektualnej wędrówki towarzyszącej pisaniu - można było także wykorzystać w beletrystyce:  początkowo czyniłem to całkowicie nieświadomie i zauważałem jedynie wówczas, kiedy zwracano mi na to uwagę, to znaczy kiedy krytycy dostrzegali takie podobieństwa i wyrażali opinię, że z całą świadomością oscyluję pomiędzy poważnym omawianiem problemu a fantastyką. Tymczasem ja zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z wykonywania takich "skoków". Kiedy zwracano mi uwagę na to zjawisko niekiedy wertowałem własne książki pod kątem ciekawych, "zapładniających" pomysłów.

Patrząc wstecz widzę, że w środkowym okresie mego pisarstwa pisałem dzieła nie bacząc na stworzenie jakiejś ciągłości pomiędzy wymyślonymi światami a naszym. W światach Solaris, Edenu i Powrotu z Gwiazd nie istnieją w domyśle oczywiste etapy łączące tamten stan rozwoju cywilizacji z obecnym (fatalnym), z jakim dziś mamy do czynienia na Ziemi. Z drugiej strony moje późniejsze dzieła wyraźnie dowodzą pewnego "zwrotu w stronę naszego świata";  innymi słowy późniejsze powieści stanowią próbę ustanowienia takiego związku i ciągłości. Nazywam to niekiedy moją tendencją do realizmu w fantastyce. Najprawdopodobniej (ale to tylko przypuszczenie, przyparty do muru nie potrafiłbym tego udowodnić) próby takie, które często do pewnego stopnia mają charakter "wycofania się" (jako wyrzeczenie się zarówno utopii jak i dystopii, ekstremów, które albo mnie odpychają albo pozostawiają niewzruszonym, podobnie jak dzieje się to z lekarzem stykającym się z nieuleczalnie chorym) biorą się ze świadomości, że niedługo umrę oraz z potrzeby ukojenia mej niezaspokojonej ciekawości, choćby hipotezami, jak będzie wyglądała przyszłość ludzkiego gatunku i kosmosu.

Poproszony o napisanie autobiografii Einstein nie rozwodził się nad swym życiem, lecz nad najukochańszym potomstwem:  teoriami, dziećmi zrodzonymi przez jego umysł. Nie jestem wprawdzie Einsteinem, ale pod tym względem przypominam go:  uważam bowiem, że najważniejsze w mej biografii są zmagania intelektualne, a reszta ma raczej charakter anegdotyczny.

Moją żonę poślubiłem w 1953 roku, kiedy była jeszcze młodą studentką medycyny. Mamy piętnastoletniego syna, który lubi wprawdzie moje powieści, ale współczesną muzykę pop, rock and rolla, Beatlesów, swój motocykl oraz samochodowe silniki chyba jeszcze bardziej.

Od wielu lat nie jestem już właścicielem moich książek ani dzieł - to raczej ja jestem ich własnością. Zazwyczaj siadam do pracy na kilka minut przed piątą rano. (Niniejsze słowa piszę o szóstej.)  Teraz nie potrafię już pracować bez przerwy dłużej niż pięć, sześć godzin dziennie. Kiedy byłem młodszy, mogłem pisać aż do fizycznego wyczerpania, teraz intelekt musi ustąpić, kiedy organizm daje znać o zmęczeniu. Piszę coraz wolniej - mój samokrytycyzm i wymagania stale rosną - lecz nadal jestem dość płodny (dowodzi tego tempo w jakim wyrzucam do kosza zużyte rolki taśmy do maszyny). Coraz mniej pomysłów, które pojawiają się w mej głowie, uważam za dostatecznie wartościowe, aby "wypróbować je" metodą trial and error. Jeśli chodzi o to, jak rodzą się moje pomysły, wiem równie mało jak inni. Uważam także, że nie jestem najlepszym egzegetą własnych dzieł - poruszanej w nich problematyki. Napisałem wiele książek, o których w ogóle tutaj nie wspominałem, takich jak Cyberiada, Bajki Robotów i Dzienniki Gwiazdowe , które na gatunkowej mapie literatury można znaleźć w obszarach humoru, satyry i ironii, z niewielką domieszką Swifta i ironicznie złośliwej wolterowskiej mizantropii -  jak wiadomo obdarzeni najwspanialszym poczuciem humoru to ci, których "występki ludzkości" doprowadziły do wściekłości i rozpaczy. Pod tym względem także się do nich zaliczam.

Przypuszczam, że jestem równocześnie niezadowolony i zarazem dumny z tego, co napisałem -  zapewne w jakimś stopniu cechuje mnie arogancja, nie mam jednak tej świadomości. Dostrzegam ją tylko "behawiorystycznie", na przykład w tym, że zniszczyłem wszystkie rękopisy pomimo rozlicznych próśb o złożenie ich dla potomności w archiwach jakiejś instytucji. Dla wyjaśnienia mego postępowania stworzyłem takie oto obrazowe uzasadnienie:  piramidy były jednym z cudów świata dopóty, dopóki nie wiadomo było jak je zbudowano. Długie równie pochyłe, po których niewolnicy wciągali toczone na drewnianych walcach kamienne bloki zostały rozebrane po skończonej pracy i dziś pośród pustynnych piaskowych wydm samotne piramidy tajemniczo górują nad pustynią. Ja także zabieram moją równię pochyłą, rusztowania i inne narzędzia, i pozostawiam tylko to, czego nie muszę się wstydzić.

Nie wiem, czy wyznałem tutaj najszczerszą prawdę, ale starałem się jej trzymać jak tylko się dało.

Berlin, luty 1983

Tytuł oryginału: Mein Leben 

Z niemieckiego przełożył Tomasz Lem


1 Michael Butor wyrazil kiedys opinię, że grupa pisarzy science fiction powinna stworzyć fikcyjny świat - aby wspólne wysiłki zrodziły jego historię, ewolucję naturalną, kulturę, systemy filozoficzne - ponieważ przedsięwzięcie takie przekracza możliwości jednego człowieka (to właśnie miało tłumaczyć kiepską jakość i jednowymiarowość istniejącej fantastyki.)  Słów Butora nie potraktowałem poważnie, a jednak po latach starałem się  - samodzielnie - wcielić w życie istotę tego pomysłu. Także u Borghesa - w jego Tlön, Uqbar, Orbis Tertius - można przeczytać o tajnym stowarzyszeniu tworzącym fikcyjny świat ze wszystkimi jego szczegółami, z zamiarem przekształcenia weń naszego świata.

2 Te dyskursywne wyliczenia pragnę poszerzyć o wątek autobiograficzny. Krótko mówiac jestem rozczarowanym reformatorem świata. W pierwszych powieściach zajmowałem sie utopiami wyrażając w ten sposób pragnienie, żeby nasz świat był równie sielankowy jak przez mnie opisany (są one niedobre w tym sensie, w jakim daremne i błędne oczekiwania są głupie). Moja monografia o fantastyce i futurologii stanowi wyraz rozczarowania beletrystyką i innymi tekstami, które mają uchodzić za naukowe, lecz nie wskazują czytelnikowi kierunku, w którym w rzeczywistości podąża świat. Filozofia przypadku jest natomiast nieudaną próbą stworzenia teorii dzieła literackiego opartej na empiryzmie. Z książki tej miałem taki pożytek, że dzięki niej dowiedziałem się jakie czynniki powodują wzloty i upadki powodzenia dzieł literackich. Z kolei Summa Technologiae dowodzi, że jestem wprawdzie rozczarowanym, ale nie zdesperowanym naprawiaczem świata - nie uważam bowiem, że ludzkość na zawsze już pozostanie "nieuleczalnym, beznadziejnym przypadkiem."

(Average rating 5 on 5 rating)