Ze Stanisławem Lemem rozmawia Wojciech Jamroziak


Dobrze zdaję sobie sprawę z kłopotów jakie sprawiłem i sprawiam w dalszym ciągu moim czytelnikom. Właśnie przez to, że zmieniałem diapazon i poziom trudności dzieł. Było moją ambicją pisać zawsze na tym samym poziomie. Ale tego się nie da utrzymać. Po prostu dlatego, że ja sam się zmieniałem. Doszedłem też do dość optymistycznego przekonania, że czytelnik, który kupuje moje książki, jest rozsądniejszy, niż można sądzić, że jeżeli nawet wszystkiego nie zrozumie, to jest jakiś stopień mojego zaangażowania w problematykę, który może tego czytelnika jakoś zapalić.


Redakcja: Chciałbym zapytać o Pana bio­grafię intelektualną i o to jakby Pan określił swój status pisarza. W potocznej opinii uważa się Pana przede wszystkim za autora opowia­dań i powieści fantastyczno-naukowych. A przecież zaczynał Pan jako poeta, napisał Pan powieść realistyczną, przewrotny kryminał pt. Śledztwo, autobiograficzny Wysoki Zamek, fundamentalną rzecz Summa Technologiae, rozprawy Filozofia przypadku i Fantastyka i futurologia, wreszcie zbiór recenzji z nieistniejących książek...

Stanisław Lem: Zasadniczo nie zastanawiam się nad takimi klasyfikacyjnymi problemami jak ten — jakim jestem pisarzem? Po prostu — tak jak nikt z nas żyjąc nie rozmyśla o tym, że jest ssakiem, kręgowcem, że należy do takiej czy innej podklasy — tak i ja robię to, co mnie najbardziej interesuje od dawna. Niewątpliwie — tak to ja oceniam — rozwój mój był powolny. Pisząc rozmaite rzeczy dokształcałem się. Niedostateczność tego co robiłem oraz różne okoliczności natury czysto roboczej powodowały zygzaki moich zainteresowań.

Ze Stanisławem Lemem rozmawia Łukasz Maciejewski

Pochodzę z pokolenia, dla którego film powinien być przeżyciem. Dzisiaj przeżyciem jest bubel. Masowa widownia akceptuje wyłącznie filmy klasy B, albo nawet C. Ilość nie przechodzi automatycznie w jakość. Zwycięża duch czasu - genius temporis, a więc komercyjność, "spłyciarstwo". A Amerykanie to najwięksi "spłyciarze".


Łukasz Maciejewski: Znalazłem się w sytuacji dosyć osobliwej: chcę rozmawiać z panem o adaptacjach filmowych pańskich utworów, o których, delikatnie mówiąc, nie ma pan zbyt wysokiego zdania.
 
Stanisław Lem: To rzeczywiście zbyt słabo powiedziane, bo ja tych filmów zwyczajnie nie znoszę.

Ze Stanisławem Lemem rozmawia Jacek Żakowski


Cała sztuka życia w takim świecie, w jakim teraz żyjemy, polega na rezygnowaniu z 99 proc. tego, co możliwe, żeby się skoncentrować na tym jednym procencie, który dla nas jest ważny. Nie można mieć wszystkiego naraz.


Jacek Żakowski: Czy ja się mylę, czy z tego, co Pan napisał w „Okamgnieniu”, wynika, że Stanisław Lem, entuzjasta i piewca technologicznego rozwoju, zniechęcił się do świata realizującego jego własne wizje?
Stanisław Lem: - Raczej się pan nie myli. Konfrontacja moich futurologicznych wyobrażeń z rzeczywistością trochę przypomina kraksę. Nie to powstało, co było moim marzeniem. Z możliwości, które stwarza nam wiedza i technologia, zawsze wybieramy tylko niewielką część i ta niewielka wykorzystana część naszych możliwości determinuje paletę naszych następnych wyborów. Otóż kryteria wyboru, jakie stosowaliśmy przez ostatnie pół wieku, i zwłaszcza ostatnio, były inne, niż sobie wyobrażałem. Z tego, co przewidywałem, ziściło się to, co okazało się dochodowe, co dało się dobrze sprzedać. Nie to wzięliśmy z przyszłości, co było piękniejsze, sensowniejsze, bardziej ekscytujące, co mogło uczynić każdego z nas lepszym, ale to, co ludziom dysponującym pieniędzmi wydało się bardziej komercyjne, na co młodzież z wielkich agencji reklamowych miała lepsze marketingowe pomysły.
Czterdzieści lat temu próbowałem wyobrazić sobie świat roku 2000. W tym wyobrażonym świecie ludzie wiedzieli z grubsza tyle, ile my teraz, mieli z grubsza takie techniczne możliwości, jakie my teraz mamy, umieli zrobić z grubsza to, co my umiemy. Ale robili jednak trochę co innego.

Ze Stanisławem Lemem rozmawia Jan Gondowicz


Ludzie okazali się nie tylko istotami naziemnymi. Okazali się też potomkami zwierząt drapieżnych. Trzeba naprawdę nic nie rozumieć z dwudziestego wieku, żeby nie widzieć, jaki to był koszmarny wiek.


Jan Gondowicz: Na okładce Okamgnienia nad pustynnym księżycowym gruntem wschodzi wielka, frasobliwie zachmurzona Ziemia. Z boku podziwia ów spektakl krępy cień ludzki. Charakterystyczne ramiona, łysina, uszy... Nie ma wątpliwości: to Lem.
Stanisław Lem: Ach, ten Księżyc, strasznie mnie rozczarował. Wychowałem się na wizji Żuławskiego. Na srebrnym globie: dzikie pejzaże, turnie, przepaści, urwiska...

Ze Stanisławem Lemem rozmawia Jacek Żakowski

Człowiek potrzebuje umiaru. Nie znosi ani nadmiaru zakazów i nakazów, ani nadmiernej wolności. Jest istotą, która najlepiej nie czuje się ani w zbyt wielkich metropoliach, ani w głuszy, ani w mrowiskowcach, ani w chatach oddalonych od siebie o 20 kilometrów.

 

Stanisław Lem: - To o czym pan chce rozmawiać?
Jacek Żakowski: O nas. Ale nie o polityce, bo jej wszechobecność stała się męcząca; nie o przewidywaniu przyszłości, bo o to wciąż ktoś Pana pyta; i nie o literaturze, bo po Pańskich rozmowach ze Stanisławem [Bereśiem] żadne oryginalne pytanie nie przychodzi mi do głowy.
- Jednak w naszych czasach tak całkiem oderwać się od polityki nie sposób.
Ja polityki nie wyklinam. Niech będzie tam, gdzie jej miejsce: na marginesie rozmowy.
- Więc o ludziach. To wbrew pozorom jest bardzo jednorodny gatunek. Jedni są biali, drudzy żółci, ale różni nas niewiele. Mnie interesuje pozycja tego szczególnego gatunku naczelnych ssaków na naszej planecie - jego roszczenia, awantury, swary, komeraże. Urodziłem się Polakiem, ale uważałem to zawsze za troszeczkę przypadkowe. Równie dobrze mógłbym być Chińczykiem.