|
Strona 1 z 2 S.B.: Kiedy rozmawialiśmy o Golemie, który będąc tak piekielnie mądrą istotą, staje przecież w końcu przed barierą dalszych możliwości poznania, pomyślałem sobie, że jest jednak coś ponurego w tej ciekawości pchającej nas do przodu jakby po to tylko, by raz po raz objawiać nam w pełni własne ograniczenia. Nasza rozmowa też w końcu jest jakąś egzemplifikacją sytuacji z tej książki: ja zadaję Panu pytania trochę jak doktor Creve, a Pan trochę jak Golem peroruje nad moją głową — czasem odpowiadając, czasem mówiąc do siebie. Obaj stukamy do jakichś drzwi wiedzy, które na różnych poziomach są dla nas pozamykane i obawiam się, że słychać przede wszystkim kołatanie. S.L.: Istotnie, pewnych granic, które dane są naszemu myśleniu, przekroczyć nie można i niewątpliwie może to rodzić jakieś poczucie smutku. Nie uważam jednak tego — jak Pan to nazwał — kołatania za czynność jałową. Golem, który jest najwyższym spotęgowaniem mojego umysłu, rzeczywiście dociera do jakichś granic i doprawdy nie wie już, co może być dalej. Te fantastyczne opowiadania o jego Wysokiej Rodzinie w Rozumie i przypuszczalnych pracach umysłowych, którym się ona oddaje, stwarzały mi bardzo urokliwy pejzaż. Samo już pokazywanie otchłannych tajemnic posiada pewien walor poznawczy, a być może i dla innych to cząstkowe — bo na niższym poziomie — wkraczanie w bardzo wysoką zagadkę jest zajęciem sensownym. Pańska obecność tutaj jest najlepszym dowodem właśnie takiej oceny wysiłku poznawczego, gdyż inaczej, zamiast tłuc się nocnymi pociągami, leżałby Pan brzuchem do góry, poszedł na wspinaczkę lub robił tysiąc innych przyjemniejszych rzeczy. Odsłanianie tego, co zakryte, również dla mnie godne jest bardzo wielkiej fatygi, nawet przy świadomości ogromnego ryzyka i nieuchronności popełniania uproszczeń, błędów i głupstw.
Sytuacja przypomina zapewne anegdotę o tym nieortodoksyjnym starozakonnym, który po dziesięciu latach prowadzenia parowego młyna przyszedł do rabina i powiedział: “Boga nie ma!” Wtedy rabin dał mu do przestudiowania ogromną górę uczonych ksiąg, które czytał on przez lat dwadzieścia rzuciwszy młyn na pastwę losu, a potem przyszedł do niego raz jeszcze i powiedział: “Boga nie ma”. Otóż si duo faciunt idem, non est idem: uprzednio wypowiadał się z otchłani absolutnej ignorancji, podczas kiedy za drugim razem jego twierdzenie wspierały całe armie argumentów, którymi mógłby posłużyć się w rozmowie z rabinem. Chcę więc powiedzieć, że nie jest wszystko jedno, czy od razu orzeknę, że danych granic przekroczyć nie można, czy też stwierdzę to po napchaniu głowy najlepszymi wiadomościami. Osobiście wydaje mi się jednak, że te granice są nieco nadszczerbione. S.B.: Zgadzam się, lecz myślałem przede wszystkim o tym, że jest to tryb rozważań, który choć adresowany do otaczającego świata, i tak wróci rykoszetem do podmiotu — mając pokazać granice świata, pokaże przede wszystkim granice człowieka. S.L.: Dla mnie jedna rzecz jest niewątpliwa: żeby polubić tego rodzaju medytacje, trzeba bez wątpienia kochać się w rozmyślaniach typu ostatecznego, czyli w tym, co metafizyka nazywa eschatologią. Przyczyną wielu moich zmartwień, rozczarowań i osłupień — które jeszcze nie ustały — jest to, że moc ludzi ma filozofowanie za zajęcie nudne i jałowe. Cóż, trzeba się tym osobiście fascynować i przejmować na własny użytek. Tak musi być. Filozofowanie powinno być sprawą namiętności tak palącej i silnej, jakiej doświadczał na przykład Witkacy. Jeśli jednak dla kogoś ta pasja jest obca, to nie będzie mógł odnaleźć satysfakcji we wielu mych książkach.
<< pierwsza < poprzednia 1 2 następna > ostatnia >>
|