|
Strona 1 z 3 Część wspomnień, którymi z p. St. Beresiem w rozmowach wspólnych się dzieliłem, WL krakowski wydał, z tym że pierwsza część książki powstawała za „Solidarności”, tej najwcześniejszej, a druga w stanie wojennym i cały rozdział onych rozmów, Polski dotyczący, musiał polecieć w diabły, nie zostało mi nic ani na papierze, ani w pamięci. Pozostało tylko kilka wspomnień przypominających, jak to u mnie, zdjęcia migawkowe. Honorowali mnie Rosjanie silnie w tamtej Moskwie. Wysocki, okropnie już wtedy zachrypnięty biedak, ze zdartymi strunami głosowymi, śpiewał mi Niczejnaja ziemla i inne komponowane przez siebie piosenki; tu się niechronologicznie z Wysockim łączy obraz, jak na jego świeżo usypanym grobie w Rosji młodzi ludzie łamali i roztrzaskiwali gitary, obraz ten był bardzo przejmujący, bo Wysocki stał się, chcąc nie chcąc, symbolem. Śpiewał mi też Galicz, który zginął ponoć od rażenia prądem już w paryskim mieszkaniu, przy czym do jego gitary przysunięto w tym mieszkaniu prywatnym zdjętą z widełek telefoniczną słuchawkę, ażeby ktoś w innym mieszkaniu moskiewskim także mógł Galicza słuchać.
Otóż zaproszono mnie do Instytutu Wysokich Temperatur, a dostałem się tam dzięki specjalnej przepustce ministerialnej, bo w Instytucie szło o naprawdę bardzo wysokie temperatury, mianowicie bomb atomowo-wodorowych; było to miasto w mieście, srodze ochraniane, a ja miałem tam występ autorski z pytaniami uczonej na ogół publiczności, której naczelny zawód pozostał mi wtedy nie znany. A kiedy (zimno już było) po tym występie ktoś pomagał mi płaszcz włożyć, zarazem wcisnął mi konspiracyjnie jakąś karteczkę do garści i było tam napisane (po rosyjsku oczywiście), że człowiekowi temu mogę całkowicie zaufać: jako poręczyciel był podpisany Galicz. Zaraz też w oczekiwaniu na auto dowiedziałem się od owego człeka, że winienem po dziewiątej wieczorem wyjść z mego hotelu („Pekin”) na ulicę i na rogu poczekać: nic więcej. Zaintrygowany uczyniłem, jak mi przykazano, nadjechał mały zaporożec i stanął przy mnie, a przez otwarte drzwi zobaczyłem, że auto jest pełne ludzi, jakże więc miałbym wsiadać? Niczewo, powiedzieli, wylądowawszy więc na czyichś kolanach parę razy podczas jazdy ciemnymi ulicami (Moskwa, w tych dzielnicach, do których wieziony byłem, odznaczała się mrokiem egipskim nocą), odwracałem się, by przez tylną szybę, już jako polska odmiana Jamesa Bonda, wypatrywać, czy jakieś inne auto nas nie śledzi. Gdzieś stanęliśmy, przez jakieś podwórza, mroki czarne, korytarze, kręte schody dotarliśmy do drzwi, które się otworzyły i buchnęło we mnie światło, a w tym dużym pokoju wokół śnieżnie nakrytego stołu siedział kwiat nauki sowieckiej. Oczywiście humanistów, filozofów ani na lekarstwo: wyłącznie fizyka, kosmologia, cybernetyka, pamiętam, że dostałem książkę od prezesa estońskiej Akademii Nauk z jakimś pięknym autografem, przy każdym nakryciu z jednej strony sztućców leżała paczka papierosów amerykańskich, a po drugiej stała puszka z zagranicznym (oczywiście) piwem, a jakby tego znaku było mało, usłyszałem, że tu można mówić wszystko. No i rozmowa toczyła się wartko i właśnie w toku tych rozhoworów podbijano mi bębenka, to jest rozproszono moje wątpliwości, czy sensowne może być napisanie Golema mojego, albowiem windowali mnie na superracjonalistycznego herezjarchę-wizjonera i takeśmy się tam zachłystywali pełną swobodą wypowiedzi, że naprawdę czuję się dłużnikiem owej nocnej biesiady.
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 następna > ostatnia >>
|