Raptularz przełomu tysiącleci

    Krótkie zwarcia to całkiem nowa kompozycja tekstów ukazujących się na łamach „Tygodnika Powszechnego” od 1994 r., na którą składają się felietony i artykuły pomieszczone wcześniej w Lubych czasach i Dziurach w całym, przebrane jednak i uzupełnione o szereg nowych tekstów, między innymi z chronologicznie najpóźniejszych Dylematów. Jaki sens ma składanie w całość takich ulotnych często pism? Czy jednak rzeczywiście ulotnych? Wybitni pisarze i myśliciele wcale nie rzadko zbierają w tomy swe drobniejsze teksty, a czasem — jak było w przypadku felietonów Umberta Eco — zyskują one wielką popularność i — co za tym idzie — ogromną rzeszę czytelników. Lem dość rzadko jednak bawi swych odbiorców żartami. Jak wyznawał parokrotnie, jego przeznaczeniem jest nie tyle epatować lekkością stylu i tematyki, ile raczej — dawać wyraz rozmaitym zmartwieniom. Zmartwienia owe dały się w tomie pogrupować, dzięki czemu mamy tam osobno teksty poświęcone najnowszej sytuacji świata, perspektywom nauki, biotechnologii, polityce, obyczajom, obecności historii w kulturze współczesnej, wspomnieniom o przyjaciołach i literaturze. Tom zamykają polemiki i chłosty.

    Co znamienne, Lem nie pisał swoich opowieści w sposób systematyczny. Przypomina to jego niegdysiejsze zbiory opowiadań, w których było po jednym lub więcej utworów należących do różnego rodzaju cykli. Dopiero po pewnym czasie znajdowały one swe miejsce w Cyberiadzie, Dziennikach gwiazdowych bądź Opowieściach o pilocie Pirxie. Tak też jest w Krótkich zwarciach, które noszą na sobie wyraźne ślady okoliczności powstania: obserwujemy bowiem powtarzające się wciąż nawroty czasu i historycznych wydarzeń, oglądanych z różnych punktów widzenia. W tle istniejącej książki prześwieca więc inna, ułożona chronologicznie, w zamian jednak znacznie bardziej rozwichrzona, będąca nie uporządkowanym omówieniem takich czy innych zagadnień, ale wręcz przeciwnie: raptularzem czy zgoła sylwą, której autor podąża za swymi fascynacjami, a osobliwa oryginalność porządku, w jakim narasta dzieło, należy do poetyki gatunku.

    Ta druga, przesłonięta pierwszą, książka znacznie bardziej mnie chyba interesuje, bo się w niej odbija dynamika przemian świata. Dla wielkiego wizjonera, który kreślił w swoich wczesnych esejach perspektywy przyszłości, jest to zresztą sytuacja dosyć nowa: przyglądać się światu tu i teraz, sprawdzając, jak dalece wcześniejsze prognozy sprawdzają się w rzeczywistości, komentować teraźniejszość z punktu widzenia kogoś, kto ma za sobą emocjonujące i tragiczne doświadczenia XX wieku i potrafi nasze dzisiejsze kłopoty i fascynacje zmierzyć bardziej uniwersalną miarą. Wszelako ten spokojny status mędrca i glosatora nie bardzo udaje się Lemowi zachować, już choćby dlatego, że jak się rzekło, jego przeznaczeniem jest — martwić się o świat i ludzkość. To zmartwienie jest zresztą całkiem precyzyjnie uzasadnione. Przepisuję z wcześniejszego posłowia do Dylematów:

    „Autor Dylematów przychodzi do nas ze świata kultury rządzonej przez uniwersalny Rozum i prawidła moralne, kultury zhierarchizowanej i na wiele sposobów uporządkowanej, kultury, w której elity różniły się czymś istotnym od mas, a masy elitarność — nolens volens — akceptowały, kultury, w której istniała sfera sacrum i strefy obłożone mniej lub bardziej rygorystycznym tabu, kultury wreszcie, w której instancją nadrzędną rządzącą postępowaniem była etyka, oddzielająca to, co szlachetne, od tego, co obrzydliwe, podłe czy godne potępienia. W takiej kulturze praca naukowa, odkrywanie nie znanych dotąd praw rządzących naturą i otwieranie przed człowiekiem nowych możliwości działania to były rodzaje aktywności szczególnie mocno uwikłane w etyczne dylematy, boż przecie nowe odkrycie mogło prowadzić do zburzenia moralnego ładu w ludzkim świecie. Lem w ramach takiej kultury był rzecznikiem «trudnego postępu», optował za nieograniczonym poszukiwaniem (naukowej) prawdy, któremu towarzyszyć miała wszelako zwiększona wrażliwość moralna, obrona etycznej aksjomatyki, która — choć ma charakter w zasadzie arbitralny — jest jednocześnie nieodzownym kośćcem każdej kultury”.

    Tu właśnie leży główny dylemat: Lema komentarz do współczesności dlatego jest tak dramatyczny, że jego prognozy niby się sprawdziły, ale „jakoś inaczej”, tzn. że to, co w zamierzeniach autora Summy technologiae miało być kolejnym krokiem na drodze do poznania czy ulepszenia bytu ludzkości, okazało się w rzeczywistości zaproszeniem do nowego typu masowej zbrodni lub do ogłupiającej społeczeństwo rozrywki. Przy czym zasadniczą siłą wykolejającą wszelkie dobre zamiary staje się dziś wszechobecny hedonizm zmieszany z komercjalizmem i egoizmem jednostek czy społeczeństw. Technologia zmierza zatem w kierunku przewidzianym przez Lema, ale kultura za jej osiągnięciami nie nadąża; przy czym „kultura” oznacza tu nie tyle produkcję książek, filmów czy spektakli teatralnych, ile coś znacznie bardziej elementarnego, czyli systemy wyznawanych i praktykowanych wartości, obyczajowość, etykę i politykę.

    Ludziom młodym — pisałem w posłowiu do Dylematów — epoka, w której żyją, zawsze niemal wydaje się jakoś tam znośna, a w każdym razie „normalna” — bo w niej wyrośli. Ci narzekania Lema skłonni będą odbierać jako typowe dla podeszłego wieku zrzędzenie przedstawiciela odchodzącego pokolenia. W narzekanie „starych” warto się jednak czasami wsłuchać, zwłaszcza wtedy, gdy pochodzi od kogoś, kto naszą współczesność ongiś całkiem udatnie przewidział i zaprojektował. Pouczające jest tu rozejście się prognoz szczegółowych, dotyczących kierunków rozwoju technologii, nauki, cywilizacji, z czymś, co nazwałbym „projektem ogólnym” kultury, jednoczącym odkrycia i osiągnięcia w sferze materialnej ze spajającymi je systemami wartościowania, wierzeń i obyczajów. Te ostatnie może i dałyby się kiedyś przewidywać, ale umysł wizjonera odrzucał je, usuwał z pola widzenia, ratując ten elementarny optymizm, który zakłada, że z naszymi potomkami będziemy mogli się porozumieć przynajmniej na gruncie wyznawanych wartości — w imię ciągłości ewolucyjnej kultury.



 

Pro Auctore
Joga Kraków