|
Strona 1 z 8 Ubik P. K. Dicka jest jedyną powieścią SF, jaką znam, w której fantomatyka prawdziwie to czyni, do czego jest powołana: rozsadza jedyność świata. Rozszczepienie rzeczywistości pogłębia się w toku akcji i wyjawia wreszcie swą bezdenność. Poszukiwanie takiego narratora, który wie, gdzie kończy się realność, a gdzie zaczyna jej maska, prowadzi na manowce rozpaczliwej bezradności. Ustalenie takie jest, jakeśmy rzekli, nieosiągalne. Sukces Dicka przedstawia zaiste paradoks, ponieważ autor ten nie zamierzał w Ubiku ani zbeletryzować tej nowej jakości epistemicznej, ani się technikami fantomatyzacji nie zajmował. Wyszedł z innych przesłanek, po części spirytystycznych, przytrząśniętych SF słownictwem, po części zaś telepatycznych (są to różne zakresy pojęciowe; spirytyzm, tj. wiara w duchy, wcale się nie musi przecinać zakresowo z telepatią). A jednak utwór swym rozwojem zdominował i zobojętnił owe założenia. Toteż aby uwyraźnić jego osobliwość, muszę go sprezentować dwukrotnie: raz — streszczając tylko, a drugi raz — komentując.
Lecz nie ograniczę się do sprezentowania samego Ubika. Świat tej powieści spokrewnia się silnie ze światami innych dzieł autora. Z obranego tu stanowiska można uważać większość książek Dicka za uchyby, skupione wokół „dziesiątki” na tarczy strzelniczej, czyli za próby, co w niejednakowym stopniu chybiły celu fantomologicznego. Ze względu na to właśnie przegląd ich jest wskazany; jak zwykle, kiedy mamy przed sobą określoną przestrzeń możliwości, jej cięcia wichrowate są tak samo pouczające w rezultatach, jak optymalne. Prócz tej przedmiotowej korzyści skłania mnie do zajęcia się twórczością Dicka i to, że fałszywie dostrzegłem ją w pierwszym wydaniu Fantastyki i futurologii. Znałem wtedy tylko trzy jego powieści: Do Androids Dream of Electric Sheep, Now Wait for the Last Year i Our Friends from Frolix 8, lecz ani Solar Lottery, ani The Three Stigmata of Palmer Eldritch, ani samego Ubika. To, co znałem, oceniłem negatywnie. Z oceny tej nie mogę się wycofać. Lecz dopiero Trzy stygmaty i Ubik pozwoliły mi ujrzeć twórczość Dicka jako pewną całość, w której powtarza się jedna i ta sama książka, lub raczej w której na dziwacznych klawiaturach wystukiwane jest — z rozmaitymi dysonansami i kiksami — to samo przesłanie. Klawiaturą jest pełna tandety rekwizytornia SF; przesłanie ma z nią niewiele wspólnego. Nie można sobie wystawić I. Asimova lub A. Clarke’a wyzbytych rynsztunku SF; ich twórczość po odjęciu „oprzyrządowania” fikcjonalnego zapadnie się do zera. Lecz można sobie wyobrazić Dicka poza wiekiem technicznej mitologii; np. jako pisarza wgnieżdżonego w spirytyzm albo w baśń pseudohistoryczną; to bowiem, co Dick ma do powiedzenia, nie jest ani na technologii oparte, ani z nauki wywodliwe; dziedziny te są jego kostiumologią, a wiadomo wszak, że elżbietańskie dramaty można odgrywać też we frakach lub dżinsach. Domeną Dicka jest rozpad, a jego powieści zmierzają od początkowego ładu do stanów skrajnej destrukcji. Lecz nie jest to rozpad grzmiący, wywołany wojnami i kataklizmami, chociaż Dick je opisuje. Gmachy, miasta, cywilizacje, planety obraca w gruz cała rzesza fantastów. Dick idzie dalej; miażdży jawę rzeczywistości. Toteż utwory jego można uznać za zobiektywizowane projekcje wewnętrznych rozdarć, a dowód na to w fakcie, iż pośród postaci Dicka są narkomani, histerycy, manekiny powodowane zdalnie ludzkim umysłem, fanatycy, lecz nie ma wśród nich ani jednego szaleńca. To zrozumiałe, ponieważ on bazę gry odwrócił; jego ludzie pozostają normalni wewnętrznie wbrew światu, co ich osacza, ponieważ ten świat jest rażony obłędem: rozpada się, rozszczepia na kawały niespójne, niczym mózg schizofrenika, lecz oni, jego mieszkańcy, lecąc w otchłań na ostatnim szczątku, zachowują przytomność. Dick unicestwia światy swych bohaterów, a oni wychodzą z tego cało. Przedstawienia, w których świat ulega ćwiartowaniu, łamaniu, a jego szczątki przewrotnym zespoleniom, to widowiska deprymujące. Toteż łatwo można pojąć nieporozumienia trwające między Dickiem a jego czytelnikami: oni widzą w jego powieściach przede wszystkim wyraz desperacji; on — powody do, umiarkowanego co prawda, stoickiego optymizmu. Unicestwia świat i ukazuje, że tego mało, aby unicestwić ludzi. Środki uruchomione są rodem z SF i fantasy, lecz cel transformacji jest innego rzędu. Jest to literatura egzystencjalnych dramatów, artykułowanych rupieciem kiczu i tandety SF. Jest to dążenie do transfiguracji, do cudu przemiany (o którym tylekroć mówi się w Dickowych tekstach), który jednak prawie nigdy w pełni się nie ziszcza. Dick ponosi tedy klęski, ale to nie są klęski na typową miarę SF.
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 następna > ostatnia >>
|