|
Strona 1 z 2 Uderzającą cechą pisarstwa Lema jest jego metaliterackość: kosmiczne historie to nie tyle snuta z niezmąconą powagą prognoza przyszłego rozwoju ludzkości, ile pewien rodzaj gry z wcześniej usadowionymi w ramach fantastyki (i nie tylko) wzorcami pisania i wzorcami literackich światów, jakie produkuje niestrudzenie gatunek. A może raczej: gra z literaturą jest niezbędnym tłem, na którym pojawia się własna Lema refleksja na temat ludzkości i jej przyszłych losów. Przy czym refleksja ta niekoniecznie znajduje się w centrum kosmicznej awantury. Niekiedy trzeba ją dopiero odkryć, niejako na obrzeżu tego, co naiwnemu czytelnikowi zdaje się problemowym centrum fabuły.
Tak jest właśnie w Niezwyciężonym, który — zdecydowanie bardziej niż inne książki Lema — nawiązuje do batalistycznego, a więc poniekąd najmniej ambitnego nurtu tzw. hard science fiction. Produktem tego nurtu są wszystkie literackie opisy przyszłych wojen, w których autorzy prognozują rozwój broni i strategii konfliktów. Mniej czyste gatunkowo, bo uwikłane w motywy baśniowe i przeróżne stylizacje, są słynne Gwiezdne wojny, gdzie walczą z reguły upostaciowane Zło z Dobrem, obydwa wyposażone w jakieś widowiskowo działające narzędzia zniszczenia. Dobro, rzecz jasna, zwycięża w końcu — bo dzielniejsze, bardziej skłonne do poświęceń, lepiej pokumane z duchowymi Mocami, które ostatecznie decydują o tym, kto na placu boju okaże się silniejszy. Autorzy takich książek nie są z reguły tak prymitywni, aby dać wygrać temu po prostu, kto ma większy laser lub sprawniej działający miotacz antymaterii. Nie, dużo w tych historiach ukłonów w stronę Ducha, Serca i innych przymiotów, które już w baśniach dawały bohaterom przewagę nad siłami ciemności. Rzecz w tym, iż odpowiednio zastosowane wewnętrzne dobro staje się tam niejako dodatkiem usprawniającym śmiercionośną broń, dodającym jej siły rażenia. Obok dobra istotną rolę pełni „ludzkość”, rozumiana jako zbiór cech (indywidualnych, społecznych) charakteryzujących człowieka i zapewniających mu w ostatecznym rozrachunku wyższość nad dziwacznymi kosmitami, cyborgami czy innymi przeciwnikami, którzy tego rodzaju cechami nie mogą się poszczycić. W Niezwyciężonym jest na pozór podobnie. Z hard SF rodem jest tam cała warstwa techniki, precyzyjne opisy urządzeń służących do zapewnienia ludziom normalnego funkcjonowania w kosmosie i na obcej planecie, a nade wszystko charakterystyka broni, jakie człowiek wiezie z sobą, by we wszechświecie zaprowadzić porządek. No właśnie: porządek! Punktem wyjścia Niezwyciężonego jest wizja kosmosu opanowanego, oswojonego, podzielonego na strefy, w których straż trzymają ziemskie „bazy”, patrolowanego przez „krążowniki” należące do iluś tam typowych klas. Operacja lądowania na nieznanej planecie nie jest dla załogi rakiety żadnym niezwykłym wyczynem, ale zajęciem rutynowym, dokonującym się podług określonej a zgodnej z sytuacją procedury, nad którą czuwa sfora automatów. Krytycy cytowali często sam początek powieści, niezwykłą, bo „bezludną” scenę budzenia się urządzeń statku, podczas gdy załoga śpi jeszcze w hibernatorach, ukołysana do dalekiej podróży. Sam kosmos przypomina w Niezwyciężonym jakąś ziemską Polinezję: całe mnóstwo wysp-planet, gdzieniegdzie żyją „krajowcy”, a po morzu pływają uzbrojone po zęby europejskie okręty, utrzymując cały ten świat w ryzach. Czym jest jednak — spytajmy — ów ziemski porządek narzucony Galaktyce? Kombinacją siły i przywiezionego z zewnątrz (naukowego, moralnego) prawa. Ziemianie dysponują niewiarygodną potęgą, bardzo wiele też o świecie wiedzą, wiedza ta ma przy tym charakter niejako klasyfikatorski: gdzieś tam, na Ziemi, drzemią gigantyczne bazy danych, w które wpisuje się i sortuje informacje o gwiazdach, planetach i zamieszkujących je stworach, a każdy napotkany fenomen szuka sobie miejsca w kartotece. Potęga Ziemian nie znajduje dla siebie w kosmosie godnego przeciwnika — stąd pewna bezceremonialność i paternalizm, jaki ludzie skłonni są okazywać Innym. Traktują ich akurat podobnie jak światły badacz Europejczyk tubylców w koloniach, tzn. poznają z ciekawości ich życie i akceptują odmienność pod warunkiem, że Inni zechcą „przyzwoicie się zachowywać”, co oznacza po prostu — podporządkowywać się standardom ziemskiej etyki. Oto wyjściowa sytuacja Niezwyciężonego, jeśli spojrzeć na nią ze środka przedstawionego w powieści świata. Patrząc z zewnątrz, dostrzeżemy co innego: Niezwyciężony to powieść realizująca dziecinne marzenie ludzkości o niemal nieograniczonej potędze: tytułowa rakieta jest prawdziwym Sezamem, z którego wysypują się coraz to nowe, wspaniałe urządzenia, różnorodne pojazdy i sprzęt wojenny. Ba, Niezwyciężony potrafi też wystrzeliwać sondy orbitalne, otaczać się nieprzenikliwym siłowym polem, a potencjalnemu wrogowi zadawać niszczące ciosy. Tuzinkowa science fiction jest — co tu kryć — realizacją marzeń dziecka, które rysuje sobie w zeszyciku pancerniki dwakroć większe od słynnego „Yamato” i bombowce, przy których B-52 jest pchełką. Czymś podobnym są rakiety z Gwiezdnych wojen i innych temu podobnych widowisk. Następnym krokiem w takich marzeniach jest zazwyczaj starcie z kosmitami, w którym „nasi”, zbrojni w supermiotacze i lasery, mając też za puklerz swą wyższość moralną, odnoszą świetne zwycięstwo. Prawdziwa przygoda „Niezwyciężonego” zaczyna się w momencie, gdy stereotypowy model kosmicznego starcia ujawnia swą nierzeczywistą naturę.
<< pierwsza < poprzednia 1 2 następna > ostatnia >>
|