|
Strona 1 z 2 Kongres futurologiczny nosi datę powstania: listopad 1970. Dla futurologii były to piękne czasy: uczeni doszli mianowicie do wniosku, że przepowiadanie przyszłości z rąk wróżek przejść powinno w ręce ludzi z fachowym przygotowaniem, rocznikami statystycznymi w ręku i komputerami karmionymi pożywną strawą danych. Ekstrapolacja stała się boginią: przedłużano na wykresach krzywe wzrostu, analizowano zależność nowych odkryć od finansowych nakładów na badania, wyznaczano przybliżone daty przełamywania kolejnych barier na drodze do powszechnego szczęścia i dobrobytu, pokonywano (na papierze) groźbę raka i innych trapiących ludzkość chorób. Futurolog stał się guru tej epoki: on bowiem wiedział, ku czemu wszystko zmierza, a jeśli nawet mylił się czasami, to i tak — w jego imieniu i na jego rzecz — zwyciężyć miała statystyka.
Stosunek Lema do tych uczonych prognoz był zawsze pełen sceptycyzmu: wyśmiewał się z nich — i z namaszczonego tonu przepowiadaczy przyszłości — w wielu pisanych wtedy i później esejach. Kiedy w okresie kryzysu naftowego wygłaszał serię wykładów dla polonistów z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zbaczał wciąż z tematu: literatura, aby kpić z uczonych, z których nikt nie przewidział, że ropy może zabraknąć nie dlatego, że złoża się wyczerpią, ale dlatego, że producenci nie zechcą jej sprzedawać. Otóż takie wykroczenie przeciw rynkowej ortodoksji w istocie żadnemu z futurologów nie przyszło wcześniej do głowy. Czytaliśmy w tych latach Szok przyszłości Alvina Tofflera, książkę pełną interesujących idei na temat kulturowych i psychologicznych skutków ubocznych, jakie wywołać mogą procesy zachodzące we współczesnej cywilizacji, przyjmującą jednak za dobrą monetę tezę, że wkrótce cały świat wybierze rozrzutny, energoi materiałochłonny model amerykańskiej gospodarki. Szok przyszłości ukazał się w lipcu 1970, na cztery miesiące przed ukończeniem Kongresu futurologicznego. Futurologia była w tym czasie nauką głęboko ambiwalentną: z jednej strony optymistyczną, służącą do tego głównie, by opracować terminarz przyszłych osiągnięć, z drugiej — katastroficzną, czego próbka w spisie referatów dostarczonym Tichemu na wstępie jego przygód. Ale podejrzenie, iż przyszłość nie musi rysować się tak różowo, jak to wynika z wizji technokratów, nie było wtedy wcale powszechne, a przynajmniej nie za katastrofizm, ale za rzeczowe przewidywania służące planowaniu płaciły futurologom rządowe agencje. Dopiero w dwa lata później przyszło otrzeźwienie — za sprawą Granic wzrostu, pierwszego raportu przygotowanego przez uczonych z Massachusetts Institute of Technology dla Klubu Rzymskiego, raportu ostrzegającego przed zgubnymi skutkami przeludnienia, wyczerpania surowców naturalnych, zniszczenia środowiska i zwiększających się różnic zamożności społeczeństw w skali globu. Oto kontekst, w jakim pojawia się tragikomiczna groteska Lema. Na kongres futurologów odbywający się w fantastycznej republice Costaricany wysyła on Ijona Tichego. Nie przypadkiem właśnie jego: to ten z Lemowych bohaterów, którego rolą jest często przyglądanie się niejako z zewnątrz różnym społecznym i politycznym (także międzyplanetarnym) gremiom, które próbują określić, „jaki jest świať’, sprostać Całości poprzez ugruntowane systemy poglądów, zasad etycznych bądź ustaw. Jednym z istotnych czynników tej i innych opowieści z cyklu „tichianów” jest ton głosu narratora-bohatera: Tichy obieżyświat, co niejedno w życiu widział, byle czym się nie zadziwi, jest pełen dobrej woli, skory do współpracy i akceptacji cudzych sądów ogólnych na temat rzeczywistości — nawet jeśli godzą w jego najgłębiej ludzkie, osobiste doświadczenie i gatunkowe votum separatum. Napotkane niewygody znosi ze spokojem, choć bywa przerażony sytuacją, każdemu absurdowi jednak stara się sprostać swoim zdrowym, sceptycznym rozsądkiem. Oto, rzec można, idealny świadek aberracji umysłów i zbiorowych szaleństw. Jemu to każe Lem zmierzyć się z „szaleństwem przyszłości”. Jakiż tego szaleństwa pierwszy wymiar? Otóż ani w pierwszym rzędzie technologiczny, ani cywilizacyjny. Lem zdaje się podkreślać, że pierwszą dziedziną, która w najbliższej perspektywie może ulec kryzysowi, jest kultura i funkcjonujące w niej systemy wartości. A zatem nie w tym rzecz, jakie w najbliższym czasie wynajdziemy techniczne gadżety, ale w tym, czy ich zjawienie się nie wesprze czynników rozpadowych, działających przeciw tradycyjnym systemom etycznym, które dotychczas utrzymywały w ryzach życie społeczne. Bo wszak jedyny kataklizm, który w Kongresie futurologicznym zachodzi „realnie”, to wybuch anarchicznych ruchów rewolucyjnych, zwalczanych przez państwo środkami psychemicznymi, któremu towarzyszy — równie anarchiczne — rozpasanie instynktów konsumpcyjnych, z naciskiem na wyzwoloną z wszelkich zahamowań erotykę. Instynkt niszczenia chodzi tam pod rękę z nieopanowaną skłonnością do drażnienia ośrodków rozkoszy, a prymitywizm ideologii z wyrafinowaniem środków, jakimi dla utrzymania porządku dysponują rządzący. Jeśli więc traktować Kongres jako proroctwo, to w tej akurat sferze — choć z groteskowym przerysowaniem — autor przewidywał całkiem akuratnie, a przygłupi anarchista, noszący się w opowiadaniu z fuzją, z której zamierza zabić papieża, zmaterializował się niespodzianie w jedenaście lat później w postaci Alego Agçy. Reszta w tej opowieści jest ułudą, wcale nieźle zakotwiczoną w realiach, nieco jednak innego rodzaju. Opowieść o przyszłości jest tematem od wieków zakorzenionym w literaturze — podobnie jak opowieść o „świecie idealnym” i „świecie koszmaru”, to więc, co sobie — za sprawą chemii — halucynuje Tichy, nie tyle odnosić należy do świata in crudo, ile do pewnych wizji, jakie stwarzają od wielu lat literatura, film czy natchniona ideologicznie eseistyka. Tichy marzy zatem swe przygody w kontekście eutopii i dystopii (jak przyjęło się nazywać pozytywne i negatywne wersje utopijnych światów). Obydwie te wersje pełniły zawsze istotną rolę społeczną: pokazywały albo rzeczywistość idealną, przedmiot dążeń i konstruktywnych działań, albo rzeczywistość spełnionej Apokalipsy — jako ostrzeżenie i wezwanie do opamiętania. Futurologia współczesna, choć chciałaby być nauką, nigdy nie uwolniła się od tego rodzaju literackich schematów, ciąży więc albo w stronę eutopijną, albo dystopijną, w zależności od zwierzchniego celu, jaki postawił sobie badacz. Dlatego świat, w jakim na koniec ląduje Tichy, ma dla nas znajome rysy: przypomina jedną z wielu zrealizowanych już wizji przyszłościowych rajów lub piekieł.
<< pierwsza < poprzednia 1 2 następna > ostatnia >>
|