|
Strona 1 z 3 O ile Solaris była wśród książek Lema najpopularniejsza i przysporzyła autorowi największej bodaj sławy, o tyle napisany niedługo potem Głos Pana zachwycił koneserów. Nie jest to „powieść akcji”, ale przygód intelektualnych więcej tu niż awantur w westernie. I jak to często bywa z podobnymi przygodami, ich przeżycie może głęboko wpływać na osobę czytelnika, zmieniać jego wizję świata, pogląd na poznanie i wartości.
Opowiedziana przez profesora Hogartha historia badań nad tajemniczym neutrinowym sygnałem jest więc raczej traktatem filozoficznym niż fabułą. Pytania, jakie zadaje się kosmicznemu przesłaniu, są zasadniczo trojakiej natury: po pierwsze — kim są, jeśli w ogóle istnieją, nadawcy „listu”?; po drugie — jakie jest owego „listu” znaczenie i jakie są intencje towarzyszące nadaniu?; po trzecie — jak Ziemianie mogą praktycznie skorzystać z wysłanego sygnału? Na pierwsze dwa pytania uczeni nie otrzymują żadnej definitywnej odpowiedzi, próby rozwiązania trzeciego zadania przynoszą im kilka spektakularnych sukcesów i jedną poważną zgryzotę — wtedy gdy podejrzewają, że informacja tkwiąca w sygnale mogłaby pchnąć ludzkość do samozagłady. Wraz z oddaleniem groźby atomowej apokalipsy kończą się w powieści zdarzenia sensacyjne — reszta to klasyczny u Lema metadyskurs. Wbrew pozorom trudno byłoby określić jednoznacznie, jaki jest temat Głosu Pana. Metadyskurs owija się wokół kwestii Kontaktu — to prawda, ale ona się okazuje niebywale treściowo pojemna. Czym jest bowiem Kontakt jako taki? Serią impulsów zawieszoną w czystej abstrakcji. Musi powstać obszerna metanauka o hipotetycznych, możliwych „nadawcach”, o celach, jakie w ogóle mogłyby przyświecać porozumieniu, o językach potencjalnie dających się skonstruować itd. Cała ekwilibrystyka tego wykładu stanie nam w oczach dopiero, gdy skonstatujemy, że Lem nie tylko projektuje jakąś wiedzę „bezodniesieniową” (czy z odniesieniem mglistym, wyznaczonym przez niezmiernie szeroko rozsunięty przedział warunków brzegowych), ale przy tym funduje ją na podstawach hipotetycznej wiedzy przyszłości, zaawansowanej w stosunku do czasu pisania nie o wieki (wtedy można by nielicho pofantazjować), lecz o niewiele ponad dwadzieścia lat. W dodatku narratorem czyni luminarza nauki, obeznanego dobrze z tajnikami zarówno współczesnej Lemowi, jak i tej projektowanej wiedzy. Skoro jednak o mniemanych nadawcach i semantyce „listu” nic pewnego nie można się dowiedzieć, rozważania ześlizgują się niejako z tych niepodatnych na działanie badawczych narzędzi przedmiotów i zwracają ku temu, co dostępne — a więc ku człowiekowi, jego kulturze, wizji świata. Hipotezy na temat Kontaktu zakorzenione są w doświadczeniu jak gdyby tylko z jednego końca — po stronie Ziemi. Uczeni dowiadują się nie tyle, co Kosmos do nich mówi, ile — jakie są ich osobiste bądź ogólniej — ludzkie wyobrażenia, pragnienia i lęki związane z takim transgalaktycznym porozumieniem. Jedni chcieliby zeń wydrzeć informację o Innych, by się wywinąć raz wreszcie antropocentrycznej perspektywie, drudzy woleliby w cyklu neutrinowych impulsów szukać jakiejś uniwersalnej prawdy o sobie i ludzkości; obok takich, którzy wietrzą tam Zło, agresję, wiedzę przeklętą, są też czciciele Absolutu, mianujący „lisť’ boskim przesłaniem, dziełem dobroczynnej, życiosprawczej siły. „Nikt z nas — mówi Hogarth — nie wie zatem, w jakiej mierze byliśmy urządzeniami obiektywnej analizy, w jakiej — uformowanymi przez współczesność, typowymi dla niej delegatami ludzkości, a w jakiej nareszcie każdy sam siebie tylko przedstawiał i natchnieniem hipotez o treściach «listu» była mu może majaczliwa, może obolała — psychika w jej nie kontrolowanych już regionach”. Jest jakaś tajemnica w Głosie Pana, którą nie od razu udało mi się sformułować — nawet dla siebie. Książka to bardzo osobista — w inny sposób niż cykl pirxowski, który jest literacką inkarnacją marzenia o heroizmie, inaczej niż Czas nieutracony — wywiedziony z biografii, inaczej także niż Maska — symboliczny zapis ciemnej obsesji. Głos Pana dzieje się cały „w świetle dnia”, ale nie potrafię go zrozumieć bez odwołania do młodzieńczych przeżyć autora, do prapoczątków właściwego mu intelektualnego „gestu”, wyjścia myślą naprzeciw światu. Już w samym stylu pamiętnikarskiej narracji tropić można zresztą zależności od pamiętnika osobistego pisarza, jakim jest powstały dwa lata wcześniej Wysoki Zamek. Hogarth swoje wspomnienia rozpoczyna obrazami z wczesnej młodości. Nie twierdzę, że Lem przemyca tą drogą swój autoportret, ale raczej — że ten dylemat sam Hogarth unieważnia: „Przy dostatecznej inwencji — mówi — każdy właściwie może napisać cały szereg własnych życiorysów układających się w zbiór, spójny tylko faktograficznie”. Cóż nam szkodzi przyjąć, że i w Lemie tkwi możliwość takiego życiorysu — tak jak istnieje w nim możliwość „życiorysu Pirxa”, münchhausenowska fantazja Tichego, obsesja bycia „skrzynią”, „maską” i tak dalej. „Punkt zero”, od którego rozpoczyna się ruch myśli Hogartha, stanowi doświadczenie zła w samym sobie — i obojętności świata, który na to zło nie chce reagować karą, nie ma zatem w najmniejszej mierze charakteru machiny produkującej „sens moralny”. Na gruzach wiary w absolutny porządek indywidualny ethos bohatera pojawić się może jedynie na mocy aktu woli, ustanawiającego Dobro jako wartość wybraną — przeciw Złu wcześniej odkrytemu w sobie. Dlaczego konsekwencją tego jest jednak odrzucenie deterministycznego modelu świata? Hogarth tłumaczy, że opatrzenie wszystkich czynów wyczerpującą motywacją, czyniącą z nich zdarzenia konieczne, odebrałoby jego walce wewnętrznej i aktom wyboru wszelką moralną wartość, stałby się bowiem niejako „gramofonową płytą” z naniesionymi uprzednio powiązaniami przyczyn i skutków, z których okowów żaden bunt nie mógłby go wyzwolić. Co więcej — gdy przyjąć taki doskonale spójny model logiczny egzystencji, zawarte w niej Zło stanie się już na dobre diabelstwem — skoro się go nijak pozbyć nie można bez rozbicia deterministycznego ładu. Z niezgody zatem na to, by potworne boleści konającej na raka matki mogły być przez jakąś diabelską intencję zamierzone, rodzi się wizja świata antymanichejska, w której Bóg, gdyby istniał, nie byłby Dobrem, „zrównoważonym” tylko przez szatańską złość, lecz istotą kaleką, niezdolną do przeciwdziałania losowym rozprzężeniom porządku Bytu (takim rozprzężeniem jest między innymi nowotwór właśnie). Stąd także droga do stochastyki matematycznej, opisującej niedoskonałość Kosmosu — czyli tę jego właściwość, na której wspierają się Lema „ogólne teorie wszystkiego”.
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 Następna > Ostatnie >>
|