|
strona 1 z 3 Dzienniki gwiazdowe. Dziwne to dzienniki, bo autor i bohater tych zapisków w trakcie swych ciągnących się latami przygód nie starzeje się ani odrobinę, wciąż jest pełen sił i młodzieńczego wigoru. A przecie żaden z Lemowych cykli nie powstawał tak długo! Pierwsze odcinki Dzienników datują się na początek lat pięćdziesiątych, ostatni — Pożytek ze smoka — powstał w roku 1983, a więc dzieli je trzydzieści lat, podczas których na świecie „wszystko się zmieniło”, jeden tylko Ijon Tichy pozostał taki, jaki był — tak jakby nie zauważył wszystkich zachodzących przez ten czas przewrotów w świecie polityki czy myśli ludzkiej. Kim więc jest ów niezmienny bohater Dzienników? Nic nie wiemy o jego życiu rodzinnym; jeśli do domu (na Ziemię) wpada, to tylko po to, aby za chwilę znowu gdzieś polecieć, jeśli ma jakąś biografię, to tylko w kawałeczkach — takich, które się nadadzą jako materiał do anegdoty.
Cechy charakteru? Człowiek czynu, raczej optymista, ale też towarzyski, obyty w świecie, nie dziwiący się byle czemu, przy tym gaduła, bajarz, dbający przede wszystkim, by słuchaczy ubawić — nawet własnym kosztem. Podróżując z Tichym, porzucamy grozę, jaką budzić może obcość wszechświata: kosmiczny wędrowiec wszędzie jest bowiem zadomowiony, nic nie narusza na dłużej jego pewności siebie, a niezmożony praktycyzm, jaki ujawnia w każdej sytuacji, pokonuje wszelkie przeszkody. Literaccy przodkowie Tichego byli nader liczni — i nic dziwnego, że nawet w króciutkim wstępie do pierwszego wydania Dzienników autor cyklu szuka ich pośród bohaterów książek pisanych w przeciągu czterech (XVI–XIX) stuleci. Alkofrybas, Guliwer, Münchhausen — dodać można równie dobrze Odysa z Itaki, Kandyda, nawet imć pana Paska i całe tuziny innych — obieżyświat, awanturnik i causeur w jednej osobie to bowiem jedna z najbardziej rozpowszechnionych w literaturze światowej postaci. Czasem funkcję gawędziarza sceduje na narratora opowieści, nigdy jednak nie wyrzeknie się przyrodzonej odwagi i optymizmu, z którymi rzuca się w kolejne przygody. Łowca przygód to jednak w literaturze światowej postać z niejednorodnej materii. Raz króluje nad upływem czasu, nie zmieniając się ani na jotę, i w każdej przygodzie jednako jest „na wierzchu” — innym razem rozwija się pod wpływem tego, co przynosi mu los, a pod koniec opowieści mądrzejszy jest i dojrzalszy niż na początku. Można by rzec, iż w pierwszym przypadku obieżyświat zawsze jest z siebie zadowolony, a do nowych lądów tę samą wciąż (własną) przykłada miarę, w przypadku drugim przygody służą mu po to, by się o sobie dowiedzieć czegoś nowego, by — na odwrót — cudzą miarę przyłożyć do własnej osoby i kulturowej schedy, z którą przyszedł do Obcych. Wzorcem pierwszego z tych bohaterów mógłby być baron Münchhausen, wzorcem drugiego — Guliwer. Na pierwszy rzut oka więcej jest w Tichym z Münchhausena: jego przygody mają charakter nieprawdopodobnych a uciesznych przypadków, w których na pozór bardziej chodzi o zabawienie czytelnika i groteskową autoapologię niż o zysk poznawczy, w samym zaś podróżniku trudno uchwycić proces dojrzewania i wewnętrznej przemiany. Rodem z opowieści o Münchhausenie jest niezwykła, można rzec radosna łatwość przekraczania wszelkich fizycznych ograniczeń. Kiedy Münchhausen chce dostać się na Księżyc, sieje po prostu turecką fasolę i wspina się tam po jej pędach — w kosmosie Tichego grasują zdziczałe kartofle, napadając na przelatujące rakiety. Zarazem światy, po których podróżują obaj fantaści — przy całej swej dziwności — są jakoś tam przytulne, „oswojone”: Münchhausen wspina się na Księżyc po siekierę, którą tam przypadkiem (z Ziemi) cisnął, Tichy zwiedza cały gwiazdozbiór, szukając pozostawionego na którejś z planet ulubionego scyzoryka. Bohaterom obu książek nie idzie zrazu o eksplorację świata, ale o poszukiwanie przygód — możliwie ekscentrycznych i nieprawdopodobnych. Ten Tichy z wczesnych szczególnie „podróży” lata od planety do planety i zwiedza je niczym bogaty turysta dalekie, a nie znane bliżej kraje. Osobliwości żywota ich mieszkańców nie są dla nas czymś nowym: z łatwością rozpoznamy w nich aberracje, w które niekiedy wpada cywilizacja ludzi, szczególnie wtedy, kiedy zapragnie rozwiązać jakiś problem „logicznie i naukowo”, z użyciem pojętych dogmatycznie praw i przeświadczeń. W tych wczesnych opowieściach Ijona Tichego razy rozdaje się na wszystkie strony: obrywają od autora nie tylko ufni w Program Szkolny Andrygoni, ale też — zgodnie z wymogami epoki — amerykańscy militaryści i katoliccy misjonarze; swoje otrzymują też ideolodzy wschodniego obozu, tyle że w formie zgrabnie zamaskowanej. Lem napisał swe Dzienniki z niebywałą zręcznością. Trzeba było ostatecznie zmylić cenzora — szczególnie w stalinowskich czasach dociekliwego — i napisać coś, co dałoby się odczytywać na dwa sposoby. Najlepiej widać to w Podróży dwudziestej czwartej, która na powierzchni jest kpiną z rzekomo nieuchronnych ekonomicznych sprzeczności rozsadzających kapitalistyczne demokracje. Autor ostentacyjnie pomija oczywisty fakt, że owe sprzeczności dawno już zostały na Zachodzie rozwiązane. Jego niby-Ameryka nic nie wie o idei welfare state, próbuje się za to leczyć całkiem po sowiecku — przez wprowadzenie „absolutnego porządku”, a jej mechaniczny władca nie umie wyobrazić go sobie inaczej, jak w postaci deseniu układanego na polach z obywateli przerobionych w standardowe krążki. Istny „żywy obraz” z moskiewskiego czy pekińskiego stadionu!
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 Następna > Ostatnie >>
|