Czy Kosmos jest śmieszny
Gdyby ktoś chciał wskazać utwory najbardziej dla pisarstwa Lema charakterystyczne, stanowiące jego specialité de la maison, wybór padłby pewnie na Cyberiadę wraz z wcześniejszymi Bajkami robotów. Co więcej, wybór taki z biegiem lat staje się coraz bardziej zgodny z rządzącym w literaturze duchem czasu. Fantastyczne opowieści o spotkaniach z Innością przenoszą się bowiem z wolna z regionów hipotez i projektów w regiony gier intertekstualnych. Lem i tutaj — jak to zwykle bywało — wyprzedził swoją epokę i nawiązał do nurtów literackich, które w fantastyce dopiero po latach miały stać się rzeczywistością.

Autor kosmicznych baśni miał do wyboru bodaj trzy rozbieżne sposoby literackiego postępowania z Innymi. Mógł — jak w Solaris — dowodzić, że z obcymi istotami, jeśli się pojawią, nie sposób się będzie naprawdę porozumieć — do tego stopnia będą od ludzi odmienne; mógł też — jak w Dziennikach gwiazdowych — porozumienie czynić, na odwrót, całkiem prostym i oczywistym, wynikało to bowiem z zastosowanej konwencji literackiej przygód kosmicznego łgarza i fantasty. Cyberiadę zaliczyłbym do kategorii trzeciej: w niej Obcość nie jest obca do końca, bo stanowi u zarania nasz, ludzki wytwór. Roboty z Cyberiady odstręczyły się wprawdzie od ludzi, ale tylko o tyle, by móc przedstawiać ich „pryncypialną krytykę” lub jedynie na myśl o nich otrząsać się ze zgrozą. W dodatku literacka konwencja, w jaką zostały otulone, tym mocniej je z ludźmi kojarzy. Ten wymierny dystans między człowiekiem a robotem dostarcza pisarzowi nowych narzędzi do opisu i analizy podstawowej kwestii, która go wciąż interesuje: kwestii krytyki człowieczeństwa, specyfiki i granic tego, co ludzkie.

Bajki Lema zdają się doskonałym wcieleniem idei Rogera Caillois, który literaturę science fiction nazwał przed laty „baśniami ery kosmicznej”. Ale Caillois myślał o całkiem klasycznej odmianie fantastyki naukowej, której przypisywał po prostu społeczną funkcję podobną do tej, jaką wcześniej pełniły baśnie — Lem bawi się literacką stylizacją, a zatem do modelu baśni odwołuje się z pełną ostentacją, stosując szeroki repertuar chwytów kojarzonych z gatunkiem baśniowym. Prześledźmy je tutaj.

Po pierwsze: baśń lokuje swą akcję w miejscu bliżej nie określonym, „za górami, za lasami”, co przekłada się doskonale na „gdzieś w przestrzeni kosmicznej”. Owa przestrzeń nie ma wyraźnych granic: we wszystkich kierunkach rozciąga się wokół bezmiar, którego struktura i wewnętrzne dystanse wyznaczane są przez działania bohaterów. Po drugie: świat baśni jest, najogólniej biorąc, światem feudalnym, rządzonym przez królów mających wokół siebie dwory monarsze, armie żołnierzy i służących. W baśni tedy jedną z istotnych kwestii jest zagadnienie władzy — dobrej lub złej, mądrej lub zdeprawowanej, co Lem przenosi starannie w realia swego świata, szczególną uwagę poświęcając korupcji, jaką niesie panowanie. Po trzecie: w świecie baśni ważną funkcję pełnią magia i czary, a zatem przekraczanie praw rządzących realną rzeczywistością. Lem magię zastępuje nadnaturalną sprawnością techniczną, a czarowników czyni po prostu konstruktorami, którzy umieją więcej niż inni, a służyć mogą Dobru lub Złu — jak to w bajkach bywa. Przy tym Dobro i Zło mają — jak w pierwowzorach — charakter przedustawny, wynikają z dualistycznej natury świata jako takiego i na nic tu psychologizować, szukać takich czy innych społecznych uzasadnień dla okrucieństwa władców, żądzy bogactw, nieumiarkowania itd. Wymowa etyczna tych utworów jest raczej jednoznaczna, choć komplikacja fabuł bywa wysokiej próby.

Władca jest osobliwym człowiekiem, bo przysługuje mu prawo do kształtowania świata wokół siebie, układania go podług własnych zachcianek lub wyobrażeń o tym, co godziwe. Dylematy władców są zatem w jakimś sensie dylematami każdego człowieka, który chciałby decydować o swoim losie i odciskać swoją sygnaturę w porządku otaczającej go rzeczywistości — tyle że, szczególnie w baśniach, te dylematy spotęgowane są do najwyższego stopnia. Władcy z bajek Lema mogą o sobie powiedzieć to samo mniej więcej, co mówił kapitan Clarke z Gombrowiczowskich Zdarzeń na brygu Banbury, a mianowicie, że kapitan (władca) „to słowo ogromne, złożone z samych zachcianek”. Mają też podobne do Clarke’a problemy ze swą władzą: nie wiedzą, co z nią zrobić, ich wewnętrzna pustka przekłada się bowiem na pustkę na zewnątrz. W rezultacie gonią za coraz bardziej wymyślnymi rozrywkami, bawią się własnym okrucieństwem, powoduje nimi monstrualna chciwość, żądza użycia, a przy tym — równie monstrualny — lęk przed konkurentami do monarszego stolca. Znów Gombrowicz się kłania — ale tym razem ze Ślubu, gdzie Ojciec-Król nie może poradzić sobie z własnymi emocjami, bo każda z nich „królem mu rośnie... królem olbrzymieje”. Można rzec, iż w obrazie władcy mamy do czynienia ze swoistą karykaturą człowieczeństwa, w której wszystkie cechy zostały wyolbrzymione i przerysowane.


 
yaskier.pl