UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 0.00 (0 Votes)

Praca w formacie pdf

SPIS TREŚCI:

Wstęp.

      Rozdział I: Terminologia.

    1. 1.1Obcy w ujęciu naukowym 

    2. 1.2Obcy w kulturze fantastyczno-naukowej 

Rozdział II: Bariery ontologiczne – byt, istota i przyczyna.

    1. 2.1Mechaniczna ewolucja jako spór poznawczo-etyczny (Niezwyciężony) 

2.2 Nauka w obliczu inności (Solaris)

Rozdział III: Bariery aksjologiczne – etyka, moralność i wartościowanie pojęć.

3.1 Konflikty etyczno-moralne w obliczu kontaktu (Fiasko)

3.2 Neutrinowy list z kosmosu i jego następstwa (Głos Pana)

Rozdział IV: Bariery epistemologiczne – poznanie, prawda, oczekiwania.

4.1 Obcy i ich obce systemy społeczne (Eden)

4.2 Bariery porozumienia z oceanem homeostatycznym (Solaris)

Rozdział V: Podsumowanie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WSTĘP:

 

Celem niniejszej pracy jest opis, analiza i klasyfikacja barier kontaktu z obcą cywilizacją w wybranych powieściach Stanisława Lema. Układ i tematyka rozdziałów odzwierciedla poruszany rodzaj problematyki kontaktu, nie oznaczając jednocześnie, że każda z powieści reprezentuje tylko jeden typ problemów poznawczych. Przeciwnie, powieści Lema są zazwyczaj całym konglomeratem nakładających się na siebie barier kontaktu z obcymi, a wyodrębnienie i klasyfikacja każdego z nich w niniejszej pracy ma na celu mikroskopowe przyjrzenie się jego strukturze, przy jednoczesnej pamięci o tym, że nie pozostaje on w swoistej autonomii i wchodzi w relacje z innymi problemami badawczymi. Tematyka jest bardzo obszerna, a w omówieniu przydatne było przekrojowe ujęcie kilku najważniejszych utworów Stanisława Lema. Z powodu ograniczeń rozmiaru pracy, wzięto pod uwagę tylko wybrane powieści traktujące o problemie kontaktu – celowo natomiast zrezygnowano z utworów zabarwionych satyrą.

Rozdział II poświęcony jest barierom ontologicznym. Budowa i aparycja obcych zostają skonfrontowane zarówno z nauką, jak i światopoglądem bohaterów powieści.

Rozdział III to przede wszystkim mikroskopowe ujęcie problematyki etycznej, moralnej i aksjologicznej, ale również konsekwencji kontaktu z nieznanym.

Rozdział IV traktuje o poznaniu, które nie zawsze ma wymiar naukowy. Większy nacisk położono na problem samej interakcji, chociaż tematyka rozdziałów II i IV nie ma wyraźnej granicy i często nachodzi na siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział I – Terminologia.

Hipotetyczny przedstawiciel życia pozaziemskiego” – w ten oto krótki i powierzchowny sposób Wikisłownik definiuje hasło „obcy”.1 Definicja ta – stworzona w duchu pewnego pragmatyzmu naukowego – wydaje się jednak wyjątkowo pojemna i otwarta na wszelkie teoretyczne modele tego, jak zdaniem naukowców i twórców fantastyki naukowej może wyglądać mieszkaniec innej planety. W Encyklopedii Fantastyki Andrzej Niewiadomski i Antoni Smuszkiewicz proponują nieco inną definicję:
Fantastyczne istoty pozaziemskiego pochodzenia, przedstawiciele odmiennej cywilizacji kosmicznej.2

Druga definicja jest jednak bardziej kłopotliwa – zakłada bowiem istnienie jakiejś cywilizacji, a co za tym idzie: kultury, społeczeństwa, zorganizowania zbiorowości w ramach pewnej administracji czy wytwarzania tzw. artefaktów kulturowych. Spojrzenie na obcych, które proponują Niewiadomski i Smuszkiewicz eliminuje zatem pewien typ obcych, którzy są jeszcze na takim poziomie rozwoju technologicznego, że nie jest możliwe, aby wytworzyli własną kulturę. Jest to założenie o tyle problematyczne, że w twórczości Stanisława Lema pojawiają się istoty pozaziemskie, które wymykają się tej definicji – należy tu wspomnieć chociażby o ryboidalnych istotach z oceanów w Niezwyciężonym, ale nie tylko, albowiem w Solaris tytułowy ocean homeostatyczny jest (prawdopodobnie) obdarzony bliżej niesprecyzowanym rodzajem świadomości, jakąś właściwością pozwalającą mu na komplementację wszechświata, ale także powoływanie do życia istot personaidalnych na wzór ludzi niegdyś żyjących, mimo że z całą pewnością Solaris nie reprezentuje żadnego rodzaju cywilizacji. Kolejnym kłopotliwym kryterium, które pojawia się w słownikach i leksykonach, w tym w Słowniku współczesnego języka polskiego jest rozumność.

Kosmita – ‘hipotetyczna istota rozumna zamieszkująca inne niż Ziemia planety wszechświata’3 [podkreślenie: J.B.]

Argument ten obala Eugeniusz Rybka, który stwierdza:

Powstanie jednak na jakiejś planecie życia organicznego niekoniecznie musi doprowadzić do wytworzenia istot rozumnych, a tym bardziej do wysoko rozwiniętej cywilizacji technicznej4

Wydaje się, że problem definicyjny można sformułować jako arcus nimium tensus rumpitur – zbyt naciągnięta, szeroka definicja „pęka” w zderzeniu z przypadkami hipotetycznymi, które można mnożyć w nieskończoność. Na płaszczyźnie twórczości Lema definicja nie sprawdza się niemalże w żadnym z analizowanych przypadków, a w najlepszym razie rozumność jest kategorią, którą można przypisać Lemowskim obcym z dużą dawką sceptycyzmu. Czy można nazwać Kwintan rozumnymi w ludzkim znaczeniu? Czy słynna „nekrosfera” z Niezwyciężonego daje się zamknąć w kategorii rozumności, skoro mamy do czynienia z istotami mechanicznymi?

Sama rozbieżność w definiowaniu kategorii „obcy” może być związana z punktem odniesienia, który wybiera autor. Encyklopedia fantastyki odwołuje się do zjawisk związanych z literaturą, filmem i szeroko pojętą kulturą, gdzie przybysze z innych planet są niemal zawsze albo istotami wyższymi w stosunku do ludzi, albo przynajmniej równymi ludziom. Niełatwe byłoby znalezienie pozycji spod szyldu fantastyki naukowej, gdzie obcy jest, przykładowo, bakterią, wirusem lub istotą „niższą” od człowieka pod względem rozwoju, a co za tym idzie, pojęcie obcości zaproponowane przez Niewiadomskiego i Smuszkiewicza nie jest sprzeczne z większością wizerunków pozaziemian w literaturze science fiction. Odchodząc jednak od płaszczyzny fantastyki naukowej, a wchodząc na tereny zarezerwowane dla naukowców, astrobiologów i badaczy kosmosu, można zobaczyć, że dlań (w opozycji do przeciętnego czytelnika science fiction) główną nadzieją na spotkanie obcych są właśnie formy niższego rzędu, w tym między innymi bakterie i ich skamieniałości. Summa summarum: badacze literatury widzą w pozaziemskich formach życia niemal zawsze istoty równe lub wyższe człowiekowi (stąd „definicja cywilizacyjna”), naukowcy zaś są świadomi, że obcy istnieć mogą na dowolnym szczeblu rozwoju biologicznego i cywilizacyjnego.

Na potrzeby interpretacji utworów Stanisława Lema najbardziej odpowiednia wydaje się być definicja możliwie najprostsza: obcy to pozaziemska forma egzystencji. Z dalszych rozważań zatem usunięty został czynnik cywilizacyjny i kategoria rozumu. Co zatem pozostaje wyznacznikiem obcości? Kluczowy wydaje się właśnie pozaziemski rodowód potencjalnego kosmity. Domniemanym życiem w kosmosie zajmuje się astrobiologia, nazywana też egzobiologią lub ksenobiologią. Na oficjalnej stronie NASA znajduje się mikroartykuł dotyczący tej dziedziny, w którym zawarte jest:

So the nation’s ability to reach into space came at a time when people were open, eager even, to learn more about the dynamics and origins of life on Earth… and possibly beyond.5

Już sama definicja astrobiologii – z stgr. „astron” gwiezdny, „bios” – życie, „logia” – nauka – wskazuje na jedyną permanentną cechę obcych, jaką jest biogeneza, która dokonała się poza Ziemią. Paradoksalnie, uczeni wymieniają całą gamę warunków i okoliczności, w jakich życie pozaziemskie mogłoby się pojawić, jednocześnie niemal w ogóle nie zawężając hipotetycznego modelu mieszkańca innej planety. Dla twórczości Stanisława Lema pozaziemskość będzie więc kryterium definicyjnie kluczowym, bowiem bogactwo form, które wykreował autor – humanoidalni mieszkańcy Edenu, „nekrosfera” Regis III, bliżej niezidentyfikowani ontologicznie Kwintanie czy wreszcie tajemniczy list z kosmosu – dają się zamknąć tylko w jednym wspólnym mianowniku – pozaziemskim pochodzeniu.

Autor Solaris uwielbia wywoływać „ontologiczne skandale”6, prowadzić gry epistemologiczne i burzyć mury antropomorfizacji. Z pewnością jest paradoksem fakt, że geocentryzm, antropomorfizm i schematyzm w kreowaniu myślowym aparycji domniemanych obcych jest wszechobecny na tyle, że niezwykle trudne okazuje się nawet znalezienie spójnej definicji. Zaproponowana powyżej definicja minimalistyczna również może zostać obalona, albowiem w środowisku naukowym pojawiają się periodycznie informacje o znalezieniu obcego DNA na Ziemi, co sprawia, że „obcym” należałoby nazwać po prostu wszystkie istoty niebędące w jednej rodzinie genealogicznej z formami ziemskimi. Jest to jednak zbyteczne komplikowanie i mnożenie zmiennych ponad potrzebę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział II: Bariery ontologiczne – byt, istota i przyczyna.

2.1 Mechaniczna ewolucja jako spór poznawczo-etyczny.

Wydany po raz pierwszy w  1964 roku Niezwyciężony należy – nawiązując do podziału Andrzeja Stoffa – do kategorii tzw. „fantastyki wszechmożliwości”.

Akcja powieści rozpoczyna się w momencie, kiedy Niezwyciężony – duma ziemskiej floty kosmicznej – ląduje na pustynnej Regis III celem odnalezienia innego statku – Kondora – z którym utracono łączność. Jednak, jak się okazuje, Kondor jest tylko przystawką dla fabuły, która – zrealizowana w konwencji batalistycznego hard science fiction – porusza problemy znacznie bardziej subtelne. Jerzy Jarzębski za sztandarową problematykę Niezwyciężonego uważa pojęcie moralności, etyki kontaktu, stosunku ludzi do istot niebiałkowych (automaty) oraz cały technologiczny wymiar powieści, podkreślając przy tym wagę tarć militarnych technologii ziemskiej z reprezentantami „nekrosfery” obcej planety. Oprócz tego jednak, w posłowiu „Cały ten złom”, pojawia się istotna kwestia ewolucji automatów, a co za tym idzie, ich statusu ontologicznego.7
Niezwyciężony opiera się na bliźniaczo podobnym schemacie fabularnym do tego znanego z Edenu.8 Różnica zasadza się na tym, że na Regis III ludzie wybrali się świadomie, w celu przeprowadzania akcji ratunkowej. Proces fabularny obu powieści oparty jest na tych samych zagadnieniach: z początkowej zagadki istnienia obcych form życia wyłaniają się kolejne teorie i fakty, które wraz z rozwojem wątków stają się coraz pełniejsze, bardziej racjonalne i holistyczne.
Epicentrum zainteresowania autora (jak i jego badaczy) przypada na rasę automatów, która przejąwszy władzę na planecie, wypchnęła istoty biologiczne do mórz i oceanów. Jednak pierwszymi napotkanymi formami obcej egzystencji są stosunkowo prymitywne istoty wodne. „[…] ale dlaczego życie nie wyszło z wody na ląd?”9 – oto pytanie nurtujące załogę Kondora. Z perspektywy całej powieści jednak wodne organizmy Regis III okazują się być jedynie pretekstem do snucia teorii i odpowiedzi na szereg pytań dotyczących mechantronów10 rządzących na planecie. Po co więc autor powołał je do życia i umieścił na kartach Niezwyciężonego? Wydaje się, że są one jedynie figurą, specyficznym zabiegiem, dzięki któremu – w formie niepokojącej zagadki – uwypukla się jedna z cech rasy automatów, jaką jest agresywna ekspansja i wrogie nastawienie do wszelakich form biologicznych. Innymi słowy – życie oceaniczne, które pojawia się w powieści, interesuje bohaterów tylko dlatego, że nie wychodzi na ląd, a co za tym idzie, jest zjawiskiem ewolucyjnie „niestandardowym”, co pozwala postaciom snuć wizje na temat nieznanego, tajemniczego czynnika, który uniemożliwia istnienie życia na lądzie. Istoty biologiczne z Regis III nie są zatem interesujące dla naukowców same w sobie. Również rasa Lyran, czyli domniemanych twórców nekrosfery, nie cieszy się szczególnym zainteresowaniem załogi.
„Dajmy na to, że wylądował tu statek zwiadowczy Lyran i że doszło do katastrofy. Albo do innego nieszczęśliwego wypadku, w którym zginęła cała załoga. Powiedzmy, jakiś wybuch reaktora, reakcja łańcuchowa... dość że wrak, który osiadł na Regis, nie miał już na pokładzie ani jednej żywej istoty. Ocalały tylko... automaty. Nie takie, jak nasze. Nie człekokształtne. Lyranie prawdopodobnie także nie byli człekokształtni. Więc, te automaty ocalały i opuściły statek. Były to wysoko wyspecjalizowane mechanizmy homeostatyczne”.11
Powyższy cytat obrazuje, że również Lyranie są definiowani w perspektywie automatów, a nie jako autonomiczny problem badawczy. Wydaje się, że Niezwyciężony nie reprezentuje tyleż dociekań natury epistemologicznej, co ontologicznej. Jerzy Jarzębski stwierdza, że problem ewolucji istot niebiałkowych eksponowany był przez Lema już w Golemie XVI, a kwestia samorozwoju mechatronów wyjątkowo pasjonowała autora.12 Na plan interpretacji Niezwyciężonego dodatkowo należy nałożyć płaszczyznę moralną – stosunek ludzi do istot mechanicznych – oraz wymiar technologiczny, bowiem zdobycze nauki w powieści są wszechobecne i pełnią istotną rolę w interakcji z nekrosferą Regis III. Niezwyciężony uwidacznia też jeszcze jedną tendencję – waloryzację i rewaloryzację innoplanetarnego novum. Zarówno ryboidalni obcy na nieznanej planecie, jak i Lyranie nie są centrum zainteresowania ziemskich wysłanników. Dlaczego tak się dzieje? Prawdopodobną hipotezą jest stopień podobieństwa do organizmów z błękitnej planety. Im bardziej „typowe” i podobne są formy z nieznanych zakątków wszechświata, tym mniejszą atencją cieszą się wśród badaczy. Ludzie dokonują selekcji, w której największą estymą obdarzają formy niezwykłe, nieznane nauce, to między innymi dlatego ocean homeostatyczny doprowadza naukowców z Solaris do szaleństwa. Niekwalifikowalny, polimorficzny multibyt czy ewolucja automatów i zwyciężenie przez nie całej biosfery planety są ciekawszym materiałem badawczym niźli prymitywne organizmy wodne.

W powieściach Lema ludzkość z jednej strony marzy o ziszczeniu swoich wyobrażeń o antropomorficznych i geomorficznych braciach w rozumie, np. w Fiasku, gdzie pokłada się wiarę w stypizowany kontakt międzyrasowy, a z drugiej tym, co najbardziej fascynuje naukowców jest właśnie niezwykłość. Niezwykłość, którą w Niezwyciężonym reprezentują artefakty kultury lyrańskiej – automaty z wykształconym instynktem przetrwania. Co ciekawe, wśród nekrosfery doszło do pewnego atawizmu, uwstecznienia i selekcji naturalnej:

„Urządzenia stojące pod względem intelektualnym wysoko, ale niezdolne do przetrwania, dajmy na to, ze względu na rozmiary, które wymagały z kolei znacznych ilości energii, nie mogły wytrzymać konkurencji z mniej pod tym względem rozwiniętymi, oszczędniejszymi jednak i bardziej wydajnymi energetycznie…13

Drobne automaty jednakże w reakcji obronnej potrafią łączyć się w masywne skupiska, które emitując potężny impuls elektromagnetyczny, potrafią wyzerować pamięć, a zatem stanowią olbrzymie zagrożenie dla załogi Niezwyciężonego. Kontakt z mechatronami jest więc bardzo ograniczony, a każda interakcja skazana na militarny finał. Etyczny problem kontaktu w powieści sprowadza się do działań, jakie podejmuje strona ziemska. Interakcja obustronna jest niemożliwa, ponieważ ontologiczne predyspozycje nekrosfery wykluczają jakąkolwiek komunikację. Należy przy tym jednak bardzo ostrożnie używać słowa „atawizm”, które nieuchronnie konotuje prymitywizm i prostotę, gdyż – jak pisze Jarzębski – w Niezwyciężonym Lem również docieka, czy faktycznie skomplikowane i zawiłe formy wyższe (np. ludzie) są lepiej przystosowane do środowiska, niźli formy proste.

Niezwyciężony jest powieścią, która obala mit szeryfów kosmosu. Dariusz Kiszczak zwraca uwagę na Cyklopa – ultranowoczesną maszynę wojenną, o niemalże nielimitowanym zasobie energii i ogromnym potencjale bojowym – który w starciu ze znacznie bardziej prymitywnymi i prostymi mechatronami okazuje się bezbronny.14 Lem zwalcza pewien kult afirmacji ludzkości i jej porządku. Jerzy Jarzębski porównuje kosmos w Niezwyciężonym z ziemską polinezją patrolowaną przez europejskie okręty. Porównanie Jarzębskiego wydaje się niezwykle trafne – kiedy na mapie kosmosu pojawia się jakaś podejrzana, niezbadana wyspa-planeta, wówczas z ziemskiej atmosfery wyrusza eskapada krążowników na wzór XV-wiecznych kolonistów. Zbadać, sklasyfikować, oszacować zagrożenie i pozwolić na egzystencję, o ile nie narusza ona założeń ziemskiej etyki. Do tych prostych czynności sprowadza się protokół postępowania ludzkości w obliczu innych.15

Kontakt w Niezwyciężonym nie polega na obustronnym podaniu sobie ręki, wymianie kulturowej i nawiązaniu jakiejś nici komunikacji lecz na uszanowaniu odmienności i zrezygnowaniu z siłowego narzucania porządku i etyki homo sapiens istotom, które przez swoje ograniczenia ontologiczne nie są w stanie odpowiedzieć na ziemskie wezwanie pokoju.

Człowiek nie w tym okazuje się lepszy od ‘chmury’, że potrafi ją unicestwić lecz wprost przeciwnie – że potrafi przestać.”16
Problem ewolucyjnej walki o byt i pytanie o domniemaną wyższość ewolucji mechanicznej z Regis III znajduje odpowiedź właśnie w finale powieści. Jerzy Jarzębski nie bez powodu zwraca uwagę na scenę, w której Rohan – wyzbyty z wszelkiej myśli technologicznej i wyposażenia – rusza na spotkanie z Obcością. Bardziej ścisły umysł sprecyzowałby, że starcie w ewolucyjnym porównaniu Lema wygrywa kora mózgowa. Mimo iż główny bohater wyzbywa się moralnej wyższości nad nekrosferą, to właśnie dzięki korze mózgowej może wyzwolić się z nonsensownej walki o Darwinowską dominację.17 Kontakt z obcymi w „Niezwyciężonym” był więc niemożliwy a priori. Lem podważył tradycję XX-wiecznego science fiction, kreując do życia obcych odpornych na wszelakie próby interakcji. Krzemowa budowa, brak rozwiniętego mózgu, agresja i ewolucja dążąca do atawistycznego uproszczenia – to właściwości obcych, które finalnie determinują porażkę kontaktu. Warto jednak wspomnieć o małym zwycięstwie Rohana, który uznawszy autonomiczność chmury, stał się widzem „mechanicznego spektaklu” – wyszedł tym samym z warunków początkowych fabuły, gdzie ludzkość wręcz deifikowała się, nadając sobie tytuł strażników galaktyki i prawo wymierzania swego porządku i wprowadzania geo-reguł. Główny bohater również odsunął się od idei reifikacji maszyn z Regis, gdzie prostoliniowe uprzedmiotowienie ich – odebranie istoty istnienia żywego – pozwalałoby na nieskrępowane moralnością i etyką działania militarne.

2.2 Nauka w obliczu inności.

Solarystyka – czyli zbiór nauk powstały po odkryciu planety Solaris, których celem są badania, opis i klasyfikacja zjawisk występujących na powierzchni oceanu. W powieści pojawia się poznawanie mające charakter ściśle naukowy, jak i przez doświadczenia indywidualnego podmiotu. Personoidy18 wytworzone przez ocean homeostatyczny są zarówno doświadczeniem indywidualnym, jak i naukową zagadką.
Solaris jest planetą szczególną – z kart powieści wynika, że planeta krąży po orbicie gwiazdy podwójnej. „Za moich czasów teoria Gamowa-Shapleya uchodziła za pewnik”.19 Pierwszym naukowym faux pax, które rozpocznie serię bezowocnych badań nad obcym multiorganizmem-planetą popełniono już w założeniach początkowych. W świetle wiedzy astrobiologów z powieści, Solaris nie powinna istnieć jako żywy organizm, przez częste fluktuacje grawitacyjne występujące w układach gwiazd podwójnych.
Karlheinz Steinmuller nazywa całą solarystykę „anomalią eksploracji”, pytając przy tym o granice ludzkiego poznania.20 Już „problem grawitacyjny” wywołał w środowisku naukowym konsternację – jak to możliwe, by planeta korygowała własną orbitę? Okazuje się, że naukowcy również potrafią być środowiskiem konserwatywnym, zwłaszcza jeżeli pomiary nie zgadzają się z ogólnie przyjętym modelem kosmologicznym.
„Przez jakiś czas sprawa pachniała skandalem, gdyż winą za taki wynik obserwacji próbowano obarczyć (w trosce o dobro nauki) już to pewnych ludzi, już to maszyny rachujące.”21
Kiedy jednak późniejsze ekspedycje potwierdziły anomalię grawitacyjną planety, wówczas rozpoczął się nowy spór – tym razem o istotę ontologiczną Solaris. Echo tego sporu pobrzmiewa jeszcze w czasach współczesnych głównym bohaterom22, a żadna z walczących frakcji – zarówno zwolenników postrzegania oceanu jako prymitywnej formy biologicznej (formacja prebiologiczna), jak i zwolenników oceanu jako złożonej, skomplikowanej formy organicznej – nie przeforsowała swego stanowiska w kołach naukowych. Kwestia ontologiczna Solaris pozostała więc otwarta.23
Piotr Krywak w „Fantastyce Lema” wydziela naturalną barierę możliwości poznawczych człowieka. Jego zdaniem „Solaris”, jak i niemal wszystkie powieści Stanisława Lema wydane w latach 60-tych, traktują o granicach możliwego naukowego poznania obcości. Problemem naukowców nie jest niedostateczny rozwój technologii czy niedobór wiedzy, lecz po prostu inność, która nie podlega definiowaniu w duchu chemiczno-biologiczno-filozoficznych metodologii. Właściwie nie da się stwierdzić nawet, czy w przypadku Solaris można mówić o jakimkolwiek kontakcie, gdyż nie rozstrzygnięto, czy ocean homeostatyczny jest rozumny i świadomy. Nie wiadomo, czy twory F były pośrednikami kontaktu, czy też może produktami metabolicznymi organizmu-planety.24
Spór o świadomość Solaris ma jednak charakter bardziej teoretyczny – o wiele większym wyzwaniem dla nauki jest praktyczne badanie i opis zjawisk zachodzących na powierzchni oceanu. Autometamorfoza ontologiczna,25 chociaż bez dwóch zdań stanowi problem filozoficzny – mianowicie wkracza na tereny Platońskiej materii i ducha – to jeszcze większą zagwozdką jest, dlaczego organizm solarystyczny jest tak niestabilny, odporny na pomiary i klasyfikację. Wszelkie klasyfikatory nie tylko okazują się niewystarczające, ale także nietrafne. Choćby forma „długoń”, która pojawia się w powieści, a o której sam narrator mówi „skażona geocentryzmem.”26

Jerzy Jarzębski w posłowiu o tytule „Lustro” ujmuje problem następująco:

„Ta niemożność wynika po prostu z radykalnej odmienności dążących do porozumienia istot, z odmiennego sposobu istnienia, działania, uwikłania w otaczającą rzeczywistość.27 [podkreślenie J.B.]
Właśnie dlatego tak wielu badaczy, m.in. Płaza, Eilstein czy Koćma, nazywa Solaris „ontologicznym skandalem”.28 Na plan interpretacyjny barier kontaktu z obcymi oraz ich naukowego poznania należy dodać spostrzeżenie Piotra Krywaka – „W poważnych powieściach i opowiadaniach Lema przestrzega się praw fizyki z żelazną konsekwencją.29

Jest to bardzo istotna uwaga, science fiction Stanisława Lema jest bardzo science a mało fiction. Lem niemalże nigdy nie wychodzi poza widnokrąg wyznaczany przez naukę i futurologię. Metodologie badań w jego powieściach są zazwyczaj po prostu bardziej rozwiniętą wiedzą i techniką niźli ta, która istniała w czasach mu współczesnych. Oznacza to, że w utworach Lema nigdy nie pojawi się magiczna różdżka, której ludzie będą mogli zawdzięczać porozumienie z obcymi – przeciwnie. Ludzkość ma do dyspozycji tylko własny intelekt. Problem solarystyki jest więc taki, że przedmiot jej badań jest empirycznie nieprzystępny i racjonalnie niezrozumiały.

Istvan Csicsery-Ronay zwraca uwagę na problem, który Jerzy Jarzębski nazywa problemem luster. Aparat pojęciowy homo sapiens powstał w obrębie jednej planety, gdzie biogeneza miała miejsce jeden raz, a co za tym idzie, badacze nie mogą odejść od nawyków antropocentryzmu i antropomorfizmu ani od modelu istnienia, jaki sami reprezentują.30 Jest to sztandarowy problem utworów Lema, a jego echo odbija się nie tylko w kontakcie międzyrasowym, ale nawet międzykultourowym.
W „Solaris” nauka spowita jest wykluczającymi się, opozycyjnymi teoriami – jest to przykład nadmiaru wiedzy, który oddala od właściwego poznania.31 Nieweryfikowalność i nieklasyfikowalność to paradoksalne cechy systemu nauk solarystycznych.
Jarzębski ponadto bezceremonialnie obnaża ubytki solarystyki, nazywając ją bardziej zjawiskiem psychologiczno-społecznym, w którym indywidualne rysy badaczy i ich hipotez – nierzadko zahaczających wręcz o mistykę – kształtują się w naukę o niedostatku człowieka, zamiast o poznaniu inności.32 Wywołany został więc temat samej istoty filozofii, która niezwykle rzadko bywa obiektywna. Często w poglądach zaklęte są indywidualne życzenia i motywacja samego twórcy.33 Naukowcy w momencie, kiedy utrzymują niepełne lub sprzeczne dane również skazani są na filozofowanie, co często prowadzi ich do wniosków zbyt daleko idących, życzeniowych oraz analogicznych w swym geocentryzmie.

Nie ma przeto żadnej litości dla naukowców – projekt solarystyczny poniósł klęskę i jest to stwierdzenie niepodważalne. Kevin uświadamia to sobie już przy pobieżnym oglądzie biblioteki na stacji badawczej:

„[…] pomyślałem, że cała nasza wiedza o Solaris, wypełniająca biblioteki, jest bezużyteczna balastem i trzęsawiskiem faktów, i znajdujemy się w takim samym miejscu, w którym poczęto ją gromadzić przed siedzemdziesięciu ośmiu laty, a właściwie sytuacja jest o wiele gorsza, ponieważ cały trud tych lat okazał się daremny.”34

Szczątkowe sukcesy nauki – między innymi odkrycie, jakoby Twory F składały się z siatki neutrinowej zamiast atomowej – nie prowadzi do żadnych klarownych wniosków. Nie jest nawet wiadome, jaka siła wiąże te neutrina, ale przede wszystkim najbardziej bolesny dla ludzkości jest brak odpowiedzi nie na pytania naukowe, a na filozoficzne. Po co? Dlaczego? W jaki sposób? Wszystkie te kwestie pozostają otwarte.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział III: Bariery aksjologiczne – etyka, moralność i wartościowanie pojęć.

3.1 Konflikty etyczno-moralne w obliczu kontaktu.

Ostatnia powieść Stanisława Lema jest prawdziwą mozaiką problemów i barier kontaktu z obcymi cywilizacjami. Jerzy Jarzębski zaczyna posłowie do „Fiaska” w następujący sposób:

„Problemów domagających się komentarza jest w Fiasku cała masa, ale na plan pierwszy wysuwa się naturalnie pytanie o możliwości kontaktu z kosmicznymi braćmi w rozumie. Na to pytanie Lem udziela dość radykalnie przeczącej odpowiedzi — i to na kilku poziomach czy etapach.35

W powieści znajdziemy bariery czysto logistyczne – horrendalnie duże kosmiczne odległości, niezwykle mało cywilizacji będących w zasięgu ludzkiej techniki czy przedział czasowy komunikacji z kosmitami (tzw. „okno kontaktu”), bariery kulturowe – systemy religijne i filozoficzne modyfikowane pod wpływem świadomości, że ludzkość nie jest sama we wszechświecie, problem antropocentryzmu czy zrozumienia działań obcych. W „Fiasku” jednak jednym z najważniejszych i najbardziej eksploatowanych przez autora problemów, jest problematyka moralno-etyczna – już same tytuły rozdziałów: „Zwiastowanie”, „Demonstracja siły” czy „Sodoma i Gomora” będące w większości aluzjami do historii ze Starego Testamentu, pozwalają sądzić, że kwestia moralności szczególnie interesowała autora.

Zagadka milczącego świata – silentum universi – w „Fiasku” stanowi rodzaj obelgi wymierzonej w ludzki postęp.36 Jak dowiadujemy się z powieści, akcja utworu dzieje się niedługo po tym, jak na panewce spalił inny program poszukiwania ras pozaziemskich zwany „Cyklopem”.
Skrajny optymizm garstki astrofizyków na schyłku XX wieku, zaraziwszy tysiące innych ekspertów, na równi z laikami, obrócił się w swoje przeciwieństwo”.37

Ludzkość poczyniła ogromne inwestycje w sieci teleskopowe, których jedynym zadaniem było odbieranie i analizowanie sygnałów, mogących wskazywać na to, że ich nadawcami są istoty rozumne. Mimo kilku osobliwych transmisji wychwyconych przez ziemskie odbiorniki, nie udało się jednak odnaleźć wystarczająco regularnego sygnału, by mówić o nadawcy inteligentnym. Sama astrofizyka rozwinęła się na tyle, że była w stanie wytłumaczyć niemal każdy „symptom” kontaktu poprzez odwołanie do praw współczesnej fizyki i kosmologii:

Powstała dość paradoksalna sytuacja: im większą ilością teorii operowała astrofizyka, tym trudniej przyszłoby rozmyślnej sygnalizacji udowodnić swą autentyczność”.38

Zestaw przykazań – jak je nazywa autor – które muszą zostać spełnione, by można mówić o komunikacji pozaziemskiej, dezaktualizował i aktualizował się przez ponad stulecie, aby w końcu przyjąć finalną formę, w której kluczowe jest zjawisko nazwane „oknem kontaktu”:

Przedział kontaktu jako porozumienia liczy pesymalnie 1000 ziemskich lat, optymalnie 1800 do 2500 lat. Poza oknem panuje dla wszystkich cywilizacji niedojrzałych i przejrzałych milczenie.39

Nawet bez wnikania w rozważania fizyków, którzy nie są jednomyślni co do powodów „zamknięcia” okna, wiadome jest, że, biorąc pod uwagę kosmiczne odległości, czasu na kontakt z cywilizacją, która się ukaże, jest niewiele. W pewnym sensie jest to granie na kosmicznej loterii – nic więc dziwnego, że ludzkość inwestuje horrendalne ilości pieniędzy w projekt kontaktu z obcymi. Takie zaangażowanie nauki i inwestycji finansowych mogło skutkować tylko jednym – już przed misją na barkach załogi ciążyła ogromna odpowiedzialność i presja. Presja, która być może finalnie przełożyła się na niechęć do odwrotu z Dzety Harpii i zakończenia wyprawy porażką poznawczą i moralną.

Mamy tu kontakt, który doprowadza ziemskich odkrywców do zniszczenia tego, z czym przyszli się spotkać, a przede wszystkim do unicestwienia ideałów, które kazały im pragnąć owego kontaktu.40
Istvan Csicvery-Roney wystawia tę ponurą diagnozę ostatniej powieści Stanisława Lema, której tytuł „Fiasko” w pełni oddaje klęskę kampanii prowadzonej przez ludzkość na rzecz kontaktu. Ludziom nie tylko nie udaje się nawiązać interakcji z rasą Kwintan, każda kolejna próba komunikacji otwiera kolejną fazę degeneracji moralnej, aż do ostatecznego rozwiązania, którym jest genocyd – finalna porażka wyprawy. Czepliński dodatkowo pisze o klęsce dwuwymiarowej – w odróżnieniu od „Edenu”, gdzie na panewce spaliła tylko sama idea poznania, w „Fiasku” nastąpiła eskalacja agresji wraz z nieudanymi próbami komunikacji, co ostatecznie zakończyło się ludobójstwem.41
Fiasko zwraca też uwagę na kolejne niebezpieczeństwo XX-wiecznej ewolucji – na niszczącą silę marzeń. Niepohamowane pragnienie nawiązania kontaktu z obcą cywilizacją zdaje się tak bliskie spełnienia, że zaślepia człowieka i popycha go do nieodwracalnych kroków.42

Warto dodać, że „Fiasko” w odróżnieniu od większości utworów fantastyczno-naukowych przedstawia rasę ludzką jako bardziej rozwiniętą technologicznie od swoich potencjalnych rozmówców z innej galaktyki. Technologia singularna daje ludziom przewagę militarną, a kwantowy superkumputer – ironicznie ochrzczony imieniem: „GOD” – zapewnia szybką, wnikliwą i kontekstową analizę aktualnej sytuacji. Wraz z postępami powieści załoga zdaje się coraz bardziej przychylać do decyzji i analiz podejmowanych przez GOD-a, a coraz bardziej wątpić we własne siły i możliwości odpowiedniego reagowania wobec zachowań Kwintan.

Jerzy Jarzębski podkreśla przy tym istotną rolę ojca Arago, jako jedynego moralnego kompasu znajdującego się na pokładzie „Hermesa”. Arago jest w gruncie rzeczy sceptyczny wobec całego projektu, a jego liberum veto, wobec ogólnej nieprzychylności załogi i braku realnej władzy na statku, zmienia się w votum separatum. Głos duchownego, który stoi na straży moralności i etyki, finalnie przegrywa w starciu z zimnymi i racjonalnymi analizami komputerów – we „Fiasku” dochodzi nawet do sytuacji, w której antymoralność jest bardziej logiczna i racjonalna niż postępowanie moralne. W gruncie rzeczy idea wyższego dobra zostaje przez załogę „Hermesa” zastąpiona makiaweliczną i fanatyczną próbą kontaktu, a etyka, jako ogranicznik działań bohaterów, staje się tymczasowo zawieszona jako działanie nieskuteczne.43

Nie można jednak powiedzieć, że samo ludobójstwo Kwintan – czyli kwintesencja degeneracji moralnej załogi – było działaniem z całkowitą i niezaprzeczalną premedytacją już od samego początku wyprawy. Odejście od etyki kontaktu miało charakter procesowy, a nie skokowy. Przede wszystkim załoganci „Hermesa” przybywają jako ambasadorzy, dyplomaci, rzecznicy porozumienia. Chcąc nawiązać kontakt z Kwintanami, używają w pierwszej kolejności przesyłania informacji w sposób uniwersalny o takiej kodyfikacji danych, która powinna być zrozumiała dla każdej rasy na odpowiednim poziomie technologicznym. Jednak, ku rozpaczy załogi, Kwintanie milczą – na statku rodzą się więc hipotezy dotyczące samej natury obcych i ich techniki:

Kwinta pochłaniała więc może i „listy uwierzytelniające”, traktując je, swymi odbiornikami, jako energetyczny pokarm, a nie jako informację?”44
Bezowocne siedemset godzin nadawania wiadomości i brak chęci interakcji ze strony tubylców, skutkowało wreszcie wysłaniem bezosobowego lądownika. Lądownik „Gabriel” wyruszył 48 godzin po zapowiedzi, którą nadano laserowo w stronę planety. Kwintanie zaatakowali ziemski okręt, który w rezultacie dokonał autodestrukcji. Jest to pierwszy poważny incydent, który postawił pod znakiem zapytania ideę całego projektu kontaktu. Załoga „Hermesa” po raz pierwszy stanęła przed decyzją – wrócić do domu czy użyć innych metod komunikacji ze świadomością, że obcy nie chcą kontaktu i są gotowi użyć argumentów siłowych. Decyzja została podjęta przez Steergarda, narrator mówi o niej następująco: „Nie chciał walki, ale znał swoich ludzi i wiedział, że oprócz Piotrowego delegata nikt nie pogodzi się z ucieczką.”45 Tym fragmentem kończy się rozdział „Atak” i rozpoczyna kolejny: „Demonstracja siły” – od tego momentu w powieści przedstawiciele rasy ludzkiej będą coraz śmielej sięgać po metody kontrowersyjne z punktu widzenia etyki. Zakończył się tym samym pierwszy etap próby kontaktu – ingerencje dyplomatyczne i posłanie statku-wysłannika spełzły na niczym, jednakże w dalszym ciągu próby siły nie znajdują oczywistej aprobaty wśród załogi – mimo tego waga całego projektu jest dla personelu „Hermesa” zbyt duża, by zawracać w połowie drogi do celu.

Etap drugi, w którym, determinacja ludzi staje się siłą przewyższającą podejście etyczne i moralność w próbach porozumienia, rozpoczyna rozdział „Demonstracja siły”. Następuje przy tym podział załogi na frakcje, z których każda zakłada inny scenariusz rozmowy z obcymi, nawet poddaje w wątpliwość, czy sam atak Kwintan był celowy.

Gerbert uważał za jedyne wyjście rezygnację z kontaktu, z demonstracji siły lecz odmówił sobie kompetencji uczestnictwa w coraz ostrzejszych sporach.”46

W rozdziale pojawia się również model teoretyczny polityki planetarnej Kwintan, według którego planeta jest pogrążona w stanie wojny, a dokładniej panuje tam militarny „pat” pomiędzy supermocarstwami, a kontakt strony trzeciej (Ziemian) może zburzyć delikatny system dyplomatyczny. Fizycy „Hermesa” tym samym dochodzą do wniosku, że każdy nadesłany wysłannik-dyplomata zostanie uznany przez walczące frakcje za wrogi, jako niezidentyfikowany obiekt latający w strefie wojennej – podczas tej dyskusji rodzi się nowy pomysł kontaktu – demonstracja siły:

Im więcej wyślemy lądowników, tym więcej nastąpi starć. Przerobią naszych posłów w środki defensywne, aż posłowanie skończy się odwrotem lub walką. Ponieważ nie chcemy walki, a odwrót nie wchodzi w grę, zamiast delikatnie kłuć i szczypać, musimy okazać zdecydowanie. Nie można ani zaprzyjaźnić się z gorylem, ani ułagodzić go, ostrożnie gryząc w ogon.47

Załoganci podczas narady zdecydowali, że dokonają kawitacji księżyca Kwinty. W założeniu miało być to przedsięwzięcie całkowicie bezpiecznie – na podstawie komputerowych analiz stwierdzono, że Kwinta nie wypadnie z orbity, a samo zniszczenie księżyca będzie czytelnym sygnałem dla obcych – sygnałem, że ambasadorowie ludzkości są coraz bardziej zdeterminowani. Pojawia się ultimatum – zniszczenie naturalnego satelity Kwinty lub kontakt. Na tym etapie część załogi wciąż zachowuje się zachowawczo, troszcząc się o to, aby wśród obcych nie było żadnych ofiar.

Kawitacyjnego roztrzaskania księżyca miało dokonać osiemnaście pocisków, jednak Kwintanie zastosowali kontratak, który sprawił, że torpedy eksplodowały przed czasem, co finalnie skutkowało katastrofą:

„[…] ze sto trylionów ton górotworów spadło mnóstwem eliptycznych trajektorii na Kwintę. Część spłonęła od atmosferycznego tarcia, lecz największe odłamy, tryliony ton, wpadły szerokim rozrzutem do oceanu, a skrajne zbombardowały wybrzeża Nostralii. Planeta wzięła w bok ułamek księżyca jak ładunek śrutu bijący pod ostrym kątem.”48
Trafnego podsumowania dokonuje sam narrator w ostatnim zdaniu rozdziału: „Tak demonstracja siły zwichnęła się w kataklizm49. Tym zdarzeniem kończy się drugi etap procesu degeneracji moralności i etyki podczas kontaktu. Kataklizm doprowadził do genocydu, a ofiar po stronie mieszkańców Kwinty jest prawdopodobnie kilka milionów. Nie do końca wiadomo, dlaczego obcy zdecydowali się na taki krok, najbardziej prawdopodobną hipotezą była chęć zaszkodzenia wrogom w bratobójczym konflikcie na planecie, nawet za cenę poniesienia ogromnych strat własnych.

Ludobójstwo jednak nie osłabia w ludziach chęci do nawiązania kontaktu. W ostatnim etapie, kiedy zawiodła dyplomacja, lądowanie i ostrzeżenie, które doprowadziło do nieumyślnego ludobójstwa, załoga „Hermesa” powzięła zamiar kolejnego ultimatum – kontakt lub zniszczenie. Bardzo wymowne jest ostatnie zdanie powieści:

„Hermes otwarłszy ogień do antenowych masztów poza kosmodromem, na wylot przebił chmury, deszcz w okamgnieniu znikł ulatniającym się, białym wrzątkiem, wzeszło laserowe słońce, termiczny udar w szerokim zasięgu z mgieł i chmur odarł całe wyżynne zbocze, jak daleko spojrzeć pokryte rojowiskami nagich bezbronnych brodawek i kiedy niebosiężna pajęczynowa sieć razem z antenami łamiącymi się w płomieniach padła na niego, zrozumiał, że zobaczył Kwintan.”50

Fiasko” kończy się zdaniem, w którym bardzo widoczne są dwa człony. Pierwszym są skutki, jakie wywołał orbitalny ostrzał „Hermesa” – od wyparowującej hydrosfery zaczynając, a na fali uderzeniowej przechodzącej przez wyżynne zbocza kończąc. Drugim członem jest spotkanie głównego bohatera z Kwintanami. To zdanie wydaje się być podsumowaniem całej fabuły: oto finalnie widzimy destrukcję wywołaną przez ludzi (po raz pierwszy z perspektywy jej uczestnika) oraz jej bardzo wątpliwy rezultat – spotkanie obcych. Spotkanie, które miało wartość tylko dla pojedynczej jednostki (głównego bohatera), bowiem wraz z destrukcją planety, „Hermes” pozostaje z pustymi rękoma.

We „Fiasku” uderza przede wszystkim pesymistyczna diagnoza rasy ludzkiej. Ludzie w powieściach Lema są obłąkani swoją wizją eksploracji, a pod płaszczem dyplomacji kryją działo sideralne gotowe do unicestwienia każdej formy życia, która nie spełnia „wymagań” ziemskich dyplomatów. Jeden z najwybitniejszych twórców fantastyki naukowej – Kurt Vonnegut – pisał o tym następująco:

„Dla mnie Lem jest mistrzem nieuleczalnego pesymizmu, patrzącym z przerażeniem na to, co może jeszcze uczynić obłąkana ludzkość, jeśli przetrwa.”51

Załoga „Hermesa” w wyniku stopniowego, fazowego procesu „uwalnia” się od etyki i moralności, jako działań nieskutecznych w kontakcie z obcymi, a sam autor zdecydował się zakończyć powieść w sposób tyleż tragiczny, ile komiczny. Komiczny paradoks całej sytuacji widoczny jest w momencie, kiedy spojrzymy na fabułę „Fiaska” z pewnego dystansu. Celem wyprawy było nawiązanie komunikacji z obcą rasą, wymiana gestów dyplomatycznych, a w najlepszym wypadku nawiązanie czegoś na wzór handlu (wymiana technologii i zderzenie kultur), tymczasem finalnym skutkiem kontaktu okazało się ludobójstwo, destrukcja i obrócenie Kwinty w ruinę. Niektórzy z bohaterów powieści dostrzegli irracjonalność swojego położenia:

Nie tym się gnębił, że uznał porozumienie z Kwintanami za bezsensowne w założeniu, ale tym, że wdali się w grę o kontakt z przemocą jako najwyższym kolorem.52

Autor uwypuklił ludzką krótkowzroczność aż do absurdu – wydaje się jednak, że Lem nie jest krytykiem, który uważa całą ludzkość – co do jednego człowieka – za skalaną imperialistyczną, geocentryczną i amoralną postawą. Darko Suvin w artykule „Trzy paradygmaty świata science fiction: Asimov, Jefriemov, Lem” zamieścił interesujący wniosek:

Dialektyczna konkluzja Lema jest następująca: człowiek jest bardzo ograniczony, mimo to jednak trzeba mu zaufać, jest on bowiem zdolny pojąć swe ograniczenia i powoli, z bólem wznieść się na jakiś wyższy poziom.”53
Postacią, która zachowała zdrowy rozsądek i nie uległa emocjom przez całą wyprawę, jest ojciec Arago. Reprezentant Watykanu – mimo iż znajduje się w bardzo trudnym położeniu, bowiem istnienie obcej rasy generuje konflikty aksjologiczne i filozoficzne w doktrynie katolickiej – zachowuje spokój i chłodny osąd sytuacji. Jerzy Jarzębski stwierdza, że ojciec Arago, stojąc w opozycji do całego projektu oraz sposobu jego przeprowadzania, nie może jednak zatrzymać myśli technologicznej, ograniczając się tym samym do obrony kilku, nie zawsze racjonalnych i nie zawsze opłacalnych, zasad postępowania, które pozwalają powiedzieć: „człowiek, to brzmi dumnie”.54 Także Czapliński zauważa, że rozwój technologiczny w powieściach Lema intensyfikuje agresję wśród ludzi, a całkowite wyodrębnienie i uciszenie sfery emocjonalnej jest niemożliwe.55 Z drugiej strony jednak, złożenie całego ciężaru wyprawy na ramiona aemocjonalnego superkomputera (GOD) przynosi fatalne skutki. Fiasko podróży do Dzeta Harpii związane jest więc z paradoksem poznawczym: ludzkość nie może zaufać ani sobie, ani własnej technologii. Zarówno emocjonalność biologiczna ludzi, jak i zimne, wyrachowane obliczenia komputerowe obracają wniwecz cały projekt. Problem etyczny w „Fiasku” sprowadza się do tego, czy należy siłowo narzucać kontakt obcym, czy też może lepiej uszanować ich odmienność i zawrócić wyprawę? W trakcie całej fabuły powieści dylemat ten wisi w powietrzu, a odpowiedź zawsze brzmi: „należy próbować do skutku”. Ziemscy dyplomaci przekraczają kolejne bariery etyczno-moralne, decydując się na coraz bardziej kontrowersyjne działania – kiedy wszystkie możliwości interakcji z kosmitami pozostają wyeksploatowane bądź okazują się nieskuteczne, wówczas załoga doprowadza do ludobójstwa Kwintan. Nazwy rozdziałów nadane przez autora potwierdzają tylko procesowy charakter zjawiska. Od rozdziału „Zwiastowanie”, gdzie ambasadorzy ludzkości, chełpiąc się wyższym poziomem technologicznym, „wyświadczają przysługę” Kwintanom, wyciągając doń rękę i licząc na pokojową interakcję w duchu założeń dyplomatycznych stworzonych na Ziemi, aż po rozdział „Sodoma i Gomora”, w którym niecierpliwość załogi „Hermesa” sięga zenitu.
Czapliński pisze, że „Lem już nie ostrzega”.56 Nie może zahamować pędu eksploracyjnego i technicznego, widzi jego zgubne skutki, lecz nie prowadzi syzyfowej kampanii przeciwko teraźniejszości. Autor artykułu „Stanisław Lem – spirala pesymizmu” dodaje niezwykle trafne spostrzeżenie:
Teraz pozycję futurologa musi zająć moralista, który uświadamia skutki już podjętych działań.57

Nakładając te spostrzeżenia na obszary powieści, można dostrzec, że głos autora pobrzmiewa wyraźnie w ustach jednej z postaci – ojca Arago. Ojca Arago, który jest postacią oscylują pomiędzy głównym nurtem fabuły a jej marginesem. Duchowny cieszy się szacunkiem na pokładzie, chociaż jego zdanie w praktyce okazuje się drugorzędne, a nawet niemile widziane. Autor daje tym do zrozumienia, że głos moralności brany jest pod uwagę o tyle, o ile nie przeszkadza on w podejmowaniu skutecznych działań. Smutną konkluzją „Fiaska” jest niedostatek „człowieka w człowieku”, a główną barierą kontaktu z obcymi chwiejna moralność, która – patrząc na zachowania poszczególnych postaci – zdaje się działać w sterylnych, cywilizowanych warunkach ziemskich, ale nie w odległej galaktyce.

3.2 Neutrinowy list z kosmosu i jego następstwa.

Carl Sagan – profesor astronomii z Cornell University – wydał w 1985 r. powieść science fiction pt. „Kontakt”, która z dnia na dzień stała się światowym bestsellerem, a nazwisko Sagana zaczęto wymieniać na równi z takimi wirtuozami fantastyki naukowej jak Herbert George Wells, Robert Heinlein czy Arthur Clarke. Problematyka „Kontaktu” – jak i ciąg fabularny – są bliźniaczo podobne do problemów i fabuły znanych z wydanego w 1968 r. „Głosu Pana”. Powieść Lema – znana za granicą pt. „He’s Master Voice” – mimo iż została napisana niemal dekadę wcześniej niż „Kontakt”, to jest rozszerzeniem całego paradygmatu spotkań z obcymi wypracowanego w literaturze fantastyczno-naukowej. Lem nie popada w Saganowski hurraoptymizm – wprost przeciwnie – uprawia hipotezotwórstwo, a jego powieść charakteryzuje się niekonwencjonalnymi rozwiązaniami i polifonicznością. Ponadto, choć metadyskurs jest stale obecny w beletrystyce autora „Solaris”, to „Głos Pana” wyróżnia się na tle wcześniejszych dzieł wprowadzeniem rozwiązań typowych dla eseju.58
Iwona Krupecka zaznacza, że najważniejszymi problemami w „Głosie Pana” są te związane z aksjologią. Hogarth, który łączy zadania głównego bohatera jak i narratora powieści, wyrusza na pustynną Nevadę, gdzie wraz z największymi umysłami błękitnej planety, stara się rozwiązać zagadkę tajemniczego strumienia danych z kosmosu. W trakcie tej przygody poznaje najróżniejsze teorie i interpretacje „kosmicznego listu” po to, aby z chaosu informacyjnego początkowego rozdziału finalnie – w duchu indywidualnej analizy – zaakceptować autentyczność pozaziemskiego przekazu.59

Droga do wiedzy wiedzie Hogartha przez projekt Master’s Voice – najpotężniejsze naukowe przedsięwzięcie w historii ludzkości.

„Projekt Master’s Voice ma olbrzymią literaturę, rozleglejszą i daleko bardziej różnorodną , niż ją miał projekt Manhattan. Po jego ujawieniu Amerykę i świat zalała powódź artykułów, opracowań i monografii tak obfita, że przedstawia potężny tom grubości encyklopedii.”60
Dotarcie Hogartha do prawdy wymaga zatem ścisłej selekcji i dużej dozy krytycyzmu. Monika Brzustowicz-Klajn słusznie zauważa, że powieść jest właściwie beletryzowanym traktatem epistemologicznym, którego zasięg obejmuje zarówno tak „błahe” dziedziny jak science fiction, jak i najnowsze zdobycze nauki związane z darwinizmem czy rachunkiem prawdopodobieństwa.61 Jerzy Jarzębski uważa, że problematyka kontaktu w „Głosie Pana” jest wyjątkowo pojemna, a jedną z kluczowych barier komunikacji jest jednostronność przekazu. Pozaziemianie wysławszy sygnał, nie dołączają do niego żadnej instrukcji dekodowania – przekaz jest więc semantycznie niezrozumiały, a na temat projektu mnożą się liczne opracowania, które główny bohater nazywa pogardliwie „grafomanią projektu”.62 Neutrinowy wiatr z kosmosu jest więc dla ludzkości niezrozumiałą zagadką.
„Jeśli kultura nasza nie umie sprawnie asymilować nawet ujęć powstających w głowach ludzkich […] jakże moglibyśmy liczyć na to, że będziemy zdolni skutecznie zrozumieć kulturę odmienną całkowicie od naszej, jeśli się ona zwróci do nas przez kosmiczny przestwór?”63
Kontakt w „Głosie Pana” jest pośredni, a przez to bardzo podatny na interpretację, jednocześnie będąc bardzo kłopotliwy w dotarciu do swojego sedna. Wykoncypowane przez naukowców modele obcych są w gruncie rzeczy potwierdzeniem problematyki, która pojawiła się również w „Solaris”. Jarzębski zauważa, że wszelkie próby klasyfikacji i wyobrażenia jakiejś aparycji autorów listu są tak naprawdę konglomeratem społeczno-kulturowym – a co za tym idzie – subiektywnymi oczekiwaniami ludzkości. Różne frakcje forsują swój sposób widzenia pozaziemian – jedni postrzegają wiadomość jako dar od Boga, inni widzą zaś w ponurym strumieniu cząstek z próżni zwiastun agresji i przyszłej zagłady Ziemi.64
Iwona Krupecka zestawia powieść Lema z poglądami Fryderyka Nietzschego, co może wydawać się nieco kontrowersyjne. Jednakże po bardziej wnikliwym rozważeniu systemu interpretacyjnego badaczki, można dostrzec uwypuklanie się pewnych analogii. Zgodnie z wizją autorki artykułu, stosunek samego Lema do dzieł niemieckiego filozofa pozostaje irrelewantny, gdyż większość krytyki, jaką wysuwał twórca „Głosu Pana” ma charakter nie tyleż polemiki światopoglądowej, co sposobu jej wyrażania przez Nietzschego. Innymi słowy, Stanisław Lem atakował nie tyle poglądy nietzscheanizmu, co „grzmiący” sposób ich wyrażania. Duchowa wędrówka z „Tako rzecze Zaratrusta” znajduje odbicie w życiorysie Hogartha. Nihilistyczne ciągoty głównego bohatera, wychodząc z obalenia paradygmatu, metamorfują się w pochwałę tego kosmicznego optimum, jakim są twórcy wiadomości.65
Nim jednak w aksjologicznym chaosie wyklaruje się finalne zdanie Hogartha, warto zwrócić uwagę na sposób,  w jaki ludzkość przygotowywała się na odebranie domniemanego kontaktu z próżni kosmosu. Przede wszystkim spodziewano się nadawania w paśmie szerokim cykli informacyjnych, które wyraźnie wskazywałyby na ich nienaturalne pochodzenie.66 Jest to zatem system Saganowski, doskonale znany ze wspomnianej już powieści „Kontakt”. W gruncie rzeczy jednak standardy wypracowane przez naukowców nie są tworem wyłącznie fantastyki naukowej. Lem, zdając sobie sprawę z „protokołów komunikacji”, jakie ludzkość ma zamiar zastosować w obliczu hipotetycznego kontaktu, podjął się ich krytyki za sprawą powieści. Z każdej strony „Głosu Pana” wręcz przebija wykrzyczany sprzeciw autora – „To by było za proste!”. Narrator:
„Stało się jednak tak, że nieznany nadawca popełnił fatalną faux pas, bo przysłał list bez wstępów, bez gramatyki, bez dykcjonarza – ogromny list utrwalony na bez mała kilometrze taśm rejestracyjnych.”67

Wydaje się, że Lem przeciwstawia się optymizmowi i uproszczeniom soft science fiction, jakie propagowali m.in. Arthur Clarke czy Carl Sagan. Zbyt pochopne i prowizoryczne scenariusze kontaktu zakładają istnienie jakiegoś kosmicznego paradygmatu komunikacji i motywów działania wszystkich istot rozumnych we wszechświecie. W „Głosie Pana” ewidentnie pojawia się barykada – bombardująca Ziemię nawałnica neutrin nie jest klasyczną, wypracowaną w konwencji fantastyki naukowej formą komunikacji. Co więcej, można zanegować, czy jest w ogóle jakąkolwiek formą komunikacji, skoro ostateczna teoria Hogartha prowadzi go do wniosku, że list jest promieniem „życiodajnym”, zwiększającym szansę na biogenezę, a nie sterylnym i logicznym komunikatem dla ziemskich „braci w rozumie”.

Hogarth jest podmiotem, który z powodu dystansu i relatywizacji systemów etycznych i kulturowych jest dobrym kandydatem do zrozumienia innoplanetarnego przekazu. Warto przy tym zacytować Iwonę Krupecką:

„Oderwanie moż­liwej wartości od bytu, ustanowienie granicy między tym, co jest, a tym, co być powinno, stanowi pierwszy krok ku uznaniu względności wszelkich systemów etycznych, a zarazem ku przekroczeniu antropomorficznego modelu świata.”68
„Aksjologiczna pustka” – w taki sposób Krupecka formułuje stan egzystencjalny głównego bohatera. Katherine Hayles jest podobnego zdania, podkreśla przy tym, że rozpaczliwe, hermeneutyczne próby znalezienia jakiejś koherencji, sensu, istoty kosmicznego przekazu przynoszą skutek dokładnie odwrotny.69
Na początku sąd etyczny zdaje się wyraźny i pewny siebie — pod koniec hermeneutyczne poszukiwania sensu tak go zamącają, że jedynie poprzez akt wiary narrator osiągnąć może „zamknięcie” przestrzeni, w której działa.”70
Bardzo ciekawe spojrzenie na projekt proponuje Kamila Czaja – uważa mianowicie, że ziemie projektu Master’s Voice nawodniły się szaleńcami, a ponadto wszystkie badania zostały upolitycznione, a co za tym idzie, są ex definitione prowadzone w interesie rządu.71 Zgodnie z tą myślą, „Głos Pana” to nauka personalna. Po raz kolejny w powieści Lema pojawił się obraz nauki subiektywnej, skalanej antropomorfizmem, wymagającej a priori i odpływającej za horyzonty racjonalności w swoich fantastycznych hipotezach.

„Nietakt” Hogartha polega w dużej mierze na wynikach prowadzonych przezeń badań, które są negujące wobec wcześniejszego stanu nauki, a więc karkołomne dla środowisk naukowców oczekujących wyników konstruktywnych i rozszerzających powstałe już schematy. Za Hogarthem ciągnie się czarny PR badacza negatywnego, to właśnie w burzeniu dogmatycznych murów wyspecjalizował się główny bohater. Problemem całego projektu Master’s Voice jest przesyt. Dlatego też Hogarth – aksjologicznie „pusty”, dyskredytujący osiągnięcia swych poprzedników matematyczny geniusz – jest idealnym kandydatem, by w toku selekcji danych i własnej refleksji zbliżyć się do istoty komunikatu. Oczywiście, nie jest przy tym wiadome, kto jest rzeczoną rasą „Panów” ani nawet czy domniemani nadawcy w ogóle istnieją.

„Pustka Cyberiady pojawia się jako przesłanka, nieobecność pierwotnej istoty rzeczy, podczas gdy pustka Głosu Pana prezentowana jest jako konkluzja, rezultat nadmiaru informacji.”72
Zagadka z „Głosu Pana” jest zdecydowanie jedną z  najbardziej hermetycznych i nieprzystępnych. Nawet te uniwersa Lema, która skazane były na brak kontaktu – w geocentrycznym rozumieniu tego pojęcia – pozwalały na jakąś, choćby minimalną, interakcję. List jest poza możliwościami poznawczymi – niewyrażalny w skodyfikowanej i logicznej formie językowej. Stąd dialektyka dookreślania, fragmentaryczność i rozdmuchane interpretacje – fanatyzmy, pobożne życzenia i antropomorfizacje przekazu to nic innego jak zakamuflowany problem luster znany z „Solaris”. Głos został usłyszany, ale nie został zrozumiany, a jako dobre podsumowanie służą słowa Istvana Csivery-Ronaya73:
„ludzkie modelowanie wystarczająco przypomina nam porządek strumienia neutrinów, by nas upewnić, żeśmy z porozumienia wykluczeni.74

Głos Pana” jest też jedną z nielicznych powieści Lema, która pokazuje konsekwencje porozumienia –

 

 

 

 

 

 

Rozdział IV: Bariery epistemologiczne – poznanie, prawda, oczekiwania.

4.1 Obcy i ich obce systemy społeczne.

Wydany w 1951 roku „Eden” otwiera okres nazywany przez lemologów „dojrzałym okresem twórczości” Stanisława Lema. W „Edenie” obok problematyki moralnej (występującej na marginesie – w odróżnieniu od „Fiaska”) związanej z hipotetyczną interwencją na planecie, na której panuje Orwellowski totalitaryzm, występuje problematyka poznawcza. Lem po raz kolejny pyta (i odpowiada zarazem), czy możliwy jest kontakt ze stworzeniami pozaziemskimi?75 Przemysław Czapliński pisze:
Fiasko jest więc opowieścią o klęsce poznawczej i moralnej, podczas gdy Eden mówi tylko o tym pierwszym.”76

Eden” – w odróżnieniu od „Fiaska” –  nie kończy się spektakularną eksplozją planety, niemniej bohaterowie jednej, jak i drugiej powieści stają przed dokładnie tym samym dylematem – ingerować w życie obcych, czy może zawrócić na Ziemię?

Postacie z powieści są bezimienne, w narracji określane są przez specjalizację i rolę, jaką pełnią na statku. Wyjątkiem jest inżynier Henryk, któremu autor postanowił nadać imię. Zespół specjalistów, którzy przybywają na Eden – Koordynator, Chemik, Fizyk, Cybernetyk itd. – jest grupą sztandarowych przedstawicieli różnych gałęzi nauki. Cała wiedza, narzędzia i aparaty poznawcze, jakimi dysponuje ludzkość (nauka) zostają skonfrontowane w obliczu nieznanego życia z obcej planety. Bariery poznania obcych, które pojawiają na kartach powieści nie są jednopłaszczyznowe i nie sprowadzają się do jednego zagadnienia, które wbite jak klin uniemożliwia kontakt ze specyficzną rasą mieszkańców Edenu. Manfred Geier w swoim artykule wyróżnia dwie techniczne bariery, które utrudniają porozumienie pomiędzy ludźmi a obcymi – język oraz technologię. Ponadto należy wziąć pod uwagę system administracyjno-społeczny Edenu, w którym wąska kasta rządzących elit nie tylko dopuszcza się modyfikacji genetycznych populacji, ale także usuwa pewne elementy języka w duchu Orwellowskiej nowomowy po to, aby utrudnić mieszkańcom planety proces uświadamiania się jednostek, a co za tym idzie, ograniczyć bunty i rewolucje do minimum.77

Eden” zaczyna się od katastrofy ziemskiej rakiety na obcej planecie. Statek prawdopodobnie wpadł w ogon grawitacyjny, przez co urządzenia, które nie mogły wytrzymać przeciążenia, spaliły się, a lądowanie zakończyło się kolizją. Bohaterowie powieści zatem nie są stricte rzecznikami kontaktu, a jedynie małą grupą rozbitków, która – z braku innych możliwości – stara się skontaktować z mieszkańcami planety. O Edenie nie wiadomo wiele, lecz sami bohaterowie są świadomi, że na planecie istnieje życie, czemu sprzyja też utleniona atmosfera.

Widziałem, a przynajmniej zdawało mi się, że widziałem coś, co przypominało… miasto”.78

Słowa te, padłszy podczas narady powypadkowej, wzmagają w rozbitkach zarówno ciekawość, jak i napięcie. Dość powiedzieć, że na pierwszą pieszą ekspedycję w głąb planety załoganci decydują się zabrać gaz nasenny. Załoga nie dysponuje jednak środkami obrony z prawdziwego zdarzenia, ponieważ agregaty prądotwórcze zostały uszkodzone podczas lądowania, w dodatku na statku jest też bardzo mało zapasów. Koordynator inicjuje pomysł wysłania drużyny ekspolracyjno-zwiadowczej w celu uzupełnienia zapasów oraz zapoznania się ze specyfiką tutejszego środowiska.

Pierwsze spotkanie z obcą egzystencją następuje podczas wyprawy na północ, gdzie rozbitkowie spotykają się z przedstawicielami – jak sami sądzą – flory Edenu. Podczas tego krótkiego epizodu jednak nie następuje żadna bardziej złożona interakcja z życiem biologicznym na planecie. Pierwszym istotnym miejscem, w którym pojawia się bariera poznawcza, jest „fabryka”. Fabryka nie bez kozery została umieszczona w cudzysłowie, bowiem jest to po prostu wielokilometrowy kompleks hal i pomieszczeń, w którym postępuje jakaś produkcja. Członkowie ekspedycji – mimo swoich licznych specjalizacji naukowych – są zdezorientowani i zagubieni. Nie jest wiadome, jakiego typu produktu są tutaj wytwarzane ani nawet jaki rodzaj energii zasila mechaniczną pracę urządzeń.

Musimy znaleźć skład gotowej produkcji, a przynajmniej to, co jest tutaj produktem końcowym – wypalił z zacietrzewieniem Inżynier.”79

Jednak reakcja samego Inżyniera, który znalazłszy gotowy produkt, nie potrafi usystematyzować procesu produkcyjnego w żadne ramy logiczno-praktyczne, gwałtownie się zmienia. Wszyscy członkowie ekspedycji są w szoku – zlokalizowano finalny produkt, który jednak nie daje się w żaden sposób opisać, nie daje się także przypisać mu żadnej funkcji  mechanicznej ani praktycznej. Manfred Geier pisze o tym następująco:

Jest to odkrycie mechanizmu wytwarzania, który wydaje się być pozbawiony sensu i celu, pustego kołowego obiegu wytwarzania, niszczenia, ponownego wytwarzania i ponownego niszczenia produktów, które są jedynie materiałem, tworzywem w procesie zamkniętego w sobie kołowrotu.”80
Dla Ziemian ten zamknięty obieg produkcyjny jest szokiem poznawczym, dowodem na obłąkańczość twórców – dzieje się tak z jednego powodu. Schematy działań, celowość i racjonalność są pojęciami wytworzonymi na Ziemi i nie jest wiadome, na ile uniwersalne jest ich działanie w obliczu istot innych niż ludzie. W dodatku załoga rozbitków nie dysponuje jeszcze wystarczającą ilością danych, która pozwoliłaby im na ocenę tego skrawka rzeczywistości, który już poznali, przez pryzmat całości cywilizacji wytworzonej na Edenie. Mówiąc prościej: ekspedycja widzi tylko samotną fabrykę pośród pustkowia, nie wiedząc jeszcze, jakie były założenia początkowe i cel istot, które ją stworzyły. Opinia Inżyniera, którą przywołuje też Manfred Geier, „Cywilizacja obłąkańców – oto czym jest ten przeklęty Eden!”81, jest w gruncie rzeczy opinią mikroskopową – opartą na świeżo poznanym wycinku nowej rzeczywistości, a nawet opinią porównawczą. W „Słowniku współczesnego języka polskiego” wyraz fabryka został zdefiniowany w następujący sposób:
„Fabryka – przedsiębiorstwo mieszczące się w jednym lub kilku budynkach, wyposażonych w maszyny służące do produkcji towarów; wytwórnia”.82
„Fabryka”, do której trafili główni bohaterowie, spełnia tę definicję częściowo. Bez dwóch zdań w napotkanym kompleksie budynków zachodzi jakiś proces produkcji, jednakże celowość tego procesu – niszczenie i powtórna produkcja – stoją w jawnej sprzeczności do praktyczno-użytkowej definicji słowa fabryka. Inżynier – podobnie jak pozostali bohaterowie – napotykając hale produkcyjne tego typu, po prostu nie dysponowali wówczas lepszym określeniem. Określeniem, które ma rodowód ziemski, a co za tym idzie, swoje znaczenie zachowuje tylko w obrębie ludzkiej kultury. Edeńska fabryka jest więc poznawczym novum, a jej nazwa nadana przez ekspedycję wiąże się po prostu z brakiem istnienia odpowiedniego słownego ekwiwalentu w językach ziemskich. Krótko streszcza to przywoływany już Manfred Geier, który potwierdza, że obiekty fantastyczne nie mogą istnieć w permamentnej alienacji od ludzkiego doświadczenia, a co za tym idzie, muszą odwoływać się do znanych ludziom pojęć językowych po to, aby mogły być opisywalne przez autora dla czytelnika.83 Edeńskie hale produkcyjne są więc miejscem, którego poznawalność ograniczają zarówno względy językowe, jak i logiczne. Inżynier w starciu z fabryką bezsensu jest zdruzgotany, ponieważ sama idea tego tworu nie daje się porównać do niczego stworzonego przez kulturę ludzką, a nieznane pozaziemskie struktury konfrontują się z ziemskim mitem i wyobrażeniami na temat życia we wszechświecie. Dariusz Kiszczak stwierdza, że przesiąknięty sceptycyzmem poznawczym „Eden” jest powieścią, w której zachodzi stopniowy proces demitologizacji, przy tym przychyla się do tezy o ziemskim schematyzmie myślowym.84 Pojawia się tutaj problem antropocentryzmu/geocentryzmu poznawczego nie tylko w odniesieniu do samej ontologii pozaziemian, ale także ich systemów społeczno-kulturowych i wytworów technologicznych. W posłowiu o wymownym tytule „Smutek Edenu” Jerzy Jarzębski przestrzega przed zbyt precyzyjnym wyrokowaniem – narracja jest prowadzona z punktu widzenia załogi, wszelkie hipotezy tworzą główni bohaterowie, a mieszkaniec planety jest raczej wybiórczym źródłem informacji. Stąd też konkluzja Jarzębskiego:
 „Ostatecznie obraz całościowy planetarnej cywilizacji jest dziełem załogi ziemskiej rakiety — zdanej na zwodnicze świadectwo zmysłów, domniemania lub daleki od ideału przekład wynurzeń swego osobliwego gościa.85

Jednak to nie fabryka jest pierwszym miejscem spotkania ludzi z obcą cywilizacją. Paradoksalnie pierwszy mieszkaniec Edenu zjawia się na rozbitym ziemskim statku. Status ontologiczny obcego jest kolejną zagadką, z którą muszą zmierzyć się rozbitkowie. Nie jest wiadome nawet, czy znaleziony humanoid jest pojedynczym stworzeniem, czy może współpracuje na zasadzie symbiozy z pomniejszym obcym, którego zwłoki również znaleziono na pokładzie. Ciało poddane zostaje sekcji, a zabieg dostarcza niespodziewanych wyników:

Cóż zrobić. Tak jest. Są tam organy, których przeznaczenia ani się domyślam. Jest rdzeń – ale w czaszce – w tej małej czaszce – nie ma mózgu. To znaczy – jest tam coś – ale każdy anatom nazwałby mnie nieukiem, gdybym usiłował wmówić w niego, że to mózg.86

Sekcja zwłok przyniosła więcej pytań niż odpowiedzi. Dla Ziemian jedna rzecz jest pewna – mimo humanoidalnych kształtów, cywilizacja Dubeltów jest dla badaczy biologiczną zagadką.

Problem komunikacji z edeńską obcością zasadza się też na braku odpowiedniego, wspólnego kodu językowego. Większość Edeńczyków jest ograniczana przez władze planety, które dokonują skrupulatnych czystek lingwistycznych. Maciej Płaza uważa jednak, że należy stanowczo odciąć fabułę powieści od gratyfikacji systemu komunistycznego, a „Eden” rozpatrywać należy najwyżej w duchu satyry antytotalitarnej i zerwania łańcuchów socrealizmu.87 Spostrzeżenie Macieja Płazy jest, oczywiście, truistyczne, ale warto uzupełnić ten wniosek wyjściowy o nowe spojrzenie. Spojrzenie, które uzupełni analizę barier kontaktu z perspektywy geopolitycznej. Jerzy Jarzębski w posłowiu „Smutek Edenu” nazywa ustrój społeczny planety „iście Orwellowskim totalitaryzmem”.88 Podobnie jak w świecie powieści „Rok 1984” rządzący wprowadzają pewną wersję nowomowy. Nowomowy, która poprzez usuwanie niewygodnych pojęć, wprowadza stan bezświadomości wśród Edeńczyków i która pozwala ograniczyć hipotetyczne zjawiska buntu i wolnomyślicielstwa do wartości przyzerowych. Z punktu widzenia załogi jest też humanitarną klęską, gdyż masowe ludobójstwa i manipulacje genetyczne popełniane są na oczach społeczeństwa, które poddane genetycznej i językowej propagandzie, nie potrafi oszacować skali zagrożenia ani się przed nim obronić.

Kontakt z dubeltem-naukowcem, który finalnie umiera na skutek promieniowania, jest obarczony podobnymi trudnościami w komunikacji, co zrozumienie „fabryki nonsensu”.

Maciej Płaza poddał klasyfikacji cały akt porozumienia, gdzie wydzielił:

  1. 1.Ustanowienie wspólnego mianownika – wytyczenie pozycji planety na gwiezdnych mapach. 

  2. 2.Uformowanie metodologii – dotyczy poszczególnych dziedzin nauki, ale przede wszystkim języka i spójnego systemu gramatycznego. 

Jednakże maszyna translacyjna jest w stanie znaleźć nić porozumienia jedynie w kwestiach najbardziej ogólnych, prostych i – mniej lub bardziej – wspólnych dla obu stron komunikatu. Im bardziej szczegółowych informacji domaga się załoga ziemskiej rakiety, tym większe bariery semantyczne napotyka.89 Mimo drobnych sukcesów poznawczych, Eden okazuje się hermetycznie zamknięty dla ludzkiego poznania.

Jako podsumowanie warto wtrącić uwagę Jerzego Jarzębskiego, która jest nie tylko doskonałym – i ironicznym - mikrostreszczeniem całego wątku powieści, ale też autor posłowia zadaje niebywale istotne w kontekście całej lektury:

Kosmonauci zwiedzają dziwaczne i nieco upiorne miasto, oglądają biologiczną „fabrykę”, wypróbowują edeński pojazd, nawet udaje im się nawiązać interesującą rozmowę z jednym spośród żyjących na planecie uczonych. I cóż stąd? Cywilizacja edeńska jako całość okaże się doskonale wsobna, nieskora do wymiany doświadczeń, chroniąca swą splendid isolation.90

„I cóż stąd?” – jest to pytanie, które nieuchronnie pojawia się po przeczytaniu ostatniej strony z powieści. Ziemianie zastosowali całą gamę działań i forteli, by zrozumieć system społeczno-kulturowy planety Eden – jednakże scena finalna nie kończy się ani spektakularnym nawiązaniem kontaktu, ani nawet efektowną katastrofą, jak choćby w „Fiasku”. Zdaniem Dariusza Kiszczaka, w powieści cały czas da się odczuć atmosferę bezradności. W zasadzie już od pierwszych stronic, gdzie przedstawiciele ziemskiej nauki zostają zdegradowani do roli „koczowników”, widoczna jest pewna ślamazarność, nieporadność zarówno przy próbach kontaktu jaki i podczas eksploracji planety. Przy czym „Eden” reprezentuje coś, co można nazwać w twórczości Lema pesymizmem umiarkowanym. Ludzie opuszczają obcą planetę, nie osiągając co prawda żadnego istotnego poziomu zrozumienia ani interakcji z obcą kulturą, ale przy tym odwrót z Edenu jest oddaniem obcym pewnej autonomii – pewnego prawa do istnienia we własny sposób.

4.2 Bariery porozumienia z oceanem homeostatycznym.

Zasadniczą różnicą pomiędzy „Solaris” rozpatrywaną w sensie ontologicznym, a interpretacją poznawczą jest zmiana podmiotu. W niniejszej pracy ontologiczną formę poznania reprezentuje solarystyka, czyli istniejąca w uniwersum powieści nauka – a raczej zbiór nauk – dążących do racjonalnego i empirycznego opisu i klasyfikacji samego oceanu. Jednak poza tym podejściem, kładącym nacisk na kwantyfikatory i próbę opisu pojedynczych zjawisk w duchu przyjętych metodologii, w „Solaris” występuje także poznanie jednostkowe. Stanisław Lem w swoich utworach kilkukrotnie oddawał palmę pierwszeństwa w poznaniu podmiotom jednostkowym. Rohan – wyzbyty z wszelkiej technologii i broni – wyrusza na spotkanie z nekrosferą i zdaje się, że właśnie jego jednostkowe poznanie empiryczne daje mu przewagę nad całymi zastępami technologicznych środków kontaktu. Do tejże sytuacji z „Niezwyciężonego” można również dodać indywidualne poznanie – a raczej próbę poznania – z końcowych stronic „Fiaska”. I w tej powieści wymiar technologiczny (nauka) reprezentowany przez super-komputer (GOD) nie podołał zadaniu, a spotkanie okazało się klęską. Wydaje się jednak, że główny bohater lepiej zdawał sobie z tego sprawę, niźli jego koledzy obserwujący wszystko gdzieś z dalekiej orbity Dzeta Harpii.

Nie można nie zauważyć pewnego szablonu – figury polegającej na tym, iż wybrany jednostkowy podmiot (Rohan, Kevin, Hogarth etc.) doznaje czegoś w rodzaju oświecenia indywidualnego, wypływając ponad horyzont nauki i technologii, a czasem i ponad systemy kulturowe oraz etyczne, by zrozumieć, a przynajmniej zrozumieć więcej niż frakcja naukowa i kulturowa. Nawet jeżeli jest to poznanie niepełne, cząstkowe, czy nawet irracjonalne. Może to być zachwyt Rohana nad mechanicznym spektaklem chmury minirobotów, może być bolesny bilans rachunków i strat moralnych („Fiasko”), może być wreszcie zerwanie łańcuchów antropomorfizacji i akceptacja osobliwości („Solaris”). Na temat tego, dlaczego nauka jest narzędziem niepełnym w poznaniu mówi sam Lem w jednym ze swoich esejów:

„[…] matematyka nie jest dla nas, poza tą „szczeliną bytu”, do której zaadaptowały się wszystkie nasze zmysły, niczym więcej aniżeli biała laska dla niewidomego. Więc jak on, laską postukując przed sobą, tworzy w swoim umyśle na poły widmowe, niewyraźne uformowane podług echa, tak i my, jako fizycy, poprzez zasłonę matematyki tylko staramy się dostrzec to, co „tam” w świecie jest ‘ostatecznie prawdziwe’.”91

Mimo wszystko jednak, ludzie – w tym Kevin – zdają sobie sprawę z tego ograniczenia, co już jest pewnym sukcesem. Racjonalizacja bytów solarystycznych, słynnych Tworów F, jest bezcelowa – są one niedostępne, sensy ich egzystencji są ponad możliwości ludzkiej percepcji, a ich badanie naukowe ograniczać się może właśnie do „stukania białą laską”. Jedynym mikrozwycięstwem nauki jest częściowe poznanie budowy sobowtórów (neutrina), jednakże przetworzenie tej informacji i znalezienie motywów działania oceanu, jego spiritus movens, pozostaje ponad zdolnościami naszego mózgu. Można to stwierdzenie wyprowadzić z nurtu ewolucjonizmu, twierdząc, że możliwości poznawcze mózgu są zaadaptowane eonami pobytu na Ziemi i „napisane” pod dyktando Darwinowskiego regulaminu przetrwania. Biogeneza dokonana na Ziemi pozwala na zrozumienie tylko środowisk i ekosystemów, w których gatunek (homo sapiens) rezyduje, a zatem innoplanetarne novum (Solaris) jest niedostępne przez ograniczoną ewolucyjnie zdolność do rozumienia zjawisk, które są dla mózgu niestandardowe, nieludzkie, niekompatybilne z duchem geocentrycznym. Ocean Lema jest jednakże czymś więcej, gdyż tam, gdzie nie sięga ludzka percepcja, wkracza chemia, fizyka i inne nauki ścisłe, które matematycznie – w deskrypcji liczbowej – dają jako takie pojęcie o badanym obiekcie. Czytając jednak o ontologicznej stronie Solaris, badacze powieści Lema przekonali się, że również nauka nie jest stosownym medium poznawczym.

Wydaje się przy tym, że ocean może być czymś na wzór zombie. Nie chodzi przy tym o hollywoodzkie produkcje „żywych umarłych”, ale o ich specyficzną właściwość – brak świadomości. Krótki artykuł na ten temat popełniła Adrianna Smurzyńska – skupiając się jednak w dużej mierze na nieświadomym, humanoidalnym bycie, który z perspektywy osoby trzeciej nie różni się niczym od człowieka. Jednakże można by użyć tego terminu do określenia hipotetycznej istoty pozaziemskiej, która przez brak świadomości mogłaby – ze sporą dawką krytycyzmu – zostać nazwana pozaziemskim zombie. 92

Czy Solaris jest zombie? Z pewnością ma ku temu odpowiednie predyspozycje. Delikatne smaganie „wodami” ziemskich urządzeń pomiarowych czy powołanie do życia Tworów F może wskazywać na celowe działanie, ale czy istnieje przekonywujący dowód na to, że zachowanie oceanu mogłoby być czymkolwiek bardziej świadomym niż choćby odruch warunkowy Pawłowa? Intrygujące jest przy tym zakończenie utworu:

„Czarna fala […] zawahała się, cofnęła, oblała moją dłoń, nie dotykając jej jednak, tak że między powierzchnią rękawicy a wnętrzem zagłębienia […] pozostała warstwa powietrza. Uniosłem wówczas wolno rękę, fala, a raczej jej wąska odnoga, poszła za nią w górę, wciąż okalając moją dłoń coraz jaśniej przyświecającym, brudnawozielonkawym otorbieniem.93
Przesmyk galaretowej substancji napiął się jak rozchybotana struna, ale się nie urwał; podstawa całkowicie rozpłaszczonej fali jak dziwne, cierpliwe końca tych doświadczeń, oczekujące stworzenie przylgnęła do brzegu wokół moich stóp (także ich nie dotykając).”94

Możliwych interpretacji tylko tych dwóch cytatów jest całe mrowie. „Dotyk bezdotykowy” może oznaczać zarówno porozumienie, jak i jego brak, co jest w sumie celną konkluzją całej powieści. Jest to interpretacja literacka, stworzona jako wniosek, wskazówka dla czytelnika. Można jednakże odczytać przywołane fragmenty w rozumieniu nauk ścisłych. Otóż ocean wchodził w interakcję z urządzeniami pomiarowymi, po czym porzucał je bez słowa – mógł być to odruch bezwarunkowy, który później przeszedł w warunkowy (ocean już nie chce się „dotykać”). Również powyższe cytaty są bardzo wymowne: wahanie, cofnięcie, oblanie. „Teoria zombie”, zakładająca brak świadomości Solaris, zyskała tu solidne argumenty – ocean reaguje na bodźce nie będąc ich świadomym. Co prawda w powieści nazywany jest często „mędrcem” pogrążonym w jakimś vita complentativa, ale nie wiadomo, na ile realne są te hipotezy, a na ile jest to desire thinking spragnionych kontaktu ludzi.

Jeżeli „teoria zombie” jest prawdziwa to wyjaśnienie bariery kontaktu jest trywialnie proste – zaawansowana komunikacja bez świadomości jednego z podmiotów dyskusji jest niemożliwa. Należy do tego nałożyć płaszczyznę personalną, gdyż również bohaterowie powieści zdają się nie być gotowi na kontakt.

Jerzy Jarzębski ponadto uważa, że prawdziwa bariera kontaktu wyrażona jest w predyspozycjach psychospołecznych. Główny bohater jest co prawda naukowcem, ale przede wszystkim jest człowiekiem. Jednostką o określonym zbiorze doświadczeń, przemyśleń, o określonym temperamencie i podlegającą swoim podrywom emocjonalnym. Spotkanie z Harey jest szokiem poznawczym, a jak twierdzi Jarzębski „to, co nie pozwala nawiązać mu pełnoprawnego kontaktu to własna indywidualność i skończoność.”95  Nakładając na to założenie, że ocean jest nieświadomy i kieruje się instynktem, można dostrzec, że Twory F mogły być po prostu produktem „odruchowym” – ocean spotkał ludzi, ufizycznił ich pragnienia w humanoidalne kształty i porzucił całkowicie „eksplorację” tej nici porozumienia. Z pewnością temu automatyzmowi oceanu przeczy jego niezwykle skomplikowana budowa i potężne zdolności demiurgiczne (sic!) – wszak sobowtóry są materialne, fizyczne i na pierwszy rzut oka tożsame z oryginałem. W zasadzie nie do pomyślenia jest, aby tak zaawansowany byt był nieświadomy, ale nie jest to wykluczone.

Solaris istnieje pour soi i to jest główny problem, jaki trapi solarystów. Brak zainteresowania? Świadomości? Chęci? Możliwości? Prawdziwa bariera poznania pozostaje w sferze zagadek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

BIBLIOGRAFIA:

Jarzębski J., Cały ten złom (posłowie) [w:] Niezwyciężony, S. Lem,

Jarzębski J., Czarny Scenariusz (posłowie) [w:] Fiasko, S. Lem

Jarzębski J., Bóg, diabeł i list z kosmosu (posłowie) [w:] Głos Pana, S. Lem, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2002.

Jarzębski J., Smutek Edenu (posłowie) [w:] Eden, S. Lem, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2016.

Jarzębski J., Lustro (posłowie) [w:] Solaris, S. Lem, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2016.

Csicsery-Ronay Jr. I., Książka jest obcym: o pewnych i niepewnych interpretacjach „Solaris” Stanisława Lema [w:] Lem w oczach krytyki światowej, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 1989.

Csicsery-Ronay Jr. I., Modelowanie Chaosfery : Stanisława Lema rozmowy z Obcymi, „Teksty Drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 1992, nr 3, s. 30-52

Geier M., Eden: elementy semiologii „pozaziemskiej” [w:] Lem w oczach krytyki światowej, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 1989.

Geier M. Fantastyczny ocean Stanisława Lema (Przyczynek do semantycznej interpretacji powieści Science Fiction „Solaris”) [w:] Lem w oczach krytyki światowej, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 1989.

Steinmuller K., Personoidy u Lema [w:] Lem w oczach krytyki światowej, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 1989.

Krupecka I., Ustanowić wartości. Problematyka aksjologiczna w Głosie Pana Stanisława Lema, „Przestrzenie Teorii” 2006, nr 6.

Kiszczak. D., Problematyka cywilizacji i kultury w „fantastyce wszechmożliwości” Stanisława Lema, dostęp [25.12.17], dostępny na stronie: http://www.lscdn.pl/pl/informacja-pedagogiczn/publikacje/662,Problematyka-cywilizacji-i-kultury-w-fantastyce-wszechmozliwosci-Stanislawa-Lema.html

Gajewska. A., Zagłada i gwiazdy – przeszłość w prozie Stanisława Lema, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań, 2017.

Majewski. P., Gdzie jest zagadka? O Głosie Pana Stanisława Lema, Kultura liberalna 2013, nr 226.

Piasecka. A., Ety(lem)izacja czyli etyka w globie globalizacji. Z krytycznym Głosem Pana Lema w tle,  Kultura – historia – globalizacja 2010, nr 6

Kruszyńska. K. (red.), Przygody nierozumu: szaleństwo – myśl – kultura, Katowice: Uniwersytet Śląski, 2012.

 

1 Hasło: „obcy”, w: https://pl.wiktionary.org/wiki/kosmita, dostęp: 22.11.17.

2 Hasło: „obcy”, w: http://encyklopediafantastyki.pl/index.php/Kosmici, dostęp: 22.11.17.

3 Hasło: „obcy”, w: Słownik współczesnego języka polskiego (red. E. Wierzbicka), „Przegląd Reader’s Digest”, Warszawa, 1998, s 416.

4 E. Rybka, Astronomia ogólna, Wydawnictwo Naukowe PWN, Kraków 1983, s. 579.

5 https://astrobiology.nasa.gov/about/history-of-astrobiology/

6 K. Koćma, Solaris od innej strony…, „Smokopolitan” 2017, nr 9, s.19-22.

7 J. Jarzębski, Cały ten złom (posłowie), w: S. Lem, Niezwyciężony, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

8 M. Płaza, O poznaniu w twórczości Stanisława Lema, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2006, s. 306.

9 S. Lem, Niezwyciężony, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 29.

10 Mechaniczna rasa obcych, która pojawia się w „Niezwyciężonym” w literaturze przedmiotu ma kilka nazw: mechatrony, automaty, nekrosfera itd. W niniejszej pracy wszystkie te nazwy są stosowane zamiennie i odnoszą się do tego samego zjawiska.

11 S. Lem, Niezwyciężony, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 129.

12 J. Jarzębski, Cały ten złom (posłowie), w: S. Lem, Niezwyciężony, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

13 S. Lem, Niezwyciężony, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 133.

14 D. Kiszczak, Problematyka cywilizacji i kultury w „fantastyce wszechmożliwości” Stanisława Lema, Lubelskie Samorządowe Centrum Kształcenia Nauczycieli,  s 10.

15 J. Jarzębski, Cały ten złom (posłowie), w: S. Lem, Niezwyciężony, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

16 J. Jarzębski, Cały ten złom (posłowie), w: S. Lem, Niezwyciężony, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

17 J. Jarzębski, Cały ten złom (posłowie), w: S. Lem, Niezwyciężony, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

18 Określenie „personoidy” zapożyczone zostało od niemieckiego badacza literatury – Karlheinza Steinmullera. Posługuje się nim w artykule „Personoidy u Lema” jako pewnym definicyjnym kompromisem na nazwanie humanoidalnych projekcji wytwarzanych przez Solaris. W niniejszej pracy określenie „personoidy” będzie stosowane zamiennie z określeniami: „twory F” i „sobowtóry”.

Zob. K. Steinmuller, Personoidy u Lema, w: Lem w oczach krytyki światowej (red. I. Smorąg), Wydawnictwo Literackie,  Kraków 1989, s. 89.

19 S. Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 22.

20 K. Steinmuller, Personoidy u Lema, w: Lem w oczach krytyki światowej (red. I. Smorąg), Wydawnictwo Literackie,  Kraków 1989, s. 153.

21 S. Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 29.

22 Odkrycie Solaris nastąpiło sto lat przed narodzinami głównego bohatera.

Zob. S. Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 30.

23 Łukasz Gomułka, Semantyczna skala języków a „hierarchia” sposobów myślenia. Rozważania w świetle myśli Stanisława Lema, „HYBRIS” 2016, nr 35B, s. 90.

24 P. Krywak, Fantastyka Lema: droga do „Fiaska”, Wydawnictwo Naukowe ESP, Kraków 1994, s. 99.

25 S. Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 44.

26 S. Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 177.

27 J. Jarzębski, Lustro (posłowie), w: S. Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

28 K. Koćma, Solaris od innej strony…, „Smokopolitan” 2017, nr 9, s.20.

29 P. Krywak, Fantastyka Lema: droga do „Fiaska”, Wydawnictwo Naukowe ESP, Kraków 1994, s. 146.

30 Istvan. Csicsery-Ronay, Modelowanie chaosfery: Stanisława Lema rozmowy z obcymi, „Teksty Drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 1992, nr. 3, s. 224.

31 S. Wigienka, Wiara i nauka u Stanisława Lema, 20.12.17, http://splotnieskonczonosci.pl/wiara-i-nauka-u-stanislawa-lema/  (dostęp: 11.04.2018).

32 J. Jarzębski, Lustro (posłowie), w: S. Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 330.

33 K. Banicki, Filozofia a mechanizmy obronne filozofów, w: S. Wróbel, Utajone funkcje umysłu, Wydział Pedagogiczno-Artystyczny UAM w Kaliszu, Kalisz 2008, s. 123.

34 S. Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 37-38.

35 J. Jarzębski, Czarny scenariusz (posłowie), w: S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987.

36 J. Jarzębski, Czarny scenariusz (posłowie), w: S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987.

37 S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 108.

38 S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 109.

39 S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 113-114.

40 Istvan. Csicsery-Ronay, Modelowanie chaosfery: Stanisława Lema rozmowy z obcymi, „Teksty Drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 1992, nr 3, s. 22.

41 P. Czapliński, Stanisław Lem – spirala pesymizmu, „Teksty drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 2001, nr 6, s. 59-75.

42 P. Czapliński, Stanisław Lem – spirala pesymizmu, „Teksty drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 2001, nr 6, s. 67.

43 J. Jarzębski, Czarny scenariusz (posłowie), w: S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987.

44 S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 206.

45 S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 244.

46 S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 248.

47 S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 261.

48 S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 266.

49 S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 266.

50 S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 378.

51 K. Vonnegut, Ludzie, czy to tylko żarty?, w: Lem w oczach krytyki światowej (red. I. Smorąg), Wydawnictwo Literackie,  Kraków 1989, s. 24.

 

 

52 S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 366.

53 D. Suvin, Trzy paradygmaty świata science fiction: Asimov, Jefriemov, Lem, w: Lem w oczach krytyki światowej (red. I. Smorąg), Wydawnictwo Literackie,  Kraków 1989, s. 78.

54 J. Jarzębski, Czarny scenariusz (posłowie), w: S. Lem, Fiasko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987.

55 P. Czapliński, Stanisław Lem – spirala pesymizmu, „Teksty drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 2001, nr 6, s. 66.

56 P. Czapliński, Stanisław Lem – spirala pesymizmu, „Teksty drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 2001, nr 6, s. 68.

57 P. Czapliński, Stanisław Lem – spirala pesymizmu, „Teksty drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 2001, nr 6, s. 68.

58 P. Krywak, Fantastyka Lema: droga do „Fiaska”, Wydawnictwo Naukowe ESP, Kraków 1994, s. 10.

59 I. Krupecka, Ustanowić wartości. Problematyka aksjologiczna w Głosie Pana Stanisława Lema, „Przestrzenie teorii” 2006, nr 6, s. 231.

60 S. Lema, Głos Pana, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 35.

61 M. Brzóstwoicz-Klajn, Niewidzialna obecność Obcych w Głosie Pana Stanisława Lema i Córce łupieżcy Jacka Dukaja, „Quart” 2015, nr 3-4, s. 114.

62 S. Lema, Głos Pana, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 37.

63 S. Lema, Głos Pana, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 48.

64 J. Jarzębski, Bóg, diabeł i list z kosmosu (posłowie), w: S. Lem, Głos Pana, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

65 I. Krupecka, Ustanowić wartości. Problematyka aksjologiczna w Głosie Pana Stanisława Lema, „Przestrzenie teorii” 2006, nr 6, s. 233.

66 S. Lema, Głos Pana, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 128.

67 S. Lema, Głos Pana, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 129.

68 I. Krupecka, Ustanowić wartości. Problematyka aksjologiczna w Głosie Pana Stanisława Lema, „Przestrzenie teorii” 2006, nr 6, s. 234.

69 N. K. Hayles, Chaos jako dialektyka: Stanisław Lem i przestrzeń pisania, „Teksty Drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja”, 1992, nr 3, s. 19.

70 N. K. Hayles, Chaos jako dialektyka: Stanisław Lem i przestrzeń pisania, „Teksty Drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja”, 1992, nr 3, s. 13.

71 K. Czaja, Naukowcy słyszą głos(y). O uczonych w Głosie Pana Stanisława Lema Kamila, w: Przygody nie rozumu: szaleństwo, myśl, kultura (red. K. Kruszyńska), Uniwersytet Śląski, Katowice, 2012, s. 109.

72 N. K. Hayles, Chaos jako dialektyka: Stanisław Lem i przestrzeń pisania, „Teksty Drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja”, 1992, nr 3, s. 13.

73 Istvan. Csicsery-Ronay, Modelowanie chaosfery: Stanisława Lema rozmowy z obcymi, „Teksty Drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 1992, nr. 3, s. 45-46.

74 Istvan. Csicsery-Ronay, Modelowanie chaosfery: Stanisława Lema rozmowy z obcymi, „Teksty Drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 1992, nr. 3, s. 44-48.

75 P. Czapliński, Stanisław Lem – spirala pesymizmu, „Teksty drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 2001, nr 6, s. 66.

76 P. Czapliński, Stanisław Lem – spirala pesymizmu, „Teksty drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja” 2001, nr 6, s. 67.

77 M. Geier, Eden: elementy semiologii „pozaziemskiej”, w: S. Lem, w: Lem w oczach krytyki światowej (red. I. Smorąg), Wydawnictwo Literackie,  Kraków 1989, s. 78.

78 S. Lem, Eden, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 43.

79 S. Lem, Eden, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 64.

80 M. Geier, Eden: elementy semiologii „pozaziemskiej”, w: S. Lem, w: Lem w oczach krytyki światowej (red. I. Smorąg), Wydawnictwo Literackie,  Kraków 1989, s. 111.

81 M. Geier, Eden: elementy semiologii „pozaziemskiej”, w: S. Lem, w: Lem w oczach krytyki światowej (red. I. Smorąg), Wydawnictwo Literackie,  Kraków 1989, s. 72.

82 Hasło: „fabryka”, w: Słownik współczesnego języka polskiego (red. E. Wierzbicka), „Przegląd Reader’s Digest”, Warszawa, 1998, s. 244.

83 M. Geier, Eden: elementy semiologii „pozaziemskiej”, w: S. Lem, w: Lem w oczach krytyki światowej (red. I. Smorąg), Wydawnictwo Literackie,  Kraków 1989, s. 144.

84 D. Kiszczak, Problematyka cywilizacji i kultury w „fantastyce wszechmożliwości” Stanisława Lema, Lubelskie Samorządowe Centrum Kształcenia Nauczycieli,  s 4.

85 J. Jarzębski, Smutek Edenu (posłowie) w: S. Lem, Eden, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

86 S. Lem, Eden, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 88-89.

87 M. Płaza, O poznaniu w twórczości Stanisława Lema, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2006, s. 296.

88 J. Jarzębski, Smutek Edenu (posłowie) w: S. Lem, Eden, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

89 M. Płaza, O poznaniu w twórczości Stanisława Lema, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2006, s. 320.

90 J. Jarzębski, Smutek Edenu (posłowie) w: S. Lem, Eden, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

91 S. Lem, Herezje, w: Tajemnica chińskiego pokoju, Universitas, Kraków 1996, s. 74.

92 A. Smurzyńska, Czy zombie są możliwe?, w: S. Wróbel, Utajone funkcje umysłu, Wydział Pedagogiczno-Artystyczny UAM w Kaliszu, Kalisz 2008, s. 74-75.

93 S. Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 325.

94 S. Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 326.

95 J. Jarzębski, Lustro (posłowie), w: S. Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.


Uniwersytet Warszawski

Wydział Filozofii i Socjologii

Instytut Filozofii



Szymon Kolwas

Nr albumu: 234736




Kołakowski i Lem: dwie "umysłowe galaktyki"




Praca magisterska na kierunku filozofia

w zakresie filozofii









Praca wykonana pod kierunkiem

Dra Pawła Okołowskiego

Instytut Filozofii UW

Warszawa, 05-2010


Streszczenie:



Niniejsza praca dotyczy polemiki Lema z Kołakowskim, która rozpoczęła się od krytycznej recenzji Kołakowskiego z Summa Technologiae Lema, a toczyła się jeszcze po wielu latach na łamach „Wiedzy i Życia”.  Ta ważna polemika, wraz z innymi wypowiedziami obu filozofów o sobie nawzajem stanowi dobry powód przedstawienia obu postaci oraz relacji między ich zapatrywaniami filozoficznymi. Celem pracy jest wykazanie,  że różnice w poglądach na świat Kołakowskiego i Lema uniemożliwiły nawiązanie między nimi rzeczowego kontaktu. Dowodzona w pracy teza głosi, że różnice te spowodowały trwały antagonizm między obydwoma filozofami jako ludźmi po prostu. Nie złagodził go nawet fakt, iż w wielu filozoficznych konkluzjach obaj dochodzili do podobnych idei.





Słowa kluczowe:

Stanisław Lem, Leszek Kołakowski, technologia, nauka, religia, wizje świata, technokracja, metafizyka, naturalizm, antynaturalizm






Serdeczne podziękowania

dla promotora dra Pawła Okołowskiego

za cenne rady, liczne wskazówki merytoryczne,

oraz poświęcony mi czas.


1. Wstęp  s. 8

2. Dzieło i życie Leszka Kołakowskiego  s. 10

3. Dzieło i życie Stanisława Lema  s. 21

4. Filozofia Leszka Kołakowskiego  s. 30

4.1.   Ontologia  s. 31

4.2. Epistemologia  s. 34

4.3. Aksjologia  s. 37

4.4. Antropologia filozoficzna  s. 39

5. Filozofia Stanisława Lema  s. 41

5.1. Ontologia  s. 43

5.2. Epistemologia  s. 44

5.3. Aksjologia  s. 46

5.4. Antropologia filozoficzna  s. 47

5.5. Podsumowanie  s. 49

6. Między dwiema „umysłowymi galaktykami”  s. 50

6.1. Status problematyki „Summa Technologiae”  s. 52

6.1.1. Czemu rozważanie przyszłych technologii może być szkodliwe?  s. 52

6.1.2. Realność problematyki „Summa Technologiae” s. 54

6.2. Lem jako wybitny ideolog scjentystycznej technokracji  s. 58

6.2.1. Szkodliwość i zbędność systemów metafizycznych  s. 59

6.2.2. Korzyści z metafizyki  s. 61

6.3. Czy osiągnięcia nauki wpływają na filozofię?  s. 61

6.3.1. Czemu nauka nie może wpływać na kwestie filozoficzne?  s. 61

6.3.2.  Jak nauka wpływa na kwestie filozoficzne?  s. 62

6.3.3.  Wpływ osiągnięć nauki na kryzys literatury  s. 63

7.  Spostrzeżenia i wnioski  s. 63

7.1.  Polemika Lema i Kołakowskiego w świetle ich życia i twórczości s. 63

7.2.  Polemika Lema i Kołakowskiego jako konfrontacja dwóch światopoglądów filozoficznych  s. 64

7.3. Podobieństwa  s. 66

7.4. Podsumowanie polemiki  s. 66

Bibliografia  s. 69

1.Wstęp

Leszek Kołakowski i Stanisław Lem to wybitni współcześni polscy filozofowie. Byli niemalże rówieśnikami (Lem tylko sześć lat starszy), urodzonymi w latach dwudziestych XX w. Dzielili podobne doświadczenia historyczne – pokolenia Kolumbów. Obaj wychowani zostali w rodzinach niereligijnych. Ojciec Lema był agnostykiem (matka jednak, z którą miał gorszy kontakt, była katoliczką), a Kołakowski ze względu na lewicowe przekonania swojego ojca nie był ochrzczony. W rozwoju intelektualnym obu filozofów największą rolę stanowiło samokształcenie. W ich twórczości dostrzec można wiele podobieństw, lecz także zasadnicze różnice. Dogłębna refleksja nad cywilizacją oraz naturą ludzką, choć wynika u nich z różnych źródeł, prowadzi do podobnych rozstrzygnięć.

Niniejsza praca dotyczy polemiki Lema z Kołakowskim, która rozpoczęła się od krytycznej recenzji Kołakowskiego z Summa Technologiae Lema, a toczyła się jeszcze po wielu latach na łamach „Wiedzy i Życia”.  Ta ważna polemika, wraz z innymi wypowiedziami obu filozofów o sobie nawzajem stanowi dobry powód przedstawienia obu postaci oraz relacji między ich zapatrywaniami filozoficznymi. Wynika z niego ogólniejsza refleksja na temat wpływu fundamentalnych przeświadczeń filozoficznych na możliwość porozumienia się ludzi.

Celem pracy jest wykazanie, że różnice w poglądach na świat Kołakowskiego i Lema uniemożliwiły nawiązanie między nimi rzeczowego kontaktu. Dowodzona w pracy teza głosi, że różnice te spowodowały trwały antagonizm między obydwoma filozofami jako ludźmi po prostu. Nie złagodził go nawet fakt, iż w wielu filozoficznych konkluzjach obaj dochodzili do podobnych idei.
Obok wywodu głównego praca niniejsza przedstawia diametralnie odmienne podejście obu autorów do filozofii w ogóle. Lem mianowicie cieszy się uznaniem głównie jako pisarz science fiction, nie filozof. Choć uprawiał również wybitną eseistykę i publicystykę, prezentujące jego filozofię expresis verbis. W artykule Pawła Okołowskiego o filozofii Lema czytamy: „Nikt chyba inny w jego epoce nie poświęcił tyle wieloaspektowej uwagi światu: światu jako całości, a uwagi przekutej w przenikliwe wersety”1. Kołakowski zaś, obdarzony przez kręgi akademickie estymą wielkiego filozofa2 sam o sobie napisał: „nie mam ja żadnej swojej filozofii”, a dalej: „Wolę więc poprzestawać na małych glosach do tego, co inni zrobili”3. Pomimo tego typu oświadczeń, wypowiadanych zapewne nie tylko przez skromność, rzeczywiste poglądy Kołakowskiego daje się zrekonstruować zarówno z owych glos, jak też z sympatii oraz antypatii, którym często daje wyraz w swych tekstach.

Już pobieżny rzut oka na dorobek obu autorów pozwala przypisać ich do dwóch obozów: jednego z nauką a drugiego z religią na sztandarze. Lem referuje przede wszystkim dokonania nauki współczesnej propagując naukowy obraz świata. Tworzy jego mity (bajki), buduje filozofię, wizję świata w oparciu o dokonania nauk przyrodniczych. Kołakowski pisze przeważnie o historii chrześcijaństwa, mistykach, religijności, micie.  Prześledzenie myśli filozoficznej obu autorów pozwoli spojrzeć na ich polemikę jako ścieranie się odmiennych światopoglądów. Uważna analiza owej polemiki rzuci nam natomiast pewne światło na ich filozofie.



2.Dzieło i życie Leszka Kołakowskiego

Życie Leszka Kołakowskiego było ściśle związane z przełomowymi wydarzeniami w życiu politycznym, w których brał osobisty udział. Jego powszechnie ceniona twórczość filozoficzna była uwikłana w politykę i ewoluowała wraz ze zmianami w życiu społecznym.
Leszek Kołakowski urodził się 23 października 1927 roku w Radomiu, zmarł 17 lipca 2009 roku w Oxfordzie. Ze względu na wyznawane przez ojca poglądy wolnomyślicielskie, w duchu których został wychowany, nie był ochrzczony. Z pierwszej łódzkiej szkoły wyrzucono go, ponieważ powiedział nauczycielce pytającej o personalia, iż jest bezwyznaniowy. Podczas wojny uczył się sam, czasem korzystając z korepetycji. Maturę zdał eksternistycznie. W czasie studiów na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Łódzkiego jego nauczycielami były osoby związane ze szkołą lwowsko-warszawską. Podjąwszy tam pracę jako asystent współpracował  z Tadeuszem Kotarbińskim. Pracę magisterską o konwencjonalizmie   w filozofii napisał pod kierunkiem Janiny Kotarbińskiej. Później mimo politycznego oddania interesom partii był wielokrotnie atakowany za swoje „obciążenia wpływami burżuazyjnej filozofii, przede wszystkim filozofii neopozytywistycznej”4.

Jeszcze w Łodzi zaangażował się w ruch komunistyczny wstępując w lutym 1946 roku do PPR. Brał udział w pracach Katedry Historii Filozofii Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych przy KC PZPR, zwanej „szkołą janczarów”. IKKN przekształcono później na Instytut Nauk Społecznych. Walcząc przeciwko filozofii burżuazyjnej Kołakowski atakował między innymi filozofów ze szkoły lwowsko-warszawskiej. Podpisał list otwarty przeciwko Władysławowi Tatarkiewiczowi, stanowiący podstawę do odsunięcia tego wybitnego historyka filozofii od pracy dydaktycznej.
W drugim numerze „Myśli Filozoficznej” z 1953 roku, ukazał się artykuł Leszka Kołakowskiego pod tytułem Filozofia nieinterwencji, o podtytule głos w dyskusji nad radykalnym konwencjonalizmem.  Jest to jeden z cyklu artykułów napisanych w ramach użycia światopoglądu marksistowskiego jako „oręża ideologicznego w procesie tworzenia nowego narodu socjalistycznego (…)(w walce – przyp. S. K.) z przeżytkami, pozostałościami ideologicznymi idealizmu”, które ukazały się ze względu na to, że „dyskusja na podsekcji filozofii Kongresu Nauki wykazała, że celowa jest dokładna analiza z marksistowskiego punktu widzenia poglądów szkoły lwowsko-warszawskiej” 5. Tekst Kołakowskiego jest repliką na odpowiedź Ajdukiewicza na atak Adama Schaffa, uważanego za głównego i oficjalnego ideologa PZPR. Tekst składa się z dwóch części: pierwsza służy charakterystyce konwencjonalizmu (temat konwencjonalizmu był Kołakowskiemu bliski, jako że temat jego pracy magisterskiej, pisanej u Janiny Kotarbińskiej brzmiał: Naczelne dążności konwencjonalizmu  w filozofii), druga dotyczy poglądów Ajdukiewicza odnośnie udziału doświadczenia w tworzeniu nauki. Pisząc o konwencjonalizmie starał się wykazać, iż jego krytyka wiedzy naukowej na podstawie trywialnego stwierdzenia nieabsolutnego charakteru tej wiedzy odmawia nauce obiektywnej wartości poznawczej, że konwencjonalizm służy obronie religii oraz, że jest doktryną reakcyjną i idealistyczną. W części dotyczącej Ajdukiewicza Kołakowski wykazywał, iż łączą tego autora  z konwencjonalizmem najistotniejsze poglądy, że jego konwencjonalistycznych przekonań nie daje się utrzymać, oraz że odrzucenie niektórych fragmentów tej doktryny nie zmienia głównych jej idealistycznych, błędnych poglądów i z tego względu nie można jej pogodzić z marksizmem6. Kołakowski w swojej krytyce wielokrotnie daje wyraz swym politycznym zapatrywaniom. Pisze o klasowym obliczu konwencjonalizmu służącemu burżuazji, która depcze poznanie naukowe, zdając sobie sprawę z tego, że walka z kapitalizmem toczy się w oparciu o naukę. Pomimo iż Kołakowski występuje ze stanowiska stricte ideologicznego, jego atak nie polega jedynie na obrzucaniu oponenta wyzwiskami i nie ogranicza się do przyporządkowania na siłę jego filozofii do wrogiej frakcji, w celu jej zdyskredytowania. Oskarża wszakże konwencjonalizm o to, że jest „agentem obskurantyzmu w łonie nauki”, a o jego głosicielach pisze, że ich sceptycka praca służy apologetom kościelnym, aby na gruzach wiedzy naukowej mogli obwieścić zwycięstwo absurdu, zrównać objawienie i mistykę z naukami fizykalnymi. Lecz zamiast na tym poprzestać, czego spodziewać by się można po piszącym na zamówienie partii ideologu, wdaje się w subtelne analizy, aby wykazać błędność opcji konwencjonalistycznej, projektu języków zamkniętych i zwartych Ajdukiewicza, czy koncepcji wiedzy analitycznej a priori. Dyskutuje o tym czy i jakim definicjom można przypisywać wartości logiczne, oraz czy można na podstawie definicji danej rzeczy stwierdzać bez doświadczenia o jej cechach, w tej definicji niezawartych. Broni przy tym empiryzmu oraz wagi historycznego rozwoju pojęć.

W 1955 roku wydane zostają, pod tytułem Szkice o filozofii katolickiej, publikowane w latach 1949-1954 polemiki Kołakowskiego z myślą chrześcijańską, przypominające oświeceniowe pamflety. Kołakowski ujmuje neotomizm jako filozofię na usługach reakcyjnej burżuazji. Zadaniem neotomizmu jest uświęcenie własności prywatnej i hierarchicznej struktury społeczeństwa, tak jak zadaniem tomizmu w średniowieczu było uświęcenie feudalizmu mającego odwzorowywać hierarchię bytów. Kołakowski krytykuje realizm tomistyczny za to, że nie jest materializmem. A skoro nie jest materializmem, to wedle kategorii marksowsko-leninowskich jest idealizmem, czyli reakcyjnym przeciwnikiem postępu. Kołakowski ukazuje filozofię tomistyczną i neotomistyczną jako instrument walki politycznej stosowany przez Kościół zawsze będący po stronie reakcyjnej.
W 1956 roku wydane zostały drukiem Wykłady o filozofii średniowiecznej, wygłoszone wcześniej w ramach zajęć prowadzonych przez Kołakowskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Autor ukazuje w nich, zgodnie z marksistowskimi dyrektywami, historię filozofii w jej zaangażowaniu ideologicznym, wykorzystywaną jako narzędzie służące celom politycznym. W średniowieczu filozofia podporządkowana była Kościołowi i służyła głównie uświęceniu feudalnego ucisku. Historia filozofii ukazana jest jako ciągłe ścieranie się reakcji z postępowością, czyli „obskuranckiego idealizmu” służącemu interesom Kościoła pozostającego  w sojuszu z władcami feudalnymi, z będącymi wyrazem niezgody klas uciśnionych na obowiązujący stan rzeczy wątkami materialistycznymi (dlatego wątkami, bo właściwego materializmu w tym okresie trudno się doszukać)7. Wpisanie materiału historycznego w kontekst ideologiczny nie umniejszało rzetelności jego ujęcia. Kołakowski jako wykładowca wykazał się wielką erudycją i gruntowną znajomością tematu. Pomimo, iż podkreślał swoje negatywne stanowisko wobec Kościoła i roli jaką odegrał on  w historii, potrafił uznać idee myślicieli religijnych za rozwojowe dla nauk  i służące postępowi dziejowemu. Wykłady Kołakowskiego prowadzone były w drugim semestrze kursu z filozofii starożytnej i średniowiecznej dla studentów filozofii. W pierwszym semestrze historię filozofii starożytnej wykładał Tadeusz Kroński. Tekst tych wykładów również ukazał się drukiem. Wykład prowadzony jest tam w podobnym duchu. Filozofię ukazuje się jako nadbudowę ustroju społecznego. Główną metodą jest podział filozofów Grecji i Rzymu na idealistów i materialistów, stanowiący jednocześnie wartościowanie ich poglądów. Wykłady Krońskiego mogłyby stanowić paradygmat ujęcia dziejów filozofii przez ideologów marksizmu. W bibliografii widnieje jedynie jeden tytuł tekstu źródłowego i żadnej pozycji z zakresu historii filozofii. Są tam jedynie odwołania do dzieł klasyków marksizmu oraz historii ekonomicznej i społecznej. Wykłady Kołakowskiego z filozofii średniowiecznej, pomimo podobieństwa w ujęciu tematu, znacznie przewyższają tekst Krońskiego erudycją, bogactwem wątków i przykładów. Bibliografia obfituje nie tylko w teksty źródłowe, ale również w pozycje z historii filozofii pisane przez filozofów o odmiennych poglądach (np. E. Gilsona). Kołakowski konfrontuje się z chrześcijańską interpretacją filozofii średniowiecznej. Zarzuca jej traktowanie całej filozofii średniowiecza jako swego dziedzictwa. Postrzega chrześcijaństwo nie jako objawienie, lecz jako ideologię powstałą w wyniku panujących stosunków społecznych. Pokazuje jak zmieniało się z doktryny ubogich w ideologię klas panujących. Występuje przeciwko ujmowaniu filozofii średniowiecznej jako spójnej doktryny. Główną opozycją, ze względu na siłę oddziaływania myśli kościelnej, nie była w tym okresie walka materializmu z idealizmem, lecz walka postępowej herezji z reakcyjną ortodoksją.

Filozoficznie Kołakowski był dla partii mniej pewny aniżeli ideologicznie. Wyrazem tego jest temat obronionej w 1953 roku rozprawy kandydackiej, jako że dotyczyła ona Spinozy, filozofa niewpasowującego się w krąg zagadnień podejmowanych zazwyczaj przez marksistów-leninistów. W roku 1958 ukazała się książka Jednostka i nieskończoność. Wolność  i antynomie wolności w filozofii Spinozy, w której Kołakowski prezentuje rezultaty swych badań nad tym filozofem prowadzonych przy pomocy warsztatu historyka idei. Była to zarazem pierwsza jego książka dotycząca filozofii XVII wieku. Tematyka ta zasadniczo wpłynęła na późniejszą twórczość Kołakowskiego i wielokrotnie się w niej przejawiała.

Kołakowski był niepewny filozoficznie, ponieważ miał odwagę być intelektualistą-erudytą i poruszać różnorodne zagadnienia, ponieważ posiadał olbrzymią wiedzę niemieszczącą się w skąpych marksistowskich schematach. Kołakowski skupiał uwagę na kwestiach, które jako ideolog partyjny krytykował, wgłębiał się w myśli i argumentację przeciwników, nie ograniczając się jedynie do wskazania ich nieprawomyślności. Jego niepewność filozoficzna mogła wynikać właśnie z tego, iż był pewny ideologicznie. Będąc młodym, oddanym sprawie, gorliwym wyznawcą komunizmu, nie bał się posądzeń o odstępstwa od poprawności ideologicznej. Zainteresowania Kołakowskiego i olbrzymia ilość wiedzy uzyskana dzięki intensywnym studiom prowadzonym na własną rękę (uczył się samodzielnie już w czasach szkoły średniej pochłaniając różnorodne lektury, nieograniczone tylko do klasyków marksizmu), a także obcowanie   z koncepcjami ideologicznych przeciwników, doprowadziły do przemiany w jego myśli, która nie mogła pomieścić się w prostym schemacie proponowanym przez ideologię partyjną.

W artykułach z lat 1954-1955 wydanych w zbiorze Światopogląd  i życie codzienne Kołakowski wciąż pozostając wierny doktrynie marksistowskiej stał się krytykiem jej zdegenerowanej postaci służącej apologetyce systemu i obrzędom propagandowym partii. Późniejsze artykuły: Intelektualiści a ruch komunistyczny z roku 1956 oraz Karol Marks  i klasyczna definicja prawdy z roku 1959 przysporzyły mu krytyki ze strony partii oraz określenia „rewizjonisty”.
Leszek Kołakowski jako filozof rewizjonistyczny zaliczany jest do czołowych przedstawicieli warszawskiej szkoły historii idei. Jego dzieło Świadomość religijna i więź kościelna, wydane w 1965 roku, uznawane jest za jedno z najważniejszych osiągnięć tej formacji. Według Andrzeja Walickiego, Kołakowski sformułował założenia i metody szkoły z największą precyzją i głębią8. W swej monografii o Spinozie Kołakowski wygłasza pogląd, iż wszelkie kwestie filozoficzne dają się ująć w kategoriach antropologicznych, natomiast w pracy dotyczącej chrześcijaństwa bezwyznaniowego możemy przeczytać, że wszelkie składniki świata historycznego winny być podporządkowane ośrodkowej idei nadającej im sens. Historyczną względność warszawscy historycy idei uczynili bronią przeciw wszelkim postaciom dogmatyzmu. W latach sześćdziesiątych książka Świadomość religijna i więź kościelna, traktująca o napięciach między indywidualną religijnością a wymogami ustrukturalizowanego Kościoła, odczytywana była jako aluzja do pozycji intelektualistów względem systemu partyjnego.
Sceptycyzm był sposobem na obronę przed stalinowskim dogmatyzmem i dlatego jego wartość przedawniła się wraz ze zmianą strategii stosowania przez władzę ucisku. W warunkach  umiarkowanej swobody intelektualnej przy jednoczesnym blokowaniu reform, wszelki relatywizm stał się podejrzany o wspieranie cynicznego oportunizmu rządzących. W odpowiedzi na cynizm władz i sprzyjający mu relatywizm Kołakowski zmienił postawę filozoficzną, zwrócił uwagę na element religijny ujęty jako nieredukowalny i niezbywalny, stanowiący irracjonalną podbudowę, fundament wszelkich światopoglądów, wszelkiego rozumowania oraz działania. Zmiana perspektywy badawczej wiązała się z zainteresowaniem problematyką pokrewną takim nurtom jak egzystencjalizm, socjologia wiedzy czy fenomenologia religii. Książka Obecność mitu została napisana jeszcze w Polsce w 1966 roku, lecz jako że Kołakowski wypadł już wtedy z łask partii, została wydana dopiero  w 1972 roku w Paryżu. W roku 1966 wydano książkę Kołakowskiego Filozofia pozytywistyczna, będącą podręcznikiem omawiającym historię nurtu pozytywistycznego w myśli filozoficznej. Można jednak doszukać się w niej idei będących zapowiedzią wydanej później książki pod tytułem Obecność mitu. Opisując myśl pozytywistyczną autor zwraca uwagę na istnienie pytań, których człowiek nie może ominąć, a nauka nie może na nie odpowiedzieć. Kołakowski często ukrywa swe myśli za omówieniami koncepcji innych filozofów, ale w Obecności mitu prezentuje bezpośrednio własne stanowisko w kwestii kultury. Tytuł książki może wprowadzać w błąd, sugerując, że autor zajmuje się opowieściami powstałymi w archaicznych religiach. Traktuje ona jednak o duchowej sytuacji człowieka jako takiego. Wskazuje na niezbywalne pytania, które są wyrazem troski o ujęcie świata jako mającego sens. Kołakowski nakreśla dychotomiczny podział świata kultury na dwa pnie: technologiczny, którego przedłużeniem jest nauka, oraz mitologiczny, którego przedłużenie stanowią jałowe technologicznie pytania i przeświadczenia metafizyczne. Celem pracy jest wskazanie na mityczne korzenie sensu, nie po to, aby je zdyskredytować, lecz ukazać ich istotę. U podstaw świadomości mitycznej leży fenomen obojętności świata, który objawia się w przeżyciach takich jak: antycypacja własnej śmierci, śmierć bliskiej osoby lub ból fizyczny. Tego typu zdarzenia unaoczniają nam obojętność świata wobec nas oraz tego, co jest dla nas ważne. Kołakowski stara się ukazać radykalną odmienność tego co mityczne, niemożliwość sprowadzenia tej sfery do obszaru działania technologicznie zorientowanych nauk, w ostatecznym ujęciu służących gatunkowi do fizycznego przetrwania9.

21 października 1966 roku Kołakowski wystąpił na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego z krytycznym wobec ekipy rządzącej przemówieniem, za co został usunięty z PZPR. 29 lutego 1968 roku wystąpił na zebraniu Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich z krytyką polityki kulturalnej PRL. Niedługo potem w wyniku wydarzeń marcowych, o których inspirację był podejrzewany został usunięty z Uniwersytetu Warszawskiego i otrzymał zakaz pojawiania się tam. Cenzurą objęto wszystkie jego prace oraz nazwisko. W listopadzie 1968 roku pod pretekstem urlopu naukowego wyjechał wraz z rodziną z Polski. Za granicą pracował na uniwersytetach w Montrealu, Berkeley, aż osiadł na stałe w Oxfordzie. W 1971 roku napisał Tezy o nadziei   i beznadziejności mające duże znaczenie dla polskiej opozycji demokratycznej, w których twierdzi, iż sprzeciw społeczny może wpływać na zmniejszanie się sztywności systemu.
W latach 1976 – 1978 wydane zostały w Paryżu trzy tomy Głównych nurtów marksizmu, drugiego dzieła aspirującego do określenia opus magnum Kołakowskiego. Dzieło to, pisane jako podręcznik, w pierwszym tomie śledzi korzenie marksizmu i przedstawia jego wersję klasyczną, znaną z pism samego Marksa i Engelsa; w drugim zdaje sprawę z kształtowania się doktryny marksistowskiej do Rewolucji Październikowej, a w trzecim opisuje jej losy po powstaniu ZSRR, czyli w ostatnich dziesięcioleciach. Stawia to autora – jak pisze w słowie wstępnym – w niezręcznej sytuacji jako iudex In sua causa10 (sędziego we własnej sprawie). Kołakowski broni w tym dziele stanowiska, wedle którego leninowsko-stalinowska interpretacja marksizmu była konsekwentnym rozwinięciem głównego dzieła Karola Marksa.

W 1982 roku wydana została po angielsku książka Kołakowskiego Religion, która w polskim tłumaczeniu otrzymała pierwotnie zamierzoną przez autora nazwę Jeśli Boga nie ma…. Autor rozważa w niej próby racjonalnego uzasadnienia istnienia absolutu oraz opcje filozoficzne im się sprzeciwiające. Objaśniając różne możliwe postawy odnośnie wiedzy oraz wiary rozpoznaje duchową kondycję współczesnego człowieka.
W wywiadzie poprowadzonym przez Zbigniewa Mentzla, książkę Horror metaphysicus napisaną w 1990 roku, Kołakowski także nazwał swym opus magnum, pomimo iż jest ona niewielkich rozmiarów11. Zaliczana bywa ona do tryptyku dzieł Kołakowskiego dotyczących wzajemnych powiązań między wiedzą a wiarą, do którego należy zaliczyć również Obecność mitu oraz Jeśli boga nie ma…. Przedstawiona przez Kołakowskiego w Horror Metaphisicus analiza dotyczy konieczności stawiania pytań metafizycznych, przy jednoczesnej ich nierozstrzygalności. Można wyszczególnić dwa rodzaje horroru metafizycznego: ten, z którym ma do czynienia metafizyka polega na przemijalności świata, niemożności dotarcia do autentycznej rzeczywistości, zapadaniu się istnienia w otchłań nicości. Próbując go przezwyciężyć filozofia popada w ciągłe sprzeczności i absurdy składające się na horror w metafizyce. Filozofia sceptycka była pierwszą systematyczną próbą wyrazu poczucia owej bezsiły, nie pozwoliła jednak na przezwyciężenie horroru. Chęć jego pokonania doprowadziła do powstania idei Absolutu, który będąc czymś trwałym, pełnym i ostatecznym chroni świat przed zapadnięciem się w nicość12. Idea Absolutu występuje pod dwiema postaciami – Boga i ego. Analizy Kołakowskiego ukazują jednak, iż mimo wytworzenia tych idei horror wciąż nam zagraża: „jeśli nic prawdziwie poza Absolutem nie istnieje, Absolut jest niczym; jeśli nic prawdziwie nie istnieje poza mną, ja sam jestem niczym” 13.

W roku 1994 wydana zostaje książka Bóg nam nic nie jest dłużny. Autor powraca w niej do historii idei wieku XVII, poruszanej już w monografii o Spinozie oraz studium o chrześcijaństwie bezwyznaniowym. Temat przewodni tego dzieła stanowi analiza starcia augustynizmu z pelagianizmem oraz rozważania nad religijnością Pascala.
O zwrocie w filozofii Ajdukiewicza Kołakowski napisał w 1966r: „Jest to zwrot możliwy tylko u filozofa, który intensywnie rozmyślając nad kwestią zdolny jest osiągnąć maksimum swobody wobec własnego „wczoraj”, któremu więc w ogóle nie o to chodzi, by szukać dodatkowych uzasadnień dla czegoś co już raz był powiedział i nie interesuje się ocalaniem pewnego poglądu z tej racji, iż go przedtem wyznawał, ale poddaje się bez zastrzeżeń presji logicznych racji” 14. Słowa te mogłyby niby pasować do przemiany postawy filozoficznej Kołakowskiego, tyle że ów jako marksista miał całkowicie odmienne zapatrywania na filozofię, a jego poglądy uległy zmianie nie pod wpływem racji logicznych, tylko historycznych.



3.Dzieło i życie Stanisława Lema

Biografia Stanisława Lema jest opowieścią o chodzącym swoimi drogami indywidualiście, który poprzez ciężką pracę dopracował się wspaniałego dorobku pisarskiego i oryginalnej myśli filozoficznej.

Stanisław Lem urodził się 12 września 1921 roku we Lwowie, zmarł 27 marca 2006 roku w Krakowie. Jego ojciec Samuel,  który miał na niego duży wpływ, z zawodu laryngolog, był agnostykiem. W młodości publikował   w prasie wiersze oraz prozę.
Dzieciństwo wspomina Lem jako „spokojne i arkadyjskie”15, spędził je na czytaniu, majsterkowaniu, samotnych zabawach oraz platonicznych miłościach. Był naturą samotniczą i nie miał żadnych bliskich przyjaciół. Ten okres szczegółowo opisał w autobiograficznej książce pod tytułem „Wysoki zamek”, o której, w związku ze sceptycyzmem krytyków mówi w wywiadzie ze Stanisławem Beresiem: „Tam nie ma ani jednego elementu fikcyjnego”16. Po wybuchu II wojny światowej, w okupowanym przez wojska radzieckie Lwowie zdał egzaminy na Politechnikę Lwowską, ale nie został przyjęty ze względu na burżuazyjne pochodzenie. Dzięki koligacjom ojca dostał się na Uniwersytet Medyczny we Lwowie. Inwazja niemiecka przerwała jego naukę, którą wznowił po wkroczeniu do Lwowa Armii Czerwonej. Podczas niemieckiej okupacji pracował jako spawacz w firmie odzyskującej metale. Współpracował też wtedy z ruchem oporu. Po przeprowadzce do Krakowa w 1946 roku podjął studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, nie przystąpił jednak do egzaminów końcowych, aby uniknąć wcielenia do wojska.

W 1946 roku ukazuje się w odcinkach na łamach pisma „Nowy Świat Przygód” pierwsza nowela Lema, pod tytułem Człowiek z Marsa.  Napisał ją wyłącznie w celach zarobkowych. W utworze tym, który nie był przez Lema ceniony, dostrzec można motywy, do których autor nawiązywał będzie  w swoim dojrzałym pisarstwie, przede wszystkim obecna jest tam już kwestia nieprzezwyciężalnych trudności w kontakcie z obcą cywilizacją.
W latach 1947-1950 Lem pracował na stanowisku młodszego asystenta w Konwersatorium Naukoznawczym prowadzonym przez Mieczysława Choynowskiego, gdzie miał dostęp do najnowszych prac naukowych. W Rozmowach ze Stanisławem Lemem Stanisława Beresia możemy przeczytać, że był to przełomowy moment w życiu oraz rozwoju umysłowym Lema. Uczył się tam angielskiego czytając książki naukowe, które przysyłano na konwersatorium z Kanady i Stanów Zjednoczonych. Pisarz nieświadomie przyczynił się do upadku Konwersatorium Naukoznawczego, pisząc do pisma wydawanego przez Mieczysława Choynowskiego artykuł przedstawiający w złym świetle teorię Trofima Łysenki17.

W 1948 roku Lem napisał Szpital Przemienienia, swoją pierwszą dojrzałą powieść. Wydana została dopiero w 1955 roku, wraz z dwoma dodatkowymi tomami (dopisanymi, aby zadowolić Związek Literatów Polskich domagający się wątków partyjno-komunistycznych), pod wspólnym tytułem Czas nieutracony. Owych dopisanych tomów Lem później nie pozwalał już wznawiać. Akcja powieści dzieje się na terenie szpitala psychiatrycznego podczas okupacji hitlerowskiej. Losy bohaterów, filozoficzne dyskusje oraz krytyczna analiza kultury europejskiej, składają się na jej moralno-filozoficzny charakter, porównywany do wydźwięku Czarodziejskiej góry Tomasza Manna.

Pierwsza opublikowana powieść Lema Astronauci, wydana w 1951 roku, nosząca znamiona socrealizmu i komunistycznej propagandy, nie była przez autora lubiana. Uważał, że grzeszy ona nadmiernym optymizmem – wiarą, w mądrość człowieka, która weźmie górę nad destrukcyjnymi instynktami – i napisana była z powodu młodzieńczej naiwności. Książka ta odniosła sukces co sprowokowało Lema do kontynuowania pisania powieści w gatunku science fiction, dzięki którym stał się znany zarówno w Polsce jak i na świecie.
W roku 1953 Lem ożenił się ze studentką medycyny Barbarą Leśniak. W wywiadach nie opowiada o żonie prawie nigdy, ale w roku ślubu w „Życiu Literackim” ukazało się opowiadanie Siostra Barbara, które jest najbardziej zmysłowym, miłosnym utworem w dorobku Lema18. W 1968 roku urodził im się jedyny syn – Tomasz, o którym piętnaście lat później Lem napisał, że „lubi wprawdzie moje powieści, ale współczesną muzykę pop, rock and rolla, Beatlesów, swój motocykl oraz samochodowe silniki chyba jeszcze bardziej”19.
Lem tworzył prozę popularno naukową, zarówno jako utrzymaną  w poważnym tonie klasykę gatunku, do której można zaliczyć takie powieści jak Eden, Powrót z gwiazd, Solaris, Niezwyciężony, Głos Pana, Opowieści o pilocie Pirxie, jak i groteskę w wielu odmianach, na przykład nawiązujące do oświeceniowej powiastki Dzienniki gwiazdowe, wykorzystujące stylistykę baśni Bajki robotów czy Cyberiadę. Do utworów groteskowych osadzonych w gatunku science fiction zaliczyć można również Pamiętnik znaleziony  w wannie, Wizję lokalną oraz Pokój na Ziemi. Poza science fiction Lem pisał: wstępy i recenzje nieistniejących książek, prozę realistyczną, detektywistyczną oraz eseistyczną. W swojej autobiografii, napisanej w lutym 1983 roku dla niemieckiej prasy, mówi: „wybrałem fantastykę naukową ponieważ zajmuje się ludźmi jako gatunkiem"20.

Charakterystyczny dla twórczości Lema jest bogaty język ze słownictwem zaczerpniętym z nauk ścisłych; słowotwórstwo nawiązujące do nauk przyrodniczych i cybernetyki oraz wszechobecność treści filozoficznych. Głęboka refleksja cechuje zarówno jego eseistykę  jak i utwory beletrystyczne.  Między tymi dwoma rodzajami twórczości Lema istnieje swoiste sprzężenie zwrotne. Dzieła fabularne prowokują refleksje rozwijane i komentowane w prozie dyskursywnej, z drugiej strony są jej zobrazowaniem, stanowią często egzemplifikację spekulacji snutych ścisłym językiem filozofii, lub służą za rozbudowane przykłady myślowe służące potwierdzeniu stawianych tam tez.

Wydane w 1957 roku Dialogi są zbiorem esejów filozoficznych, prognostycznych i socjologicznych. Lem przedstawia w nich paradoksy związane ze zmartwychwstaniem z atomów, opowiada o podstawach cybernetyki i jej zastosowaniach w socjologicznej analizie systemów społecznych. Wewnątrz skomplikowanych wywodów z zakresu teorii informacji autor przemycał krytykę ówczesnego ustroju politycznego, omijając cenzurę.
Krytyka systemu komunistycznego dokonana w Dialogach miała swoje odbicie w rozpoczynającej dojrzałą twórczość science fiction, napisanej w 1958 roku książce Eden. Sam autor był później umiarkowanym jej entuzjastą. Pisał, że „jest to drugorzędna literatura, która w porównaniu z typową Science Fiction jest może nawet dobra, ale nie można przecież ustawić człowieka o normalnym wzroście wśród garbatych i twierdzić, że to właśnie Apollo”21. Powieść opowiada o próbach nawiązania kontaktu obcą cywilizacją, na planecie, gdzie w wyniku nieudanego eksperymentu bioinżynieryjnego eksterminowana jest nieudana populacja obcych. W owej ponurej wizji, dostrzec można jednak promień optymizmu. Ziemianom udaje się nawiązać kontakt, dzięki uniwersalnemu językowi nauki.
Wydana w 1961 roku powieść Solaris jest najsłynniejszym utworem Lema, to ona przyniosła mu światowy rozgłos. Była wielokrotnie wydawana w wielu krajach. Jej motywem przewodnim jest próba nawiązania kontaktu z obcym rozumem, przypominającym ocean ogarniający całą planetę. Jak zwykle u Lema interesująca fabuła jest okazją do refleksji nad zagadnieniami filozoficznymi. Tym razem dotyczą one głównie kwestii poznania ludzkiego. Poważne a zarazem pomysłowe potraktowanie problemu kontaktu oraz motyw miłosny, zapewniły tej powieści miejsce w ścisłym kanonie fantastyki naukowej. Doczekała się wielu interpretacji, z których niektóre – szczególnie psychoanalityczne – bawiły Lema pustą spekulatywnością lub wyczytywaniem daleko idących sensów ze zmienionej przez tłumacza nazwy22. Powieść Solaris była trzykrotnie ekranizowana. Pierwsza ekranizacja w reżyserii Nikołaja Nirenburga powstała w ZSRR w 1970 roku. Drugi film na jej podstawie, zrealizowany przez Andrieja Tarkowskiego został nominowany do Złotej Palmy na Festiwalu Filmowym w Cannes w 1972 roku, zdobył również nagrodę Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych oraz Grand Prize of the Jury na tym samym festiwalu. W 2002 roku Solaris zekranizował amerykański reżyser Steven Soderbergh.
W rozmowach ze Stanisławem Beresiem Lem powiedział, że spośród książek dyskursywnych zadowolony jest jedynie z Summa technologiae23. Jest to „prognozami wypchana książka”, o której można powiedzieć iż jest futurologiczna, gdyby nie to, iż była „pisana w czasach kiedy żadnej „futurologii” (…) nigdzie nie było”24. Po raz pierwszy opublikowało ją Wydawnictwo Literackie w 1964 roku. Napisana została, aby „wymknąć się spod wygodnej osłony przed sprawdzeniami”, którą dawała dotychczasowej twórczości Lema licentia poetica, patronująca wszelkiej beletrystyce25. Jest to pierwsza ze stworzonych przez niego „ogólnych teorii wszystkiego”26. Uważa się ją za dzieło, do którego nawiązują wszystkie późniejsze eseje. Autor analizuje w niej możliwe przyszłe technologie oraz mogące z nich wynikać problemy natury filozoficznej oraz moralnej. Charakterystyczne dla owego dzieła jest to, że projekty uchodzące w czasach pierwszego wydania za leżące w domenie fantastyki naukowej, jak chociażby wirtualna rzeczywistość, są dziś realizowane, a dotyczące ich rozważania stały się bardzo aktualne.

W groteskowych opowiadaniach z cyklu Cyberiada, wydanych po raz pierwszy w roku 1965, Lem przyjął inny sposób maskowania krytyki systemu aniżeli w cybernetyczno-naukowych Dialogach. Tym razem wypowiadał swoje poglądy na rzeczywistość polityczną pod postacią nie ścisłego, lecz ezopowego języka. Opowiadania zawarte w tym tomie osadzone są   w rzeczywistości nawiązującej do świata tradycyjnych bajek o średniowiecznych rycerzach, królach i smokach, w którym magię zastąpiono nieprawdopodobnie rozwiniętą technologią. Jednak operujący niemal nieograniczonymi mocami twórczymi konstruktorzy – główni bohaterowie opowiadań – stają bezradni wobec podstawowych zagadnień nurtujących ludzkość (czy może raczej istoty rozumne). Ukazuje to narastający sceptycyzm Lema co do możliwości, które niesie z sobą postęp naukowo-techniczny. Sceptycyzm ten daje się także dostrzec już w rozważaniach z Summa technologiae.

W roku 1968 Wydawnictwo Literackie wydało drugi zbiór esejów Lema aspirujący do określenia „ogólnej teorii wszystkiego”, Filozofię przypadku. Mechanizmy rządzące kanonem w literaturze, będące tematem głównym tego dzieła, odczytywane są, zgodnie z podtytułem Literatura  w świecie empirii, przez pryzmat nauk przyrodniczych. Wielość przykładów wykorzystywanych do analizy kwestii literackich a zaczerpniętych z nauki, służy uzasadnieniu przewodniej tezy o pokrewieństwie tych dziedzin.

Opowiadania o podróżach Iona Tichego, wydane były po raz pierwszy pod tytułem Dzienniki gwiazdowe w roku 1957, ale kolejne podróże Lem dopisywał jeszcze wiele lat później. Są to opowiadania nawiązujące stylem do opowieści o Guliwerze, czy Baronie Münchhausenie. Ich tematyka jest bardzo różnorodna. Niektóre stanowią krytykę komunizmu, inne ukazują groźby, które niesie ze sobą kapitalizm, częsty jest też temat związany z niebezpieczeństwami technologii. Poza tym, podobnie jak w Cyberiadzie, autor używając groteski ukazuje ważkie filozoficzne kwestie   i w zakamuflowany sposób przedstawia swoje poglądy.
Wydany w 1981 roku Golem XIV jest książką bardzo trudną do zakwalifikowania. Na jej treść składają się dwa wykłady maszyny cyfrowej, która osiągnęła nadludzki poziom inteligencji. Lem przedstawia w tej postaci swoje koncepcje filozoficzne, wyolbrzymiając je, deformując i odczłowieczając, aby przystosować do poziomu tytułowego narratora. Autor komentuje tę kwestie pisząc, że „gdyby sprowadzić to do skromniejszych proporcji, wówczas okazałoby się, że są to już moje poglądy”27. A poglądy te stanowią bezpardonową krytykę wizji człowieka jako doskonałego tworu ewolucji, ale jest w nich również zawarty majestatyczny obraz rozwoju sztucznej inteligencji przekształcającej się  w rozumność.

W 1982 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego, Lem wyjechał na roczne stypendium do Berlina Zachodniego, gdzie sprowadził żonę i syna. Potem przeprowadzili się do Wiednia. Wrócili do Krakowa dopiero na jesieni 1988 roku. Po powrocie do Polski Lem nie pisał już prozy fabularnej, ograniczając się do eseistyki i felietonów prasowych.
Lem stworzył ponad 40 książek, jego prozę przetłumaczono na 37 języków. Wiele książek zostało zekranizowanych, ale niewiele z tych adaptacji podobało się Lemowi. W wywiadzie o nich, udzielonemu Łukaszowi Maciejewskiemu, Lem mówi „… ja tych filmów zwyczajnie nie znoszę”28. Lem otrzymał wiele nagród, w Polsce i za granicą. Cieszył się światowym poważanie, szczególnie w Rosji. Otrzymał nagrodę Ministra Spraw Zagranicznych za popularyzację polskiej kultury za granicą, nagrodę literacką Ministra Kultury i Sztuki, nagrodę Państwową I stopnia  w dziedzinie literatury, doktoraty honoris causa Politechniki Wrocławskiej, Uniwersytetu Opolskiego, Lwowskiego Państwowego Uniwersytetu Medycznego, Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytetu w Bielefeldzie, austriacką nagrodę państwową w dziedzinie kultury europejskiej, austriacką nagrodę państwową im. Franza Kafki w dziedzinie literatury, Order Orła Białego. Był członkiem Komisji Polskiej Akademii Nauk "Polska 2000", honorowym członkiem Science Fiction Writers of America (skąd usunięto go, gdy spełnił kryteria na członkostwo zwyczajne, ale wedle opinii wielu ludzi prawdziwym powodem były głoszone przez niego krytyczne poglądy odnośnie amerykańskiej science fiction). Był honorowym obywatelem miasta Krakowa. W roku 1992 radziecki astronom Nikołaj Czernych nazwał odkrytą przez siebie planetoidę 3836 imieniem Stanisława Lema.  W wywiadzie mówił Lem o wyróżnieniach: „uhonorowano mnie już powyżej uszu: mam doktoraty honoris causa, order Orła Białego, jestem honorowym obywatelem Krakowa... Wystarczy. Jako człowiek z natury kameralny, nie lubię wielkich fet i festiwali. Na spotkanie z astronautami amerykańskimi eskortowano mnie w asyście policyjnych wozów na sygnale. Żona była przerażona, że teraz całe osiedle pomyśli, że Lemowie zostali zaaresztowani. Codziennie dostaję coraz dziwniejszą korespondencję. Czasami boję się otwierać skrzynkę pocztową. Młodzi ludzie przysyłają mi swoje wiersze, ktoś "pożycza" mi kasetę wideo z podpisem "Oto, jak wygląda UFO", inżynier  z Katowic pisze, że jego sąsiedzi są zbulwersowani puszczaniem głośno muzyki o pierwszej w nocy, a on akurat bardzo lubi – i prosi abym ja, Lem, zrobił z tym porządek. Bardzo przepraszam, ale sektor moich możliwości jest bardzo wąski. Jedyne o czym teraz naprawdę marzę to odrobina świętego spokoju. Tylko tyle”29.
Pomimo tylu nagród i odznaczeń Lem uważał się za autora zapoznanego, niedocenianego w ojczyźnie. Co może dziwić, zważywszy, że recenzje z jego książek pisali czołowi autorzy powojennej Polski. Na temat jego dzieł eseistycznych odbywały się dyskusje profesjonalistów. Summa technologiae wzbudziła polemikę w redakcji kwartalnika „Studia Filozoficzne”. Brali w niej udział filozofowie specjalizujący się w metodologii nauk. Zapis jej ukazał się na łamach tegoż pisma, w drugim i trzecim numerze w roku 1965. Filozofia przypadku sprowokowała sesję Instytutu Badań Literackich. Najpoważniejsze pisma zajmujące się polską kulturą wydawały numery monograficzne poświęcone Lemowi. Lem jednak wielokrotnie powtarza, że Summa technologiae nie wzbudziła żadnego echa, oprócz recenzji Kołakowskiego z „Twórczości”30. Recenzja owa również nie przypadła Lemowi do gustu, ponieważ filozof drwił z Lema  i jego predykcyjnych zdolności.
Twórczość Lema miała duży wpływ na literaturę science fiction. Często porównywana jest do pisarstwa braci Strugackich, dla których stał się duchowym mistrzem31. Współcześnie za jego następców w tej dziedzinie uważa się Marka S. Huberatha – krakowskiego fizyka i pisarza fantastyki naukowej oraz Jacka Dukaja, w którego twórczości odnajdziemy pytania o istotę i porządek świata, oscylujące pomiędzy fizyką i filozofią32.
Na usprawiedliwienie tego, iż opis dzieła Lema przeważa w niniejszym rozdziale nad kwestiami stricte biograficznymi weźmy jego zdanie: „uważam bowiem, że najważniejsze w mej biografii są zmagania intelektu ale, a reszta ma raczej charakter anegdotyczny”.33



4.Filozofia Leszka Kołakowskiego

Kołakowski przemierzył w swojej karierze całe spektrum stanowisk filozoficznych wyznaczonych przez ogólny podział filozofii na naturalizm i antynaturalizm oraz racjonalizm i irracjonalizm. W młodości zajmował stanowisko szanującego naukę marksizmu, opowiadającego się po stronie racjonalistycznego naturalizmu. Potem, po przejściu stadiów pośrednich, dotarł w swej dojrzałej twórczości do pozycji skrajnie przeciwnej – opartego na światopoglądzie chrześcijańskim, irracjonalistycznego antynaturalizmu.



4.1.Ontologia

Kołakowski rozpoczął swą działalność filozoficzną jako działacz partyjny PZPR, a jego stanowisko filozoficzne zgodne było z obowiązującą  w partii doktryną marksistowską. Wyznawany przez niego marksizm  w zakresie ontologii był materializmem dialektycznym – jedynym słusznym w Polsce po wkroczeniu Armii Czerwonej rodzajem materializmu. Podział na filozofię marksistowską i niemarksistowską uważany był przez ideologów partyjnych za współczesną formę podziału między materializmem   a idealizmem. W późniejszej twórczości Kołakowskiego, po odrzuceniu przez niego roli partyjnego aparatczyka, nie spotykamy raczej głoszonych wprost twierdzeń ontologicznych. Jednak widać wyraźnie zmianę zapatrywań na tę kwestię.
W tekście Kapłan i błazen Kołakowski opisuje dwa najogólniejsze stanowiska filozoficzne, między którymi istnieje nieusuwalny antagonizm. Jedno z nich dąży do utrwalenia absolutu, a drugie wszelkie absoluty kwestionuje. Kołakowski eksplicite opowiada się za tym drugim stanowiskiem, ponieważ przeciwstawia się ono fanatyzmowi. Między tymi dwoma antagonistycznymi opcjami filozoficznymi nie może, jego zdaniem, dojść do ugody. Nie da się wyznawać obu jednocześnie, możliwa jest jedynie zmiana stanowiska. Kołakowski twierdzi, że częściej zdarza się odrzucenie negującej istnienie absolutu postawy błazna i przyjęcie postawy kapłana – strażnika absolutu34. Ta przemiana przypadła w udziale jemu samemu.
W dojrzałej twórczości Kołakowski opowiadał się za transcendentalizmem, czyli dualizmem w ontologii. W książce Jeśli Boga nie ma… sprzyja chrześcijańskiej wizji rzeczywistości, sytuującej sens świata poza nim. Ta koncepcja wydaje się Kołakowskiemu bardziej konsekwentna od prometejskiego ateizmu szukającego sensu świata w nim samym. Kołakowski zgadza się z Whiteheadem, że cała filozofia to przypisy do Platona. Uważa, iż u Platona można znaleźć wszystkie ważne kwestie filozoficzne. Teoria form czy idei jest wciąż aktualna. Zaświadczają o tym dwie wiążące się z nią sprawy: świat bytów matematycznych istniejących niezależnie  od istot rozumnych oraz idee dobra i zła, które muszą istnieć w platoński, pozaświatowy sposób, jeżeli nie mają okazać się jedynie arbitralnym dekretem35.
W Horror Metaphisicus Kołakowski pisze, iż „Jest przede wszystkim rzeczą trywialną i bezsporną (…) że żywiołowo nadajemy dodatkowe znaczenie ludzkim działaniom i wytworom, które zdawać by się mogły niczym więcej, jak przedłużeniem zwierzęcych zachowań”. Uważa on, że „w naturalny sposób wierzymy w brak ciągłości drzewa życia”, a tym, co odróżnia świat ludzi od świata natury jest sens odnoszący się do swoiście ludzkiej duchowej rzeczywistości36.
Kołakowski opowiada się przeciwko materialistycznemu czy naturalistycznemu monizmowi. Widzi przepaść między światem natury   a światem kultury. Uważa, że nie ma zrozumiałego przejścia od codziennego doświadczenia do sfery sacrum. Z tego względu wszelkie monistyczne ujęcia bytu poczytuje za metafizyczne i równie niedowodliwe jak religijne interpretacje świata doczesnego. Wybór między religijnością a ateizmem jest jego zdaniem kwestią swobodnej decyzji.37
W kwestii dynamiki bytu Kołakowski opowiada się za teleologią. Pisząc o zrozumiałości zdarzenia historycznego stwierdza, że celowość jest w humanistyce niezbędna38. Filozofia jest według niego dziedziną par exellence humanistyczną i powinna ujmować świat teleologicznie. W książce Jeśli Boga nie ma… opowiada się za chrześcijańską wizją świata pełnego sensu, prowadzonego przez Boga. Nie zgadza się z deterministycznym obrazem świata. Wyszczególnia dwie odmiany ateizmu przeciwstawiającego się teleologicznej wizji świata. Pierwszym z nich jest ateizm prometejski, który ukazuje świat dążący samoczynnie do ostatecznej szczęśliwości. Ten światopogląd uznawany przez Kołakowskiego za iluzję, przypisuje on w swej recenzji z Summa Technologiae Lemowi, porównując go do bawiącego się w piaskownicy dziecka. Druga, szlachetniejsza zdaniem Kołakowskiego odmiana ateizmu uznaje świat za absurdalną zmierzającą donikąd  i kończącą się pustką zabawkę bezosobowego fatum. Jako głosicieli tego stanowiska Kołakowski wymienia Lukrecjusza, Marka Aureliusza, Schopenhauera oraz Jaspersa. Obydwóm formom ateizmu autor Jeśli boga nie ma… przeciwstawia bliższą mu chrześcijańską wizję świata, która pozwala zachować nadzieję na sensowność i nieprzypadkowość ludzkiego losu.
W książce Horror metaphisicus Kołakowski opowiada się przeciwko scjentystycznemu obrazowi świata, wedle którego wszechświat, życie   i historia nie mają żadnego celu, a sens nie istnieje poza ludzkimi intencjami. Jako alternatywę przedstawia wizję będącą metafizycznym tłem hermeneutyki. Zgodnie z nią sensotwórczy duch aktualizuje się w procesie objawiania się naszym umysłom. Koncepcja ta przypomina ideę „historycznego Boga”39.

Kołakowski zwykle nie wyraża wprost swoich zapatrywań na naturę bytu, niekiedy natomiast daje wyraz swoim sympatiom i antypatiom. Unika jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy wierzy w Boga, ale pisze, że wiara w absolut, czy kult rzeczywistości wiecznej – jak określa religię – jest koniecznie związana z moralnością. Zamiast odpowiedzieć wprost na pytanie o istotę wszechrzeczy, mówi jaka wizja bytu odpowiada naturze człowieka. Nie występuje więc jako wyznawca metafizyki chrześcijańskiej, lecz jako jej sympatyk i propagator. Ontologię Kołakowskiego, wnioskując z jego sympatii, należy uznać za sprzeciwiający się monistycznemu naturalizmowi transcendentalizm – w kwestii tworzywa świata, i teleologię jako stanowisko – w zakresie dynamiki bytu.



4.2.Epistemologia

Kołakowski w młodości, będąc marksistą, bronił „jedynego słusznego”, „naukowego” poglądu na świat. Atakował konwencjonalizm mogący zdaniem partyjnych ideologów doprowadzić do relatywistycznego zrównania nauk empirycznych z „obłędem i mistyką”40. Potem, jako rewizjonista i historyk idei, wyrażał większy sceptycyzm co do monopolu nauk empirycznych na opisywanie rzeczywistości. W dojrzałej twórczości bronił zaś stanowiska, wedle którego scjentyzm jest opcją równie arbitralnie przyjmowaną, jak opowiedzenie się za obrazem rzeczywistości ugruntowanym na irracjonalnej podstawie. Zrównawszy owe postawy pod względem prawomocności poznawczej Kołakowski przeniósł zarazem swą sympatię na stronę irracjonalizmu. O mistyce pisał, że nie należy jej lekceważyć, a nauce zarzucał, że nie jest w stanie odpowiedzieć na pytania naprawdę istotne.

Na studiach Kołakowski współpracował z osobami związanymi ze szkołą lwowsko-warszawską, co ukształtowało jego poszanowanie dla logiki. Polemika z przedstawicielami tej formacji, w marksistowskim okresie filozofii Kołakowskiego, utrzymana była z zachowaniem standardów logicznych. Późniejszym pracom historyczno-filozoficznym także nie można zarzucić braku respektu dla norm racjonalnej analizy. W późnej twórczości metoda filozoficzna Kołakowskiego przekształca się natomiast   w „rozbudzanie świadomości mitycznej”, które przeciwstawione zostaje racjonalistycznej antycypacji. Staranność wnioskowań ustępuje wtedy na rzecz literackich walorów języka.

W kwestii poznania filozoficznego Kołakowski przyjął postawę antracjonalistyczną. Już od Filozofii pozytywistycznej w myśli Kołakowskiego widać wyraźne przeciwstawienie filozofii i wyznaczającej standardy racjonalności nauki. W Obecności mitu filozofię umieszcza jako przedłużenie pnia mitycznego cywilizacji, a naukę jako przedłużenie jej pnia technologicznego. Kołakowski opowiada się przeciwko scjentyzmowi. Uważa, iż jest on tak samo arbitralnie przyjętą opcją jak opowiedzenie się za mitem, lecz gorzej zaspokaja ludzką potrzebę ujmowania świata jako sensownej całości.
W badaniach historycznych Kołakowski sprzeciwia się metodzie bezstronnego kompilowania faktów. Aby zdarzenie historyczne było zrozumiałe, musi być ujęte w sensowną całość podporządkowaną ogólnej idei. Historia może być sensowna tylko dzięki narzuconemu na nią projektowi. Kołakowski wyrażał sprzeciw wobec stosowania w humanistyce metody nauk empirycznych, nakazującej tłumaczyć fakty deterministycznie. Zgodnie z metodologią historyków idei, podkreślał twórczą rolę podmiotu  w procesie poznania. Twierdził, że fakt jest zarówno wytworem historii jak i badającego ją historyka. Zjawiska historyczne stają się, w tej perspektywie, zrozumiałe jedynie na gruncie deformacji41.
Filozofia Kołakowskiego jest irracjonalistyczna. Filozofia i nauka jako wyrosłe z dwóch różnych pni cywilizacji posiadają odmienne cele oraz metody. Filozofia nie służy więc zdobywaniu informacji, tylko rozbudzaniu świadomości mitycznej. Metoda filozofii Kołakowskiego nie jest racjonalną metodą nauki, ponieważ jego zdaniem nie sposób na drodze racjonalnej dotrzeć do absolutu. Kategorie prawdy i fałszu nie odnoszą się do filozofii jako dziedziny wyrosłej z pnia mitycznego, nie mamy tam do czynienia  z przyporządkowywaniem sądu do sytuacji, którą on opisuje, ale   z przyporządkowywaniem potrzeby do obszaru, który ją zaspokaja.  W metafizyce niczego nie można prawomocnie dowodzić. Dowodzenie   w metafizyce wynika z pomieszania technologicznego i mitycznego sposobu odnoszenia się do świata.42
Irracjonalizm myśli Kołakowskiego przejawia się również w podobieństwie opisów twórczości mistyków i filozofów, które odnaleźć możemy w książkach Jeśli boga nie ma… oraz Obecność mitu. Filozofowie konstruują nowe narzędzia językowe, aby wypowiadać wciąż te same pytania, których racjonalne rozwikłanie nie jest możliwe43. Podobnie mistycy próbują opisać swoje doświadczenie spotkania z absolutem, bez nadziei na jego adekwatne ujęcie. Kontaktu z absolutem nie da się osiągnąć na drodze racjonalnej spekulacji. Można go poznać jedynie na drodze bezpośredniego doświadczenia44.

Kołakowski mówi o sobie, że jest sceptykiem. Jego sceptycyzm polega na ograniczonej ufności w możliwości rozumu. Jest sceptykiem, co do poznania naukowego, ponieważ twierdzi, że istnieją pytania oraz przeświadczenia metafizyczne, na które nauka nie znajdzie nigdy odpowiedzi. Nauka nie jest zdaniem Kołakowskiego „samo-wystarczalna”, co oznacza, że nie sposób w jej ramach dowieść prawomocności lub tylko-utylitarności wiedzy naukowej. Kołakowski jest również sceptykiem, co do możliwości rozwiązania problemów filozoficznych. Nigdy nie doczekamy się, w jego mniemaniu, ostatecznego ich rozwikłania.  Jedyne, co filozofowie mogą w takiej sytuacji robić, to rozbudzać świadomość mityczną i starać się aktualizować problemy ujmując je w języku przemawiającym do współczesnych ludzi. Kołakowski wyraża sceptycyzm co do możliwości racjonalnego dotarcia do absolutu.

Epistemologię Kołakowskiego można podsumować jako irracjonalną   i sprzeciwiającą się stosowaniu metod nauk empirycznych w filozofii  i ogólnie humanistyce, oraz sceptyczną, co do możliwości osiągnięcia zadowalających odpowiedzi na pytania filozoficzne.



4.3.Aksjologia  

W tekstach takich jak Etyka bez kodeksu, czy Kapłan i błazen Kołakowski sprzeciwia się aksjologicznemu absolutyzmowi. Absolutyzacja wartości wiedzie w jego mniemaniu do immoralizmu, ponieważ w praktyce okazuje się, że pomiędzy wartościami istnieje nieusuwalny konflikt, który powoduje, iż nie są one współwykonalne.
Wartości należą do sfery bytów idealnych, znajdującej się poza światem natury. W Obecności mitu Kołakowski zwraca uwagę na to, iż aby wartości mogły być respektowane trzeba uznać ich istnienie poza objaśnialnym przyczynowo światem doczesnym. Jest tak ponieważ empiryczne wyjaśnienie przeświadczenia o wartości „anuluje treść doświadczenia pozostawiając fakt psychiczny”45. W Jeśli Boga nie ma… autor twierdzi, że istnienie moralności uzależnione jest od tabu, a ludzie mogą się konfrontować z wartościami tylko dzięki poczuciu winy.
W Szkicach o filozofii katolickiej Kołakowski znajdując się pod wpływem marksizmu atakuje religię z pozycji moralności humanistycznej. Moralność tę scharakteryzował w innej pracy pisząc, iż przyjmuje ona między innymi, że człowiek jest jedynym źródłem i twórcą nakazów moralnych, oraz że człowiek jest zdolny osiągnąć własnym wysiłkiem najwyższy dostępny poziom46. W późniejszej filozofii zmienia strony i broni moralności chrześcijańskiej, opowiadając się przeciwko antropocentrycznemu humanizmowi.
W eseju Etyka bez kodeksu Kołakowski opowiada się za odwagą  i odpowiedzialnością, przeciwko biernemu posłuszeństwu i eskapizmowi. Krytykuje postawę kierowania się uhierarchizowanymi i zmierzającymi do zupełności zbiorami nakazów etycznych, które nazywa kodeksami. Zagłuszają one samowiedzę moralną oraz poczucie odpowiedzialności za zło ukryte w naszych wyborach. Krytykowana przez Kołakowskiego postawa kodeksowa jest jego zdaniem możliwa zarówno na gruncie chrześcijaństwa jak i światopoglądu socjalistycznego.47
Wartości chrześcijańskie są Kołakowskiemu bliskie. Powiada on: „być niechrześcijaninem to wyłączyć się z tej (naszej wspólnej – przyp. S. K.) kultury”48. Chrześcijaństwo uczy balansowania, pozwala uniknąć dylematu optymizm-pesymizm, występując przeciwko szaleńczej ufności   w nieskończoną zdolność doskonalenia się oraz broniąc człowieka przed popadnięciem w rozpacz49.

Cenione przez Kołakowskiego wartości to z jednej strony skromność, a z drugiej odwaga i odpowiedzialność. W Etyce bez kodeksu podkreśla wagę odpowiedzialności i odwagi podejmowania decyzji przy jednoczesnym zachowaniu świadomości złych stron własnych wyborów. W późniejszych tekstach zwraca uwagę na istotną rolę skromności i powściągliwości   w ocenie ludzkich możliwości. Obydwa te zestawy wartości wywodzą się  z jego wizji człowieka jako istoty skażonej złem, grzechem pierworodnym.



4.4.Antropologia filozoficzna

W monografii dotyczącej filozofii Spinozy zatytułowanej Jednostka   i nieskończoność Kołakowski proponuje, aby wszelkie zagadnienia filozoficzne traktować jako zagadnienia dotyczące natury ludzkiej. W takim ujęciu całą filozofię można by było przedstawić jako antropologię filozoficzną. W swej twórczości Kołakowski często  trzymał się tej idei, a co za tym idzie jego poglądy na tradycyjne kwestie metafizyki i epistemologii często trzeba wydobywać z jego filozoficznej teorii człowieka. Pogląd na naturę ludzką prowadzi Kołakowskiego do opowiedzenia się za irracjonalizmem i transcendentalizmem. Przyjęcie scjentystycznej i naturalistycznej wizji świata zmusza człowieka do rozpaczliwej zgody na własną przypadkowość. Jedynym sposobem na uniknięcie tej tragicznej konsekwencji jest opowiedzenie się za mitem.
W prezentowanej przez Kołakowskiego wizji natury ludzkiej istotnym elementem jest konieczny charakter tkwiącego w tej naturze zła. Już zajmowane przez niego w młodości stanowisko nazywane było przez jego ówczesnych kolegów i uczniów „postmarksistowskim manicheizmem”50. W Etyce bez kodeksu autor propaguje postawę, zgodnie z którą człowiek winien akceptować świadomość tego, że każda jego decyzja jest jakoś zła   i jakoś dobra. Przekonanie o tym, jakoby pewne wybory mogły być pozbawione złych stron, surowo gani. W późniejszych pracach do określenia koniecznego charakteru zła – podobnie jak w innych kwestiach – używa kategorii chrześcijańskich. W eseju Czy diabeł może być zbawiony opowiada się za ortodoksją chrześcijańską, wedle której diabeł zbawiony być nie może a „pojęcie grzechu pierworodnego zawiera głęboką intuicję ludzkiego losu”.51 Kołakowski sprzeciwia się oświeceniowej formie humanizmu, którą uważa za ateistyczną i antychrześcijańską, widząc w niej negację grzechu pierworodnego oraz nieograniczoną afirmację dobroci człowieka. Takiego humanizmu nie da się jego zdaniem pogodzić z chrześcijaństwem.
Innym zaczerpniętym przez Kołakowskiego z chrześcijaństwa poglądem jest paulinizm, który głosi, iż nie ma zbawienia poza Kościołem.  W świeckiej wersji można go przedstawić jako twierdzenie, iż człowiek nie może zrealizować swych dobrych potencji poza wspólnotą. W jednym  z wywiadów Kołakowski powiedział, że źle jest uciekać od poczucia istnienia wspólnego losu52.



5.Filozofia Stanisława Lema

Lem nie miał akademickiego wykształcenia filozoficznego, a znany jest powszechnie jako wybitny pisarz literatury science fiction. Nie zmienia to oczywistego faktu, iż Lem był filozofem. W swych książkach dyskursywnych niejednokrotnie omawiał, a w beletrystyce ilustrował, najrozmaitsze zagadnienia wchodzące w zakres tradycyjnych działów filozofii, takich jak metafizyka, epistemologia oraz aksjologia. Jego poglądy na większość zasadniczych kwestii należących do tych dziedzin były stałe. Lem w ciągu sześćdziesięcioletniej działalności twórczej wyraźnie zmienił stosunek tylko wobec dwóch istotnych zagadnień filozoficznych. W Summa Technologiae utracił on żywioną wcześniej ufność w nieograniczone możliwości nauki. Optymizm, co do możliwości niesionych przez postęp naukowy pojawiał się, co prawda, nawet wtedy, ale występował coraz bardziej sporadycznie, aż od lat siedemdziesiątych zanika on całkowicie. W pierwszych książkach science fiction napisanych przez Lema, mających rysy socrealizmu, autor wyraża również wiarę w dobro ludzkiej natury. Szybko jednak jego stanowisko antropologiczne staje się pesymistyczne.
Badacze twórczości Lema traktują go zazwyczaj jako postać niepasującą do żadnej szkoły bądź nurtu we współczesnej filozofii. Małgorzata Szpakowska po wykazaniu nieskuteczności wielu standardowych podziałów polskiej myśli filozoficznej przyporządkowuje go jednak do naturalizmu skonfrontowanego z kulturalizmem. Jako przedstawiciela tego drugiego nurtu Szpakowska wymienia Kołakowskiego. Wobec braku współczesnych filozofów, z którymi całościowo można by myśl Lema identyfikować, zajmujący się nią Paweł Okołowski odnajduje występujące w niej wątki w poemacie Lukrecjusza53. Poglądy Lema wpisane w schemat dzielący filozofię pod względem zaufania do logiki oraz stosunku do tradycyjnej metafizyki plasują się w obrębie racjonalistycznego naturalizmu. Ten obszar filozofii autor Summa Technologiae dzieli ze scjentystami oraz niektórymi marksistami. Filozofii Lema nie da się jednak wpisać w żaden z tych nurtów. Lem zgadza się z marksistowską tezą materializmu dziejowego, mówiącą o tym, iż historia rozwija się niezależnie od ludzkich chęci. Formułuje tę myśl pod postacią twierdzenia, że „technologia jest zmienną niezależną cywilizacji”. Nie przyjmuje jednak drugiego filaru filozofii marksistowskiej – materializmu dialektycznego. Krytykuje dialektykę za to, że nie da się jej sformalizować i wyraża pogląd, iż metody statystyczne lepiej sprawdziłyby się na jej miejscu54. Więcej niż z marksizmem, łączy Lema z tradycją scjentystyczną. Najważniejszą kwestią zbliżającą jego filozofię do neopozytywizmu oraz filozofii szkoły lwowsko-warszawskiej była fascynacja naukami ścisłymi. Lem skupiał uwagę na wpływie tych nauk na wszelkie dziedziny ludzkiego życia, nie wyłączając filozofii. Rozważał również konsekwencje ich dalszego rozwoju oraz dylematy, które mogą się z nich narodzić na niwie tradycyjnie zasiedlanej przez metafizykę i aksjologię. To zainteresowanie presją nauki na tradycyjne kwestie filozoficzne skłoniło Leszka Kołakowskiego do przyporządkowania Lema do scjentyzmu. Pomimo związków z tym nurtem Lem nie jest jednak scjentystą. Jego filozofia zawiera elementy zasadniczo odróżniające ją od tego nurtu, takie jak: odrzucenie kultu nauki, której ciągły rozwój traktuje Lem jako tragiczną konieczność; zaangażowanie w problematykę antropologiczną oraz poważne potraktowanie problemu zła.



5.1.Ontologia

W kwestii tworzywa świata Lem zajmował stanowisko monizmu naturalistycznego. Na owo naturalistyczne ujęcie Kosmosu pozwala mu wykorzystanie schematów z zakresu teorii informacji oraz biologii ewolucyjnej. Starał się ukazać jedność świata kultury, technologii i przyrody, wykazując, iż wszystkie one stanowią naturę podporządkowaną procesom ewolucyjnym. Lem opisuje człowieka w kategoriach gatunkowych, kulturę traktując jako efekt procesu masowo statystycznego. Natomiast społeczeństwo, które stara się przedstawiać przy pomocy narzędzi cybernetycznych, jest dla niego homeostatem wyposażonym w sprzężenia zwrotne.
Lem stanowczo odrzuca wiarę w istnienie świata transcendentnego. Swoją postawę odnośnie religii czasem określa jako agnostycyzm a czasem jako ateizm. W wywiadzie Rozmowy ze Stanisławem Lemem mówi: „Nie jestem zdolny do wiary religijnej”55. Z drugiej strony twierdził jednak,  że wiara religijna jest ludziom potrzebna, tak jak potrzebna jest wszelkim rozumom skończonym, aby mogły rekompensować i zaakceptować swą niedoskonałość. W Summa technologiae wyraził pogląd, iż jeżeli powstaną w przyszłości sztuczne rozumy, to wytworzą one własne wiary metafizyczne, które będą miały charakter wyrównawczy względem ograniczeń owych rozumów. Tak więc wiara umożliwia „optymalne osiągnięcie wewnętrznej równowagi, czyli, w języku potocznym, zgodę na istniejący stan rzeczy”56.
Stanowiskiem Lema w odniesieniu do zagadnienia mechanizmu świata jest kazualizm. Olbrzymie znaczenie ma w jego wywodach kategoria przypadku. Jest ona nie tylko tytułowym zagadnieniem Filozofii przypadku – ukazującej działanie losowości tam gdzie nauczyliśmy się rozpoznawać odgórnie założony porządek57 – ale również stale powracającym motywem w jego beletrystyce. W utworach Śledztwo i Katar sytuujących się na pograniczu prozy fantastyczno naukowej i kryminalnej Lem ukazuje świat rządzący się mechanizmami na tyle złożonymi i skomplikowanymi, że w ich badaniu nieskuteczna staje się dedukcja. Jedynym sposobem na skuteczne rozwiązywanie  problemów, na które natrafiamy w tej matni, jest statystyka. Wspomniane powieści stanowią ilustrację teorii wyłożonej w eseju Filozofia przypadku, wedle której wszelkie zachodzące w świecie przemiany są w istocie spiętrzeniem zdarzeń losowych. W Rozmowach… Lem mówi: „zawsze miałem maniakalny stosunek do tego co potrafi zdziałać przypadek, koincydencja, ślepy traf czy Los”58.



5.2.Epistemologia

Ze scjentyzmem łączyło Lema wiele wspólnych poglądów. Na gruncie epistemologii były to głównie racjonalizm oraz fascynacja naukami ścisłymi. W młodości Lem wyrażał optymizm oraz wielką ufność w możliwości nauki. Później odżegnuje się jednak od tej postawy, na rzecz pesymistycznej wizji, wedle której jesteśmy na naukę skazani.

Lem był racjonalistą sprzeciwiającym się irracjonalizmowi. Racjonalizm Lema wyrażał się w poszanowaniu dla logiki. Autor Summa technologiae dbał w twórczości dyskursywnej o jasność wyrażeń oraz staranność definicji. Istotną rolę w jego rozumowaniu stanowiły zawsze konsekwencje logiczne. Fascynacja naukami ścisłymi przejawiała się w jego tekstach pod postacią przejrzystych rozumowań ujednoznacznionych dzięki rzetelnemu zastosowaniu nomenklatury tych nauk. Tekst pierwszej książki dyskursywnej Lema – Dialogów – przesycony jest językiem cybernetyki, którego autor nauczył się na konwersatorium naukoznawczym. Pozwala mu to na snucie rozważań filozoficznych: metafizycznych, antropologicznych, a nawet eschatologicznych; przy zachowaniu rygorów logicznego myślenia.
W odniesieniu do zagadnienia źródła poznania Lem był empirystą. Wysoko cenił wiedzę zdobywaną przez nauki empiryczne. Korzystał również z metodologii oraz osiągnięć tych nauk  w zastosowaniu do kwestii filozoficznych – nieprzypadkowo podtytuł Filozofii przypadku brzmi Literatura  w świecie empirii. W tej książce autor przeciwstawia fenomenologicznej teorii dzieła literackiego teorię empiryczną, polegającą na uwzględnieniu subiektywizmów. Empiryzm Lema nie jest wiarą w niewątpliwy charakter prawd ustalonych przez naukę. Rozwój nauki przebiega według niego, zgodnie z popperowskim falsyfikacjonizmem, na aproksymacyjnym zbliżaniu się do prawdy. Wczesne teksty Lema łączy ze scjentystycznym pozytywizmem kult nauk. W wywiadzie Stanisława Beresia Lem mówi, że „Dialogi charakteryzują się przerostem nadziei i wiary   w cybernetykę”59. W późniejszych dziełach obserwujemy, iż stopniowo traci on ufność w nieograniczone możliwości nauki. Krytycznie wyraża się między innymi o możliwościach naukowej futurologii60. W Summa Technologiae nie przedstawia rozwoju technologii jako tryumfu człowieka. Ludzkość jest na ten proces skazana, jak pisze Lem: „jedynym sposobem na technologię jest inna technologia”61.
W zakresie teorii poznania Lem był również zwolennikiem głoszonych przez Ludwika Flecka62 idei dotyczących wielości prawd w świecie ludzi oraz istotnego znaczenia ścierania się kolektywów myślowych. Lem w swoich książkach beletrystycznych, takich jak Głos Pana, Solaris, czy Wizja lokalna, ukazuje wiedzę ludzką jako uwikłaną w społeczne konteksty, co świadczy  o tym, że bliskie mu były też koncepcje Thomasa Kuhna. Postawa Lema zaprezentowana w tych książkach, polegająca na pracy z wieloma alternatywnymi teoriami, pozwala zastosować w stosunku do niego ukute przez Paula Feyerabenda określenie „dobry empirysta”. Lem podobnie jak Ludwik Fleck, Thomas Kuhn oraz Paul Feyerabend podkreślał przy rozważaniu naukowego postępu znaczenie czynników społecznych, politycznych, religijnych, ekonomicznych oraz wszelkich innych zewnętrznych uwarunkowań. To, w jakim kierunku podąża nauka zależne jest od tego skąd finansowane są badania, ile fundatorzy są w stanie wyłożyć pieniędzy, czego oczekują w zamian, jakie badania są aprobowane   i doceniane w środowisku uczonych oraz jakie panują w nich „mody”. Rozważania te doprowadziły Kuhna i Feyerabenda do relatywizmu epistemologicznego. Jednakże Lem podobnie jak Fleck godził je  z absolutyzmem poznawczym i zachowaniem klasycznej definicją prawdy.



5.3.Aksjologia

Lem jako konsekwentny naturalista uważa, że moralność zasadza się na mechanizmach powstałych na drodze ewolucji. Szlachetne odruchy są zaprogramowane genetycznie, ponieważ altruizm zwiększa szanse gatunku na przeżycie. Systemy etyczne są natomiast późnym rezultatem trwających przez setki milionów lat mechanizmów selekcji63.
W wywiadzie przeprowadzonym przez Beresia Lem powiedział, że nie rozmyślał zbyt wiele nad sprawami etyki, przyjmując jedynie minimalistyczny kodeks postępowania, którego stara się przestrzegać64. Lem, pomimo iż był niewierzący, trwał przy aksjologii chrześcijańskiej. W tym samym wywiadzie powiedział, że najpiękniejsze w religii chrześcijańskiej są „proste prawdy moralne każące miłować bliźnich,   a nawet nieprzyjaciół”65. Jednak rozwój technologii tworzy nowe okoliczności, których nie możemy oceniać w oparciu o niezmienne „pole aksjologicznych rozwiązań” proponowane przez chrześcijaństwo. Chrystianocentryczna aksjologia Lema domaga się rozszerzenia tego pola, czyli nowych norm dla nieprzewidzianych wcześniej okoliczności.



5.4.Antropologia filozoficzna

Od scjentyzmu odróżnia Lema zaangażowanie w problematykę antropologii filozoficznej. Wielokrotnie wyraża swoje zapatrywania na kwestię natury ludzkiej. W Dialogach stosuje do rozważań antropologicznych ścisły język cybernetyki, co czyni jego rozważania przejrzystymi logicznie. Przykładem na to jest przedstawiona tam antynomia związana ze „zmartwychwstaniem z atomów”.
W swojej autobiografii Lem napisał, że zdecydował się na uprawianie fantastyki naukowej ponieważ zajmował się ludźmi jako gatunkiem66. Ta stylistyka pozwoliła mu na odrzucenie antropocentryzmu i spojrzenie na naturę ludzką z boku. Człowiek przez niego opisywany nie jest istotą doskonałą, ani z natury dobrą. W groteskowych utworach Lema spotykamy się  z określeniami, które istoty pozaziemskie ukuły na gatunek, który sam nazywa siebie Homo sapiens. W Podróży ósmej Iona Tichego dowiadujemy się, iż zgodnie z przyjętą w naszej galaktyce systematyką ludzkość należy do gatunku o nazwie „Monstroteratum Furiosum” czyli „Ohydek Szalej” i jest typowym reprezentantem „Trupobawów”. W Bajkach robotów występuje natomiast wyjątkowo jadowita, przebiegła i budząca obrzydzenie istota zwana „Homosem Antroposem” lub pospolicie „Bladawcem”. Podejście ewolucjonistyczne zaprezentowane w Golemie XIV skłania Lema do twierdzenia, iż gatunki biologiczne, w tym również człowiek rozumny, powstały z błądzenia błędu i dalekie są od doskonałości67. Narrator tego utworu – tytułowy Golem, będący sztucznym rozumem – wyraża przekonanie sprzeciwiające się rozpowszechnionemu wśród ludzi mniemaniu o wyższości gatunku Homo sapiens. W utworze tym czytamy, iż „W ewolucji działa ujemny gradient ustrojowej perfekcji”68. Rozum w tej perspektywie nie jest doskonałym rezultatem celowych procesów, lecz jedynie narządem rekompensującym niedostatki konstrukcyjne. Powyższe przykłady świadczą o głębokiej mizantropi Lema.
W odróżnieniu od scjentyzmu i marksizmu a zgodnie z tradycyjna metafizyką Lem opowiada się za natywizmem antropologicznym. Postuluje istnienie zarówno wrodzonych człowiekowi dyspozycji gatunkowych jak   i wrodzonych indywidualnych cech osobowości. Mówi więc Lem w rozmowie z Beresiem „Człowiek „w środku” w istocie się nie zmienia”,  w innym miejscu tego wywiadu wygłasza pogląd, że „jeśli w kanale dziedzicznym nie było na przykład uzdolnień matematycznych, to nie da się ich zastąpić żadnym wykształceniem”69. Potencje do zachowań są wrodzone, jednak aby mogły się zrealizować, potrzebne są odpowiednie warunki oraz „zbiorowy rezonans”70 – określane łącznie jako wychowanie.
Następnym wyróżnikiem antropologii filozoficznej Lema jest jego manicheizm. Pisarz wielokrotnie daje wyraz swojemu przekonaniu  o tkwiącej w naturze ludzkiej skłonności do bezinteresownego czynienia zła. W wywiadzie przeprowadzonym przez Beresia mówi, że  „… bezinteresowność działań niszczycielskich zdaje się (…) być integralną własnością natury ludzkiej”71. Tak rozumiane zło nie jest zdaniem Lema tożsame z agresją, a zbyt łatwe hipotezy ewolucyjnego pochodzenia tej skłonności wywołują u pisarza „umysłowy niedosyt”72. Powstała ona na drodze ewolucyjnej, jako że tkwi w genach, jednakże jest w przyrodzie czymś całkowicie nowym.
Kolejnym antropologicznym stanowiskiem w filozofii Lema jest jego paulinizm, czyli wzięte od św. Pawła przekonanie, że człowiek może stawiać opór złu tylko we wspólnocie. Myśl ta przejawia się w twórczości Lema pod postacią twierdzenia, że człowiek przezwycięża trudności świata wraz  z innymi. Lem nazywa tę naszą cechę „składową prometejską natury ludzkiej”. W Summa Technologiae pisze, że „sensem życia obdarza jednostkę społeczeństwo”73.



5.5.Podsumowanie

Koncepcje filozoficzne Lema dają się wpisać w tradycyjną filozoficzną problematykę. W sposób merytoryczny dyskutuje on z wielkimi filozofami. Lem miał również własne oryginalne koncepcje, które wykładał w klarowny sposób. Filozofii nie traktował jako dziedziny czysto spekulatywnej. Testował ją w swej beletrystyce stanowiącej niejako poligon doświadczalny dla filozofii. Filozofowanie nie było jego profesją, lecz pasją. Przez pryzmat swych filozoficznych zapatrywań oglądał zarówno świat jak i własne życie. Biorąc serio głoszone przez siebie tezy kazualizmu i natywizmu antropologicznego pisze w swej autobiografii o dwóch siłach, które nim kierują. Pierwszą jest rządzący światem przypadek a drugą porządek, czyli genetycznie wrodzona część osobowości74.



6.Między dwiema „umysłowymi galaktykami”

Leszek Kołakowski i Stanisław Lem są wybitnymi postaciami, wielkimi myślicielami, filozofami. Ich twórczość niejednokrotnie dotyczy podobnych zagadnień. W ich myśleniu stale obecna jest głęboka refleksja nad kulturą, nauką czy religią. Jednak zagadnienia te ujmują często w odmienny sposób, dają różne odpowiedzi na podobne pytania, inne aspekty podobnych kwestii wydają im się interesujące. W liście do Lema Kołakowski zauważa, iż „galaktyki ich myślenia są nader odległe”75. Przy opisie rozważanych zjawisk uciekają się do odmiennych sposobów wyrazu a nawet słownictwa. Lecz zarówno Lem, będąc autorem science fiction, który oprócz pisania powieści  i apokryfów uprawia eseistykę z pogranicza popularyzacji nauki a w swych wywodach obficie czerpie z terminologii naukowo-technicznej, jak   i Kołakowski, pisząc rozprawy filozoficzne o historii odstępstw religijnych, historycznej realizacji filozofii marksistowskiej oraz książki o pozytywizmie, metafizyce czy świadomości mitycznej, koncentrują swe rozważania wokół spraw dotyczących człowieka i jego miejsca we wszechświecie. Kiedy między odległymi galaktykami ich myślenia nawiązany zostaje kontakt, poruszane są zagadnienia filozoficznie interesujące. Różne punkty widzenia  i oceny wagi problemów którymi zajmują się obaj myśliciele, każą podjąć refleksję nad tym, co i dlaczego w filozofii, w myśleniu, jest ważne, jakie pytania są istotne a jakie nie warte uwagi. Kwestią, która stale towarzyszy ich sporom są wzajemne powiązania między dwoma porządkami myślenia: myślenia wartościującego opartego na micie, jak je rozumie Kołakowski, oraz rozważań naukowo-technicznych należących do porządku refleksji instrumentalnej.

Pomimo, iż obaj filozofowie darzyli się szacunkiem, wymieniali uprzejmości oraz doceniali nawzajem swą twórczość, to polemika, która się miedzy nimi wywiązała, była zacięta. Rozpoczęła się od napisanej przez Kołakowskiego i wydrukowanej na łamach „Twórczości” recenzji Summa technologiae Lema, pod tytułem Informacja i utopia. Kołakowski skupia się głównie na trzech punktach, które go, jak pisze, zniecierpliwiły. Są to mianowicie: łączenie rzetelnej informacji dotyczącej obecnego stanu nauki   i techniki z nierealnymi opisami przyszłych technologii, przekonanie Lema   o nieistnieniu problemów nierozwiązywalnych technologicznie oraz to, iż ulega on złudnej nadziei co do nieograniczonych możliwości zastosowania cybernetyki i wyolbrzymia jej wpływ na kulturę.

Trzy punkty, na których skupił się w swej recenzji Kołakowski wyznaczają trzy wyraźnie zarysowane w polemice zagadnienia, których rozważenie pozwala naświetlić kwestie niebagatelne dla rozumienia myśli obu polemistów. Pierwsze dotyczy statusu rozważań na temat przyszłych technologii – tego, czy są to rozważania istotne, czy dotyczą realnych kwestii, czy może są to fantastyczne bajania niegodne filozoficznego namysłu. Drugie zagadnienie wiąże się z odpowiedzią na pytanie o to, czy niesprawdzalne spekulacje metafizyczne są człowiekowi potrzebne. Trzecie dotyczy możliwości wpływu nauki i techniki na problematykę filozoficzną. Rozwiązania tych problemów proponowane przez obu filozofów mówią nam coś o ich fundamentalnych przeświadczeniach filozoficznych.



6.1.Status problematyki „Summa Technologiae”

6.1.1.Czemu rozważanie przyszłych technologii może być szkodliwe?

Punktem głównym krytyki Kołakowskiego jest wedle niego samego to, że „rozprawa Lema w nieodróżnialnym stopie łączy ogromną ilość rzeczowych informacji z pomysłami fantastycznymi dotyczącymi przyszłości technologicznej świata”. Przez co czytelnik „może mieć problemy  z odróżnieniem bajki od informacji”76. Kołakowski podkreśla przy tym, że nie uważa fantazjowania czy gatunku pisarskiego science fiction za bezwartościowe i zbędne.  Przyznaje nawet, że gatunek ów spełnia istotne zadanie uświadamiania ludziom relatywności  pozornie stałych cech świata w którym przyszło im żyć. Chodzi mu jedynie o to, iż Lem zwodniczo ujął fantastyczne treści jakby leżały na wyciągnięcie ręki, jak gdyby ich realizacja była faktycznie już możliwa do wywnioskowania z obecnego stanu techniki. A stan tej ostatniej Kołakowski ocenia bardzo nisko, drwiąc z tego, iż „prawdziwe marzenia technologiczne każą nam roić sobie, że ludzkość wynajdzie takie telefony, z których bez trudu będzie można dzwonić z Warszawy do Pruszkowa, że zbuduje windy działające tygodniami bez zakłóceń, a także klej nadający się do klejenia i żyletki nadające się do golenia”77 (tak w latach sześćdziesiątych Kołakowski ironicznie wyobraża sobie utopię technologiczną). Recenzent Summa Technologiae z wielkim sceptycyzmem odnosi się do wszelkiej futurologii, szydząc z jej bezproduktywnych wysiłków. Poproszony o napisanie artykułu do Przeglądu Kulturalnego o tym, co będzie za dziesięć lat, w odpowiedzi napisał drwiący z przewidywania przyszłości tekst, w którym zrównuje działalność futurologiczną z wróżbiarstwem.78
Lem dostrzega we współczesnej mu nauce i technice zalążki problemów, do których może doprowadzić powstanie oraz rozwój technologii jeszcze nieistniejących lub nieistniejących w pełnym wymiarze. Ukazuje realność tych technologii, ich spójność logiczną oraz wywodliwość z korpusu wiedzy naukowej. Kołakowski uważa pomysły Lema za fantastyczne, bo nierealizowalne w czasie, który mógłby nas dotyczyć. Natomiast przechodzenie od rzetelnego opisu współczesnego stanu nauk do fantastyki uważa za zwodnicze i karygodne. Lem nie łudzi się, że czynione przez niego przewidywania z pewnością się sprawdzą. Na początku swego eseju zaznacza nawet, że nie jest istotne prawdopodobieństwo realizacji jego opisów, a jedynie to, iż są możliwe do wywiedzenia ze znanych dziś przesłanek79.
Problemy rozpatrywane przez Lema znajdują się na przedłużeniu kwestii, z którymi ma do czynienia nauka i technika z połowy XX w. Opisywanie przyszłych technologii jest dla niego interesujące, nawet jeżeli nie miałyby one szans pojawić się przez wiele nadchodzących pokoleń. Ważne jest jednak to, iż szansa na ich powstanie tkwi we współczesnej wiedzy, oraz że ukazują dylematy, na które może natknąć się ludzkość. Każda nowa technologia niesie ze sobą bagaż nowych trudności, a jedynym sposobem, w jaki możemy zaradzić tym trudnościom, jest stworzenie kolejnych technologii. Technologie są to zgodnie z definicją Lema: „warunkowane stanem wiedzy i sprawności społecznej sposoby realizowania celów przez zbiorowość upatrzonych”80.  Zjawiskiem typowym jest w wyniku ich stosowania otrzymywanie produktów ubocznych oraz zmiana pierwotnie obranych celów, które okazują się nierealne. Wielokrotnie powtarza, iż jedynym sposobem na technologię jest inna technologia. Aby pokonać problemy powstałe w wyniku zastosowania technologii, musimy użyć następnych, a każda rodzi dalsze potrzeby, co prowadzi do nieskończonej spirali niepełnego zaspokojenia.


6.1.2.Realność problematyki Summa Technologiae  

Artykuł Lema Trzydzieści lat później, opublikowany na łamach „Wiedzy i Życia” w 1991 r. dotyczy rozwijającej się technologii virtual reality, która jest realizacją postulowanej przezeń w Summa Technologiae fantomatyki. Jest on zarazem odpowiedzią na przedstawioną w Informacji   i utopi krytykę Kołakowskiego. Mianowicie odpowiedzią na zarzut próżnego fantazjowania i nierealizowalności opisywanych w Summa Technologiae technologii, przedstawionych tak, aby czytelnika wprowadzić w błędne mniemanie, jakoby były realizowalne. Fantomatyka w postaci stwarzającej problemy opisane przez Lema miałaby przedstawiać fikcję w sposób nieodróżnialny od rzeczywistości. Sprzęt i oprogramowanie do virtual reality nie realizowały w 1991 r. w pełni tych postulatów, ani nie realizują ich dziś. Jednakże Lem wskazuje w swym artykule na fakty pozwalające sądzić, iż pomieszanie takie jest możliwe i będzie wraz z rozwojem tej technologii coraz łatwiejsze. Punkt główny krytyki Kołakowskiego, co było wcześniej wzmiankowane, dotyczył tego, iż Lem w nieodróżnialnym stopie połączył realne osiągnięcia nauki z kwestiami czysto fantastycznymi, z których jedną miała być właśnie fantomatyka. Lem wyraża oburzenie tym, iż Kołakowski nie odwołał swojego stanowiska mimo powszechnie znanych faktów potwierdzających trafność przewidywań z Summa Technologiae, a także nowym wydaniem niezmienionego tekstu Informacja i utopia w zbiorze Pochwała niekonsekwencji.
W swym artykule do „Wiedzy i Życia” Lem wspomina, iż w 1964 r., gdy Summa Technologiae została wydana po raz pierwszy, futurologia nie była jeszcze popularna i pisząc tę książkę sam nie wiedział do końca, czym się zajmuje81. W rozdziale otwierającym Summa…, gdzie wyjaśnia tematykę  i zakres swej pracy, nie wspomina, by starał się w niej jak najtrafniej przewidzieć przyszłość. Pisze natomiast skromnie, że: „Mowa będzie o rozmaitych aspektach cywilizacji dających się pomyśleć, wywiedlnych z przesłanek znanych już dziś, jakkolwiek nikłe jest prawdopodobieństwo ich ziszczenia”82. W wywiadzie przeprowadzonym przez Stanisława Beresia Lem mówi, że jego pisarstwo nie rości sobie pretensji do statusu prognozy, są to raczej „modele myślowe, które pokazują jak fałszywe może być myślenie pozornie tylko wparte w ostateczne granice”83. Wziął jednak do siebie zarzut Kołakowskiego i w artykule Trzydzieści lat później dowodził realności swych opisów, bo skoro fantomatyka realizuje się jako virtual reality, to technologie postulowane w Summa Technologiae są realizowalne.

Kołakowski odpowiada na artykuł Lema w liście do redakcji „Wiedzy i Życia” zatytułowanym Lemowi. Traktuje ów artykuł, dotyczący realizacji opisanej w Summa Technologiae fantomatyki w postaci virtual reality, jako przejaw megalomani autora. Świadczyć o tym ma poczyniona przez Lema na wstępie krytyka wszelkiej futurologii, gdzie wyjątkami od powszechnej omylności miały by być jedynie prognozy Klubu Rzymskiego oraz jego własne. Według Kołakowskiego, realizacja fantomatyki w postaci virtual reality nie podważa jego stanowiska z Informacji i utopii, zważywszy, że technologia ta nie pozwala jeszcze na pełną nieodróżnialność rzeczywistości wirtualnej od realnej, który to postulat uznał on w swej recenzji za fantastyczny. Zaznacza przy tym, iż nigdy nie mówił o niemożliwości postępu w iluzjonistyce. Zrealizowana w pełni fantomatyka, czyli virtual reality, za pomocą której można będzie odbyć seans erotyczny z młodą Gretą Garbo i nie zauważyć przy tym, że „coś tu jest nie tak”, ma według recenzji Kołakowskiego, podobnie jak inne opisywane przez Lema w Summa Technologiae przyszłe technologie, odmienny status bytowy od technologii współczesnej. W ich realizowalność można wątpić. Można również kpić z ludzi uznających je za realne, niczym dzieci nieodróżniające bajek od rzeczywistości. W Lemowi Kołakowski zauważa jednakże, iż na seans erotyczny bez frustrującego poczucia nieautentyczności „trzeba będzie poczekać”. Czy jest to drwina mająca akcentować niemożliwość pełnej realizacji fantomatyki, czy uznanie jej za realizowalną i oczekującą na nas ale nieinteresującą bo nie dotyczącą najbliższej przyszłości? Czy status bytowy virtual reality już istniejącej od statusu bytowego tej technologii z poczuciem autentyczności nadal uznaje on za diametralnie odmienny? Gdzie dokopał się do tej pory chłopczyk, do którego przyrównał Lema Kołakowski? Jest jeszcze w piaskownicy, czy dotarł już dalej niż spodziewać się mogli dorośli?
Lem wykazuje że istnieje możliwość pomylenia rzeczywistości wirtualnej z realną. Jako przykład daje przedsiębiorstwo „W-Industries”, gdzie istnieje zasada zakazująca pracownikom prowadzenia samochodów przez pół godziny od uczestnictwa w symulacji jazdy. Jest to wystarczający argument za realnością problemów wynikających z możliwej w przyszłości całkowitej nieodróżnialności rzeczywistości od fantomatycznej fikcji. Istnienie technologii mogącej do tego doprowadzić wydaje się Lemowi wystarczającym potwierdzeniem tego, o czym pisał w Summa Technologiae. Istnienie virtual reality powinno jego zdaniem przekonać Kołakowskiego  o tym samym statusie bytowym obecnej technologii z fantomatyką zrealizowaną w pełni, czyli nieodróżnialną od realności. Lem uznawał fantomatykę za możliwą do urzeczywistnienia na gruncie znanych sobie informacji naukowych już w latach sześćdziesiątych XX wieku. Śledząc stan technologii virtual reality na początku lat dziewięćdziesiątych gdy zrealizowanych zostało tak wiele z jego domniemań czynionych trzydzieści lat wcześniej, uznaje problemy związane z jej dalszym rozwojem za niemalże namacalne i dlatego nie rozumie, jak Kołakowski mógłby nadal nie dostrzegać ich realności. W eseju Fantomatyka opublikowanym w 1996 roku w książce Tajemnica chińskiego pokoju Lem przyznaje, że w artykule do „Wiedzy i życia” z roku 1991 popełnił grzech tryumfalizmu, jako że technologia virtual reality znajduje się w stanie embrionalnym84. Jednakże nawet jeśli do zrealizowania fantomatyki w tej postaci, w jakiej pisał ją Lem w Summa technologiae jest jeszcze daleko, to sam fakt powstania technologii virtual reality jest argumentem za tym, że zagadnienia rozważane w Summa technologiae nie są fantastycznymi bajaniami.
Tadeusz Czeżowski w swojej książce O metafizyce, jej kierunkach i zagadnieniach pisze: „Byty dzielimy na rzeczywiste (entia realia) i pomyślane (entia rationis), rzeczywiste zaś na aktualnie istniejące   i możliwe”85. Kołakowski w swojej recenzji z Summa… twierdzi, że Lem miesza opisy technologii o różnym statusie bytowym. Opisy technologii rzeczywistych (i zarazem aktualnych) z tylko pomyślanymi – opisy technologii przyszłych nazywa fantastycznymi bajaniami, bo odnoszą się one do bytów tylko pomyślanych. Lem jednakże uważa, że rozważania  o przyszłych technologiach odnoszą się do bytów rzeczywistych, ale nie aktualnych, tylko potencjalnych. Aby udowodnić, że tak było, musiał czekać na to, aby powstała któraś z technologii, o których pisał w Summa….



6.2.Lem jako wybitny ideolog scjentystycznej technokracji

Lem, przedstawiając możliwy rozwój technologii, nie jest według Kołakowskiego „euforycznym wielbicielem wszystkiego co postęp techniczny niesie”. Ma trzeźwy pogląd na wiążące się z tym postępem trudności, ponieważ jego książka roi się od niebezpieczeństw i konfliktów, które muszą się wraz z nim narodzić. Mimo to zasługuje na określenie „Wybitny ideolog scjentystycznej technokracji”86 ze względu na żywione przezeń przeświadczenie, iż wszelkie realne problemy zasadniczo możliwe są do rozwiązania przy użyciu środków technicznych, co prowadzi go do rugowania pytań metafizycznych zarówno z nauki jak i z życia, oraz uznania metafizycznej spekulacji za nieużyteczną zarówno do wyjaśniania świata jak i do rozwiązania problemów trapiących ludzkość. Kołakowski wspomina   o dwóch spostrzeżeniach Lema odnoszących się do niesprawdzalnych spekulacji niedoprowadzonych przez pisarza do syntetycznego ładu. Chodzi o ich społeczne szkody z jednej strony oraz o psychologiczne korzyści  z drugiej.


6.2.1.Szkodliwość i zbędność systemów metafizycznych

Kołakowskiemu nie podoba się, że Lem uznaje za realne wszystko co jest technicznie możliwe, że pisze o przyszłych technologiach nie zaznaczając, iż są to jedynie fantastyczne bajania. Z drugiej strony nie podoba mu się to, że Lem uznaje za nierealne kwestie metafizyczne. Nierealność ta, jako empiryczna niesprawdzalność, prowadzi do tego, iż doktryny metafizyczne okazują się społecznie szkodliwe. Lem dostrzega jednak psychologiczne korzyści stosowania metafizyki. Wiary jako informacje fałszywe mogą jego zdaniem wypełniać w obrębie homeostatu liczne ważkie funkcje. Pozwalają osiągnąć mistyczny stan „nadświadomości”, który może mieć dla przeżywającego cenną treść emocjonalną, choć jego informacyjny rezultat równa się zeru. Warte odnotowania są również cielesne konsekwencje wiary. Fałszywa informacja może okazać się nawet bardziej skuteczna w działaniu od prawdziwej. Lem na przykładzie zamawiania brodawek pokazuje, że organizm osoby wprowadzonej w błąd jest w stanie sam doprowadzić do własnego ozdrowienia, co jest niemożliwe gdy osoba ta posiada wiedzę o pozorności przeprowadzanego zabiegu. Technologia, pod postacią farmakologii, może jednak przejąć obydwie wymienione funkcje wiary87.
Wiara metafizyczna, czyli niepodlegająca korekcji empirycznej, może jako religia stanowić regulator stosunków międzyludzkich. Jednakże religie nie mogą nic uczynić dla ludzkości, ponieważ nie są wiedzą empiryczną  i traktują społeczeństwo jako zbiór jednostek, a wyznawanie nawet najpiękniejszej etyki z najbardziej harmonijnej religii nie prowadzi do równowagi w skali społeczeństw. Religie zmniejszają ból istnienia jednostek ale powiększają mimochodem sumę nieszczęścia trapiącą ogół88. Wiary metafizyczne są złymi regulatorami ludzkich społeczności, ponieważ nie są wiedzą opartą na empirii traktującą społeczeństwo jako system fizyczny. Lecz jak dowiadujemy się z Summa…, najwyższym regulatorem ludzkiej społeczności nie może być również czarna skrzynka mająca największą wiedzę na temat wejść i wyjść. Jest ona uosobieniem najlepszej wiedzy empirycznej traktującej przedmiot swych działań jedynie jak układ fizyczny. Skrzynka taka działa ze względu na określony zestaw aksjomatów i nie może przewidzieć działań przez ludzi niepożądanych, takich jak wyrastający każdemu szóstemu dziecku ogonek bądź ogólne zidiocenie89. Rozwiązanie sugerowane przez Lema jest inne. Regulacja społeczeństwa powinna być kontrolowana przez socjologów-cybernetyków, tworzących przybliżone modele socjostazy. Nie należy jednak łudzić się, iż wytworzą kiedyś „ultymatywną teorię społeczeństwa”. Czarne skrzynki nie powinny rządzić a jedynie służyć jako doświadczalny poligon badawczy90.
Aksjomaty, ze względu na które działa czarna skrzynka, oraz obiekcje, które powstrzymują ludzi przed oddaniem w jej ręce pełni władzy, Kołakowski nazywa wartościami nie-warunkowymi. Odporne są one na wszelkie korektury empiryczne, mają fundamentalnie metafizyczny charakter i jako takie dzielą z mistycznymi spekulacjami szkodliwość społeczną91.







6.2.2.Korzyści z metafizyki.

Informacja niesprawdzalna nie musi zdaniem Lema przynosić szkód. Może mieć ona wartość adaptacyjną. Wiara może być źródłem informacji uniwersalnej, kompensującej ułomności gnostyczno-egzystencjalne ograniczonych homeostatów jakimi są ludzie. Opisując przyszłą technologię maszyn myślących Lem wykazuje możliwość wygenerowania przez nie systemów metafizycznych, które przedłużałyby i uzupełniały ich „niedoskonałość doczesną” ujmując w perspektywie „doskonałości pozadoczesnej”. Umożliwiałoby to owym maszynom wyrażenie zgody na zastany stan rzeczy, a tym samym osiągnięcie wewnętrznej równowagi.92



6.3.Czy osiągnięcia nauki wpływają na filozofię?

6.3.1.Czemu nauka nie może wpływać na kwestie filozoficzne?

Kołakowski na koniec swej recenzji przytacza pytanie postawione przez Merleau Ponty’ego o to, co zostało z filozofii po wynikach współczesnej nauki i odpowiada za nim, że wszystko to, co było przedtem. Uznaje, że nauka nie może mieć wpływu na rozważania filozoficzne ponieważ dotyczą one dwóch różnych porządków ludzkiego myślenia. Badania naukowe należą do porządku wyjaśniania, a filozoficzna refleksja do porządku rozumienia. Próby unieważnienia tego rozróżnienia przez ograniczenie pola prawomocnej refleksji do tej pierwszej kategorii wynikają jego zdaniem ze złośliwości pozytywistów, czujących niechęć do interpretacji rozumiejących, mających za zadanie organizację empirii zgodnie ze schematami wartościującymi. Lem zdaniem Kołakowskiego jest filozofem mimo woli, ponieważ mimo deklaracji wiary we wszechmoc technologii, ukazuje dylematy wymagające decyzji odnoszących się do schematów wartościujących.



6.3.2.Jak nauka wpływa na kwestie filozoficzne

Lem nie zgadza się na postawienie nieusuwalnej bariery między niwą badań naukowych i dziedziną filozofii. Uważa nawet, iż bariera ta została już przełamana. W artykule Trzydzieści lat później pisze, że „Inwazja techniki  w domenę doktryn filozoficznych stała się faktem”93. Wspomniany wcześniej przykład przedsiębiorstwa „W-industries” ukazuje możliwość pomylenia świata wirtualnego i realnego. Stanowi tym samym argument za niemożliwością orzeczenia z całkowitą pewnością o tym, w którym świecie aktualnie się znajdujemy. Jeżeli możemy pomylić świat realny  z fantomatycznym, to nie możemy być pewni tego, że jesteśmy w świecie realnym. Możemy jedynie starać się jego realność określić z przybliżeniem zależnym od „fantomatycznego potencjału” aparatury. Jak zauważyła Małgorzata Szpakowska w Dyskusjach ze Stanisławem Lemem, myśl ta podobna jest do wyrażonej przez Kołakowskiego w rozważaniach dotyczących epistemologicznego sensu etiologii wiedzy: „do zakwestionowania epistemologii wystarczy sama możliwość demona podczas gdy do przywrócenia jej waloru potrzebna jest nie sama możliwość ale efektywna wiedza o istnieniu bóstwa”94. Kołakowski powinien więc przystać na to, iż technologia virtual reality tworząc możliwość pomylenia rzeczywistości wirtualnej z realną wpływa na podstawy epistemologii.





6.3.3.Wpływ osiągnięć nauki na kryzys literatury

W Summa technologiae  Lem stawia diagnozę wedle której osiągnięcia nauki, a ściślej cybernetyki, mają decydujący wpływ na kryzys dotykający literaturę. Zadaniem literatury był według niego opis ludzkich zachowań, z którego to zadania cybernetyka wywiązuje się dużo sprawniej, stosując przy tym ścisłe i dokładne metody. Kołakowski krytykuje ten pogląd, pisząc, że gdyby Lem miał rację, to kryzys powinien rozpocząć się wraz z medycznymi opisami człowieka stosowanymi przez Hipokratesa. Jednocześnie uznaje tę koncepcje za przykład ukazujący to, że Lem ulega euforii cybernetycznych interpretacji, które nie są jednak tak niezawodne jakby ów sobie tego życzył. Kołakowski dyskutował z Lemem na temat wpływu techniki na literaturę w niemieckiej prasie. W wyniku tej dyskusji Lem postanowił w następnych wydaniach Summa Technologiae usunąć ostatni rozdział dotyczący tej tematyki. W Rozmowach… powiedział Beresiowi, że tego żałuje95.

7.Spostrzeżenia i wnioski

7.1.Polemika Lema i Kołakowskiego w świetle ich życia i twórczości

Twórczość Lema wynikała z fascynacji naukami ścisłymi. Wykorzystywał ich standardy racjonalności przy rozważaniach filozoficznych oraz ich nomenklaturę w pisarstwie beletrystycznym. Rozważał konsekwencje postępu naukowego w eseistyce i felietonach. Tworzył zarówno realistyczną literaturę science fiction jak i groteskowe bajki robotów. Wyrażał swą fascynację budując całościowy światopogląd:  z filozofią, bajkami oraz językiem wzorowanymi na nauce. Lem jest daleki od opiewania doskonałości nauki, jednakże nie można zaprzeczyć, że naukowy obraz świata zajmuje w jego twórczości istotne miejsce. Kołakowski po odrzuceniu ortodoksyjnego, „naukowego” marksizmu dystansował się wobec nauki i krytycznie oceniał jej możliwości. Jego zainteresowania poza historią filozofii dotyczyły kwestii religijnych, głównie chrześcijaństwa. Choć unikał udzielania odpowiedzi na to, czy wierzy w Boga sympatyzował   z chrześcijańską wizją świata.

Działalność Kołakowskiego związana z IKKN przemianowanym na INS, oraz praktyczne wykorzystywanie nabytych tam umiejętności polemicznych podczas ataku na szkołę lwowsko-warszawską, czy też przy pisaniu tekstów włączonych w „Szkice o filozofii katolickiej”, mogły odbić się na toczonym wiele lat później sporze ze Stanisławem Lemem. Kołakowski wpisywał swego interlokutora w obóz dogmatyzmu naukowego, którego kiedyś sam był żarliwym obrońcą, a potem atakował ze skrajnie przeciwnych pozycji. Schemat z ataku na szkołę lwowsko warszawską i filozofię katolicką pozostał, tylko atakujący zmienił strony. W polemice z Lemem Kołakowski reprezentuje stanowisko, które sam atakował w młodości: sceptycyzmu osłabiającego pewność naukowego obrazu świata, sprzymierzonego   z obroną poznania pozanaukowego.



7.2.Polemika Lema i Kołakowskiego jako konfrontacja dwóch światopoglądów filozoficznych

Kołakowski miał racje pisząc w liście do Lema: „galaktyki naszego myślenia są nader odległe”. Omawiana polemika jest konfrontacją dwóch światopoglądów filozoficznych. Stanowiska Lema i Kołakowskiego różniły się diametralnie względem najistotniejszych zagadnień filozoficznych. Stosując przywoływany wcześniej schemat dzielący filozofię pod względem stosunku do tradycyjnej metafizyki oraz zaufania do logiki trzeba umieścić ich po przekątnej. Oznacza to, iż odpowiedzi, których udzielają na pytania  o tworzywo i mechanizm świata oraz o metodę poznania nie pokrywają się w żadnym punkcie. W poprzednich rozdziałach ukazane zostały filozoficzne zapatrywania Kołakowskiego będącego irracjonalistycznym antynaturalistą, oraz obstającego przy racjonalistycznym naturalizmie Lema. W odniesieniu do zagadnienia tworzywa świata Kołakowski opowiada się za transcendentalizmem, czyli ontologicznym dualizmem, natomiast Lem konsekwentnie stoi na stanowisku naturalistycznego monizmu. Na ontologiczne pytanie dotyczące mechanizmu świata odpowiedzią Lema jest kazualizm.  Kołakowskiego satysfakcjonuje chrześcijańska wizja teleologicznie działającego Kosmosu. Jeżeli chodzi o metodę filozofowania, Lem czerpie inspiracje z nauk przyrodniczych, z ich zaufaniem do empirii oraz logiki. Kołakowski przeciwstawia naukę filozofii, której metodą powinno być nie logiczne wnioskowanie lecz rozbudzanie świadomości mitycznej.

Stosunek Lema do postępu naukowego przeszedł ewolucję. Lem we wczesnych tekstach beletrystycznych a także dyskursywnych Dialogach występuje w roli jego zwolennika. W Summa Technologiae zajmuje już przeciwne stanowisko. Jednak Kołakowski napisał w recenzji do tej książki, że, pomimo iż Lem był już euforycznym zwolennikiem postępu technicznego to euforii tej ulegał. Lem wśród ogólnie pesymistycznych wizji snutych  w Summa… wyraża tylko miejscami nadzieję na to, że przyszłe technologie rozwiążą pewne trapiące nas dziś problemy. Jednakże od lat siedemdziesiątych również takie pojedyncze wyrazy nadziei w jego książkach zanikają, co nie przeszkodziło Kołakowskiemu podtrzymać  w wydanym w 2008 roku wywiadzie z Mentzlem tej samej opinii.



7.3.Podobieństwa

Pomimo zasadniczych różnic odnośnie fundamentalnych kwestii filozoficznych, filozofie Lema i Kołakowskiego posiadały istotną część wspólną. Na gruncie odmiennych światopoglądów filozoficznych dochodzą oni do podobnych myśli w dziedzinie antropologii filozoficznej oraz aksjologii. Ma to duże znaczenie, ponieważ obydwaj autorzy podkreślają rolę, jaką gra w ich filozofii kwestia człowieka. Na niwie aksjologii Kołakowski i Lem wyznają wspólne stanowisko chrystianocentryczne. Bronią w swoich tekstach wartości głoszonych przez religię chrześcijańską. Lem domaga się jednak rozszerzenia obowiązujących norm do nowych, wcześniej nieznanych warunków. W dziedzinie antropologii filozoficznej łączy obu filozofów pesymistyczna wizja natury ludzkiej oraz manichejskie przekonanie o nieredukowalnym charakterze tkwiącego w niej zła. Kołakowski krytykuje Lema za scjentyzm, bo Lem ze scjentystami dzieli podstawowe założenia – naturalizm i racjonalizm. Jednakże Lem w kwestiach antropologicznych, najistotniejszych zdaniem Kołakowskiego, bliższy jest jemu niż scjentystom. Tego Kołakowski nie dostrzega i powtarza w wywiadzie z Mentzlem te same zarzuty, które czterdzieści cztery lata wcześniej przedstawił w Informacji i utopii.



7.4.Podsumowanie polemiki

Trzy zagadnienia poruszane przez Kołakowskiego i Lema w ich polemice są związane z ich podstawowymi przeświadczeniami filozoficznymi. Po pierwsze rozważają oni zagadnienie sensowności namysłu nad nieistniejącymi jeszcze technologiami. Metodologia nauk empirycznych służy Lemowi za wzór racjonalnego myślenia, dlatego snuje on rozważania na temat przyszłych technologii powstałych w wyniku rozwoju tych nauk  i uważa te rozważania za istotne. Kołakowski natomiast z nich drwi, bagatelizując ich znaczenie. Stosunek Kołakowskiego do tej kwestii związany jest z jego negatywnym nastawieniem względem scjentyzmu oraz „naukowego” marksizmu, które ukształtowało się w toku zaplątanego w historyczne dzieje rozwoju jego stanowiska. Lem w artykule do „Wiedzy  i życia” wykazuje na faktach, że rozważania na temat nie powstałych jeszcze technologii są sensowne. Powstanie virtual reality, będącej współcześnie embrionalnym stanem omawianej w Summa technologiae fantomatyki, dowodzi, że refleksja nad przyszłością technologii dotyczy realnego świata. Kołakowski jednak nie daje się przekonać i utrzymuje swój drwiący stosunek do Lema.
Następnym istotnym punktem obecnym w omawianej polemice jest odpowiedź na pytanie o to, czy niesprawdzalne spekulacje metafizyczne są człowiekowi potrzebne. Kołakowski widział w Lemie zagorzałego przeciwnika metafizyki. Uważa go za rugującego przeświadczenia metafizyczne z nauki i życia propagatora scjentyzmu, który „mimo woli albo wbrew woli pasował siebie na filozofa”96. Lem jednakże traktował kwestie metafizyczne z powagą, nie chciał ich tępić. Do podstawowych zagadnień metafizycznych nawiązywał czasem bardziej, czasem mniej świadomie, ale  z pewnością zdawał sobie sprawę, że kwestie, którymi się zajmował w swej eseistyce wpisują się w tradycyjną problematykę filozoficzną. Zależało mu na tym, aby zajęli się nimi profesjonalni filozofowie.

Odpowiedź na pytanie o to czy nauka może wpłynąć na zagadnienia filozoficzne, wynika u obu polemistów z ich podstawowych przeświadczeń filozoficznych. Kołakowski jako transcendentalista dzieli kulturę na dwa zakorzenione w odrębnych światach pnie, z których wyrastają te dziedziny. Stąd przeciwny jest zacieraniu między nimi różnic. Lem jako ontologiczny monista nie odczuwa takich obiekcji. Śledzenie rozwoju technologii pozwala mu natomiast wnioskować o możliwości jej wpływu na filozofię

Konkluzja z rozważań nad polemiką Kołakowskiego i Lema jest posępna. Stojąc na gruncie odmiennych założeń metafizycznych nie mogą dojść do porozumienia. Kołakowski nie przyjmuje do wiadomości argumentacji Lema, ani nie zwraca uwagi na jego postępujący krytycyzm w kwestii postępu technologicznego. Nieprzychylnego stosunku nie zmienia nawet to, że konsekwencje odnośnie postrzegania człowieka, które dla obu są najważniejsze, wyprowadzają podobne.









Bibliografia:

- Baczko Bronisław, O poglądach filozoficznych i społeczno-politycznych Tadeusza Kotarbińskiego, „Myśl Filozoficzna” 1, 1951  

- Bereś Stanisław i Lem Stanisław, Rozmowy ze Stanisławem Lemem, Kraków 1987

- Bikont Anna i Kołakowski Leszek, Mądrzy nie staną się mądrzejszymi, „20 najlepszych reportaży i wywiadów 2009 roku czyli Twarze Dużego Formatu”, 2009

- Czeżowski Tadeusz, O metafizyce jej kierunkach i zagadnieniach, Toruń 1948

- Dobieszewski Janusz, O pocieszeniu, jakie daje Horror metaphisicus Leszka Kołakowskiego, „Przegląd Filozoficzno-Literacki” 3-4, 2007

- Jarzębski Jerzy, Wszechświat Lema, Kraków 2002

- Kłoczowski Jan Andrzej OP, Leszka Kołakowskiego myślenie o religii, „Przegląd Filozoficzno-Literacki” 3-4, 2007

- Kołakowski Andrzej, Interpretacje i sytuacje mityczne, "Zdanie" 1,1980

- Kołakowski Leszek, Cywilizacja na ławie oskarżonych, Warszawa 1990

- Kołakowski Leszek, Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań, Kraków 2006

- Kołakowski Leszek, Filozofia nieinterwencji, „Myśl Filozoficzna” 2, 1953

- Kołakowski Leszek, Główne nurt marksizmu: Część III rozkład, Poznań 1976

- Kołakowski Leszek, Główne nurty marksizmu: Część III rozkład, Poznań 2001

- Kołakowski Leszek, Horror metaphisicus, Warszawa 1990

- Kołakowski Leszek, Jednostka i nieskończoność: Wolność i antynomie wolności w filozofii Spinozy, Warszawa 1958

- Kołakowski Leszek, Jeśli Boga nie ma...: O Bogu, Diable, Grzechu i innych zmartwieniach tak zwanej filozofii religii, Kraków 1988

- Kołakowski Leszek, Karol Marks i klasyczna definicja prawdy, [w:] Kultura i fetysze, Warszawa 1967

- Kołakowski Leszek, Kultura i fetysze, Warszawa 2009

- Kołakowski Leszek, Lemowi, „Wiedza i Życie” 12, 1991  

- Kołakowski Leszek, Marksizm, chrześcijaństwo, totalitaryzm [w:] Wśród znajomych. O różnych ludziach – mądrych, zacnych, interesujących i o tym, jak czasy swoje urabiali, Kraków 2008

- Kołakowski Leszek, Obecność mitu, Warszawa 2005

- Kołakowski Leszek, O co pytają nas wielcy filozofowie: seria, Kraków 2004

- Kołakowski Leszek, O swojej filozofii, „Tygodnik Powszechny” 51-52, 1994

- Kołakowski Leszek, Pochwała niekonsekwencji: pisma rozproszone z lat 1955-1968. T. 1, London 1989  

- Kołakowski Leszek, Pochwała niekonsekwencji: pisma rozproszone z lat 1955-1968 T.2, London, 1989

- Kołakowski Leszek, Pochwała niekonsekwencji 3: Pisma rozproszone z lat 1955-1968, Warszawa  1989

- Kołakowski Leszek, Religia: Jeśli Bóg nie istnieje… O Bogu, Diable, Grzechu i innych zmartwieniach tak zwanej Filozofii Religii, Warszawa 1986

- Kołakowski Leszek, Światopogląd i życie codzienne, Warszawa 1957

- Śpiewak Paweł, W pół drogi. Warszawska szkoła historyków idei, [w:] P. Nowak: Wojna pokoleń, Warszawa 2006

- Kołakowski Leszek, Wykłady o filozofii średniowiecznej, Warszawa 1956

- Kroński Tadeusz, Wykłady z historii filozofii starożytnej: Grecja i Rzym, Warszawa 1955

- Lem Stanisław, Cyberiada, Warszawa 2009

- Lem Stanisław, Dialogi, Kraków-Wrocław 1984

- Lem Stanisław, Doskonała próżnia, Wielkość urojona, Kraków 1974

- Lem Stanisław, Dzienniki gwiazdowe, Warszawa 2008  

- Lem Stanisław, Eden, Warszawa 1968

- Lem Stanisław, Filozofia przypadku: Literatura w świecie empirii I, Kraków 1988

- Lem Stanisław, Filozofia przypadku: Literatura w świecie empirii II, Kraków 1988

- Lem Stanisław, Kołakowskiemu, „Wiedza i Życie” 2, 1992

- Lem Stanisław, Solaris, Niezwyciężony,1968

- Lem Stanisław, Summa Technologiae, Kraków 1964

- Lem Stanisław, Summa Technologiae, Kraków 2000

- Lem Stanisław, Moloch: Tajemnica chińskiego pokoju, Bomba megabitowa, Kraków 2003  

- Lem Stanisław, Trzydzieści lat później, „Wiedza i Życie” 6, 1991

- Maciejewski Łukasz i Lem Stanisław, O adaptacjach [w:]Łukasz Maciejewski Przygoda myśli, Warszawa 2009

- Majewski Paweł, Między zwierzęciem a maszyną: Utopia technologiczna Stanisława Lema, Wrocław 2007

- Mentzel Zbigniew i Kołakowski Leszek, Czas ciekawy, czas niespokojny Cz. 1: z Leszkiem Kołakowskim rozmawia Zbigniew Mentzel, Kraków 2007

- Mentzel Zbigniew i Kołakowski Leszek, Czas ciekawy, czas niespokojny Cz. 2: z Leszkiem Kołakowskim rozmawia Zbigniew Mentzel, Kraków 2008

- Mencwel Andrzej, Dzieło w cieniu, „Przegląd Filozoficzno-Literacki” 3-4, 2007

- Niecikowski Jerzy, Człowiek kontra człowiek – o filozofii Leszka Kołakowskiego, „Przegląd Filozoficzno-Literacki” 3-4, 2007

- Okołowski Paweł, Filozofia Lema, „Odra”  4, 2007

- Okołowski Paweł, Materia i wartości: Neolukrecjanizm Stanisława Lema, Warszawa 2010

- Okołowski Paweł, Stanisław Lem, [w:] W. Mackiewicz: Polska filozofia powojenna. T. 3, Warszawa 2005, s. 179-204.

- Orliński Wojciech, Co to są sepulki?, Kraków 2007

- Sitek Ryszard, Leszek Kołakowski, [w:] W. Mackiewicz: Polska filozofia powojenna. T. 1, Warszawa 2001, s. 443-490.

- Szpakowska Małgorzata, Dyskusje ze Stanisławem Lemem, Warszawa 1997

- Szpakowska Małgorzata, Oswajanie horroru, „Przegląd filozoficzno literacki” 3-4, 2007

- Walicki Andrzej, Leszek Kołakowski i warszawska szkoła historii idei, „Przegląd Filozoficzno-Literacki”3-4, 2007

- www.dukaj.pl (dostęp: 4.10.2009)

- www.lem.pl (dostęp: 9. 2009 – 5.2010)






PRZYPISY

1 Paweł Okołowski, Filozofia Lema, „Odra” 4, 2007,  s. 88

2 Jego książka Kultura i fetysze ukaże się 15 lipca bieżącego roku w serii PWN „Wielcy filozofowie”.

3 Leszek Kołakowski, O swojej filozofii, „Tygodnik Powszechny” 51/52, 1994, s. 17

4 Ryszard Sitek, Leszek Kołakowski, [w:] W. Mackiewicz: Polska filozofia powojenna. T. 1, Warszawa 2001, s.458

5 Bronisław Baczko, O poglądach filozoficznych i społeczno-politycznych Tadeusza Kotarbińskiego, „Myśl Filozoficzna” 1, 1951, s.247

6  Leszek Kołakowski, Filozofia nieinterwencji, „Myśl Filozoficzna” 2, 1953

7 Id., Wykłady o filozofii średniowiecznej, Warszawa 1956

8 Andrzej Walicki, Leszek Kołakowski i warszawska szkoła historii idei, „Przegląd Filozoficzno-Literacki” 3-4, 2007

9 Leszek Kołakowski, Obecność mitu, Warszawa 2005

10 Id., Główne nurty marksizmu: Część III rozkład, Poznań 2001, s.5

11 Leszek Kołakowski i Zbigniew Mentzel, Czas ciekawy, czas niespokojny Cz. 1: z Leszkiem Kołakowskim rozmawia Zbigniew Mentzel, Kraków 2007

12 Janusz Dobieszewski, O pocieszeniu, jakie daje Horror metaphisicus Leszka Kołakowskiego, „Przegląd Filozoficzno-Literacki” 3-4, 2007, s. 135-154

13 Leszek Kołakowski, Horror metaphisicus, Warszawa 1990, s. 30

14Leszek Kołakowski, Pochwała niekonsekwencji: pisma rozproszone z lat 1955-1968. T. 1, London 1989, s. 193

15 Stanisław Lem, Przypadek i ład, www.lem.pl (dostęp: 10.11.2009)

16 Stanisław Bereś i Stanisław Lem, Rozmowy ze Stanisławem Lemem, Kraków 1987, s. 7

17 Ibid., s. 18-21

18 Wojciech Orliński, Co to są sepulki?, Kraków 2007, s. 135

19 Stanisław Lem, Przypadek i ład, www.lem.pl, (dostęp: 10.11.2009)

20 Ibid., (dostęp: 10.11.2009)

21 Stanisław Bereś i Stanisław Lem, op. cit., s. 52

22 Wojciech Orliński, op. cit., s. 206

23 Stanisław Bereś i Stanisław Lem, op. cit., s. 65

24 Stanisław Lem, Kołakowskiemu, „Wiedza i Życie” 2, 1992

25 Id., Trzydzieści lat później, „Wiedza i Życie” 6, 1991

26 Id., Filozofia przypadku: Literatura w świecie empirii I, Kraków 1988, s. 5

27 Stanisław Bereś i Stanisław Lem, op. cit., s. 110

28 Stanisław Lem i Łukasz Maciejewski, O adaptacjach [w:] Łukasz Maciejewski Przygoda myśli, Warszawa 2009

29 Ibid.

30 Stanisław Lem, Moloch: Tajemnica chińskiego pokoju, Bomba megabitowa, Kraków 2003, s.12

31 Wojciech Orliński, op. cit., s. 187

32 www.dukaj.pl (dostęp: 25.11.2009)

33 Stanisław Lem, Przypadek i ład, www.lem.pl, (dostęp: 25.11.2009)

34 Leszek Kołakowski, Pochwała niekonsekwencji: pisma rozproszone z lat 1955-1968 T.2, London, 1989

35 Id., O co pytają nas wielcy filozofowie: seria I , Kraków 2004, s.37-44

36 Id., Horror… op. cit., s.137-138

37 Id, Jeśli Boga nie ma... : o Bogu, Diable, Grzechu i innych zmartwieniach tak zwanej filozofii religii, Kraków 1988, s.147

38 Id, Kultura i fetysze, Warszawa 2009, s.206

39 Id, Horror… op. cit., s.142

40 Id, Filozofia nieinterwencji, „Myśl Filozoficzna” 2, 1953

41 Id., Kultura… op. cit., s. 215

42 Id., Obecność mitu, Warszawa 2005, s.14-15

43 Ibid., s.11

44 Id., Religia: Jeśli Bóg nie istnieje… O Bogu, Diable, Grzechu i innych zmartwieniach tak zwanej Filozofii Religii, Warszawa 1986, s. 73

45 Id., Obecność…, op. cit., s.43

46 Id., Jednostka i nieskończoność: Wolność i antynomie wolności w filozofii Spinozy, Warszawa 1958, s.439

47 Id., Kultura…, op. cit., s. 171

48 Id., Cywilizacja na ławie oskarżonych, Warszawa 1990, s.107

49 Ibid., s.35

50 Jerzy Niecikowski, Człowiek kontra człowiek – o filozofii Leszka Kołakowskiego, „Przegląd Filozoficzno-Literacki” 3-4, 2007, s.195

51 Leszek Kołakowski, Cywilizacja…., op. cit., s.107

52 Leszek Kołakowski i Anna Bikont, Mądrzy nie staną się mądrzejszymi, „Duży Format”, 2009, s. 43

53 Paweł Okołowski, Materia i wartości: Neolukrecjanizm Stanisława Lema, Warszawa 2010

54 Stanisław Bereś i Stanisław Lem, op. cit., Kraków 1987, s. 359

55 Ibid., s.339

56 Stanisław Lem, Summa Technologiae, Kraków 2000, s. 163

57 Jeży Jarzębski, Byt i los, www.lem.pl, (dostęp: 13.03.2010)

58 Stanisław Bereś i Stanisław Lem, op. cit., s. 55

59 Ibid., s.54

60 Ibid., s.249-253

61 Stanisław Lem, Summa… op. cit., s.8

62 Ludwik Fleck (1896 -1961) był polskim mikrobiologiem, później izraelskim specjalistą z dziedziny bakteriologii, immunologii i hematologii. Pisał również cenione prace filozoficzne. Uważany jest za prekursora programu socjologii wiedzy. Jego główne dzieło to Powstanie i rozwój faktu naukowego. Wprowadzenie do nauki o stylu myślowym i kolektywie myślowym.

63 Stanisław Bereś i Stanisław Lem, op. cit., s.382-383

64 Ibid., s. 399

65 Ibid.

66 Stanisław Lem, Przypadek i ład, www.lem.pl, (dostęp: 20.03.2010)

67 Id., Doskonała próżnia, Wielkość urojona, Kraków 1974, s. 363

68 Ibid., s. 364

69 Stanisław Bereś i Stanisław Lem, op. cit., s. 321

Stanisław Lem, Summa…, op. cit., s.31

71 Stanisław Bereś i Stanisław Lem, op. cit., s. 273

72 Ibid., s. 371

73 Stanisław Lem, Summa…, op. cit., s.34

74 Id., Przypadek i ład, www.lem.pl, (dostęp: 25.03.2010)

75 Id., Kołakowskiemu…, op. cit.,

76 Leszek Kołakowski, Pochwała niekonsekwencji 3: Pisma rozproszone z lat 1955-1968, Warszawa 1989, s.43

77 Ibid., s. 43

78 Ibid., s.101-102

79 Stanisław Lem, Summa…, op. cit., s.6

80 Ibid.

81 Id., Trzydzieści…, op. cit., s.12

82 Id., Summa…, op. cit., s.6

83 Stanisław Bereś i Stanisław Lem , op. cit.,  s.246

84 Stanisław Lem, Moloch…, op. cit., s. 28

85 Tadeusz Czeżowski, O metafizyce, jej kierunkach i zagadnieniach, Toruń 1948, s.87

86 Leszek Kołakowski, Pochwała niekonsekwencji 3…, op. cit., s. 44

87 Stanisław Lem, Summa…, op. cit., s.149-151

88 Ibid., s.159

89 Ibid., s.138

90 Ibid., s.143

91 Leszek Kołakowski, Pochwała niekonsekwencji 3…, op. cit., s.46

92 Stanisław Lem, Summa…, op. cit., s. 162

93 Id., Trzydzieści…, op. cit., s.14

94 Leszek Kołakowski, Epistemologiczny sens etiologii wiedzy, [w:] Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań, Kraków 2006, s.60

95Stanisław Bereś i Stanisław Lem, op. cit., s. 66

96 Leszek Kołakowski, Pochwała niekonsekwencji 3…, op. cit., s. 50

Uniwersytet Warszawski
Wydział Filozofii i Socjologii



Michał Kiełbik
nr albumu:
226052

Lem kontra Dawkins.
Dwie naturalistyczne koncepcje religii

Praca magisterska
na kierunku filozofii

Praca wykonana pod kierunkiem
Dr Paweł Okołowski





Warszawa, maj 2011

Streszczenie

Racjonalistyczny naturalizm w filozofii jest stanowiskiem silnie wewnętrznie zróżnicowanym, niejednorodnym. Nawet w przypadku bezdyskusyjnej przynależności do owego nurtu, poszczególni filozofowie, z pozoru sobie bliscy, mogą w punkcie wyjścia głosić poglądy i przejawiać postawy od siebie bardzo odległe.
Niniejsza praca ma na celu wykazanie prawdziwości powyższej tezy poprzez omówienie i porównanie ze sobą poglądów dotyczących filozofii religii dwóch myślicieli – Stanisława Lema i Richarda Dawkinsa.
Wstęp ma na celu przybliżenie ogólnej problematyki pracy oraz sylwetek jej dwóch centralnych postaci, rozdział 1 zaś usytuowanie ich w obrębie pewnej wspólnej filozoficznej tradycji. W rozdziałach 2 i 3 przyjrzymy się z osobna poglądom obu myślicieli, czego kontynuacją będzie rozdział 4, tyle że już w obrębie jednego planu. Zakończenie będzie próbą wskazania ich miejsca w dziejach filozofii a zarazem podsumowaniem tego, co zostało w rozdziałach poprzednich powiedziane.


Słowa kluczowe:

Bóg, etyka, ewolucja, naturalizm, nauka, racjonalizm, religia, scjentyzm, teodycea, wartość


Dziedzina pracy (kod wg programu Sokrates – Erasmus):

Filozofia 8.1


Tytuł pracy magisterskiej w języku angielskim:

Lem contra Dawkins. Two naturalistic conceptions of religion
Spis treści


Wstęp………………………………………………………………………………………5
Filozofia wobec religii……….…………………………………………………........5
Richard Dawkins...............................................................................................6
Stanisław Lem...................................................................................................7
1. Wspólne źródła myśli Lema i Dawkinsa………….……………………………...10
Naturalizm i racjonalizm..................................................................................10
Ewolucjonizm i scjentyzm….…….….…………………………………………….17
2. Dawkins wobec religii……………………….………………………………………22
Istota i źródło religii…...……..….………………………………………………….22
Racjonalność idei Boga……..….………………………………………………….28
Wartość religii……………………………………………………………………….33
3. Lem wobec religii……………………….……………………………………………38
Istota i źródła religii………..…..……………………………………………………38
Racjonalność idei Boga………...………………………………………………….39
Wartość religii……..…..…………………………………………………………….42
4. Religia a etyka w ujęciu Lema i Dawkinsa…..……………………………………46
Dwa problemy………………………………………………….……………………46
Teodycea……………………………………………………….……………………46
Religijność a moralność……………………………………………………………48
Zakończenie……………………………………………………………………………..55
Wnioski ……………………………………………..……………………………….55
Znaczenie i miejsce myśli Dawkinsa i Lema….….…………………...…………56
Bibliografia…………..…………………………………………………………………..58

WSTĘP


Filozofia wobec religii

Na klasyczną panoramę problematyki filozoficznej składają się: ontologia, epistemologia i aksjologia, przy czym ta ostatnia dzieli się na etykę i estetykę. Słyszy się jednak często o „filozofii czegoś”, np. filozofii polityki, filozofii języka, filozofii nauki. Jak to wyjaśnić? Czy te „filozofie czegoś” wpisują się we wspomnianą panoramę? Czy może termin „filozofia” jest w tych przypadkach nadużyciem?
W sukurs przychodzi nam Bogusław Wolniewicz, który wyjaśnił rzecz następująco: „W istocie filozofia jest to zwykły rozsądek, tyle że trochę ociosany krytycznie i uporządkowany logicznie”1. Filozofować znaczy zatem rozprawiać   w sposób rozsądny i logiczny, a to czynić można o prawie wszystkim, również   o sprawach polityki lub języka. To, że zasadniczo podejmowana przez myślicieli tematyka daje się oznaczyć etykietką ontologii, epistemologii bądź aksjologii znaczy ni mniej, ni więcej, jak tylko to, że dziedziny te są najogólniejszymi kategoriami,  w ramach których człowiek może snuć ogólną refleksję. Wtedy właśnie nazywamy filozofię po prostu filozofią2. Jeśli natomiast namysł dotyczy jakiejś konkretnej dziedziny, którą z innego punktu widzenia zajmują się jacyś fachowcy, wówczas mówi się dokładniej o „filozofii czegoś”, przy czym pod słowo „filozofia” można podstawić „ogólna teoria” albo przedrostek „meta” przed nazwą dyscypliny. Filozofia polityki są to zatem ogólne rozważania dotyczące polityki, inaczej – metapolityka; filozofia nauki to ogólny namysł nad nauką jako taką, a filozofia języka to namysł nad kwestiami związanymi z językiem. Co więc kryje się za pojęciem „filozofia religii” jest jasne.
Ogólny namysł nad religią nie może być jednak dowolny. Musi dotykać konkretnych problemów. Jakich? Sięgnijmy znów do Wolniewicza – ten problematykę filozofii religii sprowadza do dwóch zasadniczych pytań: czym jest religia? Jaka jest jej geneza ?3 Oba te zagadnienia, to znaczy kwestia istoty i genezy religii, stanowić będą punkt centralny dalszych rozważań. Będziemy mianowicie rozpatrywać poglądy w tej sprawie dwóch wybitnych i sławnych myślicieli współczesności: polskiego pisarza Stanisława Lema i dwie dekady młodszego angielskiego biologa Richarda Dawkinsa

Richard Dawkins

Richard Dawkins urodził się 26 marca 1941 roku w Nairobi, w Kenii; jego ojciec pełnił wówczas służbę w Afryce. Do Anglii rodzina Dawkinsów powróciła w roku 1949 a młody Richard rozpoczął tradycyjną ścieżkę edukacyjną, prowadzoną w duchu anglikańskim. Ukończywszy prestiżową Oundle School trafił do Oxfordu,     a ściślej rzecz biorąc do Balliol College i rozpoczął pierwszy etap studiów na wydziale zoologii. Ukończył go w roku 1962, by następnie – pod okiem Nikolaasa Tinbergena, laureata Nagrody Nobla – otrzymać tytuły magistra oraz doktora.
W latach 1967-69 Dawkins pracował jako wykładowca na uniwersytecie Berkeley, w Kalifornii. Wtedy to miała miejsce fala studenckich demonstracji – przede wszystkim antywojennych, sprzeciwiających się działaniom armii Stanów Zjednoczonych w Wietnamie – do których zresztą Brytyjczyk się przyłączył. Trzy lata później powrócił jednak do ojczyzny i na Oxford, by tam prowadzić zajęcia z zoologii, początkowo jako wykładowca (lecturer), następnie – od roku 1990 – jako profesor nadzwyczajny (reader), a pięć lat później już jako profesor zwyczajny4.
Międzynarodową sławę przyniosła mu jego pierwsza książka, zatytułowana Samolubny gen, wydana w roku 1976, a pozycję ugruntowała druga publikacja, Fenotyp rozszerzony (1982). Te dwa dzieła okazały się mieć bardzo duże znaczenie dla współczesnego postrzegania teorii ewolucji oraz genetyki. Jakkolwiek jego idee stricte biologiczne spotykały się i spotykają nadal z wątpliwościami i krytyką ze stron części naukowców – co jest zupełnie naturalne – Richard Dawkins od 35 lat jest bezsprzecznie uznawany za światowy autorytet w dziedzinie nauk biologicznych, czego potwierdzeniem jest szereg nagród oraz wyróżnień, w tym doktoraty honoris causa przeszło dziesięciu uniwersytetów.
Nie ma zatem wykształcenia filozoficznego, jest zoologiem, co dla wielu jest faktem dyskwalifikującym jego dorobek, gdy na niego patrzeć przez pryzmat myśli filozoficznej. Dawkinsa traktują być może jako ciekawostkę, lecz nie jako ważny głos w filozofii. Tymczasem treści zawarte zwłaszcza w jego pierwszych, stricte naukowych książkach wymagają filozoficznego komentarza i przyswojenia, filozofia jednak raczej w tej sprawie milczy5.
Taka postawa z pewnością nie jest uzasadniona metodologicznie. Jeśli zgodzimy się z naszą wyjściową definicją filozofii, wówczas stanie się jasne, że każdy myślący człowiek może potencjalnie mieć coś filozoficznie ciekawego do powiedzenia. Zdawał sobie zresztą z tego sprawę chociażby Ludwig Wittgenstein, inaczej we wstępie do słynnego Traktatu logiczno-filozoficznego z pewnością nie byłby napisał tych słów: „Książkę tę zrozumie może tylko ten, kto sam już przemyślał myśli w niej wyrażone – albo przynajmniej myśli podobne”. Mowa tu przecież nie o filozofach-zawodowcach, lecz o zwykłych, skłonnych do refleksji ludziach; kimś takim był skądinąd sam autor tych słów – człowiekiem, który siedząc w wojennych okopach dumał o sprawach tego świata usiłując je zrozumieć. Za Dawkinsem zaś stoi ponadto potężny autorytet nauki, tym bardziej więc zasługuje on na przychylniejsze traktowanie i uczciwe rozpoznanie oraz ocenę głoszonych tez. To właśnie uczynimy w dalszej części pracy.

Stanisław Lem

Stanisław Lem urodził się 12 września 1921 r. we Lwowie i tam spędził lata młodości. Tam również zastała go wojna i będące jej owocem okupacje niemieckie oraz rosyjskie. W roku 1939 rozpoczął studia na Uniwersytecie Medycznym; w latach 1939-1945 udało mu się ukończyć cztery semestry. W tym czasie napisał też swoją pierwszą powieść, zatytułowaną Człowiek z Marsa.
Po wojnie rodzina Lemów zmuszona była opuścić rodzinne strony. Stanisław wraz z rodzicami osiedlił się w Krakowie. W ich życiu zagościła bieda.
Aby dać jej odpór, Lem w roku 1946 opublikował w odcinkach swoją powieść, a następnie jął pisać wiersze i opowiadania do „Tygodnika Powszechnego”, „Żołnierza Polskiego” i „Kuźnicy”6.  
Kontynuował też na Uniwersytecie Jagiellońskim edukację medyczną, co znalazło swój wyraz w postaci artykułów z tejże dziedziny, publikowanych w „Polskim Tygodniku Lekarskim” i „Życiu Nauki”. Studia ukończył w roku 1948, lecz dyplomu nie uzyskał – mając absolutorium nie przystąpił do ostatnich egzaminów w celu uniknięcia pracy jako lekarz wojskowy.
W tym czasie Lem poznał doktora psychologii Mieczysława Choynowskiego. Spotkanie to określał później7 jako „przełomowy moment w  rozwoju umysłowym”. To właśnie Choynowski wprowadził Lema na tory prawdziwie naukowe.
Przełom lat 40. i 50. stanowił dlań czas eksplozji talentu literackiego – raz za razem powstawały nowe dzieła. W następnej dekadzie przyniosły mu one ogromną popularność. Obok (ale nie na marginesie!) książek o beletrystycznym charakterze Lem napisał dwie potężne prace dyskursywne: w roku 1957 Dialogi, a siedem lat później Summa technologiae. W następnych latach to właśnie ten drugi rodzaj twórczości zdominował pisarstwo Lema.
Dokonania Lema-pisarza to przeszło 40 tomów prozy przetłumaczonych na ponad 40 języków i nakładzie 30 milionów egzemplarzy, co pozwala określić go mianem najbardziej poczytnego polskiego pisarza na świecie. Wiązały się z tym liczne nagrody i wyróżnienia, w tym honorowe doktoraty kilku uniwersytetów. Kilkakrotnie pojawiały się także nominacje do Nagrody Nobla, nie zakończone jednak sukcesem.
W pierwszej dekadzie XXI wieku stan zdrowia Lema wyraźnie się pogorszył,  w tych ostatnich latach tematyka śmierci stawała mu się coraz bliższa.
Lem zmarł 27 marca 2006 roku w Krakowie, po kilkutygodniowym pobycie w szpitalu. Pochowano go 4 kwietnia na Cmentarzu Salwatorskim w obecności kilkuset osób.
W odróżnieniu od Richarda Dawkinsa, Lem nigdy nie był naukowcem, nie prowadził wszak żadnych naukowych badań. Pomimo niespotykanej erudycji,    z naukowcami nigdy nie polemizował, gdyż w dziedzinie ich specjalności nie posiadał – mimo wszystko – ku temu dostatecznych kompetencji. Nauka stanowiła natomiast dlań niewyczerpane źródło, z którego czerpał inspirację do szerszego, bardziej ogólnego namysłu. Namysłu, który nie jest już domeną naukowca, lecz filozofa.
Filozofia do Lema się jednak przyznać nie chce. Zamknięta w akademickiej twierdzy niechętnym okiem patrzy w stronę „wolnych ptaków”, których jej mury nie krępują. Relacje autora Cyberiady ze środowiskiem profesorów miały charakter epizodyczny i niezobowiązujący. Paweł Okołowski referuje je w ten oto sposób:

W latach 60. uczestniczył w seminarium Heleny Eilstein (1922-2009) dla filozofów-przyrodoznawców, odbywającym się w siedzibie PAN w Warszawie. Przed 1968 r. ceniony był przez środowisko „Studiów Filozoficznych” (pod redakcją Eilstein właśnie), to jest scjentystów i marksistów. W następnej dekadzie polemizował publicznie z Leszkiem Kołakowskim (po niemiecku i w RFN), a w latach 90. z bp. Józefem Życińskim.8

Zauważyć można swoistą symetrię. Lem mógł się nie zgadzać z umysłami pierwszorzędnymi, lecz ich nie lekceważył, i vice versa. Z „żywiołkami pomniejszego płazu” – jak określiłby ich Mickiewicz – nie dyskutował natomiast wcale, więc i one go ignorowały. I ignorują nadal, czego pokłosiem jest brak akceptacji, by Lema-filozofa traktować poważnie, zwłaszcza w jego własnej ojczyźnie. Znamienne są tu słowa Okołowskiego, który mówi, że „filozofią Lema zajmuje się przede wszystkim niemiecki profesor Berndt Graefrath, autor kilku książek na ten temat.9
Wydaje się, że sytuacja ta nieprędko się zmieni, gdyż:

Uczniów w sensie ścisłym Lem-filozof nie ma. Nie ma też kontynuatorów i epigonów, gdyż jego trudna i nowatorska filozofia – in statu nascendi – jako system jeszcze nie okrzepła, to znaczy nie weszła do kulturowego obiegu.10

Próby uchwycenia płynnej jeszcze myśli autora Summy technologicznej w zwartą całość podejmowali przede wszystkim, prócz wymienionego Graefratha oraz cytowanego Okołowskiego, Jerzy Jarzębski, Małgorzata Szpakowska   i Białorusin Aleksander A. Gricanow. Jakkolwiek by jednak ich starań nie oceniać, okazały się one wciąż niewystarczające, by w świadomości powszechnej trwale zagościł wizerunek Lema jako przede wszystkim filozofa. Jednak dum spiro, spero, jak głosi starożytna maksyma i niniejsza praca jest również próbą – choć bardzo skromną w formie – skierowania recepcji dzieł myśliciela na właściwe tory.

 

ROZDZIAŁ 1

WSPÓLNE ŹRÓDŁA MYŚLI LEMA I DAWKINSA

Naturalizm i racjonalizm

Uporządkujmy w sposób następujący stanowiska filozoficzne: z jednej strony podzielmy je podług stosunku do logiki, z drugiej do metafizyki, następnie zaś podziały te ze sobą skrzyżujmy. Tym, co otrzymamy będzie czteroelementowy zbiór, który wyczerpuje, nazywa i w przejrzysty sposób sytuuje względem siebie fundamentalne stanowiska filozoficzne. Zatrzymajmy się jednak przy wyżej wymienionych kryteriach w celu ich jednoznacznego zdefiniowania.
Stosunek do logiki to w istocie stosunek wobec rozumu jako narzędzia poznania, dlatego jeśli jest pozytywny zwie się racjonalizmem, jeśli zaś negatywny – irracjonalizmem. Racjonaliści żywią szacunek dla jasności i precyzji myśli, dla krytycznej argumentacji i twardych rygorów logiki. Wierzą, że – jak wyraził to ongiś Jan Łukaszewicz – logika jest „etyką myśli i mowy”. Irracjonaliści natomiast bądź nie są w stanie rygorom logicznym sprostać, bądź je jawnie ignorują. Tym ostatnim bliskie są słowa Zygmunta Baumana: „logika krępuje myśl”11.
Stosunek do metafizyki jest wyrazem przekonań dotyczących tego, jaki jest otaczający nas świat. Mniemanie, że świat – a więc i człowiek – to natura  (przyroda) i nic ponadto, zwiemy naturalizmem. Pogląd przeciwny, to jest że poza fizyką, poza kosmosem istnieje coś jeszcze, to antynaturalizm (transcendentalizm). Przejrzyście oba stanowiska przedstawia poniższa ilustracja:



Naturaliści mają więc negatywny stosunek do metafizyki i uważają, że problemy metafizyczne jako takie nie istnieją – albo są źle sformułowanymi pytaniami, albo symptomami czegoś niedobrego (choroby, jak u Freuda). Ulrich Schrade wyróżnia dwa typy naturalizmu:

Zwolennicy naturalizmu na pytanie: czy w świecie istnieją i działają jakieś pierwiastki duchowe (idealne)? odpowiadają dwojako; jedni, że tej kwestii nie da się rozstrzygnąć metodami poznania naukowego, drudzy, że nie ma żadnych dowodów na istnienie takich sił, a filozofia wyklucza ich istnienie. To pierwsze stanowisko będziemy zaliczać do sceptycyzmu, a drugie – do materializmu12

Antynaturaliści z kolei mają do metafizyki stosunek pozytywny i uważają, że problemy metafizyczne należą do samej istoty człowieka i są wieczne. Krótko, lecz celnie rzecz wyjaśnia Henryk Elzenberg:

Czym jest skłonność metafizyczna? Niepokojem o to, czym rzeczy są w swej ostatecznej istocie13

Teraz, gdy oba kryteria zostały dobrze określone, możemy powrócić do podziału wszelkich stanowisk filozoficznych jako całości i przedstawić jego formę graficzną. Oto ona:


Zależnie od preferencji stanowisko (1) nazywamy naturalizmem racjonalistycznym bądź racjonalizmem naturalistycznym, stanowisko (2) naturalizmem irracjonalistycznym lub irracjonalizmem naturalistycznym, i analogicznie stanowiska kolejne. Skrajne wobec siebie są te opozycje, które nie znajdują płaszczyzny porozumienia ani na gruncie logicznym, ani ontologicznym, a więc (1) i (4) oraz (2) i (3). Zasadnicza ich nieprzystawalność względem siebie niekiedy uniemożliwia jakąkolwiek formę dialogu. Linie demarkacyjne nie są tu jednak sztywne i jednoznacznie określone, toteż zdarza się, że dorobek danego myśliciela sytuuje go w więcej niż jednej „ćwiartce” zbioru lub też w wyniku ewolucji poglądów „dryfuje” z jednej do drugiej14.
Jak w powyższy schemat wpisują się Stanisław Lem i Richard Dawkins? Jeśli idzie o stosunek do logiki, u obu jest bezsprzecznie pozytywny. Obaj są racjonalistami z krwi i kości – rozumowanie jest u nich zawsze klarowne i logicznie bez zarzutu, co nie znaczy, że łatwe do zrozumienia. Trudność odbioru jest tu jednak pochodną skomplikowania samej materii wywodu, nierzadko dysponującej odrębną, fachową terminologią i wymagającej dysponowania solidnym bagażem wiedzy teoretycznej. Kto jednak wyposażony jest w ów bagaż i gotów przebrnąć przez trudności natury werbalnej, ten łatwo odnajdzie drogę i nieprędko potem ją zgubi.
W obu przypadkach mamy do czynienia z racjonalizmem twardym – lecz czy jednakowym? Trudno jednoznacznie orzec. Za swoistą podpowiedź posłużyć może następująca uwaga Henryka Elzenberga, który tak tłumaczy własny od racjonalizmu odwrót:

Dlaczego? Pociągał mnie przecież racjonalizm w stylu wieku XVII. Odpowiedź: bo racjonalizm Kartezjusza czy Spinozy zawiera pierwiastki intuicyjne, a racjonalizm Łukaszewicza czy Kotarbińskiego ich nie zawiera. „Rozum”, który miałem na myśli, kiedy racjonalizm aprobowałem, to był zawsze ten ujmujący rzeczywistość najprzód w takich lub innych intuicjach podstawowych, by potem – ale potem dopiero – dyskursywnie je rozprowadzić (…) dyskurs bez intuicji, to już nie dla mnie.15

Zapewne i Lem mógłby być – choć nie bez zastrzeżeń – autorem tych słów. Choć bowiem podkreślał tak często znaczenie faktów, które wywyższał ponad wszelką spekulację, rdzeń jego przewidywań i analiz opierał się właśnie na intuicjach (również moralnych), z owymi faktami się liczącymi i w żadnym razie niesprzecznymi. Myli się ten, kto sądzi że ratio i intuitio są sobie zawsze przeciwne – nie zawsze, niekiedy mogą się one uzupełniać. Dowodzi tego właśnie casus Lema, u którego mamy wręcz do czynienia z „intuicjami racjonalnymi”. Wszelki irracjonalizm zaś był mu zawsze z gruntu obcy16.
Rola intuicji w poznaniu naukowym nie jest w żadnym razie marginalna, niemniej u Dawkinsa jawi się jako czynnik o dużo mniejszym znaczeniu. Owszem, jego nowatorskie koncepcje zawarte w Samolubnym genie i Fenotypie rozszerzonym wspomogły bezsprzecznie, obok rzetelnej wiedzy, pewne nie wywodzące się z niej impulsy, podobnie zresztą jak spekulacje dotyczące korzeni religii, które znajdziemy w Bogu urojonym, niemniej – zwłaszcza w drugim przypadku – kurczowe trzymanie się skrajnej racjonalizacji wszelkich zjawisk pozostawia intuicjom niewiele miejsca.
Pomimo tych różnic, możemy jednak śmiało mówić o Lemie i Dawkinsie jako sztandarowych reprezentantach jednej formacji filozoficznej - racjonalizmu.

Jeśli chodzi o stosunek do metafizyki, sprawa jest bardziej złożona – tu   o jednorodność trudniej. Wyróżniliśmy uprzednio, za Schradem, dwa typy naturalizmu – sceptycyzm i materializm. Zatrzymajmy się przy tym drugim:

Materializm jest antymetafizyczną odmianą naturalizmu. Materialiści odrzucają istnienie jakkolwiek pojętej transcendencji i tłumaczą świat i człowieka całkowicie w kategoriach naturalnych (przyrodniczo-społecznych), powołując się przy uzasadnieniu tej tezy na nauki przyrodnicze, które w wyjaśnianiu świata obywają się bez bytów transcendentnych i wartości absolutnych.17

Słowa te doskonale pasują do Dawkinsa, są jak szyte na miarę. Jak zobaczymy w rozdziale trzecim, ze swych argumentacji konsekwentnie ruguje on wszelką transcendencję i opiera się bezwarunkowo na czynnikach natury przyrodniczej. Już zresztą na pierwszych stronnicach swego debiutanckiego dzieła pisze:

Organizmy żywe istniały na Ziemi, nie wiedząc, dlaczego istnieją, przez ponad trzy miliardy lat, nim wreszcie w głowie jednego z nich zaświtała prawda. Był nim Karol Darwin. Trzeba przyznać, że prawdy tej domyślali się i inni, ale to Darwin jako pierwszy dokonał spójnego i rzeczowego wyjaśnienia przyczyn naszego powstania. To Darwin sprawił, że na pytanie, które posłużyło jako tytuł tego rozdziału (Skąd się wzięli ludzie? – przyp. M.K.), możemy dać dociekliwemu dziecku rozsądną odpowiedź. (…) już nie musimy odwoływać się do sił nadprzyrodzonych.18

Jest zatem Anglik stuprocentowym materialistą19. Czy o Lemie można powiedzieć to samo? Zdania są podzielone. Michael Kandel Lema postrzega jako XX-wiecznego reprezentanta naturalizmu oświeceniowego, z kolei Jerzy Jarzębski przypisuje go do szkoły filozofów anglosaskich spod znaku Bertranda Russella czy Karla Poppera20. Paweł Okołowski nazywa zaś myśl autora Solaris „racjonalistycznym naturalizmem z metafizycznymi przedłużeniami”21 (określenie to przypadło zresztą do gustu samemu myślicielowi). Coś istotnie jest na rzeczy, gdyż Lem daleki był od zwalczania metafizyki. Przeciwnie, był zdania, iż „metafizyczna potrzeba jest trwale wkorzeniona w człowieka”22 i z tą potrzebą się liczył, a niekiedy sam ją przejawiał.
Pomimo to, pomimo mniej lub bardziej śmiałych spojrzeń w kierunku szeroko pojętej metafizyki, paradygmat myślowy Lema bezsprzecznie pozostawał naturalistyczny. Jego wizja człowieka nie pozostawia złudzeń:

(…) jesteśmy gatunkiem zwierzęcym, który został wyposażony przez skomplikowane przebiegi ewolucyjne w najbardziej sprawny pod względem przetwarzania informacji mózg. (…) mniemanie, że umysł ludzki ma coś wspólnego z Absolutem lub stanowi wzorzec „rozumu w ogóle”, traktować należy jako bezzasadne uroszczenie.23

Decydująca wydaje się tu być Lema osobowość - sam o sobie mówił, że „nie jest naturą kontemplacyjną ani nie jest zdolny do wiary religijnej”24 – objawiająca się przede wszystkim niezwykle silną skłonnością ku empirii. Ta ostatnia właśnie stanowi przedmiot jego zainteresowań i budzi jego największe zaufanie. Co więcej, w obliczu potencjalnego zarzutu, że taka redukcja w dziedzinie poznania jest formą jego zubożenia czy wręcz okaleczenia, Lem twardo oznajmia:

Wszystkie nirwany, koany buddyzmu zen, transmogryfikacje i transfiguracje są dla mnie niczym w porównaniu z dziwami natury, które objawia nam empiria. (…) Empiria jest czymś w rodzaju potężnej wyrzutni w przestrzeń realną. Mam głębokie przeświadczenie, że wiedza przez nią dostarczana nie jest wiedzą pozorną. (…) teoria sprawdza się w praktyce. Jeśli hipoteza przynosi instrumentalne potwierdzenia w postaci rezultatów materialnych (…) to nie ma potężniejszego sprawdzianu jej prawdziwości.25

Powyższe wyjaśnienie kwituje zaś swoistym „wyznaniem ostatecznym”:

Poza empirią niczego się nie mogę dowiedzieć!26

W tym kontekście to właśnie wszelkie systemy metafizyczne jawią mu się jako okaleczone, marne namiastki prawdziwej wiedzy. Podobnie jak poszukiwanie ważnych prawd poprzez analizę samego języka, tak i wszelkie od doświadczenia oderwane spekulacje postrzega jako jałowe, gdyż nie są w stanie dostarczyć realnej wiedzy o świecie. Zestawiając wiedzę empiryczną ze spekulacją metafizyczną mówi o pierwszej w ten oto sposób:

Empiria jest najskromniejszą spośród wszystkich odpowiadających. Nie mówi, że wszystko wie. Przyznaje się do błędów. Podkreśla rozmiary własnej niewiedzy. (…) Nauka jednak nie ukrywa rozległości obszarów swojej ignorancji. (…) naśmiewałem się nieraz nawet z nauki, jednakże właśnie ona dostarcza mi jedynie możliwej w tym świecie pewności orzeczeń o historii, budowie, funkcjonowaniu, a może i nawet losach tego, co nas otacza.27



O drugiej zaś:

Nie ma jedynej, jako koniecznej, metafizyki, ale ich całe skłócone mnóstwo. Zależnie od tego bowiem, jakie kto przyjmuje założenia, taki mu się tworzy obraz świata, z „koniecznościami” zakorzenionymi nie w „samym bycie gołym”, niestety, lecz tylko w owych założeniach wstępnych.28

Metafizyk istnieje mnóstwo, empiria zaś jest tylko jedna i to ona dostarcza najbardziej wiarygodnych wyników. Dlatego właśnie jej Lem przyznaje epistemologiczne pierwszeństwo i dlatego w gruncie rzeczy uważa, że „nauka nie posiada rywali”29. O tym zaś, że metafizyka cieszyła się na przestrzeni wieków –  i prawdopodobnie cieszyć się będzie nadal – niesłabnącą popularnością świadczy, jego zdaniem, jej prostota, a zarazem bezapelacyjna ostateczność wyjaśnień.
Jednak świadomość istnienia zasadniczej potrzeby owej ostateczności   w człowieku (i sobie samym) jest tym właśnie, co Okołowski nazywa w myśli Lema „metafizycznymi przedłużeniami” i co stanowi pewien wyłom w jego z pozoru niezachwianej postawie naturalistycznej. Aby nie pozostać gołosłownym, przytoczmy znamienny i niezmiernie ważny w kontekście dalszej analizy cytat:

Działanie w oparciu o informację niepełną, uzupełnioną przez „zgadywanie” lub „domysł”, jest biologiczną koniecznością. A więc (…) [ludzie – M.K.] przejawiają „wiarę” nie wskutek jakiejś anomalii. Jest na odwrót: każdy (…) musi przejawiać „wiarę”, czyli działanie w oparciu o informację niepełną i niepewną tak, jakby był i pewna, i pełna.30

Jako puentą posłużmy się zaś słowami słynnego Golema:

Człowiek to (…), jednym słowem, głód nieskończoności.31

Te słowa nigdy nie padłyby z ust Richarda Dawkinsa, w przypadku którego     o żadnych „metafizycznych przedłużeniach” nie ma mowy. Jak więc widać, wspólne stanowisko filozoficzne nie musi skutkować jednakowymi poglądami w kwestiach nawet tak kluczowych, jak ogólna filozofia człowieka.

Scjentyzm i ewolucjonizm

Sceptyczna dama: Profesorze Haldane – nawet biorąc pod uwagę miliardy lat, czyli tyle, ile, jak Pan twierdzi, trwała ewolucja, i tak nie mogę uwierzyć w przejście od prostej, pojedynczej komórki do czegoś tak złożonego jak ludzkie ciało, z jego bilionami komórek tworzących kości, mięśnie i nerwy, z sercem przez dziesięciolecia nieustannie pompującym krew, z kilometrami naczyń krwionośnych i kanalików nerkowych, a wreszcie  z mózgiem, zdolnym myśleć i odczuwać.

JBS Haldane: Ależ szanowna pani. Przecież pani sama to zrobiła. I zajęło to pani zaledwie dziewięć miesięcy!32

Zamiast płaszczyzny naturalistyczno-racjonalistycznej w obiegowym ujęciu wspólnym mianownikiem dla Lema i Dawkinsa jest inna – scjentystyczno-ewolucjonistyczna. Czym jednak jest scjentyzm, a czym ewolucjonizm?
Zacznijmy od ewolucjonizmu, gdyż ten jest mniej problematyczny i – jak zobaczymy – obu myślicieli bezwarunkowo łączy. Mówiąc ogólnie, jest to stanowisko, wedle którego teoria ewolucji – wysunięta i opracowana przez Karola Darwina,  a następnie rozwijana przez rzesze naukowców aż po dziś dzień – jest pełnoprawną teorią naukową, posiadającą bardzo wysoki stopień prawdopodobieństwa i jedynym skutecznym narzędziem pozwalającym zrozumieć koleje życia na Ziemi. Stephen Jay Gould, znany zoolog i paleontolog amerykański przybliża je w ten oto sposób:

Cóż, ewolucja jest teorią. Jest też faktem. Fakty zaś i teorie to różne rzeczy, a nie szczeble   w hierarchii wzrastającej pewności (…) Ponadto „fakt” nie oznacza „absolutnej pewności”. (…) Ewolucjoniści nie roszczą sobie pretensji do prawdy ostatecznej, natomiast kreacjoniści często robią. (…) W naukach przyrodniczych „fakt” może jedynie znaczyć: potwierdzony tak dalece, że byłoby absurdalne powstrzymać się od tymczasowej zgody.33


Tymczasem o tę zgodę jest wciąż niełatwo, co Gould kwituje następującym komentarzem:

Kiedy sobie pomyślę, że (…) jesteśmy wplątani w (…) walkę w obronie jednej z najlepiej udokumentowanych, najbardziej przekonywających i najciekawszych koncepcji w dziejach nauki, nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.34

Podobnie do tej kwestii podchodzi Dawkins, który przyrównuje wręcz negowanie teorii ewolucji do (fikcyjnej) próby negowania istnienia starożytnego Rzymu oraz (prawdziwej) negowania prawdziwości Holocaustu, to jest tzw. negacjonizmu35.
Warto zauważyć, że spór wokół teorii ewolucji sprowadza się niekiedy do kwestii lingwistycznej, mianowicie korzystania z różnych definicji terminu „teoria”. Słownik Języka Polskiego PWN podaje trzy wyjaśnienia tegoż pojęcia36:

1.    1.
„Całościowa koncepcja zawierająca opis i wyjaśnienie określonych zjawisk i zagadnień (...)”
2.    2.
„Dział nauki o literaturze, kulturze, sztuce itp. zajmujący się systematyzowaniem pojęć i twierdzeń leżących u podstaw tych dziedzin”
3.    3.
„Teza jeszcze nieudowodniona lub nieznajdująca potwierdzenia w praktyce”

Przeciwnicy teorii ewolucji deprecjonują ją poprzez traktowanie jej w trzecim    z wyżej wymienionych sensów, podczas gdy, zdaniem Dawkinsa (i zdecydowanej większości naukowców), mieści się ona w sposób jednoznaczny w ujęciu pierwszym:

Ewolucja miała niegdyś status hipotezy, ale (…) została uznana za naukową teorię, gdy potwierdziły ją świadectwa empiryczne. (…) ewolucja jest teorią w takim samym sensie jak teoria heliocentryczna. Nie ma najmniejszych powodów, by uważać ją za „tylko teorię”37

Zostawmy jednak na boku kwestię konfliktu. Co do tego, że Richard Dawkins jest ewolucjonistą wątpliwości być nie może – jest on wszak nie tylko jego zwolennikiem, lecz orędownikiem; orędownikiem nie byle jakim zresztą, gdyż jako zawodowy zoolog pozostaje w kwestiach ściśle z teorią ewolucji związanych autorytetem na skalę światową. A co z Lemem? Bezlik wypowiedzi i niemała część jego dzieł dyskursywnych w jakimś stopniu odnosi się lub czerpie z darwinizmu. Tematyka ta była mu szczególnie bliska, co – jak wolno podejrzewać – było w jakiejś mierze pokłosiem jego studiów medycznych, mocno przecież związanych z biologią jako taką. Sam zainteresowany tłumaczył to tak:

Moja ontologia, mój światopogląd są z tym bardzo silnie związane, bo przecież głównym obiektem swoich pasji, studiów, zdumień i przerażeń uczyniłem ewolucję, której jesteśmy niechcianymi dziećmi. Jestem przekonany, że to są właśnie drzwi, przez które wchodziłem w (…) prawdziwy świat.38

Silnie zaakcentowany ewolucjonizm jest u Lema o tyleż istotny, że pośród współczesnych filozofów tej miary stanowi prawdziwą osobliwość. Tymczasem darwinizm, wzmocniony przełomowymi odkryciami z zakresu genetyki, na czele  z odkryciem przez Watsona i Cricka struktury molekularnej DNA, wymaga filozoficznego przyswojenia lub choćby komentarza. Tego jednak brak, co bez ogródek stwierdza Bogusław Wolniewicz:

Cały wielki przewrót myślowy, jaki od 1953 r. dokonuje się w biologii, nie został dotąd filozoficznie zasymilowany, jeden Lem próbował.39

Co ciekawe, to samo – choć z innych pozycji – zaobserwował Dawkins:


Zoologia jest wciąż skromnie reprezentowanym kierunkiem na uniwersytetach, a nawet ci, którzy decydują się na jej studiowanie, podejmują swoją decyzję, nie doceniając jej głębokiej filozoficznej doniosłości. Filozofię i tak zwane nauki humanistyczne wciąż wykłada się tak, jakby Darwin nigdy nie istniał.40

A przecież – jak zauważa Wolniewicz – to właśnie nauki ścisłe kształtują ducha naszych czasów i obraz świata, filozofia natomiast „dopisuje tylko do niego swe głosy”41. Choć i tego, jak widać, często nie czyni. Na tym tle gwiazda Lema jaśnieje pełnym blaskiem.

Ze scjentyzmem kłopotów jest znacznie więcej, przede wszystkim ze względu na wieloznaczność samego pojęcia „scjentyzm”, ale nie tylko. Oddajmy na wstępie głos Lemowi:

(…) ja nie wiem, co to jest scjentyzm. To znaczy wiem, ale jednocześnie nie wiem, bo różni ludzie podają nader różne jego definicje. (…) Różne osoby krytykują scjentyzm, więc pewnie wiedzą, co to jest. Ja nie wiem. (…) [Dla niektórych – M.K.] jest on zwyrodniałą formą, w jakiej prezentowane są pewne koncepcje naukowe, ekstrapolowane na dziedziny, w których nauka nie ma nic, zupełnie nic do roboty – szczególnie w aksjologii. To niepoważne, nie warto się tym zajmować42

Janusz Skarbek, który zjawisku o nazwie „scjentyzm” poświęcił wiele uwagi nazywa je „zagadnieniem żywym, choć nieraz nie pod nagłówkiem „problematyka scjentyzmu””. I dodaje:

Filozofia ta występuje bądź jako dość skrystalizowana ogólna orientacja w pewnych kierunkach filozoficznych  (noszących inne nazwy, niż „scjentyzm”), bądź jako bardzo ważny składnik postaw światopoglądowych, mało lub nic nie mających wspólnego z filozofią uprawianą profesjonalnie.43

Podobnie więc jak Lem, zauważa, że trudno jest wybrać jakąś podstawową wersję scjentyzmu – zakres tego terminu, zależnie od jego znaczenia, wykracza nierzadko daleko poza nurt myślenia zwany potocznie „scjentyzmem”. Ostatecznie Skarbek określa go następująco44:

W epoce stałego postępu nauki i wzrastających jej roli we wszystkich dziedzinach życia (jest to – M.K.) pogląd filozoficzny wyrażający jej apoteozę, i właściwie ograniczający się do takiej apoteozy, pogląd o daleko idących konsekwencjach dla kultury i całego życia duchowego.45

Trudno mówić w przypadku Lema o jawnej apoteozie, aczkolwiek pewne jej elementy pojawiały się, zwłaszcza  w twórczości wcześniejszej. Jak zauważa Jarzębski, w jego esejach widać raczej ruch myśli od scjentystycznej wiary we wszechmoc nauki ku dojrzałemu sceptycyzmowi46.
Składową scjentyzmu jest również wiara w postęp47. Lem tej wiary nie podziela:

Nie wierzę w jakieś prawa rozwojowe, podobnie jak nie wierzę, że istnieją (…) długodystansowe (…) trendy.48

Jeśli już podejmuje się kreowania wizji przyszłości, widzi w niej raczej „rosnącą destabilizację w skali światowej”49. Dawkins natomiast w tej sprawie nie wypowiada się jednoznacznie, niemniej z niektórych jego wypowiedzi przeziera wyraźna nadzieja na tzw. lepsze jutro, ku któremu droga wiedzie przez edukowanie ludzi, wdrażanie naukowego poglądu na świat w społeczeństwach.
Podsumowując, można rzec, iż można obu myślicieli nazywać scjentystami, choć w przypadku Stanisława Lema będzie to określenie obwarowane licznymi zastrzeżeniami, których ilość i moc zależny od okresu twórczości, o jakim mowa.

ROZDZIAŁ 2

DAWKINS WOBEC RELIGII

Istota i źródło religii

Richard Dawkins, z racji przynależności do kręgu kultury zachodniej, pisząc    o religii ma na myśli przede wszystkim najlepiej mu znane chrześcijaństwo50, niemniej treść jego wywodów odnosi się de facto do wszelkich wierzeń religijnych oraz religijności jako takiej.  
Z dwóch naczelnych zagadnień filozofii religii, o których mowa była w rozdziale pierwszym, bardziej interesuje go kwestia jej pochodzenia. Od niej zatem zaczniemy, a zagadnienie istoty pojawi z czasem samo, niejako przy okazji.
We wstępie do swych rozważań dotyczących korzeni religii Dawkins pisze, że choć powstaje olbrzymia ilość prywatnych stosownych teorii, żadna go nie satysfakcjonuje. Jak mówi:

Wielka skala, w jakiej w naszym życiu funkcjonuje religia, wymaga, by teoria wyjaśniająca sformułowana została w skali równie okazałej.51

Teorię taką upatruje, rzecz jasna, w ewolucji. W tej perspektywie pytanie  o źródło religii staje się pytaniem o dobór naturalny. Tok tego rozumowania jest następujący:

Wiedząc, że jesteśmy produktem darwinowskiej ewolucji, musimy spytać, jaki nacisk (lub jakie naciski) wywierane przez dobór naturalny pierwotnie działały na korzyść religii.52

Powyższe pytanie stanowi dla niego poważny problem, gdyż w tym ujęciu trudno, na pierwszy rzut oka, dopatrzeć się ewolucyjnych korzyści. Religia jest bowiem „ekstrawagancka i rozrzutna, tak marnotrawna”, a dobór naturalny tego nie toleruje.

Jeśli jakieś dziko żyjące zwierzę zaczyna poświęcać się bezużytecznej aktywności, dobór faworyzuje jego rywali, którzy poświęcają czas raczej reprodukcji i walce o przetrwanie.53  

A jednak religia trwa. Znaczy to niechybnie, że jej istnienie jest zasadne,  w jakiś sposób korzystne. Dlatego właśnie znalezienie owych ewolucyjnych korzyści jest dla Dawkinsa równoznaczne ze znalezieniem korzenia religii.
Psychologiczne wyjaśnienia fenomenu religii, takie jak jej funkcja kojąca albo teoria „boskiego ośrodka”, są zdaniem Dawkinsa jedynie przybliżone     i nieostateczne54. Podobnie rzecz ma się w przypadku wyjaśnień natury politycznej (walka klas). Autora Samolubnego genu interesują „darwinowskie wyjaśnienia ostateczne”55. A te stanowi de facto odpowiedź na następujące pytanie: „Dlaczego ci spośród naszych przodków, u których wystąpiła genetyczna skłonność do wytworzenia takiego ośrodka, przetrwali i mieli więcej wnuków od swoich konkurentów”. Badacz podkreśla jednocześnie, że taka perspektywa, perspektywa darwinowska nie jest zasadniczo lepsza bądź głębsza niż np. wyjaśnienia neurologiczne. Jest po prostu inna i jako taka najbardziej go frapuje. Do niej zatem powróćmy.
Przez ewolucyjną korzyść rozumie się zwykle zwiększenie szans na przetrwanie genów danego osobnika. Jest to jednak uproszczenie i twierdzenie to należy nieco zmodyfikować, gdyż darwinowska korzyść może mieć trzech beneficjentów: grupę, replikatora oraz „pasożyta”, to jest innego osobnika, którego geny manipulują „ofiarą”. Z tej racji w Fenotypie rozszerzonym Dawkins wysuwał teorię, że „zachowanie organizmu służy maksymalizacji szansy przetrwania genów odpowiedzialnych za „to zachowanie”, niezależnie od tego, czy są to jego geny, czy geny ulokowane w innym organizmie”56. Brak jednak miejsca w tej pracy, aby szerzej omówić tę teorię, zwłaszcza, że jej autor w kontekście poszukiwań źródeł religii traktuje ją w sposób marginalny.
Koncepcją, wedle której beneficjentem korzyści ewolucyjnych jest grupa, to tzw. teoria doboru grupowego. W odniesieniu do religii, głosi ona, że pojawienie się wierzeń typu religijnego okazało się być pomocne w przetrwaniu tych, u których owe wierzenia wystąpiły. Wierzenia te mogły np. owocować większą wewnątrzgrupową lojalnością, a także wzmożoną odwagą i gotowością na oddanie życia za sprawę grupy. To zaś przyczyniłoby się do zwiększenia przeżywalności danej społeczności – trwałaby ona kosztem grup innych, które były mniej wojownicze i skonsolidowane.
Dawkins nie twierdzi kategorycznie, że dobór grupowy nigdzie ani nigdy nie miał miejsca, ale teorię tę jednak odrzuca. Dlaczego?
Przede wszystkim, sam dobór grupowy jest w istocie czymś innym,   a mianowicie doborem krewniaczym lub wzajemnym altruizmem – a zatem koncepcją wątpliwą na gruncie biologii. Modele matematyczne wykazały, że dobór na poziomie grupy działać może jedynie w bardzo szczególnych okolicznościach, raczej mało realistycznych (choć nie niemożliwych). Jest zatem wątpliwe, by dobór grupowy miał kluczowe znaczenie dla ekspansji religii, wszak wydaje się, że mechanizmy działające na niższym szczeblu są zdecydowanie mocniejsze.
Drugim z kolei wymienionym ewolucyjnym beneficjentem są tzw. replikatory. Termin ten nie jest zrozumiały sam przez się, więc zanim przejdziemy do kwestii bliższych bezpośrednio religii, należy wyjaśnić, czym replikatory są.
W Samolubnym genie, w którym Dawkins poświęcił replikatorom osobny rozdział, rzecz przedstawia się następująco: replikatory są to obiekty, które są  w stanie tworzyć własne kopie. Są zatem czymś w rodzaju „formy lub wzorca”57. Organizmy to z kolei „maszyny przetrwania”, które służą ochronie replikatorów – te zaś dziś występują pod postacią genów.
Tyle tylko, że człowiek nie jest typową „maszyną przetrwania”. Jest maszyną wyjątkową, a tym, co decyduje o jego wyjątkowości jest tzw. kultura. Ta zaś ewoluuje na sposób podobny do genetycznego – przekaz kulturowy, język i idee trwają    z pokolenia na pokolenie, lecz z czasem się zmieniają. Pomysł to zresztą nie nowy, gdyż na analogie zachodzące między postępem naukowym a ewolucją genetyczną wskazywał chociażby Karl Popper, potem zaś rozmaici badacze. O ile jednak tamci wskazywali na „korzyści biologiczne” płynące z rozmaitych atrybutów ludzkich cywilizacji, o tyle Dawkins proponuje rzecz inną, twierdzi mianowicie, że geny nie są jedynymi replikatorami w świecie – mogą być nimi również jednostki kulturowe, dla których zasugerował nazwę „mem”58.  Oto, jak wyjaśnia ten termin sam jego autor:

Przykładami memów są melodie, idee, obiegowe zwroty, fasony ubrań, sposoby lepienia garnków lub budowania łuków. Tak jak geny rozprzestrzeniają się w puli genowej, przeskakując z ciała do ciała za pośrednictwem plemników lub jaj, tak memy propagują się w puli memów, przeskakując z jednego mózgu do drugiego w procesie szeroko rozumianego naśladownictwa.59

Zasadnicza różnica między genami i memami polega na tym, że w przypadku tych drugich trudno jest mówić o ich fizycznej lokalizacji (w przypadku genów są to chromosomy). Tak zwana pula memowa jest znacznie słabiej zorganizowana aniżeli pula genowa. Mimo wszystko, dobrze jest – twierdzi Dawkins – traktować memy jako jednostki analogiczne do genów, gdyż im bliższe założymy podobieństwo, tym lepiej memetyka sprawdza się jako teoria.
Memem jest również idea Boga. Sposobem jego replikacji jest mowa, pismo oraz sztuka. Jako taki wydaje się być bardzo stary, powstały na drodze niezliczonych mutacji. Tym zaś, co decyduje o tym, że trwa nieprzerwanie od tak dawna jest jego wielka stabilność, to znaczy zdolność do trwania pomimo zmiennych warunków (przede wszystkim kulturowych). Tę z kolei wywołuje fakt, że mem ten silnie przemawia do ludzkiego umysłu, wszak udziela odpowiedzi na dręczące go pytania egzystencjalne, pomaga się z nimi uporać – np. z kwestią śmierci. W tym sensie zatem prawdziwe jest twierdzenie, jakoby „śmierć była korzeniem religii”60. Istotnie, gdyby nie śmierć – czy mówiąc ściślej : świadomość śmierci – wówczas ów mem nie byłby się tak chętnie zagnieżdżał w ludzkich umysłach, nie byłby tak płodny i stabilny. A być może nie zagnieżdżałby się w ogóle. Innymi słowy, śmierć (świadomość śmierci) jest niezbędnym składnikiem konstytucji człowieka do tego, by mem idei Boga, a wręcz wszelkiej religii, mógł powstać i trwać w czasie.
Naturalnie, dla zagorzałego naturalisty i ewolucjonisty takie wyjaśnienie może wydać się niewystarczające, gdyż w istocie jest to wyraz stanowiska nie naukowego, lecz filozoficznego (dla którego najwłaściwszym terminem byłby chyba  - choć jego autor na pewno by się z tym nie zgodził – ewolucjonizm metafizyczny). Zechce on może dowiedzieć, się dlaczego mem ten tak silnie „przemawia do umysłu”, to znaczy, jakie biologiczne korzyści za tym przemawiają. Dawkins przyznając, że dla takiego podejścia ma wiele zrozumienia, twierdzi jednak, że powyższe pytanie zrodzone jest w wyniku przyjęcia niewłaściwej perspektywy – takiej, która zakłada, że monopol na replikację mają w ostateczności jedynie geny. Korzyści biologiczne istotnie mogą zachodzić, lecz prawdziwym beneficjentem jest sam mem.

Religia nie została poczęta ani zaprojektowana przez ludzi. (…) szczegóły każdej z wiar ukształtowała nieświadoma ewolucja. Oczywiście nie mówię tu o genetycznym doborze naturalnym (…) Rola genetyki w tym wypadku ograniczyła się do dostarczenia mózgu i wyposażenia go w pewne naturalne skłonności i uprzedzenia, czyli w odpowiedni hardware i podstawowe oprogramowanie, co stworzyło scenę dla doboru memetycznego.61

Niektórym memom udaje się przetrwać, innym nie. Te pierwsze – czyli te, które w stopniu większym odwołują się do uniwersalnych cech ludzkiej psychiki – wchodzą po jakimś czasie w skład wiary zinstytucjonalizowanej. W tym właśnie miejscu, jak mówi Dawkins, stykają się memetyka religii z teorią religii jako produktu ubocznego, czas zatem, by przyjrzeć się tej ostatniej – notabene jej właśnie Dawkins przypisuje największe znaczenie.
Podstawowe twierdzenie wyżej wymienionej koncepcji brzmi: religia jest produktem ubocznym innych zjawisk i mechanizmów. Znaczy to tyle, że religia nie posiada sama w sobie wartości adaptacyjnej, lecz powstałą jako efekt towarzyszący jakiejś cesze istotnej z punktu widzenia przetrwania.
Powyższe zjawisko nie jest niczym niezwykłym w przyrodzie. Są to „ewolucyjne niewypały” nie pełniące określonych funkcji, a często działające wręcz na niekorzyść danego osobnika (i jego genów). Tak może być, przekonuje Dawkins, z religiami, które przecież w tak wielu przypadkach działają jawnie na niekorzyść biologicznego trwania wyznających je jednostek. Jeżeli tak jednak jest rzeczywiście, kluczowym staje się pytanie: czego produktem ubocznym są zachowania religijne?
Hipotez jest wiele. Pierwszą z brzegu jest wykształcona w drodze ewolucji skłonność posłuszeństwa i ufności dzieci wobec starszeństwa, cecha bez wątpienia przydatna, zwłaszcza dla człowieka. Ma ona jednak tę wadę, że jeśli do strumienia informacji przekazywanych z pokolenia na pokolenie wkradnie się błąd – niczym wirus komputerowy w oprogramowanie komputera – wówczas będzie on powielany. Jeśli zaś ów błąd, ów fałszywy mem okaże się być trwały, trafi na żyzny grunt, łatwo się rozprzestrzeni. Oddajmy głos samemu Dawkinsowi:

(…) z bardzo ważnych powodów (to darwinowski warunek przetrwania) dzieci ufają rodzicom i tym dorosłym, których rodzice wskażą. Takie bezwarunkowe zaufanie oznacza, że nie można odróżnić dobrej rady od złej. Dziecko nie może wiedzieć, że zalecenie: „Nie kąp się w Limpopo, bo tam jest pełno krokodyli” to mądra rada, natomiast „Ofiaruj kozę w pełnię Księżyca, bo inaczej nie spadnie deszcz” w najlepszym razie prowadzi do straty kozy. Oba napomnienia brzmią równie wiarygodnie, oba pochodzą z tak samo godnego zaufania źródła i oba wygłaszane są z równym namaszczeniem     i powagą; obu trzeba być posłusznym. To samo dotyczy przekonań o świcie, o kosmosie, o moralności, o naturze ludzkiej. A, co wielce prawdopodobne, dziecko, gdy dorośnie i samo dorobi się potomka, przekaże mu (lub jej) to wszystko, co samo wie – i wiadomości pożyteczne, i bzdury – z tą samą zaraźliwą powagą i wiarą.62

Obserwacje życia oraz wierzeń różnych ludów i kultur potwierdzają, że tak jest w istocie.
Jak już powiedzieliśmy, powyższa hipoteza jest jedynie jedną z wielu możliwych i faktycznie wysuniętych, ilustruje jednak w jasny sposób ogólną zasadę teorii produktu ubocznego.
Podsumowując to, co dotąd zostało powiedziane należy stwierdzić, że    w obliczu często niekorzystnych dla przetrwania jednostek cech religii Dawkins postrzega ją nie jako zdobycz ewolucyjną samą w sobie, lecz jako takiej (lub takich) zdobyczy efekt uboczny – efekt, który z racji swej memetycznej płodności trwale zagnieździł się w umysłach ludzkich i rozprzestrzenił pod różnymi postaciami na całym globie ziemskim. Koncepcja ta pozostaje w zgodzie z bardziej tradycyjnymi   (w sensie filozoficznym) poglądami na pochodzenie religii. Można wręcz – zwłaszcza dotyczy to tej jej części, która traktuje rozmaite idee religijne jako memy – mówić o swoistej komplementarności tej silnie zakorzenionej w ewolucjonizmie teorii  z myślą bazującą na refleksji filozoficznej oraz obserwacjach antropologicznych.

Racjonalność idei Boga

Zdecydowana większość religii – zarówno tych istniejących dawniej, jak   i obecnie – ma charakter teistyczny.63 Spośród nich uwagę Dawkinsa, jak już było powiedziane, szczególnie zajmuje chrześcijaństwo, a pośrednio również judaizm  i islam – wszystkie te trzy wielkie religie wywodzące się z regionu Bliskiego Wschodu łączy wspólna cecha: monoteizm. Znaczy to tyle, że każda z nich uznaje istnienie jednego Boga – Stwórcy.
Powyższy pogląd Dawkins nazywa hipotezą Boga i formułuje następująco:

Istnieje nadludzka, nadnaturalna inteligencja, która w zamierzony sposób zaprojektowała i stworzyła Wszechświat i wszystko, co w nim istnieje, w tym również nas64

Temu twierdzeniu autor się sprzeciwia i przeciwstawia tezę inną, mianowicie:

Jakakolwiek twórcza inteligencja, wystarczająco złożona, by cokolwiek zaprojektować, może powstać wyłącznie jako produkt końcowy rozbudowanego procesu stopniowej ewolucji65

Powyższe jest doskonałym przykładem nawet nie tyle ateizmu autora Boga urojonego, co jego postawy naturalistycznej, a w szczególności ewolucjonistycznej. Ponadto, jest ono naczelnym twierdzeniem książki Bóg urojony. Odtąd będziemy je nazywać twierdzeniem D.
Hipotezę Boga traktuje Dawkins (i mocno to akcentuje66) jako tezę naukową, jako swoisty fakt naukowy – fakt, który wymaga dowodu, jak każdy inny. Któż jednak taki dowód powinien przeprowadzić? Dawkins twierdzi, że ci, którzy istnienie owego faktu postulują. Znów, jest to praktyka typowa dla nauki. Jeżeli ktoś twierdzi, że „X istnieje” bądź „X jest prawdą” to nie kto inny, ale właśnie ten ktoś ma obowiązek wykazać prawdziwość tych twierdzeń – jeśli tego nie uczyni, nie ma powodu, by je traktować poważnie, a już na pewno, by zakładać ich prawdziwość do chwili, gdy okaże się inaczej. Tę postawę Dawkins opisał odwołując się do Bertranda Russella i jego opowieści o niebiańskim czajniczku67 oraz szeregu anegdotek, historyjek i teoryjek uwypuklających absurdalność postawy przeciwnej, na czele  z parodystyczną religią Latającego Potwora Spaghetti.  
Powyższe podszyte ironią podejście, jakkolwiek może się wydawać w jakiejś mierze niepoważne, pozostaje w całkowitej zgodzie ze wspomnianymi uwagami Stephena J. Goulda o popperowskim falsyfikacjonizmie. Dawkins mówi o tym wprost:

Fakt, że nie sposób dowieść nieistnienia Boga, jest trywialny; nie można ze stuprocentową pewnością udowodnić nieistnienia czegokolwiek.68

Zdradza przy okazji cel, jaki mu przyświeca:

Przytaczam tu wszystkie te szalone nieco przykłady, by wykazać, że jakkolwiek nie sposób udowodnić, iż którykolwiek z tych bytów naprawdę nie istnieje, to nikt nie uzna, że ich istnienie     i nieistnienie to hipotezy równie prawdopodobne.69

W istocie chodzi tu zatem nie o definitywne rozstrzygnięcie, czy Bóg istnieje, lecz o to, czy i na ile istnienie bytu takiego nadprzyrodzonego jest prawdopodobne.
Takie postawienie sprawy jest w istocie całkiem naukowe, gdyż nauka zajmuje się właśnie tym, co prawdopodobne. Kwestię tę wyjaśnił na jednym ze swoich wykładów wielki fizyk Richard Feynman. Opowiedział on audytorium taką oto zabawną anegdotę:

Kilka lat temu odbyłem z laikiem konwersację dotyczącą latających talerzy. Bo przecież jestem naukowcem – wiem wszystko o latających talerzach. Stwierdziłem: „nie sądzę, że istnieją latające talerze”. Na co mój antagonista zapytał: „czy jest niemożliwe, by istniały latające talerze? Czy może Pan udowodnić, że to niemożliwe”. „Nie – odparłem – nie mogę udowodnić, że to niemożliwe. Jest to jedynie bardzo mało prawdopodobne”. Na co mój rozmówca rzekł: „To jest bardzo nienaukowe. Skoro bowiem nie może Pan udowodnić, że coś jest niemożliwe, jak może Pan mówić, że to jest bardziej prawdopodobne, a to mniej?”. Ale tym właśnie jest postawa naukowa. Naukowe jest jedynie stwierdzanie, co jest bardziej lub mniej prawdopodobne, a nie nieustanne udowadnianie, co jest możliwe, a co nie. Aby wyjaśnić, o co mi chodzi, powiedziałem mu: „Chodzi mi o to, że na podstawie posiadanej przeze mnie wiedzy o świecie, który nas otacza, myślę, że jest znacznie bardziej prawdopodobne, by doniesienia o latających talerzach były wynikiem znanej nam irracjonalnej charakterystyki ziemskiej inteligencji, aniżeli nieznanych nam racjonalnych wysiłków inteligencji pozaziemskiej”.70

Zwolennicy tezy, że Bóg istnieje, a zwłaszcza kreacjoniści założenia przyjmują radykalnie odmienne – tam mowa jest o prawdzie ostatecznej. Dlatego właśnie – nawiasem mówiąc – Gould drwi z pojęcia „kreacjonizm naukowy” jako z pojęcia wewnętrznie sprzecznego, w gruncie rzeczy nieracjonalnego71.
Przerzucanie odpowiedzialności za dowód istnienia bądź nieistnienia Boga na drugą stroną nie było i nie jest domeną wszystkich wierzących. Część z nich,    a mówiąc ściślej – część teologów, podjęło się próby przeprowadzenia takiego dowodu. Powstałe w wyniku tych prób rozumowania znane są dziś pod nazwą „dowodów na istnienie Boga”, a ich najbardziej znanymi autorami są, między innymi, św. Anzelm z Canterbury (autor tzw. dowodu ontologicznego) i św. Tomasz z Akwinu (twórca pięciu dowodów). Dawkins sporo miejsca poświęca ich omówieniu oraz wykazaniu braków, które pożądaną wartość dowodową redukują do zera. Odnieść można wrażenie, że czyni tak niejako pro forma i chyba zbytecznie, gdyż z sukcesem czyniono to już przez przeszło dwieście lat, od czasu gdy jako pierwszy dokonał tego Immanuel Kant.
Na warsztat bierze też kilka innych „dowodów”, mniej lub bardziej przekonywających, każdorazowo wykazując – również bardziej lub mniej umiejętnie -  ich słabą (zerową) wartość dowodową.
Wykazać jednak, że racjonalnie dowieść istnienia Boga nie sposób – a przynajmniej, że dotychczas się to nie udało – to rzecz jedna. Skutecznie argumentować za tym, że istnienie Boga jest rzeczą mało prawdopodobną, zupełnie coś innego. A, zdaniem Dawkinsa, faktycznie jest to tak mało prawdopodobne, że nierozsądnym jest w tej sprawie nawet przyjmowanie postawy agnostyka72. Pisze:

To, iż nie potrafimy dowieść, że coś istnieje lub nie istnieje, nie oznacza automatycznie, że obie te możliwości są równoważne73.

Aby wykazać, że Hipoteza Boga i twierdzenie D. istotnie nie są równoważne, Dawkins bierze na warsztat tzw. dowód z nieprawdopodobieństwa, który stwierdza ni mniej, nie więcej, jak to, że złożone byty nie mogły pojawić się przez przypadek. Skoro zaś nie przez przypadek, zatem pojawiły się w drodze świadomej projekcji. Tymczasem, jak poucza badacz:
Zrozumienie (…) darwinizmu uczy nas, że alternatywa nie brzmi: „przypadek albo projekt”; jest jeszcze trzecia opcja: stopniowo i powoli narastająca złożoność.74

Owa „powoli narastająca złożoność” jest kluczem do zrozumienia teorii doboru naturalnego. W biologii nie ma miejsca na przypadek, przypomina Dawkins75. Nie ma również, jak przekonuje, miejsca na świadomy projekt. W każdym razie nie stanowi to satysfakcjonującego rozwiązania zagadki istnienia, gdyż projektant bynajmniej nie przerywa problematycznego regressum ad infinitum – w naturalny sposób wyłania się bowiem pytanie o pochodzenie owego projektanta. A jeżeli kategorycznie stwierdzimy, że pytanie to jest pozbawione sensu, że Stwórca jest „naturą tworzącą, nie stworzoną” jak to sugerował Jan Szkot, wówczas zastosowanie ma brzytwa Ockhama, gdyż równie dobrze początkiem – będącym przyczyną wszystkiego, lecz nie mającym sam przyczyny – może być, dajmy na to, Wielki Wybuch. Jak  u Laplace’a : hipoteza Boga staje się zwyczajnie zbędna.
Cóż jednak sprawia, że dobór naturalny sprawdza się jako rozwiązanie zagadki nieprawdopodobieństwa? Innymi słowy, cóż czyni go jedyną dotąd wysuniętą racjonalną teorią, spychając koncepcje pozostałe w otchłań irracjonalizmu? Oddajmy głos Dawkinsowi:

Otóż dobór to proces stopniowy, eskalacyjny i kumulatywny, zatem nie ma już jednej zagadki, tylko mnóstwo niezależnych pytań. Oczywiście każdy z tych małych kawałków wielkiego pytania nadal odwołuje się do zdarzeń mało prawdopodobnych, ale już nie niemożliwych.76

Naturalnie, teoria doboru naturalnego trafia na liczne przeszkody, z których główną jest kwestia tzw. nieredukowalnej złożoności. Nie ma w tej pracy miejsca, by przyjrzeć się temu problemowi oraz jego rozwiązaniami podsuwanymi przez Dawkinsa bliżej77, podobnie jak i innym zagadnieniom, którym sprostać musi teoria ewolucji.
Dość powiedzieć, że z trojga konkurencyjnych wyjaśnień zjawisk biologicznych jedynie dobór naturalny jawi się jako propozycja racjonalna. Czy prawdziwa, pewności mieć nigdy nie można, lecz rozliczne świadectwa wskazują, że jest to teoria o bardzo wysokim stopniu prawdopodobieństwa. Koncepcja przypadku   w postaci, jaką nadaje jej Dawkins i jego adwersarze78 jest irracjonalna per se, tu kontrowersji de facto nie ma. Hipoteza Boga, Stwórcy czy też projektu jest zaś nieprzekonująca z dwóch powodów. Po pierwsze, jest bardzo mało prawdopodobna, po drugie zaś, nie stanowi w ogóle satysfakcjonującego intelektualnie wyjaśnienia – przeciwnie, rodzi więcej problemów aniżeli ich wyjaśnia. W gruncie rzeczy, przekonuje autor Boga urojonego, jest raczej wyrazem ludzkiej skłonności do chodzenia na łatwiznę, do udzielania prostych odpowiedzi na trudne pytania. I, jak to zwykle bywa w tego typu sytuacjach, odpowiedzi te, choć nie pozbawione swoistej atrakcyjności, z prawdą wspólnego mają bardzo niewiele. Postawę tę podsumowuje on w ten oto sposób:

To więcej niż ignorancja, to w zasadzie już czysta perwersja, ci bowiem ludzie [którzy obstają przy hipotezie Boga, kosztem teorii ewolucji – M.K.] negują nie tylko dorobek biologii, ale przy okazji całą współczesną fizykę, geologię, kosmologię, archeologię, historię, a nawet chemię.79

Hipoteza Boga jest zatem – mówi nam Dawkins – irracjonalna nie tylko   w perspektywie scjentystycznej czy ewolucjonistycznej, lecz w istocie również  w kontekście zdroworozsądkowym, gdyż pociąga za sobą konieczność odrzucenia, zanegowania zdobyczy nauki.

Wartość religii

W obliczu do tej pory zreferowanych poglądów Dawkinsa dotyczących wierzeń religijnych i samego fenomenu religijności, jego pełna sprzeciwu postawa nie dziwi. Geneza w postaci produktu ubocznego i irracjonalna istota – to nie jest najlepsza rekomendacja żadnego zjawiska. A mimo to, powyższe własności nie stanowią bynajmniej najpoważniejszych zarzutów, jakie badacz wobec religii wysuwa. Nim jednak do nich przejdziemy, zatrzymajmy się na chwilę przy tych nielicznych jej właściwościach, które pozwalają nań spojrzeć nieco łaskawszym okiem.
Nie ulega wątpliwości, że wierzenia religijne potrafią spełniać pozytywną rolę, zarówno w sensie psychologicznym, jak i społecznym. Dawkins temu nie przeczy i to rozumie:

Religia daje pocieszenie i komfort, spaja ludzkie grupy i zaspokaja nasze pragnienie wiedzy o celu własnej egzystencji80

Niezbyt to jednak istotne, w oczach badacza, zalety81. Jak bowiem wykazuje, owa wiedza jest nieprawdziwa, natomiast odnośnie korzyści natury psychologicznej sięga po jasny w przekazie cytat z George’a Bernarda Shawa:

To, iż wierzący jest szczęśliwszy od sceptyka, znaczy niewiele więcej niż fakt, że człowiek pijany lepiej się czuję od trzeźwego.82

Istnieje wszakże inna właściwość wierzeń religijnych, której w ten sposób lekceważyć nie można i którą Dawkins istotnie zauważa, lecz nie przypisuje jej chyba należytej wagi. Chodzi o opisywaną już memetyczną płodność i trwałość wierzeń religijnych. Zaskakuje łatwość, z jaką badacz przechodzi do porządku dziennego nad tym donośnym faktem, jak również jego przyczynami. Zwłaszcza, że samą koncepcję memu jako potencjalnego beneficjenta doboru naturalnego zdaje się darzyć dużą dozą zaufania. Bliższe wejrzenie w tę kwestię, przede wszystkim w jej głęboko zakorzenione w naturze ludzkiej korzenie, umożliwiłoby, być może, istotne pogłębienie poglądów Dawkinsa i pozwoliło mu uniknąć mielizn, na które się nierzadko zapuszcza. Byłoby to z korzyścią zarówno dla sprawy, o którą pisarz walczy, jak i intelektualnej jakości jego wywodów.

Tymczasem autor Samolubnego genu wysiłki swe ogniskuje raczej wokół nieprzejednanej krytyki wartości i przejawów wierzeń religijnych. Miażdżąca krytyka, jakiej dokonuje w stosunku do przekonań religijnych, zwłaszcza treści Starego    i Nowego Testamentu oraz wierzeń muzułmanów, ma podłoże przede wszystkim etyczne, tym jednak zajmiemy się w osobnym rozdziale.
Ponadto Dawkins akcentuje przede wszystkim dwie sprawy – recepcji religii jako takiej oraz wychowania religijnego. Co się tyczy pierwszej z nich, wyodrębnić można dwa zasadnicze twierdzenia:

TEZA A – Fanatyzm religijny jest naturalną konsekwencją przekonań religijnych jako takich.83
TEZA B – Przekonania religijne powinno się zdetabuizować

Tezę A można by sformułować w sposób mocniejszy: fanatyzm religijny to przekonania religijne traktowane serio. Niemniej z pojęciem „fanatyzm” sprzęgnięta jest z reguły jakaś agresja i przemoc, a twierdzić, że gorliwość w wierze religijnej równoznaczna jest ze stosowaniem jakiejś formy przemocy – to byłaby przesada i fałsz. Dlatego roztropniej będzie pozostać przy pierwszej formule. Jej dowód z kolei opiera Dawkins po prostu na obserwacjach i relacjach z pierwszej ręki. Jego zdaniem, duża część zbrodniczych aktów na tle religijnym wypływa ze szczerej wiary w dane przekonania i w imię owych przekonań jest dokonywana.
Teza B ma dwie przesłanki. Pierwszą jest nieumiejętność znalezienia przez pisarza przyczyn, dla których przekonania religijne miałyby posiadać status specjalny, nie różnią się one wszak w jego oczach od wszelkich innych przekonań, które traktujemy bez namaszczenia i które można swobodnie poddawać racjonalnej krytyce. Druga natomiast jest konsekwencją tezy A : jeżeli przekonania religijne prowadzą do fanatyzmu, ten zaś do aktów agresji, nie powinniśmy tychże przekonań traktować jak tabu, to znaczy przyjmować bezkrytycznie lub o nich milczeć.
Z tym wiąże się wzmiankowana kwestia wychowania religijnego. Dawkins wyraża się w tej sprawie ostro i jednoznacznie:

(…) to, co naprawdę jest groźne, to uczenie dzieci, że wiara sama w sobie jest cnotą. Wiara jest złem przez to i dokładnie przez to, że nie wymaga uzasadnienia i nie toleruje sprzeciwu. Uczenie dzieci, że wiara, której nie można podważyć, jest cnotą, czyni z nich (…) potencjalną śmiertelną broń (…).84

I dalej:

Religia może być bardzo niebezpieczna, a największym złem, jakie czyni, jest wkradanie się w podatne umysły niewinnych dzieci.85

Stwierdzenia te dopełnia autor konkluzją, że nie ma „chrześcijańskich dzieci” albo „muzułmańskich dzieci”; są jedynie „dzieci chrześcijańskich rodziców” oraz „dzieci muzułmańskich rodziców”.
Aby dopełnić obraz nędzy, jaką w jego oczach oferuje religia, Dawkins wraca do problemu ukojenia86 i zastanawia się, czy religia wypełnia jakąś istotną lukę,  a jeśli tak – czy coś jest w stanie ją zastąpić. Innymi słowy, czy ludzie odczuwają „psychologiczną potrzebę” Boga, która to potrzeba wymaga zaspokojenia niezależnie od tego, czy ów realnie istnieje, czy nie.

(…) nie sposób zaprzeczyć, że Bóg dla wielu ludzi jest pocieszycielem i ostoją, i, jeśli on nie istnieje, coś trzeba znaleźć na jego miejsce. Nawet jeżeli ktoś skłonny jest ostatecznie zgodzić się, że najprawdopodobniej Boga nie ma i że nie jest on źródłem moralności, nie oznacza to, że się poddaje, zawsze ma bowiem (…) jeszcze jednego asa w rękawie – potencjalną (psychologiczną lub emocjonalną) potrzebę Boga.87

Jako że „potrzeba Boga” w żadnej mierze nie rozstrzyga kwestii istnienia bądź nieistnienia Boga, Dawkins – idąc za Danem Dennettem – wprowadza rozróżnienie pomiędzy „wiarą w Boga” a „wiarą w wiarę”, czyli przekonaniem, że dobrze jest wierzyć, nawet jeśli sama wiara jest fałszywa. Pisarz nazywa owo przekonanie „szczególnym sentymentem dla irracjonalnej wiary”88. W tym dość frywolnym stwierdzeniu kryje się prawdziwe źródło sprzeciwu Dawkinsa wobec przekonań religijnych i religijności jako takiej. Kość niezgody tkwi w elementarnej nieprzystawalności jego scjentystycznej aksjologii do aksjologii o podłożu religijnym bądź, szerzej, transcendentnym.
Wartością nadrzędną aksjologii scjentystycznej jest prawda – prawda w zakresie stricte naukowym. Religie, zdaniem autora Ślepego Zegarmistrza, prawdziwe nie są i do prawdy de facto nie aspirują, w związku z czym ich wartość jest bardzo niewielka lub wręcz żadna, gdyż jak zauważył Wolniewicz, wartości niższego rzędu w takiej jedynie mierze są istotne, w jakiej dążą do wartości nadrzędnej. Żadne poboczne własności przekonań religijnych nie są w stanie tej oceny w znaczący sposób zmienić – dokonać tego można tylko w jeden sposób: dowodząc, że dana religia jest prawdziwa89.



ROZDZIAŁ 3
LEM WOBEC RELIGII

Istota i źródło religii

Stanisław Lem różnie definiował fenomen religii. Ogólnie rzecz biorąc uważał, że jest to zbiór przekonań „nieempirycznych i do empirii nieredukowalnych” 90, czyli metafizycznych, które są odpowiedzią na konkretne potrzeby człowieka i które  o konkretnych rzeczach traktują. Ściślej zaś nazywał je „protezami, które mają nam ułatwiać oswojenie się z myślą o przykrej perspektywie niebytu”91. Funkcja religii jest zatem przede wszystkim kojąca, pocieszycielska – ma nam tak wymodelować świat, by koniec życia będąc dla każdego punktem krytycznym, nie wiązał się z tak głębokim egzystencjalnym dramatem. W innym razie napięcie, jakie wytwarza myśl   o własnej śmierci staje się nie do zniesienia. Nie do zniesienia byłaby również śmierć bliskich ludzi, brutalnie sprowadzająca żywą osobę do gnijących  i „pustych” zwłok, lub – jak powiedziałby współczesny filozof – obracają podmiot w przedmiot.
Powyższe stanowi jednocześnie odpowiedź na pytanie o genezę religii. Lem, choć ewolucjonista, nie szuka czysto biologicznej odpowiedzi, lecz zadowala się rozwiązaniami antropologiczno-kulturowymi, bądź po prostu filozoficznymi. Podkreśla przede wszystkim – idąc w tym, między innymi, za Constantem i Malinowskim,  a równo z Wolniewiczem – rolę śmierci:

Człowiek myślący powstał wtedy, gdy zaczęto zwłoki zmarłych (…) grzebać w zrytualizowanej pozycji (…). Tak powstawały wiary religijne. Nie tyle (…) ze zwyczajnego strachu przed nicością (…), ile z poczucia, jakby tu rzec, nadzwyczajnej niegodziwości, nieuczciwości i gorszącego wprost pomiatania indywidualną godnością człeczą, którą śmierć w sobie zawiera i sobą spełnia92

Wierzenia typu religijnego pełniły więc rolę konstytutywną w wyodrębnieniu się człowieka jako takiego i zdaniem Lema są człowiekowi do życia we wskazanym sensie konieczne. Obserwacja zdaje się tę tezę potwierdzać, gdyż dzisiejsze społeczeństwo zachodnie, w którym wierzenia te wydają się być coraz bardziej passé staje się wobec śmierci bezbronne, nie wie, jak sobie z nią radzić. Rodzi to „potworny strach, odwracanie się, brak godności i groteskowe praktyki” 93.


Racjonalność idei Boga


Lema, jako racjonalistę, mocno trapiły intelektualne braki – luki, sprzeczności, niejasności, nadużycia - treści religijnych. Zauważał je na każdym polu, od perspektywy pojedynczego człowieka, przez ogólnie pojmowany świat ożywiony, aż po kosmos jako całość. Bezlitośnie je obnażał, choćby rzucając światło na paradoksy, do jakich prowadzą, czasem wręcz wyszydza. Taka postawa walnie przyczyniła się do postrzegania przez część badaczy (np. Szpakowską) jego postawy i poglądów przez pryzmat innego znanego szydercy – Woltera. Wydaje się to jednak niesłuszne, gdyż Lema przytyki nigdy nie stanowiły celu samego w sobie, a jego stanowisko jest od wolteriańskiego o wiele głębsze, bardziej wielowymiarowe.
Mówiliśmy o tym, że Dawkins traktuje ideę Boga jako pewną tezę naukową. Lem nie byłby skłonny się z tym zgodzić, co skwapliwie zauważa Małgorzata Szpakowska:

Z naukowego (przyrodoznawczego) punktu widzenia, pisze Lem w Summie Technologiae,    o przedmiotach wiary, o zjawiskach transcendentnych nic w ogóle powiedzieć się nie da. (…) człowiek, który naprawdę w coś wierzy, nie przestaje wierzyć, choćby jego wierze przeczyły fakty;  i odwrotnie: wiara w coś, co znajduje potwierdzenie w faktach, nie jest żadną wiarą, tylko wiedzą.94
Lem nie łudził się, że kogoś przekona ani nie obawiał, że poprzez wskazanie takich czy innych racjonalnych ubytków doktryny osłabi czy wręcz zniweczy czyjąś wiarę religijną. Ta bowiem nie jest kwestią rozumową, nie jest kwestią – powtórzmy za Szpakowską – wiedzy. Z tego Dawkins wydaje się nie zdawać sobie sprawy95.
W obu przypadkach jednak sprzeciw wyrasta z tego samego korzenia, który nazwać można postawą naukową. To właśnie ona stanowi klucz do zrozumienia krytycznych uwag autora Solaris odnoszących się do treści religijnych, co staje się jasne, gdy odpowiemy na pytanie, co stanowi wedle tejże postawy wartość najwyższą i gdy odpowiedź tę potraktujemy serio. A jest nią : prawda. Kosztem wygody, kosztem piękna96, kosztem innych wartości. Stanowisko to doskonale obrazuje wypowiedź Richarda Feynmana dotycząca powstawania praw naukowych:

Chciałbym omówić, jak powstaje nowe prawo naukowe. Zasadniczo dzieje się to podług następujących kroków. Po pierwsze, snujemy domysł. Dalej, wyliczamy konsekwencje tego domysłu, aby zobaczyć, co on powoduje, jeśli jest prawdziwy. A następnie porównujemy wyliczenia    z rzeczywistością, czynimy to za pomocą eksperymentów, doświadczeń. Porównujemy je    z obserwacjami, aby zobaczyć, czy to działa. Jeśli domysł nie zgadza się z eksperymentem, jest błędny. To proste twierdzenie jest kluczem do nauki. Nie ma znaczenia, jak piękny jest wasz domysł, jak mądry jest ten, kto go poczynił lub jak się nazywa – jeśli stoi w sprzeczności z eksperymentem, jest błędny.97

Wierzenia religijne nie mają z powyższym schematem nic wspólnego. Na przykładzie chrześcijaństwa widać, że ani nikt nie „snuł domysłów” – treści zostały bowiem apodyktycznie objawione –, ani nikt nie przyglądał się ich konsekwencjom – te zna tylko Bóg. Nikt też tym bardziej nie sprawdza ich eksperymentalnie;  w większości przypadków byłoby to zresztą niewykonalne, jak niewykonalne jest odtworzenie filmu z bitwy pod Grunwaldem.
Podobnie niepoznawalny empirycznie jest i sam postulowany metafizyczny Byt, jego istota i właściwości, a także wola i myśli. Dlatego właśnie Lema    w osłupienie wprawiało istnienie duchownych będących „bardziej od innych „za pan brat” ze Stwórcą”:

(…) uważam zawód duchownego – wszelkiej religii – za jeden z najdziwaczniejszych pomysłów, jakich się ludzie kiedykolwiek dopracowali. Jest to dla mnie coś niesamowicie dziwnego, a powszechność zjawiska nie zmniejsza w moich oczach jego dziwności.98

To zdziwienie stanowi tylko cząstkę jego postawy wobec Kościoła jako takiego, często zresztą krytycznej99. Jak sam mówił, „instytucjonalizacja teodycei” wydaje mu się pomysłem szalonym. Co więcej, Kościół nazywał ironicznie „systemem melioracyjnym kanałów nawadniających, które Pana Boga regulują, nastawiają, określają, ograniczają”100. Niezbadane są wyroki Boskie, mówią chrześcijanie, a jednak – zauważa Lem – tak wielu miało tak wiele (i ma nadal) do powiedzenia w tej sprawie. Nieufny wobec tej niekonsekwencji mówi wprost:

Gdybym miał naturę wierzącego, to nie należałbym do żadnego wyznania.101

Lem nie traktuje hipotezy Boga ani innych treści religijnych jako tez naukowych, ale je podatnymi na logiczną analizę czyni, by móc, stosując opisany przez Feynmana schemat, wskazać ich rozliczne niekonsekwencje i wywieść z nich pewne intrygujące antropologiczne spostrzeżenia.
Zauważa, na przykład, rzecz następującą: Istnienie Boga zakłada – przynajmniej na gruncie chrześcijańskim – że los każdego człowieka z góry jest już przezeń zaprojektowany. „Taka była wola Boga” mówi się w następstwie takich czy innych wydarzeń. A przecież jest w człowieku silnie zakorzeniona potrzeba wolności:

Jest w nas (…) coś takiego, że odrzucamy sterowanie roztropnym urządzeniem, które pragnie uwzględnić nasze dobro, a chętnie powierzamy się małpio złośliwemu losowi, który nie jest niczym innym jak serią przypadków.102

Jak pogodzić tę potrzebę i dyskomfort odczuwany w chwili zniewolenia z wizją życia jako realizującego się punkt po punkcie scenariusza? Czyż nie dlatego istnieje w Biblii „furtka” w postaci wolnej woli? A może Lem się mylił (bądź też należy jego uwagi uzupełnić) i w ludziach nad potrzebą wolności góruje obawa przed pozostawieniem na łasce ślepego przypadku? Jakkolwiek by nie było, istnieniu ważkiego problemu zaprzeczyć nie sposób. Sam Lem, zdaniem Szpakowskiej, przeciwny był idei Stwórcy, który ingeruje w to, jak poczyna sobie jego twór. Neguje on ideę Boga karzącego czy też Boga – zbawiciela. Głosem Kelvina, bohatera powieści Solaris, mówi:

Jedyny Bóg, w którego byłbym skłonny uwierzyć, to taki którego męka nie jest odkupieniem, niczego nie zbawia, nie służy niczemu.103

W miejscu jednak, w którym Dawkins zatrzymuje się w geście triumfu, Lem, pomimo wszelkich negacji i pomimo wątpliwości, czuje się nie jak zwycięzca, który Rozumem pokonał Boga, lecz raczej jak przegrany. Z nutą rozpaczy w głosie żali się Beresiowi:

(…) nie mogąc dać zgody na żadną postać osobowego kreatora (…) i odmawiając personalnych własności temu, co dało początek światu, dostrzegam równocześnie nieprzypadkowość bądź niedostateczne wyjaśnienie w akcie postulowania całkowitej przypadkowości powstawania życia, a więc i człowieka. Tutaj w mojej ontologii i w moim myśleniu zieje potworna dziura, której nie potrafię niczym zapełnić. Niczym!104


Wartość religii

Łatwo usunąć Boga z jego miejsca we wszechświecie.
Ale takie dobre posady niedługo wakują.
Hugo Steinhaus

Pomimo tak krytycznego stosunku do religii jako zbioru racjonalnych twierdzeń dotyczących świata i pomimo niewiary był Lem jak najdalszy od negatywnego nastawienia wobec religii jako takiej. Przeciwnie, zdawał sobie sprawę, że religie są wyrazem ukrytych głęboko w człowieku, wręcz przynależnych do jego natury, potrzeb. Jak już zostało powiedziane, świadomość śmierci wywołuje głęboki sprzeciw i potężny strach, natomiast religie pozwalają ów sprzeciw wyciszyć, a strach przerodzić w godny stoika spokój. W tym tkwi ich siła. Uważał je więc Lem za wprawdzie nieprawdziwe w swej warstwie literalnej – wyjątek dotyczy jej warstwy etycznej, czemu poświęcony jest następny rozdział – lecz na pewno nie bezwartościowe.

Wiara jest użyteczna zarówno na płaszczyźnie psychologicznej, jako środek osiągania duchowej równowagi (w czym przejawia się użyteczność wszelkich metafizyk), jak również    w dziedzinie zjawisk cielesnych. Określone zabiegi, zmieniające stan mózgu materialny (…) lub funkcjonalny (…) sprzyjają powstaniu subiektywnych stanów, znanych we wszystkich czasach i religiach. (…) Same (…) stany tego rodzaju są zjawiskiem całkowicie realnym w rozumieniu empirii (…).105

Jednocześnie Lem w pewnej mierze powyższe stany deprecjonuje, gdyż „prawdy przeżywane” nie wytrzymują porównania z „prawdami nauki”, co nie byłoby problemem, gdyby nie to, że zwolennicy tych pierwszych do takich porównań dążą imputując im wyższość nad drugimi. To zaś jest zupełnie mijające się ze stanem faktycznym uroszczenie. Deprecjonuje je też filozof bezlitośnie odzierając    z mistycznych szat – te same efekty można wszak otrzymać w sposób bardzo przyziemny, poprzez wstrzyknięcie do organizmu stosownych substancji. Tym samym uosabia je on po prostu z procesem chemicznym mającym miejsce wewnątrz organizmu i wzbudzonym w sposób naturalny (nieświadomy) bądź sztuczny (świadomy, celowy). W analogiczny sposób Lem obnaża również fizyczne następstwa czynności religijnych – w tym punkcie pewna zbieżność z Wolterem, lub choćby Dawkinsem, istotnie zachodzi. Jest to chyba jednak rzecz nie do uniknięcia, jeśli chce się odparować jakiekolwiek pretensje religii do miana „wyższej racjonalności”. Zupełnie bezwzględnie przebiega przy tym proces demistyfikacji praktyk o charakterze magicznym. Co innego jeśli taka postawa znajduje wyraz  w celach inne niż „obronne” – wówczas staje się niepoważną donkiszoterią.     W przypadku Lema właściwe proporcje pozostają najczęściej zachowane. Tam, gdzie Dawkins zamyka dyskusję cytatem z Shawa, Lem odpowiedziałby zapewne: „być może…ale jednak czuje się lepiej”. I podsumował „Wiara rzeczywiście koi” 106.
Autor Cyberiady dostrzega, obok psychologicznych, również społeczne korzyści płynące z religii, podobnie jak czynił to Dawkins próbując uzasadnić stabilność grup przejawiających potrzeby religijne. Nierzadko zdarza się, że we wspólnotach pełni ona rolę zwornika, który ludzi cementuje. Stanowi fundamentalną płaszczyznę porozumienia, na której opiera się prawo, obyczaj i ogólne postrzeganie świata.

Absurdalna wiara metafizyczna może się jednak upowszechnić społecznie jako religia –   i wówczas zaczyna funkcjonować jako całkiem nieabsurdalny regulator stosunków społecznych.107

Warto dodać, że spośród wszystkich doktryn religijnych najwyżej filozof cenił chrześcijaństwo, najlepiej mu oczywiście znane. Sądził, że żadna inna religia nie okazała się równie żyzną glebą dla tak wielu cennych idei i tak wspaniałej twórczości. To na jej gruncie wyrosła cywilizacja zachodnia, która z kolei zrodziła naukę. Żadna inna cywilizacja w równym stopniu nie krzewiła racjonalizmu i żadna nie osiągnęła takich sukcesów na polu technologicznym108.

Wyrażam się jednak o religii chrześcijańskiej z najgłębszym uszanowaniem, płynącym z moich wewnętrznych odczuć. Najpiękniejsze w niej jednak nie są dla mnie objawienia, lecz proste prawdy moralne każące miłować bliźnich, a nawet nieprzyjaciół. (…) Fakt, że religia ta jest w jakiś sposób panująca, wystawia mimo wszystko nie najgorsze świadectwo ludzkości. Co prawda nie jest ona w stanie urzeczywistnić tego, co głosi, lecz sam fakt, że ludzie tak zbiorowo się do niej przyznają, jest czymś pocieszającym.109

Co może najbardziej zdumiewające, Lem cenił religię – a zwłaszcza chrześcijańską – w dużej mierze za jakość jej metafizyki. Owszem, uważał ją za fałszywą (a w każdym razie nie chciał przyznać jej miana prawdziwości), lecz wszelkie alternatywy uważał za koncepcje dużo lichsze. Ich wysyp, będący następstwem laicyzacji społeczeństwa zachodniego, jawił mu się jako paradoksalny, choć nie zaskakujący. W obliczu wielowiekowej i przede wszystkim wielowarstwowej doktryny chrześcijańskiej współczesne jej namiastki w postaci wiary w UFO, w czynniki Psi czy inne objawy okultyzmu oceniał jako „metafizyczne tandety”. Tandeta ta znajduje jednak wzięcie w miarę, jak zwiększa się stopień skomplikowania nauk ścisłych. By współcześnie mieć dobre rozeznanie w fizyce bądź biologii potrzeba wiele czasu i trudu. Tymczasem rozmaici głosiciele „Prawdy” (rzekomo wstydliwie przez naukowców skrywanej) pokroju Ericha von Dänikena proponują wyjaśnienia łatwe, dla wszystkich zrozumiałe – tu nie potrzeba mieć uprzedniego przygotowania, nie potrzeba długoletnich studiów, nie ma też „strasznych” wzorów. Pozostają jedynie pozory – przede wszystkim niby-naukowa metodologia i niby-naukowa terminologia.

To jest cudowne, ale nie w tym sensie, że to jest cud, ale że to jest cudownie upraszczające. Nie ma żadnych strasznych wzorów ani kłopotów z niezrozumiałymi słowami, których używają uczeni, lecz     „z punktu” dowiadujemy się pewnych rzeczy. Nie tylko dowiadujemy, ale wiadomości zostają doprowadzone do ich stanów ostatecznych. (…) nie ma już żadnej dyskusji. Wszystko jest wyjaśnione. Ludzie bardzo to lubią.110

Tym samym owa pseudonauka (a zarazem pseudometafizyka) przejmuje rolę zarezerwowaną dotąd dla religii, co Lem ocenia zdecydowanie negatywnie, gdyż mimo fałszywości obydwu, za tą drugą stoją rzetelne wartości, podczas gdy za pierwszą – nie. Innymi słowy, chrześcijaństwo, choć samo szkicuje fałszywy obraz rzeczywistości, pozostawało zawsze tamą dla jawnej bzdury, umysłowego hochsztaplerstwa, magii. Pękanie tej zapory nie nastrajało Lema optymistycznie, zwłaszcza, że wbrew nadziejom zatwardziałych scjentystów, wszystko wskazuje na to, iż powstałej luki nauka nie jest w stanie wypełnić. Rozziew pomiędzy obrazem świata przyrodników a wizją świata mas pogłębia się.


ROZDZIAŁ 4
Religia a etyka w ujęciu Lema i Dawkinsa


Dwa problemy

Zarówno u Stanisława Lema, jak i u Richarda Dawkinsa krytyka religii ma dwa źródła. Pierwsze nazwać możemy ontologicznym – jest to niezgoda na wizję rzeczywistości, jaką sugerują poszczególne religie. Drugie natomiast to źródło moralne – tu niezgoda objawia się przede wszystkim w starciu z dwiema kwestiami: problemem teodycei oraz charakterem relacji zachodzących pomiędzy religijnością    a moralnością. W obu przypadkach krytyka ta opiera się na przesłankach z jednej strony racjonalistycznych, z drugiej na scjentystycznych (a zwłaszcza ewolucjonistycznych), dlatego tak ważne było uprzednie wyodrębnienie i zdefiniowanie tych dwóch stanowisk. Co ciekawe jednak, pomimo że są one jednakowe tak dla Brytyjczyka, jak i Polaka, i pomimo że przy formułowaniu zarzutów idą oni wspólną drogą, konkluzje, do jakich dochodzą bynajmniej już jednakowe nie są – wręcz przeciwnie.

Teodycea

Teodycea jest to gałąź teologii, która zajmuje się problemem pogodzenia dobrego Boga z istnieniem zła. Sam termin wywodzi się z greki: théos znaczy Bóg, natomiast diké – słuszny, sprawiedliwy. Pierwszy raz użył go Gottfried Leibniz, choć samo zagadnienie pojawiło się już w starożytności, w czasach stoików. Problem ten polega na uzgodnieniu dwóch następujących tez:

1.    1.
Istnieje po trzykroć nieskończony – w mocy, intelekcie i sprawiedliwości – Stwórca (Bóg).
2.    2.
Istnieje Zło.111

Rozmaite były na przestrzeni wieków próby dokonania takiego uzgodnienia, żadna jednak nie doczekała się jednoznacznej aprobaty. Zdecydowanie negatywnie oceniał je również Lem. Kategorycznie nie zgadzał się ze św. Augustynem, który z powyższego dylematu wychodził obronną ręką traktując Zło jako brak Dobra, jako pewien nie-byt. Lem przeciwnie, był zdania, że jest to byt jak najbardziej realny, że „jest tam coś więcej – intencja, aktywna intencja”112. Co więcej, istnienie Stwórcy wraz ze wszystkimi Jego przymiotami powoduje, że każdemu wydarzeniu dotyczącemu istot żywych, każdemu wydarzeniu w przyrodzie przypisać możemy moralnie znak, dodatni bądź ujemny. W tej perspektywie ilość Zła w świecie rozrasta się do niebywałych rozmiarów, gdyż świat ożywiony to świat wzajemnego zabijania, pożerania, świat – używając zwrotu Lema – nieustającego zoocydu. Dlatego też twierdzi on, że:

Pojęcie etyki, przystawione do procesu ewolucyjnego, jest czymś niewspółmiernym, jeśli jednak uprzemy się imputować ewolucji etykę, to trzeba sobie powiedzieć, że jest ona najstraszliwszą, jaką tylko można sobie wyobrazić.113

Jeśli do przyrody przystawić jakąś maksymę działania, brzmiałaby ona: „Biada słabym i leżącym – tratować wszystkich!”114. Dawkins, zoolog przecież z wykształcenia, wypowiada się dokładnie w tym samym duchu:

„(...) cierpienie, i to przerażające, jest w przyrodzie czymś tak powszechnym i tak przejmującym, że człowiekowi o wrażliwym sercu doprawdy trudno to znieść.”115

Krzywdę w świecie zwierzęcym nazywa on efektem ubocznym doboru naturalnego, jego naturalną konsekwencją116. Dodaje jednak, że ze ściśle biologicznego punktu widzenia problem teodycei nie istnieje, gdyż „z perspektywy przetrwania genu zło i cierpienie w ogóle nie mają znaczenia. Więcej – w tej perspektywie one po prostu nie istnieją”117. Na sam problem fundamentalnej niezgodności teorii ewolucji z teodyceą zwracał zresztą uwagę już sam Karol Darwin, jest to zatem sytuacja : albo-albo. Dla Dawkinsa, zadeklarowanego ewolucjonisty, odpowiedź może być tylko jedna – odrzucenie teodycei i jej karkołomnych argumentacji na rzecz teorii doboru naturalnego, która zjawiska w przyrodzie    w sposób jasny faktycznie tłumaczy i która – ku nieszczęściu św. Augustyna, Leibniza i innych – w ogóle ideę Boga odrzuca. Nie inaczej rzecz postrzegał Lem, gdy pisał:

Dla biologa, który zna bezdenność owego oceanu mąk, jaki przedstawiają dzieje życia na Ziemi, stanowisko takie [scil. powołujące się na Bożą dobroć] jest tyleż śmieszne, co przerażające.118

Teodycea nie wytrzymuje zatem konfrontacji z aliansem racjonalności i empirii. Ta ostatnia dysponuje więcej niż wystarczającym „materiałem dowodowym”. Jego próbkę podaje Helena Eilstein:

Trzęsienie ziemi w Lizbonie, które wstrząsnęło wiarą szeregu osiemnastowiecznych myślicieli europejskich. Trzęsienie ziemi w Armenii. Powodzie w Bangladeszu, od których cierpią nie ci, co są winni powodującego je zniszczenia środowiska przyrodniczego. Dzieci rodzące się z AIDS, rodzice dzieci rodzących się z chorobą Tay-Sachsa. Osa Sphex, która musi zaopatrywać swoje mające się wykluć gąsienice w sparaliżowane – czujące – ofiary do pożerania żywcem. Mrówka-królówka wdzierająca się do cudzego mrowiska i przez wiele dni trzymająca królową-rezydentkę w morderczym uścisku, do końca. Cierpienie zwierząt; cierpienie niemowląt; cierpienie niewinnych.119

I wyciąga wniosek, że „nie można pogodzić w pojęciu Boga atrybutu dobroci, miłosierdzia z atrybutami wszechwiedzy i wszechpotęgi”120. Zauważa też, że biblijny Bóg próby teodycei piętnuje, nagradza zaś ich poniechanie, czego przykładem jest Księga Hioba. Konkludując, pisze Eilstein: „zamiast teodycei jako wytworu rozumu dyskursywnego może być tylko zaufanie”121. Takim zaufaniem idei Boga nie potrafi obdarzyć ani Eilstein, ani Dawkins, ani Lem.

Religijność a moralność

Etyka jest nauką o mężnym zachowaniu się wobec bytu.
Henryk Elzenberg

Drugim ze wzmiankowanych problemów dotyczących kwestii etycznych jest relacja pomiędzy dwiema ideami – Boga oraz Dobra i Zła. Mówiąc prościej, chodzi     o związek między religijnością i moralnością.
Zdaniem wielu taki związek zachodzi i jest bardzo mocny. Tak mocny, iż  w niektórych przypadkach niełatwo orzec, czy mamy do czynienia raczej z doktryną religijną czy etyczną. Zazwyczaj ma on charakter przyczynowy: metafizyka stanowi sankcję dla etyki. Mówiąc wprost – „Jeżeli Boga nie ma, to wszystko jest dozwolone”, jak to ongiś wyraził Fiodor Dostojewski. Jest to wyraz etycznego absolutyzmu przejawiającego się w przekonaniu o istnieniu jakiejś jednej – i tylko jednej! – wzorcowej moralności i pozostającego w opozycji do immoralizmu oraz relatywizmu. Dla absolutysty immoralizm i relatywizm są nieodróżnialnymi przywarami122. Stąd liczne próby dyskredytacji stanowisk innych – wypływają one z założenia, że tylko wiara w Boga może odwieść człowieka od popełniania czynów niemoralnych.
Próbę taką, wziętą z własnego życiorysu, relacjonuje w rozmowie z Beresiem Lem:

Kiedyś, gdy miałem się żenić i rodzice żony życzyli sobie, aby się odbył ślub kościelny, zaprowadzono mnie do pewnego dominikanina. Byłem już wtedy niewierzący, więc duchowny ten usiłował mnie nawrócić i tchnąć we mnie religijnego ducha. (…) Tłumaczyłem mu wówczas, że ja się przecież całkiem przyzwoicie zachowuję. Odpowiedział mi na to, że nie ma żadnego powodu, dla którego miałbym się tak zachowywać.123

Dla owego dominikanina istnienie związku pomiędzy istnieniem Boga a „przyzwoitym zachowaniem” było rzeczą oczywistą (podobnie jak dla Dostojewskiego i Kołakowskiego), dla Lema – nie. Takiej sankcji zresztą nie uznawał. Jak sam mówił: „Gdyby nawet Pan Bóg dał mi specjalną licencję na walenie ludzi     w mordę, to powiem panu, że nadmiernie bym z niej nie korzystał”124. Uprawomocnienie etyki znajdował Lem gdzie indziej – w Rozumie125. Dawkins, choć kwestii tej poświęca w Bogu urojonym wiele miejsca, nie stawia sprawy w sposób równie jednoznaczny, niemniej ogół jego wypowiedzi świadczyć może o tym, że podziela to stanowisko przy założeniu, że ów Rozum – i co za tym idzie, intuicje moralne – potraktujemy całkowicie jako wytwór ewolucji.
W obliczu niezliczonych przykładów historycznych – od dziejów najdawniejszych po historię współczesną – obaj myśliciele dochodzą do wniosku, że pomimo powszechności religii zło w świecie – jako pewna stała skłonność – nigdy nie osłabło. Lem powiada:

Ludzkość jako całość zachowywała się zawsze nieprzyzwoicie i wielce paskudnie. Jest to gatunek,     w którym ze wszech miar przeważa paskuda zachowań zbiorowych nad zachowaniami nienagannymi etycznie. Tak jest i zawsze tak było. W tym zakresie nie widzę najmniejszego postępu.126

Co więcej, dzieje się tak nie tylko pomimo powszechności religii, ale niekiedy również z tego właśnie powodu:

We wszystkich bez wyjątku ludzkich kulturach i cywilizacjach walka człowieka z człowiekiem odgrywała zasadniczą rolę. Jesteśmy jednak dostatecznie rozumni, żeby wiedzieć, że dla naszego okrucieństwa musimy mieć jakieś usprawiedliwienie i zawsze je sobie znajdujemy. Historia ludzkiej myśli aż się roi od takich usprawiedliwiających różne potworności wywodów. Aztekowie okrutnie mordujący swoje ofiary mówili sobie, że muszą to robić, by ugłaskać bogów i uchronić świat przed zawaleniem sklepienia niebieskiego. Z kolei mordujący Azteków Hiszpanie powoływali się na swoją ewangelizacyjną misję. Uprawiali ludobójstwo w imię Chrystusa.127

Jak tę diagnozę pogodzić z zaleceniami miłosierdzia i miłości bliźniego? Dawkins skłonny byłby odpowiedzi upatrywać w zwykłej fałszywości deklaracji. Lema taka odpowiedź nie usatysfakcjonowała, nie dałby jej zresztą wiary, nie imputował bowiem zaleceniom moralnym kłamliwości, a przeciwnie – cenił je. Dysonans ten wyjaśnił Bogusław Wolniewicz poprzez wprowadzenie za Elzenbergiem – zapewne nieznanego Lemowi – podziału na etykę abstrakcyjną i konkretną.
Etyka abstrakcyjna jest to zbiór zasad, które ludzie z przekonaniem głoszą. Etyka konkretna natomiast to ta, które przejawia się w ich czynach. Przy czym Wolniewicz podkreśla, że etyka abstrakcyjna nie jest głoszona kłamliwie, w złej wierze. Nie, tu nie ma rozbieżności między myślą a słowem. Rozdźwięk pojawia się na linii myśl – czyn. Pisze on tak:

Etyka abstrakcyjna wyraża się w słowach, jako pewien zespół wypowiedzi normatywnych. Etyka konkretna wyraża się w czynach, jako pewna regularność postępowania. Tak więc pierwsza jest tworem językowym, jak literatura. Druga jest częścią sposobu życia, a można by też rzec, że jest to pewna życiowa „postawa”.128

Prosta lista zasad, na przykład Dekalog, nie jest zatem głoszony w złej wierze, ale tez nikt nie oczekuje bezwarunkowej zgodności z nim w postępowaniu. Są to bowiem tylko uproszczone wytyczne mające wyznaczać kierunek etycznej doktryny jako takiej – rzeczywiste, życiowe problemy są zawsze bardziej złożone, podobnie jak ich rozwiązania. Te ostatnie bywają zresztą w skrajnych przypadkach sprzeczne z tamtymi, ogólnymi maksymami. Wobec powyższego, zarzut niezgodności pomiędzy zasadami głoszone etyki abstrakcyjnej a czynami zdecydowanie traci na sile.
Jeśli źródło moralności nie znajduje się w religii, to gdzie? Na to Dawkins  i Lem odpowiadają zgodnie i całkowicie w duchu ewolucjonizmu. Zgodnie z nim autor Filozofii przypadku objaśnia, że „szlachetne odruchy ludzkie, wraz ze wszystkimi innymi, są zaprogramowane genetycznie” a „wartości naczelne, które do pewnego stopnia składają się na kategoryczny imperatyw Kantowski, są wywodliwe z osnowy biologicznej”129. Inna odpowiedź – zwłaszcza religijna – była, jego zdaniem, rezygnacją z naukowego spojrzenia na świat130. Z tego ostatniego zrezygnować nie chce ani jeden, ani drugi, jakkolwiek by się konsekwencje takiej postawy nie przedstawiały.
Teoria darwinowska daje również satysfakcjonujące wyjaśnienie fenomenu altruizmu. Lem zauważa – a Dawkins jako biolog potwierdza – że dowiedzione zostało, iż choć egoizm na poziomie genu najczęściej prowadzi do egoizmu na poziomie organizmu, bywa często tak, że gatunki altruistyczne mają większe szanse przeżycia. Tym samym w toku ewolucji gatunki te okazały się stabilniejsze, zostały wyselekcjonowane, a zachowanie typu altruistycznego ugruntowało się jako pewna norma. „W interesie zachowania gatunku zostało zatem wpisane w genotyp pewne minimum dobroci” komentuje ten proces Małgorzata Szpakowska131.
W przypadku człowieka „norma ta wydestylowana i wysublimowana  w kodeksy etyczne, postulujące różne rodzaje altruistycznego, a więc nie ksobnego zachowania, a potem kodeks ten został bezwiednie oderwany od swoich rzeczywistych, przyczynowych korzeni typu czysto ewolucyjnego i wprowadzony pod promienie jakiejś transcendentnej sankcji – najczęściej religijnej”, puentuje Lem132.
Tym samym, wyjaśniwszy co było do wyjaśnienia, nie ma już potrzeby uciekać się do metafizyki. Tym bardziej nie ma takiej konieczności. Co do swej postawy, polski filozof nie pozostawia złudzeń – zło i dobro traktuje on jako „lokalne jakości współistniejące z ludźmi i obracające się w nicość, kiedy ludzi nie stanie”, nie zaś jakieś byty istniejące od ludzi niezależnie, niczym platońskie idee133.

Odrzucić jednak wszelką metafizykę to jedno, żyć bez niej, drugie. Helena Eilstein, komentując prace Kołakowskiego, pisze, że wobec absurdalności świata pozbawionego Boga człowiek może zareagować na dwa sposoby: albo nazwać rzeczy po imieniu, nazwać Pustkę Pustką, odrzucić wszelką pociechę i przyjąć niejako postawę heroiczną, albo przyjąć postawę prometejską, czyli usiłować uzurpować sobie pusty tron po Bogu. Pierwsza postawa jest charakterystyczna, zdaniem Kołakowskiego, na przykład dla stoików134.
Wydaje się, że w tym miejscu drogi obu myślicieli rozchodzą się diametralnie. Dawkins podąża szlakiem laickiego humanizmu, w którym nie ma dla religii miejsca, gdyż Bóg zastąpiony zostaje przez człowieka. Drugi natomiast obiera ścieżkę heroiczną, bo inaczej nie może – głęboki pesymizm antropologiczny mu na to nie pozwala. Tam, gdzie pierwszy dąży do usunięcia religii jako kajdanów na naturę ludzką, do usunięcia wszelkich granic135, tam drugi rad jest, że istnieje coś, co człowieka trzyma w ryzach. Lem jest bowiem antropologicznym pesymistą, któremu obcy jest melioryzm. Jego zdaniem, człowiek zostawiony samemu sobie, pozbawiony ram kulturowych prędzej czynić będzie zło aniżeli dobro, ma bowiem wrodzoną skłonność do okrucieństwa, a to niesłychanie utrudnia wszelkie działania melioryzacyjne. Ludzie lubują się w zadawaniu innym cierpienia, sprawianiu bólu – oczywiście statystycznie rzecz biorąc. Takie zło nadmiarowe, bezinteresowne, niczemu poza własną satysfakcją nie służące nazywa Lem „spécialité de la Maison Humaine”.136 Przychyla się przy tym do hipotezy, jakoby jej źródłem były, nieodzowne niegdyś, drapieżne skłonności naszych przodków. Tylko ci bowiem, którzy posiadali zdolności łowieckie, przeżyli zmiany klimatyczne w Afryce. Z tej drapieżności z biegiem czasu „wydestylowały się” skłonności ku bezzasadnej agresji, destrukcji, okrucieństwa. W jakim celu? „A na nic! Na nic!” odpowiada Lem137. I choć jest w stanie podać kilka hipotez, wszystkie one są skrajnie naturalistyczne    i niepewne, toteż nie satysfakcjonują go.
W konsekwencji Lem nazywa człowieka współczesnego „drapieżną małpą”138   i o tejże małpie ma jak najgorsze zdanie:

Bezinteresowne mordowanie i zadawanie cierpienia, któremu nie towarzyszy pożeranie, jest wyłączną specjalnością człowieka.(…) Żeby dokonać swego rodzaju moralnej ekspulsji zła i ulokować je poza nami, wymyślaliśmy przeróżne nieczyste duchy, diabły, demony, strzygi. To one miały namawiać nas do złego i wziąć na siebie winę za nasze czyny. Ludzie mówią: "To nie ja. Szatan mi kazał! To on jest mieszkaniem zła". A moim zdaniem zło mieszka w nas.139

Stwierdza wręcz na zakończenie rozmowy z Jackiem Żakowskim, że „to my jesteśmy najpotworniejszymi monstrami na tej planecie i jej największą zgubą”140.  
W tym kontekście religijność jawi mu jako coś zadziwiająco pozytywnego, będącego próbą okiełznania w nas „małpy”, która wciąż w nas siedzi „przykryta kulturową narzutką”141 a wydobycia – poprzez kulturę i religie właśnie – człowieczeństwa. Oceny tej nie zmienia fakt, że nierzadko są to wysiłki daremne, nie znajdujące pokrycia w sferze czynu. W tym wypadku niezwykle wartościowe są już same próby.

„Czasem jednak zdarza mi się pomyśleć, że człowiek zdołał jednak wypowiedzieć słowa tak zdumiewające, jak te: „Miłujcie nieprzyjacioły wasze”. Jest rzeczą porażającą, że koncepcja taka uzyskała rangę jednej z panujących na świecie religii”142

Niektóre – soteriologiczne – religie ocenia zatem jako narzędzia w walce przeciw złu, propagujące pozytywne wzorce. Walka ta jest jakże często przegrywana, a wówczas i same religie stają się środkiem, pretekstem do czynienia zła, wzmacniaczem destrukcyjnych popędów. Niemniej, gdyby nie one oraz nadbudowana na nich kultura, niszczycielski pierwiastek w człowieku nie napotykałby na żadną tamę, lecz bez przeszkód emanował doprowadzając, być może, do zguby cały gatunek. Wówczas człowiek istotnie stałby się „ślepą uliczką” ewolucji, jedną z wielu zresztą.
Powyższe stanowisko jest biegunowo opozycyjne wobec antropologicznego melioryzmu. Dawkins wszelkie ograniczenia postrzega jako zamach na godność jednostki, a metodom religijnej represji poświęca wiele miejsca w Bogu urojonym. Zwraca uwagę – nie bez racji zresztą – na problemy molestowania psychicznego  i fizycznego, to jest przymusu, kar cielesnych, wzbudzania poczucia winy, bezwzględnej indoktrynacji, itd. Bardzo krytycznie odnosi się do tłumienia naturalnych ludzkich popędów, potrzeb, pragnień, do ograniczania swobody ekspresji. Krytyka ta opiera się właśnie na silmy przekonaniu o przyrodzonej dobroci ludzkiej, o dobrej woli, która, gdy tylko ją oswobodzić, poprowadzi człowieka właściwą drogą. Własną misję postrzega jako pomoc w owym oswobodzeniu poprzez ukazanie fałszu, jaki z religii przeziera. Pragnie pokazać, że istnieje alternatywa, gdyż często wystarczy „wiedzieć, że można inaczej”143, by strzepnąć z siebie jarzmo przesądu, niczym kurz ze starej książki. Postawę tę określić można zatem mianem „ateistycznej działalności propagandowej”, czegoś Lemowi zupełnie obcego i, prawdę powiedziawszy, jałowego. Wiara nie jest wiedzą.


ZAKOŃCZENIE


Wnioski

Zadaniem niniejszej pracy było zreferowanie i porównanie poglądów na religię Stanisława Lema i Richarda Dawkinsa jako reprezentatywnych dla racjonalnego naturalizmu.
Zestawienie to wykazało, że pomimo wspólnych źródeł, to znaczy podobnego stosunku zarówno do metafizyki, jak i logiki, a także wizji świata opartej na podobnych podstawach – w tym wypadku scjentystycznej i ewolucjonistycznej – konkluzje obu filozofów w wielu punktach różnią się od siebie radykalnie. Rozdźwięk pomiędzy nimi okazał się mieć podłoże aksjologiczne – o ile Lem postrzegał religię jako fenomen pozytywny (pomimo zastrzeżeń natury metafizycznej), o tyle Dawkins – negatywny. Pierwszy ma do wiary religijnej szacunek i wskazywał na jej istnienie jako konieczne w obliczu skończoności bytu rozumnego, drugi natomiast żywi nadzieję ostatecznego jej wyparcia poprzez detabuizację sfery sacrum i zastąpienie jej przez zdobycze nauk ścisłych w wymiarze metafizycznym oraz przez szeroko pojęty humanizm w wymiarze etycznym.
Postawa Lema jawi się jako dojrzalsza i bardziej przystająca do realiów świata, czyli – przede wszystkim – natury ludzkiej; będąca owocem długoletnich głębokich przemyśleń i nieprzeciętnej inteligencji, podczas gdy wizja Dawkinsa tchnie naiwnością wyrosłą z antropologicznego hurraoptymizmu i zasadniczego niezrozumienia specyfiki wierzeń religijnych. Wszak już Leszek Kołakowski, a przed nim Henryk Elzenberg pouczali, że te ostatnie to nie zbiór twierdzeń, lecz pewna postawa i że nie nabywa się ich w drodze rezonowania, lecz w drodze wszczepienia, inicjacji do kultu, rytuału144. Tego Dawkins nie pojmuje, podobnie jak nie pojmuje konsekwencji swego stanowiska – zastąpienia religii nie przez naukę, lecz przez magię, okultyzm, umysłową tandetę oraz – jak to ujmuje Philippe Ariès – „zdziczenia śmierci”, który to proces obserwujemy od przeszło pół wieku145.

Rację miał Elzenberg, gdy pisał:

Mądrość to między innymi także otrzaskanie się z głupstwem. Nie dziwić mu się, być z nim zżytym i – smutno, ale cóż ja poradzę? – umieć się nim posługiwać.146

Tej właśnie mądrości Dawkinsowi brakuje.



Znaczenie i miejsce myśli Dawkinsa i Lema


Jak już wspominaliśmy, zazwyczaj filozofię Stanisława Lema badacze jego twórczości bądź postrzegają jako dwudziestowieczne odgałęzienie myśli oświeceniowej, bądź w ogóle traktują z lekceważeniem. Oba podejścia w istocie są czymś w rodzaju uniku, gdyż – jak zauważył Jan Błoński – brak jest dla Lema „uchwytu”, który pozwoliłby go jakoś zakwalifikować, przyporządkować, z kimś sensownie zestawić147. Sam Lem, owszem, przyznawał się do tradycji Oświecenia oraz racjonalizmu jako takiego, aczkolwiek z poważnymi zastrzeżeniami, spośród których bodaj najjaskrawszym wydaje się być pesymizm antropologiczny – zdecydowanie separujący go od Woltera czy Diderota.
Stanisław Lem nie jest dwudziestowieczną inkarnacją Woltera czy Diderota, współczesnym encyklopedystą. Nie jest też jedynie wybitnym pisarzem (choć to, niewątpliwie, też). Jest przede wszystkim filozofem, i to nie byle jakim. Jego nieprzeciętna erudycja, nienaganna kultura logiczna, silna dążność do systemu oraz umiejętność jego sformułowania bez uniknięcia w trywialność, tak w formie, jak   i treści, stawia go w rzędzie najwybitniejszych myślicieli XX wieku w Polsce, a może    i na świecie. Poszczególne elementy tego systemu, tej syntetycznej myśli pozostają wciąż nie do końca zasymilowane przez filozofię akademicką oraz nie zakorzenione w świadomości szerszego odbiorcy Procesy te jednak trwają i być może potrzeba jedynie czasu, aby Stanisław Lem, już oficjalnie, przyjęty został w poczet współczesnych mędrców godnych największej uwagi, obok, chociażby, Kotarbińskiego czy Elzenberga.
Casus Richarda Dawkinsa wykazuje pewne podobieństwa, niemniej w istotnych punktach różni się od wyżej opisanego. Podobnie jak Lem, badacz brytyjski sławę zawdzięcza nie swym dociekaniom filozoficznym, lecz działalności innej – tam literackiej, tu naukowej. Jako fachowiec-zoolog jest Dawkins niewątpliwie uznanym ekspertem. Jeśli jednak chodzi o treści dotyczące m.in. religii, dorobku jego filozofia akademicka nie ceni zbyt wysoko. Mimo to, jest autor Samolubnego genu ważnym głosem w filozofii religii będąc bodaj najbardziej znanym na świecie reprezentantem stanowiska, które cieszy się niemałą popularnością. Dlatego warto mu się przyjrzeć i jego argumenty rozważyć.
Wszystko wskazuje na to, że jeśli Richard Dawkins trwale zapisze się na kartach historii, to nie jako pierwszorzędny filozof, lecz jako naukowiec. Pomimo to, jego dorobek filozoficzny również jest wartościowy, godny uwagi i mogący wnieść pewien wkład w ogólną refleksję nad religią oraz kulturą.
Skazą na tym zasługującym na pozytywną ocenę wizerunku pozostaje wzmiankowana już aktywność propagandowa, w którą Dawkins jest mocno zaangażowany. Owa postawa „naturalisty walczącego” i swoista zapalczywość  w połączeniu z ostrym językiem powodują, że w oczach licznych krytyków wpada on w sidła,  przed którymi przestrzega innych, to jest quasi-religijnego fanatyzmu. Sam zainteresowany jawi się wówczas, wbrew własnym intencjom, jako kapłan nowej scjentystyczno-ewolucjonistycznej religii148.



BIBLIOGRAFIA


Literatura podmiotu

1.    1.
DAWKINS, Richard, Bóg urojony, Wyd. CiS, Warszawa 2008
2.    2.
DAWKINS, Richard, Najwspanialsze widowisko świata: świadectwa ewolucji, Wyd. Stare Groszki, Warszawa 2010
3.    3.
DAWKINS, Richard, Samolubny gen, Prószyński i S-ka, Warszawa 2007
4.    4.
DAWKINS, Richard, Ślepy Zegarmistrz, czyli jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994
5.    5.
Drapieżna małpa, rozmowa z Jackiem Żakowskim, Gazeta Wyborcza z dnia 19-20 lutego 1994
6.    6.
LEM, Stanisław, Dziury w całym, Wyd. ZNAK, Kraków 1997
7.    7.
LEM, Stanisław, Golem XIV, Wyd. Literackie, Kraków 1981
8.    8.
LEM, Stanisław, Summa technologiae, Wyd. Literackie, Kraków 1964
9.    9.
Tako rzecze…Lem (rozmowy – uzupełnione – Stanisława Beresia z Lemem), Wyd. Literackie, Kraków 2002

Literatura przedmiotu

1.    10.
ARIÈS, Philippe, Rozważania o historii śmierci, Oficyna Naukowa, Warszawa 2007
2.    11.
DARWIN, Karol, O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli     o utrzymywaniu się doskonalszych ras w walce o byt, Wyd. Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2009
3.    12.
EILSTEIN, Helena, Homo Sapiens i wartości, Wyd. PWN, Warszawa 1994  
4.    13.
ELZENBERG, Henryk, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu, Wyd. Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2002
5.    14.
FEYNMAN, Richard, Sens tego wszystkiego: rozważania o życiu, religii, polityce i nauce, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999
6.    15.
GOULD, Stephen Jay, Niewczesny pogrzeb Darwina, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1991  
7.    16.
HOŁÓWKA, Jacek, Etyka w działaniu, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001
8.    17.
JARZĘBSKI, Jerzy, Stanisław Lem jako filozof, [w:] „Principia. Ekspres filozoficzny”, maj 2006, nr 39, str. 62-63
9.    18.
JARZĘBSKI, Jerzy, Wszechświat Lema, Wyd. Literackie, Kraków 2002
10.    19.
JODKOWSKI, Kazimierz, Recenzja książki Richarda Dawkinsa, Ślepy zegarmistrz czyli, jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany,     [w:] Roczniki Filozoficzne 1995, t. 43, z. 3, s. 195-212.
11.    20.
KOŁAKOWSKI, Leszek, Jeśli Boga nie ma…, Wyd. ZNAK, Kraków 1988
12.    21.
KRYWAK, Paweł, Stanisław Lem, PWN, Kraków 1974
13.    22.
MUSIAŁ, Zbigniew, SKARBEK, Janusz, WOLNIEWICZ, Bogusław, Trzy nurty. Racjonalizm – antyracjonalizm – scjentyzm, Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2006
14.    23.
OKOŁOWSKI, Paweł, Materia i wartości. Neolukrecjanizm Stanisława Lema, Wyd. Uniwersytetu Warszawskiego , Warszawa 2010
15.    24.
RUSSELL, Bertrand, Dlaczego nie jestem chrześcijaninem, Wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1956
16.    25.
SCHRADE, Ulrich, Nurty filozofii współczesnej, Oficyna Wydawnicza Politechniki Warszawskiej, Warszawa 1997
17.    26.
SOMMER, Tomasz, Wolniewicz – Zdanie własne : [wywiad rzeka z najbardziej prawoskrętnym polskim profesorem filozofii], Wyd. 3S Media, Warszawa 2010
18.    27.
SZPAKOWSKA, Małgorzata, Dyskusje ze Stanisławem Lemem, Wyd. OPEN, Warszawa 1997
19.    28.
TATARKIEWICZ, Władysław, Historia filozofii, tom I, PWN, Warszawa 1958
20.    29.
WOLNIEWICZ, Bogusław, Filozofia i wartości, tom I, Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego , Warszawa 1993


PRZYPISY:

1 B. Wolniewicz, Filozofia i wartości, tom II, Warszawa 1998, str. 7
2 Z pewnymi zastrzeżeniami, jeśli chodzi o etykę i estetykę.
3 B. Wolniewicz, Filozofia i wartości, tom I, Warszawa 1993, str. 160
4 A ściślej jako Simonyi Professor for the Public Understanding of Science.
5 Znane mi wyjątki to: na gruncie anglosaskim i akademickim profesor Mary Midgley, która podejmowała z Dawkinsem polemikę już po wydaniu Samolubnego genu, natomiast na gruncie polskim i zarazem nie-akademickim jest to Stanisław Lem.
6 O tym, że proweniencja polityczna i ideowa nie miała przy tym dla Lema najmniejszego znaczenia świadczy dobitnie fakt orientacji wymienionych periodyków, „Tygodnik Powszechny” był wszak katolicki, natomiast „Kuźnica” marksistowska.
7 Np. w rozmowach ze Stanisławem Beresiem
8 P. Okołowski, Materia i wartości. Neolukrecjanizm Stanisława Lema, Warszawa 2010, str. 119-120
9 Tamże, str. 121
10 Tamże, str. 119-120
11 Cytat za: P. Okołowski, Tamże, str. 105
12 U. Schrade, Nurty filozofii współczesnej, Warszawa 1997, str. 88
13 H. Elzenberg, Kłopot z istnieniem, Toruń 2002, uwaga z dnia 28 IV 1911, str. 61
14 W skrajnym przypadku może to być „dryf” na pozycje biegunowo odmienne od uprzednio zajmowanych – sztandarowym przykładem jest tu Ludwig Wittgenstein, którego „filozofia pierwsza” znana z Traktatu logiczno-filozoficznego jest racjonalistycznym antynaturalizmem (3), natomiast „filozofia druga” zawarta przede wszystkim w Dociekaniach filozoficznych to naturalizm irracjonalistyczny (2).
15 H. Elzenberg, Kłopot z istnieniem, dz. cyt., uwaga z dnia 14 VI 1944, str. 361-2.
16 P. Okołowski : „Lemowi zawsze obcy był irracjonalizm, czy to spod znaku naturalistycznego, czy nie. Myśl jego była zupełnie z irracjonalizmem niekompatybilna”. Zob. tegoż Materia i wartości, dz. cyt., str. 114-115
17 U. Schrade, Nurty…, dz. cyt., str. 116
18 R. Dawkins, Samolubny gen, Warszawa 2007, str. 27
19 Bo że jest naturalistą, zdaje sobie doskonale sprawę. Wspomina nawet o tym stanowisku i traktuje je jako element składowy ateizmu. Zob. tegoż Bóg urojony, Warszawa 2008, str. 37
20 Zob. J. Jarzębski, Principia. Ekspres Filozoficzny nr 39 (maj 2006), str. 62-63
21 Zob. P. Okołowski, Materia i wartości, dz. cyt., str. 125
22 Zob. S. Lem, Fantastyka i futurologia, tom II, Kraków 1989, str. 160
23 Tako rzecze…Lem (rozmowy – uzupełnione – Stanisława Beresia z Lemem), Kraków 2002, str. 347
24 Tamże, str. 349
25 Tamże, str. 348
26 Tamże, str. 349
27 Tamże.
28 S. Lem, Filozofia przypadku, I, 19;21 – za P. Okołowski, Materia i wartości, dz. cyt., str. 224
29 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 349
30 S. Lem, Summa technologiae, Kraków 1964, str. 133
31 S. Lem, Golem XIV, Kraków 1981, str. 81
32 Anegdota, w ramach której zacytowana została ta krótka wymiana zdań znajduje się w książce Najwspanialsze widowisko świata Dawkinsa, Warszawa 2010, str. 265
33 S.J. Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina, Warszawa 1991, str. 131
34 Tamże, str. 129
35 R. Dawkins, Najwspanialsze widowisko świata, dz. cyt., str. 13-15
36 Por. R. Dawkins, Tamże, str. 21
37 Tamże, str. 22
38 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 75
39 T. Sommer, Wolniewicz. Zdanie własne, Warszawa 2010, str. 87
40 R. Dawkins, Samolubny gen, dz. cyt., str. 27
41 B. Wolniewicz, Filozofia i wartości, tom II, dz. cyt., str. 23
42 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 326
43 J. Skarbek, Scjentyzm, [w:] Z. Musiał, J. Skarbek, B. Wolniewicz, Trzy nurty: racjonalizm – antyracjonalizm – scjentyzm, Warszawa 2006, str. 169
44 Nawiązując przy tym wyraźnie – co sam podkreślił – do następującej opinii Tatarkiewicza: „Ze zdobyczy nauk specjalnych i filozofii minimalistycznych, z elementów pozytywizmu, empiryzmu, materializmu, ewolucjonizmu, wytworzył się wreszcie pewien pogląd przeciętny, typowy”, [którego – J.S.] „osnową (…) było wyłączne i całkowite zaufanie do nauki – przy trzeźwym i wąskim jej rozumieniu”. Zob. W. Tatarkiewicz, Historia filozofii, Warszawa 1968, t. III, str. 81
45 Tamże, str. 169
46 J. Jarzębski, Wszechświat Lema, Kraków 2002, str. 173
47 Wolniewicz wiarę taką przypisuje ogólnie do naturalizmu, chyba jednak pochopnie.
48 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 249
49 Tamże, str. 250
50 Łatwo orzec, że głównym adresatem książek Ślepy zegarmistrz, a zwłaszcza Bóg urojony są mieszkańcy Stanów Zjednoczonych – stąd np. biorą się odniesienia do tzw. teleewangelistów, zjawiska tak w Polsce, jak i w Europie nieobecnego, natomiast w Ameryce cieszącego się dużą popularnością.
51 R. Dawkins, Bóg urojony, dz. cyt., str. 232
52 Tamże, str. 225
53 Tamże, str. 226
54 Pomimo to, Dawkins czuł się w obowiązku poświęcić w Bogu urojonym kwestii „religii jako ukojenia” osobny rozdział. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że rzecz potraktował po macoszemu (rozdział zajmuje notabene w spisie treści miejsce ostatnie). Wnioski, to jest uznanie potrzeby ukojenia jako immanentnej cechy ludzkiej natury, Boga zaś jako wygodnego środka (w postaci wyimaginowanego powiernika lub przyjaciela) jego znalezieniu w najlepszym razie uznać należy za banalne, a w gruncie rzeczy za nie licującą z powagą tematyki. Do tego tematu powrócimy jeszcze pod koniec niniejszego rozdziału.
55 Tamże, str. 233
56 Zob. Tamże, str. 228
57 R. Dawkins, Samolubny gen, dz. cyt., str. 42. W odniesieniu do replikatorów ewolucję należy zatem rozumieć (w uproszczeniu, rzecz jasna) jako skutek błędów, pomyłek w kopiowaniu wyjściowego wzorca. Jeśli efekt błędu okazywał się stabilniejszy w przyrodzie aniżeli obiekt pierwotny, wtenczas on sam stawał się wzorcem w trwającym dalej procesie replikacji.
58 Na bazie tego terminu ukuto też inny – mempleks – czyli pewien zbiór, kompleks memów. Nierzadko jednostką podlegającą trwałej replikacji jest nie pojedynczy mem, lecz właśnie mempleks – przykładem tego są m.in. systemy religijne, teorie naukowe, prądy w sztuce.
59 Tamże, str. 244
60 Tak twierdzi wielu filozofów i badaczy, m.in. Benjamin Constant, Bronisław Malinowski czy choćby Stanisław Lem. Explicité natomiast tezę taką wygłasza Bogusław Wolniewicz, patrz: O istocie religii, [w:] tegoż Filozofia i wartości, tom I, dz. cyt., str. 168
61 R. Dawkins, Bóg urojony, dz. cyt., str. 278
62 Tamże, str. 244
63 Spośród największych religii świata nieteistyczny jest przede wszystkim buddyzm, ponadto również konfucjanizm, taoizm, dżinizm.
64 R. Dawkins, Bóg urojony, dz. cyt., str. 58
65 Tamże, str. 58
66 Dawkins poświęca w książce dużo miejsca tzw. koncepcji NOMA mówiącej o zasadniczej nieprzystawalności nauki do Hipotezy Boga, jednak są to rozważania dotyczące przede wszystkim metodologii nauki tudzież metanauki jako takiej, a co za tym idzie dla rozważań z zakresu filozofii religii mają one znaczenie marginalne. Tak też zostały potraktowane w niniejszej pracy.
67 B. Russell, Is there a God? (1952) [w:] R. Dawkins, Bóg urojony, dz. cyt., str. 85
68 Tamże, str. 88
69 Tamże, str. 87
70 Powyższy wyimek z wykładu Feynmana, który miał miejsce w roku 1964, na uniwersytecie Cornell, znajduje się na stronie internetowej:

(tłum. moje)
71 S.J. Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina, dz. cyt., str. 133. Gwoli ścisłości należy nadmienić, że choć Gould broni ewolucjonizmu przed zwolennikami kreacjonizmu i dowodzi, czemu ta druga teoria nie zasługuje na miano naukowej, jest jednocześnie zdecydowanym przeciwnikiem wypowiadania się przedstawicieli świata nauki w kwestii istnienia bądź nieistnienia Boga (czy w ogóle bytów nadprzyrodzonych), jako pozbawionych w tym zakresie kompetencji.
72 Mówiąc ściślej, Dawkinsowi chodzi tu o taki typ agnostycyzmu, który nazywa „Generalnym Agnostycyzmem ze względów Pryncypialnych” w odróżnieniu do – to również jego autorskie nazewnictwo – „Chwilowego Agnostycyzmu ze względów praktycznych”. Ten pierwszy polega na założeniu, że dany problem nie ma i nigdy mieć nie będzie rozwiązania, że dana kwestia jest zasadniczo nierozwiązywalna. Drugi z kolei to uznanie, że bez wątpienia istnieje odpowiedź na dane pytanie, lecz z racji braku materiału dowodowego nie potrafimy jej sformułować. Patrz: tegoż Bóg urojony, str. 79-80
73 Tamże, str. 83
74 Tamże, str. 163
75 Ta teza może być mylnie rozumiana. Gdy Dawkins mówi, że w biologii nie ma miejsca na przypadek, nie ma na myśli pojedynczych mutacji, gdyż te pojawiają się właśnie przypadkiem, lecz twory biologiczne (np. oko albo pancerz). Te ostatnie zawdzięczają wprawdzie swoje istnienie seriom przypadkowych mutacji, lecz po pierwsze proces ten jest długotrwały, stopniowy i powolny, po drugie natomiast to, że owe twory ewoluowały w danym kierunku, to znaczy, że takie a nie inne rozwiązania okazały się stabilne, nie jest dziełem przypadku, lecz efektem ich dostosowania do zastanych warunków.
76 Tamże, str. 174
77 A poświęcił temu sporo miejsca w Bogu urojonym, natomiast w książce tegoż pt. Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa powyższe zagadnienie jest centralne.
78 Stanisław Lem, w którego myśli pojęcie przypadku ma znaczenie pierwszorzędne, pojmuje je – jak zobaczymy – w sposób zgoła odmienny.
79 R. Dawkins, Najwspanialsze widowisko świata, dz. cyt., str. 117
80 R. Dawkins, Bóg urojony, dz. cyt., str. 225
81 Podobnie, jak niezaprzeczalna wartość literacka oraz kulturotwórcza wielkich ksiąg religijnych, takich jak Biblia, której Dawkins jest w pełni świadom (patrz: Bóg urojony, str. 456) – cechy te,    w kontekście rozważań nad religijnością, pełnią rolę marginalną. Stąd też wzmianka o nich takie miejsce zajmuje właśnie w niniejszej pracy.
82 Zob. Tamże, str. 231
83 Dawkins wyraża się następująco: „Nauczanie religii ‘umiarkowanej’, choć samo w sobie oczywiście ekstremizmem nie jest, otwiera jednak furtkę, przez którą ten może się wślizgnąć”. Patrz: Tamże, str. 411
84 Tamże, str. 413-414
85 Tamże
86 Jednej z czterech podstawowych funkcji religii, które Dawkins wymienia za innymi autorami. Pozostałe to: wyjaśniająca, zachęcająca (etyczna) i inspirująca.
87 Tamże, str. 469
88 Tamże, str. 470
89 Lub co najmniej prawdopodobna. W przypadku religii teistycznych byłoby to równoznaczne z udowodnieniem istnienia Boga.
90 Zob. Tako rzecze…Lem, [w:] P. Okołowski, Materia i wartości, dz. cyt., str. 93
91 Polityka, nr 41 (2006), 14.10.1995, str. 30
92 Sex Wars, Warszawa 1996, [w:] P. Okołowski, Materia i wartości, dz. cyt., str. 87
93 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 265
94 Zob. M. Szpakowska, Dyskusje ze Stanisławem Lemem, Warszawa 1997, str. 35-36
95 W ramach swoistego kontrargumentu można by przytoczyć opisywane przez Dawkinsa własne – zracjonalizowane właśnie – wewnętrzne zmagania z wiarą, w której ta ostatnia rzekomo wpierw opierała się, by następnie paść ofiarą rozumowych argumentów. Byłby on jednak chybiony, gdyż  historia ta nie jest w istocie opisem zmagań z wiarą, lecz właśnie z wiedzą i rozumem.
96 Choć należy uczciwie dodać, że i ono odgrywa dla naukowców niebagatelne znaczenie, zwłaszcza dla matematyków i fizyków. Nie miejsce to jednak po temu, by wątek ten rozwijać.
97 Fragment cytowanego już wykładu z roku 1964 wygłaszanego na uniwersytecie Cornell. Źródło:
(tłum. moje)
98 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 270
99 Przyznawał się do tego otwarcie: „Przeciwko religii nic nie mam. Raczej przeciwko Kościołowi”. Zob. Tamże, dz. cyt., str. 431
100 Tamże, str. 271
101 Tamże.
102 Tamże, str. 288
103 S. Lem, Solaris, Kraków 1986, str. 197
104 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 312
105 S. Lem, Summa technologiae, dz. cyt., str. 135
106 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 271
107 Zob. M. Szpakowska, Dyskusje ze Stanisławem Lemem, dz. cyt., str. 36
108 Choć główne owego racjonalizmu i nauki składowe pojawiły się już wcześniej i znalazły wyraz  w greckiej filozofii oraz rzymskim prawie.
109 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 349-350
110 Tamże, str. 269
111 Zob. P. Okołowski, Materia i wartości, dz. cyt., str. 388
112 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 378
113 Tamże, str. 393
114 Tamże.
115 R. Dawkins, Najwspanialsze widowisko świata, dz, cyt., str. 472
116 Zob. Tamże, str. 474
117 Tamże, str. 475
118 S. Lem, Summa technologiae, dz. cyt., str. 154
119 H. Eilstein, Homo sapiens i wartości, Warszawa 1994., str. 201-202
120 Tamże.
121 Tamże.
122 Zob. J. Hołówka, Etyka w działaniu, Warszawa 2001, str. 245-246
123 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 404
124 Tamże.
125 Zob. Tamże.
126 Tamże, str. 397
127 Drapieżna małpa, wywiad z Jackiem Żakowskim, Gazeta Wyborcza z 19-20 lutego 1994
128 B. Wolniewicz, Filozofia i wartości, tom II, dz. cyt., str. 187
129 Tako rzecze…Lem, , dz. cyt., str. 388
130 Zob. Tamże, str. 389
131 Tamże, str. 87
132 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 388
133 Zob. M. Szpakowska, Dyskusje ze Stanisławem Lemem, dz. cyt., str. 22
134 Ale nie tylko, bo i dla Lukrecjusza, Artura Schopenhauera czy Karla Jaspersa.
135 Zob. R. Dawkins, Bóg urojony, dz. cyt., str. 502
136 Zob. M. Szpakowska, Dyskusje ze Stanisławem Lemem, dz. cyt., str. 128
137 Zob. Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 377
138 A w innym miejscu „zmutowaną małpą”, Zob. Tamże, str. 540
139 Drapieżna małpa, dz. cyt.
140 Tamże.
141 Tamże.
142 Tako rzecze…Lem, dz. cyt., str. 292
143 Zob. R. Dawkins, Bóg urojony, dz. cyt., str. 9
144 Por. H. Elzenberg, Kłopot z istnieniem, dz. cyt., str. 395 oraz H. Eilstein, Homo Sapiens i wartości, dz. cyt., str. 188
145 Zob. Ph. Ariès, Rozważania o historii śmierci, Warszawa 2007, str. 34
146 H. Elzenberg, Kłopot z istnieniem, dz. cyt., uwaga z dnia 8 III 1940, a str. 295
147 Zob. M. Szpakowska, Dyskusje ze Stanisławem Lemem, dz. cyt., str. 186
148 Tak uważa m.in. profesor Kazimierz Jodkowski, który pisze: „(…) ewolucjonizm staje się dla niego nie tylko jedynym stanowiskiem naukowym, ale także dostarcza ogólnego widzenia świata, sensu życia i miejsca człowieka w świecie. Ewolucjonizm jest dla niego ideologią, quasi-religią, a on sam jest kimś w rodzaju arcykapłana tej niby-religii. Zob. Recenzja książki Richarda Dawkinsa, Ślepy zegarmistrz czyli, jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, [w:] Roczniki Filozoficzne 1995, t. 43, z. 3, s. 195-212.

UNIWERSYTET JAGIELLOŃSKI WYDZIAŁ POLONISTYKI

 

Wojciech Zemek

 

Listy a literatura: korespondencja Stanisława Lema z Michaelem Kandlem

 

Letters vs literature: Stanislaw Lem's correspondence with Michael Kandel


Praca magisterska

napisana pod kierunkiem

prof. dra hab. Jerzego Jarzębskiego


Kraków 2009

 

Spis treści

I. PRZEDPOLE

Badając relacje, jakie zachodzą pomiędzy dorobkiem literackim a epistolarnym Stanisława Lema, musimy przygotować się na szereg trudności, z którymi nieuchronnie boryka się każda praca na obszarze lemologii. Częściowo wynikają one z właściwości przedmiotu badań. Pisana na przestrzeni sześćdziesięciu lat korespondencja Lema, licząca kilkanaście tysięcy pozycji, pozostaje niezwykle obfita i różnorodna. Pisarz, podobnie jak w swoich książkach, uprawia na jej gruncie swobodny dyskurs z uczonymi głowami, przedstawicielami takich dyscyplin, jak filozofia, fizyka, cybernetyka, astronomia, biologia czy nauki humanistyczne. Biada podrzędnym istotom, które próbowałyby się z nimi zmierzyć. Listy, przypominające swoim bagażem intelektualnym dorobek największych myślicieli epoki Renesansu, są może najbardziej jaskrawym dowodem niezwykłej erudycji ich nadawcy:


Pisarz ten, na kształt intelektualnego buldożera, ryje z zadziwiająca łatwością i erudycyjną swobodą wszelkie możliwe tereny poznania. Przestał już kogokolwiek dziwić fakt, że Lem wypowiada się (często w zamkniętym gronie specjalistów) na tematy historyczno- i teoretycznoliterackie, językoznawcze, filozoficzne, psychologiczne, astronomiczne, ekonomiczne, matematyczno-fizyczne czy medyczne; że pisze o cybernetyce, teorii gier, logice, statystyce, genetyce i kontaktach międzygalaktycznych; że zajmuje się estetyką, historią, teorią kultury, futurologią, socjologią, informatyką, chemią i krystalografią, obyczajowością erotyczną i osteologią, biologią i zachowaniem się polarników, technologią i polityką, metafizyką i teologią, psychotroniką i polityką, okultyzmem i komputeryzacją i wreszcie Bóg jeden wie czym jeszcze.[1]


Ponadto pojawiają się problemy natury teoretycznej. List bywa traktowany po macoszemu przez teorię literatury, często wręcz pomijany bądź spychany poza obręb głównego jej nurtu. Samo pojęcie literatury nie ma ani jednoznacznej, ani tym bardziej powszechnie obowiązującej definicji. Bez względu jednak na kwestie genologiczne, podpis Stanisława Lema pod dowolnym tekstem, choćby to była instrukcja obsługi kserokopiarki, powinien stanowić stałą przepustkę do Parnasu. Dlatego ambicją tej pracy jest bardziej ogarnięcie i uporządkowanie bogatej spuścizny epistolarnej pisarza, aniżeli rozstrzyganie na temat jej niewątpliwych walorów artystycznych. Nie tracimy przy tym pokornej nadziei, że przy okazji cierpliwych prac porządkowych uda nam się wydobyć okruchy tego uniwersalnego ładu, dzięki któremu „siły międzycząsteczkowe utrzymują w ryzach materię, planety nie spadają na Słońce, a kobiety rodzą raczej dzieci niż wilkołaki lub płonące głownie”.[2]


Zanim jednak przystąpimy do wiwisekcji, musimy dokonać przeglądu aparatury, jaką dysponujemy. Zacznijmy od "szacownego obszaru, pełnego ciemnych i antynomicznych problemów" [FP, 23-24][3], czyli od literaturoznawstwa. Aby odpowiedzieć na pytanie, jakie zachodzą relacje pomiędzy listami a literaturą, należałoby najpierw zdefiniować pojęcie tej ostatniej. Jak więc rozpoznać, co jest twórczością literacką, a co nią nie jest? Zarys rozważań teoretycznych na ten temat przynosi książka Henryka Markiewicza Główne problemy wiedzy o literaturze. Wybór tej fundamentalnej w latach siedemdziesiątych pozycji jest nieprzypadkowy: rekomendował ją, jako doskonałą, sam Lem w Filozofii przypadku, osoba z natury nieufna i krytyczna wobec większości osiągnięć w dziedzinie nauk humanistycznych.


Termin literatura, w tym znaczeniu, w jakim go na łamach niniejszej pracy przywołujemy, pojawia się dopiero pod koniec XVIII wieku. Początkowo obejmował całe humanistyczne piśmiennictwo, literaturoznawstwo stopniowo ewoluuje w kierunku "literatury pięknej", poprzez odcięcie gatunków granicznych. Nie znaleziono jednak żadnego wspólnego kryterium, które dałoby się zastosować do całej literatury pięknej. Markiewicz wypreparowuje trzy podstawowe cechy dzieł literackich. Pierwsza to fikcyjność, czyli autonomiczność świata przedstawionego. Druga polega na nastawieniu na funkcję estetyczną języka, jego uporządkowanie naddane w stosunku do potrzeb zwyczajnej komunikacji językowej: „zorganizowany gwałt na języku potocznym” w ujęciu Jakobsona. Ostatnią jest obrazowość, jako zdolność do wywoływania u odbiorców wyrazistych i bogatych jakościowo wyobrażeń. Żaden z tych trzech wyróżników samodzielnie ani w kombinacji z pozostałymi nie obejmuje wszystkich utworów literackich. Żaden z nich nie jest również cechą definiującą: występowanie przynajmniej jednego z wymienionych elementów jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym istnienia literatury. Model, który udało się zrekonstruować Markiewiczowi, można spróbować przedstawić graficznie. Jądro literatury będą stanowić gatunki, które są koniunkcją wszystkich trzech cech: w miarę oddalania się od niego, stopień esencjonalności literackiej stopniowo blednie.

 

 

Niemożność zbudowania dostatecznie pojemnej i precyzyjnej definicji wynika przede wszystkim z heterogeniczności tworów językowych, uznawanych za literackie. Markiewicz proponuje własną formułę, stanowiącą unifikację głównych ujęć:


cechą "literackości" jest to, że utwór spełnia zasadnicze funkcje językowe (przed­stawiającą i wolicjonalną) w sposób odmienny niż wypowie­dzi potoczne i naukowe: to znaczy przy udziale fikcji literac­kiej, a więc pośrednio, nieasertorycznie i ze zmniejszoną jednoznacznością, lub „z uporządkowaniem naddanym", lub wresz­cie ze zwiększoną obrazowością.[4]


W nadziei, że w ciągu ostatniego ćwierćwiecza badaczom literatury udało się dokonać bardziej zdecydowanych rozstrzygnięć, sięgamy po książkę profesora literatury angielskiej i komparatystyki literackiej, Jonathana Cullera, kusząco zatytułowaną Teoria literatury.[5] Autor przedstawia pięć tez o naturze twórczości literackiej, zasadniczo pokrywających się z cechami podanymi przez Markiewicza: 1. wysuwanie na pierwszy plan języka, 2. integracja rozmaitych poziomów strukturalnych języka, 3. projekcja fikcyjnego świata, 4. walory estetyczne, 5. intertekstualność wraz z autotelicznością. Powtarza się również konstatacja, że wymienione właściwości nie są wyłączną domeną dzieła literackiego: można je odnaleźć również w innych użyciach językowych.


Novum, przynajmniej w stosunku do opracowania Markiewicza, jest wprowadzenie terminu „bezwarunkowego założenia woli współpracy”. Czytelnik biorąc do ręki książkę jako tekst drukowany (a więc w pewien sposób wyselekcjonowany i nobilitowany), zakłada a priori, że ma do czynienia z nadrzędnie uporządkowanym komunikatem. „Z innym nastawieniem zasiadamy do słuchania muzyki awizowanej jako odnaleziona kompozycja Beethovena, a z innym – gdy jest to pono interesująca kompozycja pewnego listonosza z Bielska”. [FP, 183] Wynika z tego gotowość do interpretacji i poszukiwania ukrytego sensu, interakcja zachodząca pomiędzy autorem a czytelnikiem, nazwą a desygnatem, konotacją i denotacją, nadawcą i odbiorcą, projektem oraz realizacją. Obróbka dzieła w procesie druku, recenzje oraz wypowiedzi krytyków pełnią rolę katalizatora. Byłaby to więc dynamiczna koncepcja literatury, jako procesu zdeterminowanego kulturowo, zadziwiająco zbieżna ze sformułowaną przez Lema trzydzieści lat wcześniej definicją literackości, jako własności zrelatywizowanej przez kulturowe wzorce. Ostateczna konkluzja Cullera brzmi następująco: teoria literatury na progu XXI wieku odsuwa na drugi plan kwestie czysto formalne, czyli hipotetyczne różnice pomiędzy dziełami literackimi i nieliterackimi, poszukując raczej zbieżności i paraleli, analizując piśmiennictwo w kategoriach historycznych, psychologicznych, społecznych bądź ideologicznych.


A może, nawiązując do stylistyki zaproponowanej przez Jakobsona, należałoby się przyznać do czysto teoretycznej impotencji i cofnąć do praktycznej koncepcji Kleinera sprzed stu lat, który w roku 1913 postulował, aby przedmiotem wiedzy o literaturze był każdy tekst. Na tej bazie powstała poszerzona, być może nawet zbyt szeroka propozycja Stanisława Dąbrowskiego, traktująca jako literaturę "wszystko to, czego tworzywem jest słowo (język, mowa) użyte w funkcji porozumienia i będące bądź w fazie artykulacyjnego trwania, bądź w fazie wszelkiego rodzaju utrwalania".[6]


Tyle badający, a co na to badani? Według Stanisława Lema literaturą jest to, co zostanie jako literatura odczytane. Ważna jest tutaj przede wszystkim sama interpretacja potencjalnego dzieła literackiego, stanowiąca proces uwarunkowany społecznie: "suwerenność tworu językowego, pretendującego do rangi dzieła, nie jest jego własnością immanentną, lecz zależy od stosunków, jakie zachodzą na obwodzie niejako zewnętrznym tekstu, w postaci relacji pomiędzy nim a wzorcami kulturowymi” [FP, 28]. Dzieło nie jest autonomicznym, obiektywnie istniejącym bytem: powstaje ono dopiero w trakcie interpretacji. Kreacja to projekt, na którego realizację składają się dynamiczne relacje, jakie zachodzą pomiędzy tekstem a jego odbiorcami. Ponieważ kultura ma właściwości homeostatyczne, poprzez masowo-statystyczne kontakty czytelników z dziełem dochodzi do jego stabilizacji: początkowa oscylacja ocen stopniowo wygasa, krzepnąc w postaci sieci kanonicznych odczytań.


Do nowatorskiej, relatywistycznej teorii dzieła literackiego Lema będziemy jeszcze wracać. Warto jednak od razu podkreślić jej bliźniacze podobieństwo do pragmatyzmu, który zyskał sobie popularność na polu literaturoznawstwa pod koniec XX wieku dzięki pracom Stanleya Fisha i Richarda Rorty'ego. Fish utrzymuje, że nie istnieją żadne immanentne właściwości tekstu, niezależne od odbiorcy. „Obiektywne istnienie tekstu jest iluzją, co więcej, niebezpieczną iluzją, z powodu jego fizycznej namacalności”.[7] Wprowadza pojęcie wspólnoty interpretacyjnej, która odwołuje się do zbioru społecznych przeświadczeń na temat literatury i jej interpretacji. U Lema znajdziemy bliźniacze „układy odniesień stanowiące produkt procesów kulturowych” [FP, 159]. Autor Filozofii przypadku przedstawia rolę wspólnoty interpretacyjnej na przykładzie odbioru W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza. Bohaterski dla każdego Europejczyka Staś w oczach Arabów będzie okrutnym mordercą i ciemiężycielem. „Interpretacja nie jest odkrywaniem prawdy tekstu, lecz racjonalnym testowaniem znaczenia, ograniczonym z jednej strony przez instytucję literatury (konwencje i reguły interpretowanych tekstów), z drugiej zaś – przez wspólnotę interpretacyjną, do której bezwzględnie należy każdy interpretator”.[8] Lem podziela również przekonania pragmatystów o perspektywiczności i zmienności doświadczenia, ograniczonego przez język: opisującego nie można odseparować od opisywanego, gdyż to właśnie stosowany kod zakreśla ramy poznania. Lem jest antyesencjalistą oraz ironistą[9], który uważa, że każdy opis świata jest tymczasowy i niedoskonały.


Tab. 1: porównanie poglądów teoretycznoliterackich S. Lema i S. Fisha

 

Stanisław Lem Stanley Fish
A więc głosimy, że nowe dzieło „nie jest nim od razu”, ale się nim dopiero, w obcowaniu z czytelnikami, staje. Jakości „immanentne” w takim samym stopniu są wykrywane, w jakim niekoniecznie świadomymi decyzjami – ustalane. [FP, 26] W metodzie, którą postuluję, aktywność czytelnika jest kwestią kluczową, ponieważ prowadzi nie tyle do odkrycia, ile do nadania znaczenia.

In the procedures I would urge, the reader's activities are at the center of attention, where they are regarded not as leading to meaning but as having meaning.

[S. Fish, Is There a Text in This Class?: The Authority of Interpretive Communities, Cambridge 1982, s.158]

Uważam, że istotna ze względu na teorię literatury jest owa zmienność skutków lektury, a nie tożsamość drukarskiego substratu, bo ona jest trivium, które wprowadza w błąd...


[S. Lem, Listy albo opór materii, Kraków 2002, s. 176]

Obiektywne istnienie tekstu jest iluzją, co więcej, niebezpieczną iluzją, z powodu jego fizycznej namacalności.


The objectivity of the text is an illusion and, moreover, a dangerous illusion, because it is so physically convincing.


[Ibidem, s. 43]

Żeby osadzić zdanie w pozajęzykowym kontekście sytuacyjnym [...], trzeba posiadać wiedzę pozajęzykową. Dostarczają jej układy odniesień stanowiące produkt procesów kulturowych. „Być tekstem literackim” jest to kulturowo zrelatywizowana własność, o której przesądza dany kulturą układ odniesień kryterialnych. [FP, 159] Znaczenia pojawiają się już gotowe, nie z powodu norm osadzonych w języku, lecz ponieważ język jest zawsze, od samego początku, postrzegany w pewnej strukturze norm. Struktura ta nie jest jednakże abstrakcyjna i niezależna, lecz społeczna.


[S. Fish, Interpretacja, retoryka, polityka. Eseje wybrane, Kraków 2002, s. 76]

Arcydzieło absolutne nie istnieje, ponieważ implikuje zestaw kryteriów oceny żadnym sposobem nie związanych z cechami szczegółowymi dowolnej chwili historycznej. Nie możemy zbadać, czy takie cechy istnieją, ponieważ badając zjawiska kulturowe, nie można samemu być niepodległym żadnemu kulturowemu wpływowi. [FP, 157] Historycznie uwarunkowana świadomość nie może zbadać szczegółowo swoich własnych przekonań, przeprowadzić racjonalnego badania swoich własnych doświadczeń, ponieważ aby rozpocząć takie badanie, musiałaby najpierw uciec od podstaw własnych możliwości, a mogłaby to zrobić tylko wtedy, gdyby nie była historycznie uwarunkowana.


[Ibidem, s. 320]

...to co wczoraj uznawano za transcendencję granic beletrystyki, może dziś być już częścią integralną pięknego piśmiennictwa, ponieważ granica ma owa charakter zmienny, zależy od przyjętych konwencji, i gdy te się zmienią, fantastyczna filozofia albo teologia może się stać właśnie „normalną literaturą piękną”.


[S. Lem, Listy albo opór materii, Kraków 2002, s. 232]

Literatura nie jest esencjalną, lecz konwencjonalną kategorią, której zawartość i zakres są bezustannie kwestią debaty i rozstrzygnięć pomiędzy historycznie uwarunkowanymi podmiotami. Z tego powodu granica pomiędzy literaturą a tym, co nią nie jest, jest ciągle odkrywana na nowo.


[Ibidem, s. 306]

Skoro mamy już pewną wiedzę na temat naszej niewiedzy w materii zasadniczej, spróbujmy przyjrzeć się, jak na tym tle prosperuje teoria listu. Niestety, im dalej brniemy w kwestie statusu genologicznego, tym bardziej sytuacja się gmatwa. Chociaż na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dosyć klarownie. List jest jednym z najstarszych gatunków piśmiennictwa, który narodził się niemal równocześnie z wynalezieniem pisma. Jako taki posiada wyraziste cechy formalne: jest to utrzymany w stylu bezpośrednim, skierowany do nieobecnego adresata monolog w formie pisanej, którego zasadniczy cel pozostaje utylitarny. Jednak Stefania Skwarczyńska, autorka fundamentalnej Teorii listu, uważa, że jest on obszarem paradoksu, łączącym w sobie szereg biegunowych przeciwieństw.[10] Należy do form stricte użytkowych, ale bywa zaliczany w swoich poszczególnych realizacjach do panteonu literatury pięknej. Jest monologiem, który stanowi właściwie fragment dialogu. Podporządkowany potrzebom doraźnym i praktycznym, operuje na ogół językiem mówionym, wyrażonym jednak w postaci pisemnej. Chociaż z natury efemeryczny, staje się często trwałym dokumentem, o znaczeniu historyczno-literackim. Powinien być spontanicznie malowanym „obrazem duszy piszącego”, ale równocześnie podlega ograniczeniu reguł i ściśle obowiązujących konwencji. Przy bliższym poznaniu hybrydalny w swej naturze list przypomina skrzydlatego pegaza, któremu nałożono chomąto.


Szereg problemów, z jakimi borykamy się przy próbie teoretycznej analizy korespondencji, wyodrębnia Kazimierz Cysewski[11]. Do najważniejszych z nich należą: nieuchronne zakłócenie intymnej relacji nadawca – odbiorca przez badacza-podglądacza, szczególny sposób autokreacji epistolografa, dokonującego niejednokrotnie mistyfikacji własnej biografii (z tego względu można nawet mówić o „podmiocie epistolarnym”) oraz niejednorodność gatunkowa. Nierozstrzygnięte dylematy teoretyczne rodzą nieuchronne niedostatki metodologiczne. Cysewski stwierdza wręcz „brak we współczesnym literaturoznawstwie zadowalających narzędzi, za pomocą których można by badać listy”. Tradycyjny sposób określania literackich walorów korespondencji, poprzez pryzmat konwencji pisarskich danej epoki, nie wydaje się ani sprawiedliwy, ani wyczerpujący, szczególnie w wypadku epistolografii współczesnej.


List jest przekazem niezwykle cennym dla badacza literatury, ponieważ zawsze pozostaje osadzony w konkretnej, chociaż subiektywnie przefiltrowanej rzeczywistości. Stąd Skwarczyńska postuluje jego analizę na tle epoki, sfery społecznej i kultury, które go wydały: „życie, w które list wrasta i które list tworzy, musi stanowić punkt wyjścia dla oceny estetycznej”[12]. Listy mogą trafić do królestwa literatury pod warunkiem wypełnienia swoich służbowych obowiązków. Warto przy tym pamiętać, że informatywność aktu epistolarnego nie ogranicza się jedynie do treści językowych, intencjonalnie umieszczonych w nim przez autora. Źródłem informacji może być w tym wypadku również rodzaj użytego papieru, układ graficzny, obszerność, dobór zwrotów grzecznościowych, styl pisma, a nawet znaczek i koperta.


List należy rozpatrywać nie tylko na tle rzeczywistości, w której powstaje, ale również na tle innych listów, pozostających z nim w przyczynowo-skutkowym związku, czyli tzw. korespondencji. Dopiero w takim zbiorze w pełni manifestuje się epistolarna osobowość oraz biografia nadawcy, a czasem również błąka się Zeitgeist, trudno uchwytny duch epoki.


Sytuację komplikuje dodatkowo różnorodność i bogactwo rodzajów w obrębie samego gatunku. List przeszedł w ciągu pięciu tysięcy lat swojego istnienia głęboką ewolucję: od glinianych tabliczek Sumerów do pliku elektronów, docierającego w ciągu kilku sekund do najdalszych zakątków naszego globu. Nie o zewnętrzny sposób utrwalenia nam tutaj jednak chodzi, chociaż nie pozostaje on bez oczywistego wpływu na merytoryczną zawartość: inny ciężar własny miały listy pisane znacznym nakładem sił i środków, ze świadomością, że odpowiedź otrzymamy w najlepszym wypadku dopiero po kilku tygodniach. Internet zrewolucjonizował sposób i szybkość przekazywania informacji – niestety kosztem jej wartości. Łatwość kontaktu nie przechodzi bowiem w jakość, czego najlepszym dowodem jest spam, zapychający nasze pocztowe skrzynki. Należy przypuszczać, że media elektroniczne będą stopniowo odciążać tradycyjną korespondencję z jej użytkowych funkcji, dzięki czemu poszybuje ona swobodnie w sfery sztuki wysokiej.


Najstarsze znane listy, pisane pismem klinowym trzy tysiące lat przed naszą erą, pochodzą z Babilonii. Reguły nowożytnej artis epistolandi, pozostające w ścisłym związku z retoryką, czyli teorią wymowy, zostały skrupulatnie opracowane w czasach starożytnej Grecji i Rzymu. Sztuką epistolarną zajmowali się między innymi Platon, Epikur, Archimedes, Cyceron, Seneka, Horacy i Owidiusz. Opisowo-normatywna teoria listu obowiązywała z pewnymi modyfikacjami aż do XVIII wieku, jej charakterystyczną manifestacją były popularne w Średniowieczu łacińskie listowniki, czyli wzorniki i zbiory wskazówek, będące podręcznikami pisania listów. Skostniałą strukturę listu rozsadza dopiero sentymentalizm, który wprowadza list-wyznanie, wybuch uczuć piszącego. Całkowite wyzwolenie spod ucisku obowiązujących norm i konwencji przynosi korespondencji Romantyzm. List zrzuca ciasny gorset, w jaki zasznurowano go jeszcze w epoce antycznej i służy teraz ekshibicjonistycznemu obnażaniu stanów emocjonalnych oraz zakamarków duszy nadawcy. Szczególny nacisk kładzie się przy tym na walory literackie: funkcje użytkowe ulegają w ten sposób istotnej transformacji.


Sztandarowym przykładem romantycznej kreacji artystycznej jest epistolografia Krasińskiego, w której autor dokonuje konsekwentnej stylizacji własnej biografii przy pomocy repertuaru środków czysto literackich. Autor Nie-Boskiej Komedii przybiera wystudiowane pozy i nakłada starannie cyzelowane maski, dostosowując się przy tym do możliwości i oczekiwań swoich odbiorców. Kluczową rolę adresata podkreśla Maria Janion w szkicu Tryptyk epistolograficzny.[13] W poczcie skierowanej do ojca, surowego klasyka, Krasiński-junior powściąga romantyczne zapędy, ukrywając je za sentymentalnymi opisami natury. Wyznania, czynione na odległość Delfinie Potockiej, są natomiast prawdziwą eksplozją namiętności, zachodzącą zgodnie z prawami hiperbolicznej poetyki romantycznej. Korespondencja z Jerzym Lubomirskim kreuje kolejny wizerunek Krasińskiego jako genialnego poety-profety, który w swoich dziełach przewidział zarówno własny dramat rodzinny, w postaci nieudanego małżeństwa, jak i dramat polityczny, czyli narastające wrzenie rewolucyjne na świecie. Jak widzimy, list może, a nawet powinien odbijać w zwierciadle również duszę osoby, do której jest zaadresowany.


Po okresie romantycznej epistolomanii XX wiek wydaje się być recesją artis epistolandi, przynajmniej na obszarze korespondencji opublikowanej drukiem. Przyczyną jest zapewne, obok strat spowodowanych przez wojenną pożogę, zmierzch całej galaktyki Gutenberga, połączony z ekspansją alternatywnych środków komunikacji, jak telefon, czy wspomniany już Internet. W czasach konsumpcyjnej kultury obrazkowej najpopularniejszą formą korespondencji staje się list adwokacki albo wezwanie do zapłaty. Z pewnością jednak wypłyną jakieś perły, ukryte w głębinach szuflad i prywatnych bibliotek. Rolę takiej rafy koralowej może spełnić archiwum Stanisława Lema. Próbkę jej olśniewającego bogactwa przynosi wydany jeszcze za życia pisarza tom Listy albo opór materii.[14]

Aby nie narazić się na zarzut gołosłowności, dokonajmy krótkiego przeglądu najważniejszych walorów spuścizny epistolograficznej Stanisława Lema, czytanej z punktu widzenia badacza literatury:

  1. Symfonia stylizacji: różne głosy i style, w zależności od osoby, do której skierowany jest przekaz. Mamy ciepłe i osobiste listy do przyjaciół, takich jak Sławomir Mrożek bądź Jan Błoński. Naukowe wykłady, naszpikowane fachową terminologią, jak te pisane do Władysława Kapuścińskiego, profesora fizyki. Oracje do tłumaczy, które często stanowią artystyczną spowiedź autora. Zabawne listy urzędowe, pełne zgryźliwej ironii, w których autor ukrywa się za maską chłopka-roztropka, dalekiego krewnego ludowych bohaterów z Indyka. W korespondencji z młodymi czytelnikami pojawia się natomiast Lem w roli nauczyciela i mistrza. Czasem autor dostosowuje list do języka utworu, o którym jest mowa: takim przykładem jest archaizacja poczty do Szymona Kobylińskiego, utrzymana w duchu Cyberiady.
  2. Starannie przemyślana kompozycja: listy są kunsztownymi miniaturami, których forma ma służyć walorom poznawczym. Stąd często mają charakter wykładu, przyjmują układ eseistyczny albo skomponowany na kształt matematycznego dowodu, posługują się elementami zaczerpniętymi z dziedziny logiki (sylogizmy). Ale równie chętnie Lem sięga formę opowiadania, opisu, anegdoty, relacji, wspomnienia czy nawet reportażu.
  3. Język: jasny, przejrzysty i dokładny, którym operuje pisarz z precyzją chirurgicznego skalpela, nie tracąc przy tym krwistości i sugestywności opisu. Zdarzają się chwyty czysto literackie, teksty gęste od porównań i metafor, eleganckie figury językowe, gry słów, aluzje, a nawet neologizmy.
  4. Wykład poglądów naukowych i filozoficznych Lema.
  5. Autokomentarz i uzupełnienie do utworów, swoisty przewodnik po twórczości pisarza.
  6. Prezentacja warsztatu pisarskiego od kuchni, wypreparowanie włókien procesu twórczego.
  7. Sarkazm, gryząca ironia oraz absurdalny humor, paradoksalnie szczególnie widoczne w listach urzędowych. Parodia obowiązujących stylów i konwencji.
  8. Źródło informacji biograficznych, podanych z pierwszej ręki, często wyjaśniających okoliczności powstawania poszczególnych utworów.
  9. Zbiór lapidarnych, celnych uwag obyczajowych i filozoficznych, dowcipnych bon motów i złotych myśli.
  10. Klimat intelektualny epoki.

Wszystko to sprawia, jak podkreśla Jerzy Jarzębski, że listy odkrywają przed nami nowy wizerunek Stanisława Lema:


nową dla czytelników formę, w jakiej objawia się pisarz poprzez teksty. Nową, często zabawną, a także frapującą, bo Lem jest osobowością realizującą się świetnie w dialogu, w walce z cudzymi sądami i przesądami, w próbach artykułowania swoich mniemań zwięźle, obrazowo, dosadnie, a zarazem przekonywająco. Dowiemy się z tych listów, co sądzi o literaturze i literaturoznawstwie, co intryguje go w naukach ścisłych, jaki jest jego stosunek do politycznej sytuacji w Polsce rządzonej przez komunistów. Niektóre z zamiesz­czonych tu krótkich tekstów na te tematy przybierają formę mikro-esejów, streszczających wywody gdzie indziej w jego pismach rozras­tające się do rozmiarów wielusetstronicowych książek. Równie inte­resujące będą próby autointerpretacji, objaśniania sensu własnych dzieł literackich, często wchodzące w bardzo precyzyjną analizę językowo-stylistycznych niuansów, zdradzające, do jakiego stopnia pisarz jest świadom swego warsztatu. [15]


Korespondencję Lema można podzielić "od siekiery" na kilka części, zdając sobie sprawę, że otrzymamy w wyniku takiej obróbki konstrukcję koślawą i chwiejną. Przyjmujemy dwa wyjściowe, ściśle ze sobą związane kryteria, które posłużą nam do przeprowadzenia rozgraniczenia: treść oraz adresat listu (żadne z nich nie jest wystarczające, aby stanowić przesłankę samodzielną). Dzięki temu uzyskamy podział na: (I) listy oficjalne i (II) prywatne, będący daleką pochodną opozycji litterae publicae i litterae privatae, wyróżnionej przez Cicerona. Taka dychotomia jest również zgodna z intencjami samego autora, który własnoręcznie zwykł w ten sposób wprowadzać ład w swoje papiery.


Następnie listy oficjalne (I) możemy podzielić na: (I.1) urzędowe (dotyczące spraw administracyjno-skarbowych, oficjalnych zaproszeń, sporów z biurokracją i doraźnych interwencji) oraz związane z rzemiosłem pisarza listy do: (I.2) adaptatorów (filmowców i ilustratorów); (I.3) agentów literackich; (I.4) dziennikarzy, edytorów; (I.5) tłumaczy; (I.6) wydawców (redaktorów). Tu już zarysowuje się pierwsza i nie ostatnia ułomność naszej klasyfikacji: agenci literaccy bądź tłumacze pełnili często rolę bliskich przyjaciół Lema, więc zasługują również na umieszczenie w grupie II.


Korespondencję prywatną (II) należałoby posegregować na listy do: (II.1) czytelników (lemologów); (II.2) naukowców; (II.3) pisarzy; (II.4) rodziny; (II.5) znajomych i przyjaciół. I znowu będziemy obserwować migrację z jednej klasy do drugiej w miarę rozwoju korespondencji, powodowaną przede wszystkim zadzierzgnięciem bliższych więzi towarzyskich: na przykład niektórzy czytelnicy bądź naukowcy stają się z czasem przyjaciółmi pisarza. Zresztą trudno wyobrazić sobie korespondenta Lema, który nie byłby równocześnie jego zagorzałym czytelnikiem.


Powyższą klasyfikację, siłą rzeczy ramową i arbitralną, można oczywiście rozbudowywać i udoskonalać, niestety kosztem jej klarowności. Pozostając jednak wiernym zasadzie, że nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę, ograniczymy się do dwustopniowego podziału, który wydaje się najbardziej elastyczny i funkcjonalny. (zobacz: Tabela nr 2)


Innym narzucającym się kryterium, paralelnym w stosunku do treści (adresata) listu, mógłby być język, w jakim jest prowadzona korespondencja. Lem swobodnie pisał swoje listy w co najmniej czterech językach: obok polskiego, po niemiecku, rosyjsku oraz angielsku, najczęściej elastycznie dostosowując się w tym względzie do języka ojczystego interlokutora. Zdarzają się również wprawki sporządzone po francusku i w łacinie. Przedmiotem badań przeprowadzonych w niniejszej pracy będą wyłącznie listy pisane po polsku, chociaż przy dokonywaniu podziału pod kątem zawartości została uwzględniona cała dostępna korespondencja.


Zanim przejdziemy do omówienia reprezentatywnych przykładów korespondencji Lema, warto podkreślić jeszcze jedną rzecz. List często bywa ujmowany jako intymna relacja dwóch osób: nadawcy i adresata. W wypadku osób zawodowo parających się literaturą, zawsze należy założyć również antycypację, nawet podświadomą, przyszłego czytelnika. Trudno, ażeby sławny pisarz, w dodatku piszący do innego luminarza kultury, nie przeczuwał, jakie będą zakusy potomnych wobec tej korespondencji. Czytelnik sytuuje się z boku osi nadawca-adresat, mogąc powodować jej mniejsze lub większe „wybrzuszenie”. Niejako pomiędzy obydwoma stronami bezpośrednio zaangażowanymi w korespondencję pojawia się jeszcze jedna, niewidzialna osoba. Osoba, dodajmy, której istnienie dla nikogo nie ulegało wątpliwości. Tym ogniwem pośrednim był cenzor: Polska Ludowa nie uznawała tajemnicy korespondencji i cenzurowała ją w sposób nieomal ostentacyjny. Dobry obywatel nie powinien wstydzić się swoich poglądów, poza tym, był to jeden ze sposobów na wywołanie paraliżu intelektualnego społeczeństwa. Zwykły człowiek musiał zawsze liczyć się z tym, że jego wyznania będzie śledziła para niepowołanych oczu. Pisarz o międzynarodowej sławie mógł mieć praktycznie pewność, że każdy wysłany przez niego w Polsce list przechodzi najpierw przez ręce smutnych panów, uważnie tropiących każdy przejaw nieprawomyślności. Sztuka pisania, nie tylko listów, przypominała w tamtych czasach chocholi taniec na polu minowym. Stąd praktycznie brak w korespondencji Lema bezpośrednich uwag na tematy polityczne. Kilka epistoł pisanych poza granicami demoludów, najczęściej podczas krótkich pobytów w Berlinie Zachodnim, daje dopiero ujście głębokiej, latami narastającej frustracji, często ze szkodą dla wartości literackich. Zamieniają się one w gorzką wyliczankę komunistycznych grzechów głównych i pokazują, jak silny wpływ na pociągnięcia pióra pisarza miała świadomość, wyrażona przez Lema expressis verbis w jednym z listów do Michaela Kandla, że „zarówno korespondencja przychodząca do mnie, jak ta, którą wysyłam, jest otwierana i czytana”.[16]

 

tabela nr 2.

II. Narodziny lemologii

Twórczość Lema możemy zasadniczo podzielić na beletrystykę, eseje, apokryfy (teksty o nieistniejących tekstach) oraz narzekania na krytyków. Papież fantastyki naukowej nie miał wysokiego mniemania na temat możliwości intelektualnych wyznawców tego gatunku[17], szczególnie ostro piętnując amerykańskie środowisko akademickie za bezmyślną nobilitację głównego, bezwartościowego nurtu Science Fiction (w ramach programu Science Fiction Research Association[18]). Gorzkie żale na swoją pozycję autora kompletnie zapoznanego, przynajmniej na rodzimym podwórku, obficie wylewa Lem w Rozmowach ze Stanisławem Beresiem (w osobnym rozdziale, wymownie zatytułowanym Księga skarg i wniosków). Na pytanie o skalę swojego wkładu w polską literaturę, najpopularniejszy polski pisarz XX wieku odpowiada mocno zaszokowanemu interlokutorowi:


Aktualnie jest on prawie zerowy. Wkład jest taki, jaki zostaje orzeczony przez kompetentnych znawców. Eksperci, omawiając wydarzenia literackie ostatnich trzydziestu, czterdziestu lat, mojego nazwiska nie wymieniają. [19]


Swoim pozornie niewinnym, wręcz rutynowym pytaniem, zaskoczony Bereś uruchamia prawdziwą litanię pretensji, która ciągnie się przez bite trzydzieści sześć stron maszynopisu. Częściowo uzasadnia te narzekania fakt, że pierwsza obszerna książka na temat Lema ukazała się po polsku dopiero kilka lat później i nosiła adekwatny tytuł Lem w oczach krytyki światowej: był to dosyć eklektyczny wybór tekstów z obszaru anglo- i niemieckojęzycznego.


W korespondencji z Michaelem Kandlem Lem również występuje w roli autora niezlokalizowanego na tle literatury polskiej, którego nazwisko nie pojawia się nawet w przypisach. Powodem tego pomijania jest to, że jego wysiłki mają charakter długodystansowy i wykraczają poza standardowe aktualizacje:


...klątwą naszej literatury od dwustu lat z górą jest doraźność. Doraźnie „wymierzyć sprawiedliwość” widzialnemu światu; doraźnie „dogonić Zachód z Europą na czele”, doraźnie „wymyślić coś nowego polskiego”, doraźnie „nowości potrząsać kwiatem”, doraźnie mity narodowe poutrącać lub umonumentalniać... [KLK, 3.11.74]


Lem powtarza swoje filipiki w wywiadach, felietonach, tekstach eseistycznych, a nawet w beletrystyce. Już w 1965 roku w Cyberiadzie pojawia się Chloryan Teorycy Klapostoł, ironiczny autoportret Lema-myśliciela, kompletnie niedocenianego przez współczesnych. Nieszczęsny Klapostoł pisze kolejne, „absolutem tchnące”, fundamentalne dzieła, docierając do samej istoty rzeczy. Jest on między innymi autorem wiekopomnego traktatu o Ewolucji Rozumu jako Zjawisku Dwutaktowym, w którym wreszcie rozstrzyga odwieczny dylemat, co było pierwsze: robot czy bladawiec. Kiedy nawet „kulawy cybernardyn” nie zwraca na niego uwagi, pociesza się, że przecież w końcu musi się ktoś na nim poznać:


- Przyjdzie jeszcze czas mój! - rzekłem sobie. - Nie może to być, aby ktoś jak groch sypał prawdy ostateczne dniem i nocą, aż blask Poznania od nich bucha Ultymatywnego - i nic! Przyjdzie rozgłos, przyjdzie sława, tron z kości słoniowej, tytuł Myślęgi Pierwszego, miłość ludów, ukojenie w ciszy sadu, własna szkoła, uczniowie kochający i wiwatujący tłum! [20]


Tymczasem, pomimo kolejnych odkrywczych prac, nic się nie zmienia. Omijają go uznanie i zaszczyty, a cały jego głęboki dorobek pozostaje praktycznie niezauważony. Publiczność gustuje w dziełach „o różnicy między przodkiem a tyłkiem, o budowie cudnej tronu monarszego, jego poręczach słodkich i nogach sprawiedliwych, traktaty o polerowaniu wdzięków, opisy szczegółowe tego i owego, przy czym nikt tam sam siebie wcale nie chwalił, wszelako tak już to się jakoś składało, że Struncel podziwiał Paciora, a Pacior - Struncla, obaj hołdami przez Logarytów zasypywani”[21].


W tonie bardziej serio Lem powtórzy swoje pretensje trzydzieści trzy lata później, w Rozważaniach Sylwicznych LXXI[22], pisanych dla miesięcznika „Odra”. Zbiera tutaj wszystkie własne trafne prognozy, trochę odgrywając rolę Marsjasza wobec zawodowych futurologów, których buńczuczne przewidywania nad podziw rzadko się sprawdzają. Rozwój biotechnologii, rozszyfrowanie kodu DNA, początki autoewolucji człowieka, kwantowe teorie powstania wszechświata, ewolucja jako proces utrwalania i powielania błędów, koncepcja samolubnego genu, fantomatyka czyli wirtualna rzeczywistość, narodziny społeczeństwa informacyjnego, teleportacja i paradoksy kopiowania tożsamości: wszystko są to dziedziny, których Lem był niezaprzeczalnie prekursorem. I znowu, według autora, nawet „pies z kulawą nogą się nie odezwał”.


Czy rzeczywiście pisarz nie doczekał kochających uczniów ani wiwatujących tłumów? Trzydzieści milionów egzemplarzy książek, opublikowanych we wszystkich najważniejszych językach, wydaje się dowodzić czegoś innego. Problem w tym, że zgodnie z przekonaniami Lema, same gigantyczne nakłady niczego nie przesądzają ani nie stanowią gwarancji, że książki znajdą trwałe miejsce w skarbcu światowej kultury. Stosy recenzji oraz pojedynczych artykułów nie są w stanie wyżłobić odpowiedniej niszy ekologicznej, w której mogłoby rozkwitnąć w całej okazałości dzieło Lema. Autor Solaris marzy o ujęciach synkretycznych, kompleksowych monografiach, tymczasem skazany jest na „czyściec doraźnych, ad hoc artykułowanych analiz i ocen”[23]. Jeżeli, jak potwierdzają pragmatyści, proces interpretacji jest swoistą transakcją czytelnika z tekstem, to kurs wymiany ustalają tutaj krytycy:


Bo, kochany Panie, związki, pokrewieństwa, implikacje i asocjacje, łączące utwór z wysokim regionem intelektualno-estetyczno-filozoficznym nie są wykrywane jak szafy i stołki. Na to, żeby w ogóle Czytelnik mógł pozwolić sobie na tego rodzaju Czcigodne Kojarzenia, potrzebna jest pierwej Permisja Areopagu Autorytetów. Musi się zagotować, zakisić musi od licznych czcicieli kompetentnych, od odkrywców, hermeneutyków, dostarczających gwarancji, że „To jest To”. [KLK, 21.04.75]


Szpakowska w Dyskusjach ze Stanisławem Lemem[24] przyznaje pisarzowi rację: „Literatura poświęcona jego twórczości przytłacza przede wszystkim ogromem, jednak odszukanie w niej jakiegoś ładu okazuje się nader kłopotliwe”[25]. Tak przynajmniej przedstawiała się sytuacja interpretacyjna w roku 1995, kiedy ukazały się Dyskusje, będące pierwiosnkiem polskiej lemologii. Początek XXI wieku przynosi prawdziwą lawinę prac teoretycznych, poświęconych twórczości Lema: w 2002 Jerzy Jarzębski odkrywa Wszechświat Lema, rok później pojawia się obszerny zapis dwóch naukowych konferencji pt. Stanisław Lem – pisarz, myśliciel, człowiek (ze wstępem Narodziny lemologii), w 2006 roku Maciej Płaza publikuje monumentalne O poznaniu w twórczości Stanisława Lema, w następnym roku ukazuje się Między zwierzęciem a maszyną. Utopia technologiczna Stanisława Lema pióra Pawła Majewskiego. Poza tym, jak trafnie konstatuje Wojciech Orliński[26], na temat konkretnych utworów wypowiadały się tuzy humanistyki Polski powojennej (między innymi Edward Balcerzan, Stanisław Barańczak, Jan Błoński, Witold Bereś, Helena Eilstein, Stanisław Grochowiak, Andrzej Kijowski, Leszek Kołakowski, Piotr Kuncewicz, Jan Józef Lipski, Henryk Markiewicz, Krzysztof Mętrak, Tadeusz Nyczek, Janusz Sławiński, Jan Walc, Adam Włodek – połowa osób z tej listy legitymuje się tytułem profesora zwyczajnego). Odbyły się ponadto dwie poważne naukowe debaty: dyskusja redakcji kwartalnika „Studia Filozoficzne” w 1964 na temat Summy Technologiae oraz sesja Instytutu Badań Literackich w 1970 poświęcona Filozofii przypadku. W 1972 roku ukazał się specjalny numer miesięcznika „Nurt”, dedykowany w całości twórczości Lema.[27] Redakcja zapowiada go jako wybitnego pisarza, filozofa i teoretyka kultury, którego uwaga „koncentruje się na zagadnieniach teorii poznania – analizie instrumentów intelektu ludzkiego, dzięki którym rozszerza się widnokrąg naszego świata, pogłębia się jego znajomość, na badaniu kwestii moralnych, swoistych dla naszej epoki i wreszcie na analizie zjawisk twórczości artystycznej i naukowej”. Dwadzieścia lat później dwumiesięcznik Instytutu Badań Literackich PAN „Teksty Drugie” również odda swoje łamy do wyłącznej dyspozycji lemologów. Dodajmy do tego kilkadziesiąt wnikliwych posłowi, jakimi Jerzy Jarzębski opatrzył poszczególne tomy Dzieł Zebranych.


Idiosynkrazje Lema na krytyków doskonale ilustruje jego stosunek do recenzji Summy Technologiae pióra Leszka Kołakowskiego.[28] Recenzent zarzuca co prawda autorowi redukcjonizm i technologiczną euforię, niemniej jednak nazywa książkę Lema: „perłą literatury trudniącej się filozofią techniki” oraz „znakomitym esejem”. Swoje uwagi podsumowuje następująco:


Prawdziwie bowiem uważam jego książkę za znakomitą i pełną owego blasku, jaki promieniuje zawsze z inteligencji krytycznej i kompetentnej. Przestanę jednak na sprzeciwie wobec paru dowolnych fragmentów i na komplementach ogólnych, ponieważ nie widzę powodu, by streszczać utwór, który należy przeczytać po prostu.[29]


Lem nigdy nie wybaczył tej recenzji Kołakowskiemu.


Może nie jest to wymarzony tron z kości słoniowej, jednak ponure wizje kompletnego zapoznania wydają się być nieco przesadzone. Warto tutaj wspomnieć o kwestii, do której jeszcze wrócimy: o recepcji dzieł Lema na długie lata przesądził wybór uprawianego przez niego gatunku literackiego. „Wybór science fiction stanowił nie tylko pomyłkę teoretyczną, lecz i w praktyce pod pewnymi względami okazał się dla pisarza kulą u nogi”.[30] Można gdybać, jak potoczyłaby się kariera literacka Lema, gdyby cenzura nie zablokowała wydania Szpitala Przemienienia albo gdyby Lem nie spotkał na górskich szlakach prezesa Czytelnika, Jerzego Pańskiego. Być może wtedy pisarz nie musiałby z całych sił bronić się przed genologicznym zaszufladkowaniem i zepchnięciem w głąb getta SF.[31] Z drugiej strony to właśnie utwory wywodzące się z kanonu literatury science fiction otworzyły przed Lemem wrota światowej kariery. Publikacje takich pozycji, jak Szpital Przemienienia, czy Wysoki Zamek stanowią ilościowy margines jego wydawniczego dorobku.


Lem miota gromy na krytyków, ale też i jego najbardziej zagorzali apologeci mają powody do utyskiwań na swojego Mistrza. Ogromna swoboda, z jaką Lem porusza się po najdalej wysuniętych przyczółkach nowożytnej nauki, wymaga nie lada umiejętności i przygotowania od wszystkich, którzy chcieliby mu w tych ekspedycjach towarzyszyć. Idealny krytyk Lema powinien posiadać, oprócz wszechstronnego wykształcenia humanistycznego, również spory zasób wiedzy z dziedziny nauk ścisłych. W niezbędniku każdego szanującego się lemologa, obok trzydziestu trzech, często opasłych tomów Dzieł Zebranych, obok opracowań z zakresu teorii literatury, filozoficznych traktatów oraz innych typowo humanistycznych narzędzi, powinny się również znaleźć prace Richarda Dawkinsa, Paula Daviesa (profesor filozofii przyrody, wykładowca fizyki teoretycznej) Manfreda Eigena (dyrektor Instytutu Maxa Plancka Chemii Biofizycznej w Getyndze), Paula Feyerabenda (filozof nauki), Stephena Hawkinga, Wernera Heisenberga, Thomasa Kuhna (filozofia nauki), Karla Poppera, Willarda van Orman Quine'a. Wymieniam tutaj tylko kilka z brzegu nazwisk z indeksu książki Wszechświat Lema Jerzego Jarzębskiego. Nie wspominam o tematach tak oczywistych, jak solidne podstawy fizyki kwantowej i teorii względności. Sytuację badacza pism Lema dobrze przedstawia jeden z nielicznych namaszczonych przez samego pisarza egzegetów:


Idea stworzenia wyczerpującej monografii twórczości Lema w każdym jej potencjalnym autorze wzbudzić musi popłoch... Zadaniem monografisty musiałoby być najpierw zapoznanie się z kilku czy kilkunastoma tysiącami zasadniczych tekstów z dziedziny literaturoznawstwa, filozofii, socjologii, politologii, kulturoznawstwa, cybernetyki, fizyki, biologii, genetyki, medycyny, astronomii i kosmologii, matematyki i szeregu jeszcze innych dziedzin, w obrębie których Lem zabiera głos kompetentnie. Co gorsza, taka encyklopedyczna wiedza nie gwarantuje monografiście sukcesu, to bowiem, co u Lema najważniejsze, zachodzi pomiędzy tymi dziedzinami jako próba myślenia ponad systemami ograniczonymi poprzez swój specyficzny język bądź tematykę. [32]


Dalej Jarzębski wylicza jeszcze kilka istotnych trudności, piętrzących się przed każdym poważnym kandydatem na lemologa. Pomija dyskretnym milczeniem bujny gąszcz obowiązkowych tekstów, jakie wyrosły na żyznym gruncie twórczości Lema. Nie ułatwia sytuacji również ranga autorytetów, uwikłanych w prace lemologiczne: to trochę tak, jakbyśmy mieli wystąpić na dorocznej konferencji Kościoła Episkopalnego zaraz po Jezusie Chrystusie. Innymi słowy, gdyby lemologia funkcjonowała jako kierunek studiów, musiałaby trwać kilkadziesiąt lat i zawierać w sobie program szeregu odrębnych fakultetów. Część studentów w trakcie nauki popełniałaby samobójstwo. Przy okazji możemy sobie odpowiedzieć na pytanie, jak fascynującym wyzwaniem musi być twórczość Mistrza, jeżeli pomimo tych wszystkich przeszkód i odpędzania kijem przez samego autora, wciąż przybywa jego uczniów.


Pozostaje rozstrzygnąć z punktu widzenia niniejszej pracy kwestię fundamentalną: na ile epistolografia Stanisława Lema może stanowić użyteczne narzędzie w rękach lemologa? Wszak sam pisarz, to znaczy Chloryan Teorycy Klapostoł, stanowczo buntuje się przeciwko odkopywaniu przez potomnych jego „korespondencji z praczką”. Jak wspomniano w rozdziale pierwszym, listy są wiarygodnym źródłem informacji z pierwszej ręki na temat autorskiej interpretacji, rodzajem glossy do poszczególnych utworów. Na podstawie korespondencji możemy dosyć precyzyjnie zrekonstruować światopogląd pisarza, co powinno w jakimś stopniu ułatwić interpretacje jego książek. Wreszcie, tajniki pisarskie, jakie często zdradza w kontaktach z tłumaczami, pozwalają nam zobaczyć Mistrza przy warsztacie i lepiej przeniknąć jego intencje. Czyli jesteśmy w stanie bardziej precyzyjnie wyznaczyć „tor w przestrzeni semantycznej” [FP, 61], jakim jest zamysł autorski. Listy pozwalają nam dogłębnie zbadać punkt wyjścia: pisarskie obsesje oraz punkt dojścia: ich realizacje.


Zasadniczy problem w tym, że zgodnie z teorią odbioru literackiego, stanowczo przedstawioną w Filozofii przypadku, nawet najbardziej szlachetne zamiary autora są w zasadzie irrelewantne w masowo-statystycznym procesie stabilizacji dzieła. Dobrymi intencjami wybrukowano najniższe regiony piśmiennictwa. Równolegle do Lema także Roland Barthes ogłasza „śmierć autora”, jako ostatecznej instancji odwoławczej:


Wiemy już dziś, że tekst nie jest ciągłą sekwencją słów, za którymi kryłby się pojedynczy, "teologiczny" sens (przesłanie Autora-Boga), lecz wielowymiarową przestrzenią, w której stykają się i spierają rozmaite sposoby pisania, z których żaden nie posiada nadrzędnego znaczenia: tekst jest tkanką cytatów, pochodzących z nieskończenie wielu zakątków literatury. [33]


Dlaczego więc humaniści z takim uporem i pasją rozgrzebują archiwa? Ponieważ mamy do czynienia z autorem uznanym, którego książki zyskały status arcydzieł, dostojnie krążących po stabilnych orbitach w galaktyce Gutenberga. „Nie tylko stają się one w całości doskonałe, ale, jak wiecznie czynne wulkany, zdają się wyrzucać z siebie bezlik coraz to nowych prawd, ustaleń, rewelacji, które zbiorowość teoretyków ledwie nadąża spisywać”. [FP, 187] Sam autor przeobraża się w wieszcza, instytucję kultury, spiżowy autorytet, którego nawet korespondencja z praczką zawiera w sobie skrzące okruchy absolutu. Analizując pod tym kątem wypowiedzi epistolarne Lema powinniśmy jednak zachować daleko posuniętą ostrożność, mając w pamięci zastrzeżenia autora:


Po pierwsze - opinia autora o jego utworach nie należy do najistotniejszych. Ma ona znaczenie dla badaczy, zajmujących się curriculum vitae pisarza, ale nie jest żadną instancją decydującą. Po wtóre — wg moich teoretycznych przeświadczeń — nie jest ważne, co w ogóle pisarz chciał. Jego intencje się nie liczą, liczy się społeczny oddźwięk dzieła. To są rzeczy znane — już Norwid mówił, że nie na tych pokojach gości się u potomności, które się samemu obierało. [34]


Warto jeszcze rozwiać ostatnią wątpliwość: autointerpretacja w literaturze przypomina autoportret w malarstwie. Kwestią drugorzędną jest, czy podmiot ma anielskie rysy twarzy bądź zniewalający uśmiech. O wszystkim przesądza jakość i styl wykonania. Koherencja pomiędzy tworzywem a formą. Ponieważ mamy do czynienia z autorem, którego artystyczna perfekcja została ponad wszelką wątpliwość udokumentowana i potwierdzona, tym pilniej należy studiować wszystkie dodatkowe detale. Będziemy starali się udowodnić, że w korespondencji Lema kryją się wskazówki, które czynią z niej pomost, przerzucony pomiędzy literaturą Lema a jej interpretacją. Nie oznacza to jednak, że czytelnik powinien oczekiwać jakichś sensacyjnych odkryć, czy zupełnie nowych odczytań: twórczość Lema jest tworem autonomicznym, który nie wymaga protez ani podpórek.


Relacje, jakie zachodzą pomiędzy korespondencją a literaturą, nie są tylko jednostronne. Obok epistolograficznych adnotacji odnośnie dorobku pisarskiego, możemy również badać wpływ utworów literackich na listy, czyli podobieństwa formalne oraz tematyczne. Będą to chwyty artystyczne, specyficzny styl oraz staranna kompozycja korespondencyjnych miniatur, które często zamieniają się w kunsztowne, krótkie formy literackie. Spotkamy w epistolografii powtarzające się motywy, powracające tematy i problemy charakterystyczne dla całej twórczości autora Solaris. Stanisław Lem wprowadza listy, jak wszystkie swoje utwory, głównym wejściem do królestwa literatury.

III. Korespondencja z Michaelem Kandlem

Korespondencja Stanisława Lema do jego amerykańskiego tłumacza, Michaela Kandla, liczy w sumie dwieście listów, każdy z nich ma najczęściej objętość około dwóch stron bardzo gęstego maszynopisu. Większość (196) powstała w latach 1972 – 1980, pierwszy nosi datę 13 stycznia 1972. Najbardziej obfity był rok 1974, kiedy Lem kontaktował się pisemnie ze swoim interlokutorem aż trzydzieści dziewięć razy. Pod koniec lat siedemdziesiątych częstotliwość wymiany poglądów wyraźnie słabnie: 14 listów z 1978 roku, 8 z 1979 oraz 7 w roku 1980. Po roku 1980 zachowały się tylko cztery listy, z ich treści nie wynika jednak, aby miały one licznych zaginionych towarzyszy.


Lata siedemdziesiąte stoją przede wszystkim pod znakiem kryzysu energetycznego w gospodarce światowej. W 1972 roku zostaje ogłoszony pesymistyczny raport The Limits to Growth Klubu Rzymskiego. Embargo OPEC, spowodowane wojną Jom Kippur na bliskim Wschodzie, uświadomiło obydwu stronom gospodarczego konfliktu, jak głęboko kraje Zachodu są uzależnione od arabskiej ropy naftowej. „Rok 1974 był punktem zwrotnym, w którym ujrzano upadek starych potęg, starych sojuszów i starych filozofii — oraz narodziny nowych” — pisał „Time”. Lem ujmuje to w liście z 18 stycznia 1974 bardziej dosadnie: „okazało się, że również ogon może machać psem”. Zimna wojna wciąż schładza stosunki na arenie międzynarodowej, jednak siarczyste mrozy z lat pięćdziesiątych wyraźnie zelżały. Wyścig zbrojeń zaczyna dublować sam siebie: zgromadzone po obu stronach arsenały nuklearne pozwalają na wielokrotną anihilację całej ziemskiej biosfery. Pod naciskiem opinii publicznej USA wycofują swoje wojska z Wietnamu. Dynamicznie rozrasta się, zapoczątkowana w latach sześćdziesiątych, holistyczna kultura New Age: w 1975 roku Fritjof Capra odkrywa Tao fizyki.[35] W sferze obyczajowej panuje radosna wiosna, kwitną ruchy ekologiczne i feministyczne, eksploduje seksualna rewolucja. Lata 70 stanowią prawdziwie wyzwoloną, beztroską dekadę powszechnie dostępnej pigułki antykoncepcyjnej, tuż przed pojawieniem się AIDS.


W Polsce trwa epoka Edwarda Gierka: zgodnie z propagandą sukcesu kraj rośnie w siłę, a ludziom żyje się coraz dostatniej. Dzięki kredytom zagranicznym PRL przeżywa okres gospodarczego rozwoju, a poziom życia oraz apetyty konsumpcyjne społeczeństwa rosną. Quasi-sielankę burzą protesty przeciwko podwyżkom cen w roku 1976, które przeradzają się w rebelię zakładów w Radomiu i Ursusie, brutalnie spacyfikowaną przez władze ludowe. We wrześniu 1976 Jerzy Andrzejewski przesyła na ręce marszałka sejmu apel Komitetu Obrony Robotników. 7 maja 1977 w bramie kamienicy przy ulicy Szewskiej w Krakowie odnaleziono zwłoki studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego – Stanisława Pyjasa. W roku 1978 kardynał Karol Wojtyła zostaje wybrany papieżem.


Kiedy rozpoczyna się wymiana listów z Michaelem Kandlem, Stanisław Lem ma skończone pięćdziesiąt lat i zasadniczy trzon swojego literackiego dorobku za sobą. W porównaniu z prawdziwą erupcją twórczą w latach sześćdziesiątych, następna dekada prezentuje się pod tym względem znacznie skromniej. Po 1971 roku Lem pisze raczej krótkie formy, zaliczane do tzw. apokryfów (Wielkość urojona, Prowokacja, Biblioteka XXI wieku), Maskę oraz Katar. „Morduję się teraz pisząc nową książeczkę, której tytuł Wielkość Urojona wcale mi leży, a jest to antologia wstępów do dzieł nieistniejących, i ukryłem w niej też wstępy do Post humów moich, pisanych z pozycji trupa – zabawa, ale okropnie trudna, bo bardzo starannie trzeba tę perfidię dawkować. Małe to będzie, ok. 100 stron, a roboty z tym huk. Osobista to będzie rzecz i sporo tam bezczelności należycie zakamuflowanej”. [KLK, 4.11.72]


Można mówić o wyraźnym osłabieniu sił twórczych, o którym sam autor często w swoich listach wspomina. „Pisanie u szczytu własnych możliwości, kulminowanie i przekraczanie następnymi dziełami wierzchołków poprzednio już osiągniętych, jest olbrzymim wysiłkiem. Niewątpliwie znajduję się w fazie zwątpienia w sensowność tego wysiłku”. [KLK, 5.11.76] Przyznaje wprost, że stracił wiarę w sens beletrystki, stąd ucieczka w krainę nieistniejących książek. Utwory pisane w latach siedemdziesiątych cechują się jednak niezwykłą gęstością gatunkową: przy pomocy Wielkości urojonej za jednym zamachem autor projektuje obszerną bibliotekę potencjalnych książek. Generator pomysłów Lema wciąż działa na najwyższych obrotach, tyle tylko, że pisarz, znużony żmudnym przyoblekaniem ich w fabułę, szlifuje i upakowuje błyskotliwe koncepty w formie wstępów i abstraktów. W tym okresie Lem pisze też Maskę, jeden ze swoich najbardziej intrygujących tekstów, tętniący egzystencjalnym niepokojem, wycyzelowany artystycznie traktat z pogranicza filozofii i psychologii, w którym główna bohaterka przeistacza się w mechaniczną modliszkę, maszynę uporczywie tropiącą swojego ukochanego, aby na końcu odzyskać coś na kształt człowieczeństwa. Sztucznej inteligencji odda Lem głos po raz kolejny w Golemie XIV, będącym wykładem superkomputera, stanowiącego kolejny etap nieuchronnej ewolucji rozumu. Autor osiąga tutaj rzeczywiście niezwykłą, nieludzką wręcz, artystyczną i intelektualną spoistość. Finałowe partie tego wykładu prowadzą nas do wyjścia z wszechświata - w rejony, w których „upada sztywna granica oddzielająca Rozum od Bytu, a kosmiczne zjawiska zyskują dwuwykładalność, jako substrat »fizyki« bądź »myślenia« w kosmicznej skali”[36].


Jeżeli mamy do czynienia z kryzysem twórczym, przynajmniej pod względem ilościowym (chociaż taki kryzys byłby dla większości pisarzy wymarzonym szczytem możliwości), to równocześnie dzieła Lema przeżywają okres prosperity i podbijają serca oraz umysły czytelników na całym świecie, a także zdobywają szturmem najbardziej elitarne literackie salony. Lem, którego zachodnioniemiecki wydawca, doktor Unseld, krzyczał kilka lat wcześniej "Pan mnie zrujnuje", staje się jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na terenie Niemiec. Mnożą się tłumaczenia i wydania we wszystkich językach. Poszczególne tytuły co prawda rzadko trafiają na listy bestsellerów, ale ich sprzedaż utrzymuje się na równym, wysokim poziomie. W Rosji, a także w innych krajach demoludu od dawna jest pisarzem kultowym. We Włoszech ostro konkurują o prawa wydawnicze różni wydawcy. Sława Lema sięga nawet Dalekiego Wschodu: cały jego dorobek zostaje na pniu sprzedany do Japonii. Pochwałami obsypują go „Prawda”, „Unita” i „The New York Times”. Splendory i zaszczyty, jakimi jest coraz częściej obsypywany, autor przyjmuje raczej z rezerwą. Świat odkrywa z zachwytem Lema, chociaż on sam wydaje się na owe potężniejące chóry pochwalne dosyć obojętny, tłumacząc się postępującą utratą słuchu.


Na tym tle Ameryka pozostaje mocno zacofana. Kieszonkowe wydania takich pozycji jak Niezwyciężony rozchodzą się nieźle, ale najbardziej reprezentatywne tytuły, na przykład Cyberiada, pozostają właściwie niezauważone, pomimo ogromu pracy włożonej w kongenialne tłumaczenie. Entuzjastyczne recenzje, jakie ukazują się w „New York Times Book Review”, czy też publikacje krótkich form Lema w „New Yorkerze” nie zmieniają sytuacji generalnego zapoznania. Książki w twardej oprawie sprzedają się w śladowych ilościach. Ta mizeria, spowodowana między innymi nieudolnością wydawcy oraz hermetycznością amerykańskiego rynku, staje się siłą rzeczy jednym z głównych tematów korespondencji: "na polu literatury jestem w Ameryce non-entity, coś jak taki crank, dziwaczny domorosły autodydakta, który w Pińczowie z blachy po puszkach Nescafe i z łyka wyplótł sobie auto najzupełniej sam, jakkolwiek w USA to się robi INACZEJ". [18.09.75]


Nie jest to motyw jednak w żaden sposób dominujący: w osobie Michaela Kandla Lem znajduje doskonałego interlokutora - inteligentnego i potrafiącego uważnie słuchać partnera do poważnej rozmowy. „Jest Pan tzwanym genialnym Czytelnikiem, jak wiedzą o tym wtajemniczeni, zjawisko to jest rzadsze (statystycznie) od zwykłego genialnego autora”.[KLK, 11.04.73] W innym miejscu Lem wprost wyznaje: „Niewątpliwie należał Pan do moich najinteligentniejszych korespondentów, a przez pewien czas był Pan nie tylko w ścisłej czołówce, lecz na pierwszym miejscu” [KLK, 10.04.80]. Powstałą dzięki temu przestronną sytuację komunikacyjną można rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Najbardziej oczywista to autor i tłumacz, gwarantująca temu ostatniemu (a przy okazji również i czytelnikowi) najwyższy stopień wtajemniczenia w kwestiach dotyczących twórczości Lema. Kolejna to Mistrz i Uczeń, pobierający życiowe nauki. Pisarz i krytyk. Wybitny twórca i adept, stawiający pierwsze kroki w dziedzinie literatury. Racjonalista i idealista. „Jak Pan widzi, jestem pesymistą utemperowanym, racjonalnym, spokojnym, flegmatycznym nawet, Pan natomiast jesteś Burzliwym, Tajfunowym, Ostatecznościowcem i Ultymatywniakiem”. [KLK, 27.05.73] Człowiek z komunistycznego Wschodu oraz konsumpcyjnego Zachodu, przedzieleni niezniszczalną, jak się wtedy wydawało, żelazną kurtyną. Wszystko to składa się na wielowymiarową dysputę, podczas której dogłębnie poznajemy Lema-pisarza, filozofa i człowieka.


Dzięki nieprzeciętnym predyspozycjom i syntonii adresata, stabilizacji sytuacji zawodowej oraz ukształtowaniu się dojrzałego systemu światopoglądowego pisarza, listy skierowane do Michaela Kandla stanowią esencję epistolografii Stanisława Lema. Z jednej strony są one reprezentatywną próbką całej korespondencji, modelem epistolograficznej modalności Lema. Ponadto, poruszane w nich zagadnienia pozostają węzłowe dla twórczości autora Solaris. Przyjrzyjmy się trzem głównym nurtom tematycznym, jakie przewijają się w listach:


I. Książki Lema

  • Tajniki warsztatu twórczego
  • Analiza poszczególnych utworów.
  • Problemy dotyczące tłumaczenia tekstów na język angielski.
  • Kryzys twórczy.
  • Synteza dorobku literackiego.

II. Literatura

  • Odbiór dzieła literackiego.
  • Krucjata przeciwko SF.
  • Lektury i preferencje literackie pisarza.

III. Kultura

  • Ewolucja człowieka i rozumu.
  • Kaleki Bóg.
  • Antropologia.
  • Aksjologia.
  • Poglądy filozoficzne pisarza.

Tym fundamentalnym motywom towarzyszą, rzecz jasna, wątki poboczne: bieżące doniesienia z życia osobistego i zawodowego pisarza. Poznajemy sporo wspomnień biograficznych, szczególnie z okresu niemieckiej okupacji (na temat których Lem raczej oszczędnie wypowiada się w swojej twórczości literackiej). Dowiadujemy się o taedium vitae, jakie coraz częściej ogarnia nadawcę. Lem nie szczędzi kąśliwych uwag na temat aktualnych wydarzeń politycznych i gospodarczych, choć z przyczyn cenzuralnych dotyczą one raczej świata Zachodu.


Oczywiście wymienione powyżej tematy nie funkcjonują oddzielnie, lecz łączą się ze sobą, przenikają i uzupełniają. Przeżycia okupacyjne nie pozostają bez wpływu na kształt późniejszej twórczości literackiej Lema. Degeneracja głównego nurtu Science Fiction powoduje odrzucenie książek Lema w Ameryce. Znużenie życiem wiąże się z kryzysem twórczym i odwrotnie. Synteza dorobku literackiego jest prezentacją poglądów filozoficznych. Teoria ewolucji, jak to bywa u Lema, pozostaje w bliskim związku z teorią dzieła literackiego. „Nie ma tedy u Lema zjawisk doskonale izolowanych – wszystkie podlegają podobnym prawidłom, tworząc system wzajemnych odniesień i uzależnień”.[37] W rezultacie czytelnik otrzymuje spójne kompendium, będące z jednej strony komentarzem i kluczem do twórczości Lema, egzegezą jej naczelnych wątków, a z drugiej kopalnią wiadomości na temat samego pisarza, jako człowieka i myśliciela. Badacz literatury odkrywa prawdziwe pokłady złota, w których czystość kruszcu jest najwyższej próby.


Studiując Lema poprzez jego listy, powinniśmy pamiętać o dwóch rzeczach. Nie możemy brać za dobrą monetę absolutnie wszystkiego, co zostało w tych listach napisane. Niezależnie od kwestii związanych z cenzurą, należy zawsze mieć na uwadze skłonności do autokreacji, będące immanentną cechą każdej twórczej natury. Najlepiej dowodzi tego los myszy, która w zależności od wariantu tego samego listu, zostaje najpierw upolowana i pożarta przez kota, a potem „złapana do szklanki i w ramach humanistycznego stosunku do wszystkiego co żywe, cało wyniesiona do ogrodu” [KLK, 1.12.74]. Ten sam Lem, który przedstawiał się jako człowiek spokojny, utemperowany i flegmatyczny, dwa lata później wyznaje: „ja z natury jestem raptus, weredyk i gwałtownik, i wyładowanie wezbranych uczuć cenię sobie wyżej od forsy” [KLK, 30.04.75]. Zresztą sam autor w pewnym momencie korespondencji otwarcie mówi o odgrywaniu określonej dialektycznej roli:


A nasz stosunek musi być kochany Panie KOMPLEMENTARNY. Gdy Pan wzwyż szybuje nadziejami co do losu książek – ja na ziemię Pana ściągam. Gdy Pan zbyt na Ziemię ściągnięty – ja Panu skrzydełka małe przyprawiam. Gdy Pan Absolutu apostołem się stajesz – ja w niego szpilkę jak w Balon wkłuwam. A gdybyś Pan absolutem wzgardzić miał, ja go wtedy udowodnię. [KLK, 17.03.75]


Poza tym, kondensat treści zawartych w epistolografii pisarza bywa tak gęsty, że można go tylko rozwodnić. Stąd najbardziej rzetelną formą omówienia byłoby przytoczenie in extenso wszystkich listów, bez uronienia nawet jednego przecinka, co jest jednak niestety niemożliwe.[38]

IV. Sformułowanie programu

Listy są glossą i aneksem do twórczości Stanisława Lema. Zawierają autorską wykładnię poszczególnych utworów oraz syntetyczne ujęcie całości dorobku literackiego. Postaramy się zweryfikować, na ile mapa twórczości, naszkicowana przez autora, pokrywa się przewodnikami pisanymi przez jego topografów.

Listy stanowią matecznik zagadnień, jakie powszechnie występują na obszarze beletrystyki i prac eseistycznych Lema. Pisarz kontynuuje na łamach epistolografii dyskurs, ściśle powiązany z warstwą problemową jego książek. Dialogowa formuła korespondencji, będącej z założenia wymianą poglądów, stanowi dla Lema wymarzony żywioł dla zanurzenia w nieustający sympozjon.[39]

Relacje, jakie zachodzą pomiędzy listami a literaturą, pozostają wzajemne. Akty epistolarne Lema wkraczają w domenę dzieł sztuki, zaś sztuka trafia na łamy listów. List zostaje włączony w strukturę beletrystyki, stając się osią kompozycyjną Głosu Pana. Lem stosuje w korespondencji różnorodne rozwiązania artystyczne, typowe dla form literackich. Ten sam, ożywczy klimat intelektualny oraz twórczy ferment panuje na terenie wszelkich prac umysłowych przedsiębranych przez Stanisława Lema.

Korespondencja do Michaela Kandla jest esencją oraz reprezentatywną próbką epistolografii autora Solaris. O uniwersalności tych wypowiedzi stanowi przede wszystkim wszechstronna kompetencja oraz współbrzmienie adresata, który doskonale wypełnia szereg typowych ról epistolarnych: czytelnika, ucznia, tłumacza, krytyka, badacza literatury, pisarza.

W korespondencji z Kandlem możemy wyodrębnić trzy główne nurty tematyczne, które przenikają się i wzajemnie na siebie oddziaływają: twórczość Lema, literatura oraz kultura. Książki Lema są dopływem literatury, która z kolei należy do szerokiego dorzecza zjawisk kulturowych. Przy czym ta hydrologiczna transpozycja nie uwzględnia bardzo istotnej właściwości układu odniesienia, w którym przepływ myśli ma charakter dwustronny.

Traktując epistolografię Lema jako punkt referencyjny, można pokusić się o skonstruowanie modelu twórczości autora Solaris. Zasadniczą jego cechą będzie biegunowość. „Ujrzymy dzieło rozdarte zadziwiającą antynomią, zawieszone pomiędzy optymizmem i pesymizmem poznawczym, racjonalizmem i sensualizmem, dyscypliną rozumowania i nieokiełznanym marzeniem”.[40] Nie mamy na myśli jednak wewnętrznej logicznej sprzeczności, braku konsekwencji, czy nawet walki dobra ze złem w ujęciu manichejskim. Lem z premedytacją inkorporował konfrontację przeciwieństw, jako swoją dominującą, precyzyjnie stosowaną metodę twórczą. Proponujemy dla niej określenie dysonans instrumentalny: dysonans rozumiany w duchu muzycznym (współbrzmienie albo następstwo co najmniej dwóch dźwięków, dające wrażenie niezgodności i wymagające rozwiązania), zaś instrumentalny w celu podkreślenia jego funkcjonalności i intencjonalności. Ta licentia poetica nie uszła, rzecz jasna, uwagi krytyków. Barańczak wprowadza w recenzji Cyberiady pojęcie „kontaminacji anachronicznej”[41], dowodząc, że konstrukcja neologizmów, jakie powstają poprzez nałożenie na siebie dwóch przeciwstawnych pól semantycznych, stanowi model całego utworu. Katherine Hayles nazywa takie działanie „dialektyką przeciwieństw”[42], Lidia Wiśniewska zawieszenie Lema pomiędzy paradygmatami określa terminem „łaciatość istnienia”[43], Bernard Korzeniewski uwypukla hybrydyzację świata przedstawionego w książkach Lema[44]. Sam autor wspomina o „kontrapunktowości”:

A więc: w wywodzie z lekka archaicznie podstylizowanym zjawiają się terminy stricte fizykalne, i to supernajświeższej daty (ujeżdżacze - ale trzymają w ręku lasery; lasery - ale mają kolby; etc.). Styl się tedy słowom poniekąd sprzeciwia, słowa się archaicznemu otoczeniu dziwią; to jest w gruncie rzeczy zasada poetyckiej roboty ("dziwiące się sobie słowa"). Chodzi bodaj o to, żeby "żadna strona" nie mogła definitywnie zwyciężyć. Żeby nie mogła się rzecz przeważyć ani w kierunku fizyki, ani w kierunku archaiczności - w zdecydowany sposób, lecz żeby balans trwał, trwałą jakaś oscylacja. Powoduje to rodzaj "rozdrażnienia" czytelniczego, którego rezultaty winny być komizmem wyczuwanym, a nie zapewne, irytacją... [KLK, 8.05.72]


Dwubiegunowość, pozostająca w stanie dynamicznej równowagi, funkcjonuje u Lema na wszystkich poziomach dzieła literackiego. Począwszy od warstwy leksykalnej (np. wspomniane neologizmy, archaizmy w tekstach „przyszłościowych”), stylistycznej (anachronizmy, oksymorony, zderzanie przeciwstawnych poetyk), tematycznej (np. przepołowiona osobowość głównego bohatera Pokoju na Ziemi), kompozycyjnej (przestrzeń zamknięta i otwarta, umieszczanie wewnątrz utworu jego strukturalnego mikromodelu, odwołania do przeciwstawnych tradycji literackich), poprzez organizację utworu (kontrast pomiędzy warstwą brzmień słownych a światem przedstawionym), poziom genologiczny (wykorzystanie określonych gatunków „niezgodnie” z ich przeznaczeniem), skończywszy na zawartości ideologicznej. Kluczem do interpretacji twórczości Lema jest szereg wyraźnie w niej wyodrębnionych, dwuczłonowych opozycji, takich jak metafizyka – empiria, fantastyka – realizm, informacja – dezinformacja, historyzm – naturalizm, determinizm – indeterminizm, sztuczne – naturalne, porządek – losowość, ludzkie – obce. Stanowią one bieguny, określające przestrzeń pisarską Lema.

Ów dualizm w pewnym sensie zapowiada sama alchemia procesu tworzenia, który ma naturę ambiwalentną. Jest spontaniczny i intuicyjny, ale równocześnie stanowi formę uporządkowania i oswajania rzeczywistości. Pisanie jest czynnością intymną oraz osobistą, chociaż prowadzi do nieuniknionego ekshibicjonizmu. Akt twórczy to takie poletko, na którym autor najpierw odgrywa rolę Pana Boga, aby potem oddać je na pastwę krytyków i czytelników. Samo tworzywo, jakim jest język, cierpi na nieuleczalną antynomię: stanowi narzędzie nie tyle obiektywnego przedstawiania rzeczywistości, ile jej konstytutywny składnik.

Istota dzieła Lema nie zasadza się na samym pokazywaniu przeciwieństw. To, co najważniejsze, zachodzi na styku pomiędzy nimi. „Umieścić go po stronie którejkolwiek z tych skrajności oznacza w istotnej mierze nie widzieć go wcale, ponieważ pisarstwo jego wypływa właśnie z napięcia pomiędzy tymi sprzecznościami”.[45]

V. KSIĄŻKI LEMA

1. Prezentacje poszczególnych utworów


Michael Kandel w latach siedemdziesiątych tłumaczy na język angielski (bądź gruntownie poprawia istniejące przekłady) następujące książki Stanisława Lema:

- Pamiętnik znaleziony w wannie (Memoirs Found in a Bathtub), 1973

- Kongres futurologiczny (The Futurological Congress), 1974

- Cyberiada (The Cyberiad), 1974

- Dzienniki gwiazdowe (The Star Diaries), 1976

- Bajki robotów (Mortal Engines), 1977

- Maska (Mortal Engines), 1977

- Doskonała próżnia (A Perfect Vacuum), 1979


Później wszechstronnie utalentowany translator przełoży również Głos Pana (1983), Fiasko (1987), Pokój na Ziemi (1992) oraz Wysoki Zamek (1995).


Lem stara się ułatwić pracę tłumaczowi, oprowadzając go po gmachu swojej twórczości. Przedstawia projekty, nośne koncepcje, analizuje budowę dzieł, odkrywa rusztowania i głębokie fundamenty, zdradza konstrukcyjne niuanse, lokalizuje adaptacje, odsłania zaplecza, pokazuje zalane światłem pasaże, prezentuje elementy dekoracyjne, meandry i ornamenty. Otrzymujemy instrukcje z pierwszej ręki, w formie autorskiego przewodnika, co w wypadku pisarza tak dojrzałego, świadomego swoich intencji oraz warsztatu, operującego tworzywem z chirurgiczną precyzją, jest przywilejem bezcennym.


Autor Solaris pozostaje dla siebie krytykiem równie surowym i wymagającym, jak wobec innych. Gremialnej dyskwalifikacji ulegają przede wszystkim utwory młodzieńcze, ze względu na ich niedostatki warsztatowe:


Ja zaczynałem jak ptaszek w lesie, jak drzwi skrzypiałem, nic nie wiedziałem, bzdurki wypisywałem. Tu do rzeczy jest anegdota o chłopcach, czeladnikach, którym w Amsterdamie ponoć dawano do przewiercania najdroższe perły, bo taki głuptas, nie pojmując Wartości tej Perły, wiercił dziurkę spokojnie, a Ekspertowi Wiedzącemu ręce by się rozdygotały. I dlatego powolutku od grafomańskich uporczywych wypocin przeciągałem pisanie moje w nieco lepszą stronę. A ponieważ to tak po włosku zachodziło, Nie Zląkłem się w żadnym miejscu przejścia. [KLK, 23.04.76]


Te zastrzeżenia nie dotyczą pierwszej książki Lema, czyli Szpitala Przemienienia, utworu autentycznego, pisanego ze szczerą spontanicznością.


Lubię pierwszy tom mojej debiutanckiej powieści – Szpital Przemienienia, bo napisałem go nie wiedząc, że ten sam temat można by zagrać na 1000 czy milion różnych sposobów. Pisałem jak ptaszek śpiewa, bezwiednie. Tej bezwiedności potem brak, bo się już wie zbyt wiele i za dobrze wie, „jak to się robi”, a tym samym traci się spontaniczność uchwytu. (Różnica mniej więcej jak między bywałą kurtyzaną a zakochanym pierwszy raz w życiu podlotkiem). [KLK, 8.09.76]


Szpital, wyraźnie nawiązujący swoją formą i treścią do Czarodziejskiej góry, ukazał się po sześciu latach zmagań autora z cenzurą, opakowany w kolejne dwa tomy, napisane pod naciskiem partyjnych ideologów. Krytyka przyjęła go obojętnym milczeniem, może dlatego, że w postaci trylogii przypominał „kawałek tortu polany keczupem”[46]. W dwadzieścia lat później dostrzeżono w nim prekonfigurację tematów oraz motywów, jakie występują w dojrzałej twórczości Stanisława Lema. Bogusława Latawiec w recenzji Kosmos i medycyna[47] trafnie wypreparowuje kilka takich kluczowych zalążków oraz tendencji: odizolowane miejsce akcji, spotkanie z odmiennością, środowisko naukowe, fachowy żargon, wplatanie w tkankę utworu rozważań natury filozoficznej. Jarzębski zwraca uwagę na rozpisaną na głosy, charakterystyczną dychotomię optymizmu i pesymizmu poznawczego, ducha i materii, umysłu i ciała, jaka wyraźnie zarysowuje się w pierwszej książce Lema.[48] Ta „bezwiednie” wyćwierkana powieść ujawnia poważną problematykę, jaką autor będzie drążyć w kolejnych książkach. Nawet w tak pozornie oczywistej sytuacji, jaką była powojenna trauma, Lem uchyla się od stawiania jednoznacznych diagnoz, czy też pisania recept na chorobę dręczącą całą kulturę. Kabotyn i nihilista Sekułowski, choć doszczętnie skompromitowany w finale utworu, wypowiada szereg uwag na temat kondycji ludzkiej, których zasadności właściwie nie można podważyć (postacią znacznie bardziej odrażającą wydaje się Kauters, chirurg dokonujący bestialskich eksperymentów na pacjentach). Pytania bez ostatecznej odpowiedzi, fundamentalne kwestie, jakie będą pojawiać się w całym dziele Lema, podsumowuje Andrzej Stoff:


Jaka jest naprawdę relacja między naturą i kulturą w człowieku, między tym, co go określa w sposób najbardziej podstawowy i tym, czego on sam jest twórcą, co przekracza jego biologiczną naturę i z czego jest on dumny? Jakie jest miejsce człowieka i Ziemi w porządku bytu (problem ewolucji) i Wszechświata (problem wielości bądź niepowtarzalności form życia i cywilizacji)? Czy możliwy jest dialog i będące jego wynikiem porozumienie między jednostkami, grupami, społeczeństwami, cywilizacjami, różnymi formami życia. Czy jesteśmy w stanie poznać świat: w jaki sposób, w jakim zakresie i z jakim stopniem pewności? Jaka jest naprawdę natura świata: boska, ludzka czy szatańska, deterministyczna czy losowa – i co wynika z przyjęcia określonego rozwiązania? [49]


Powolne doskonalenie warsztatu, na które skarży się Lem do Kandla, widać szczególnie na przykładzie Pirxa: dopiero dwa ostatnie opowiadania z tego cyklu satysfakcjonują autora, poprzednie są „wyłącznie zgrabną narracją typu rozrywkowego” [KLK, 10.11.72]. Podstawowym kryterium oceny jest dla Lema adekwatność wykonania w stosunku do zamierzeń twórczych. Rozejście się intencji z realizacją dyskwalifikuje w jego oczach takie pozycje, jak Eden, Śledztwo czy Powrót z gwiazd. Ten ostatni tytuł, chociaż „zajeżdża” Remarqu'em, przynajmniej posiada pewne perspektywy z punktu widzenia rynkowego:


przy jego wszystkich słabościach, bo to jest trochę „gwiazdowy E.M. Remarque”, wzruszająca love story w pewnym rodzaju utopii, z bohaterem, z którym można się utożsamić z niejaką satysfakcją. [KLK, 20.03.73]


Zdyskredytowane, być może zbyt kategorycznie przez Lema Śledztwo, razem z Katarem, to świetny przykład zastosowania dysonansu instrumentalnego na poziomie genologicznym. Autor sięga po formułę powieści detektywistycznej, która jest gatunkiem literackim ustabilizowanym i skrajnie skonwencjonalizowanym, aby ją gruntownie przenicować i poddać artystycznemu eksperymentowi. Zachowuje cały sztafaż i repertuar chwytów powieści kryminalnej, aby na tym czytelnie oznakowanym terenie przeprowadzić naukową symulację. Lem ekstrapoluje na płaszczyznę socjologiczną reguły obowiązujące w mechanice kwantowej: w stan podejrzenia zostaje postawiona sama natura, której pozytywistyczne fundamenty zostały nadwątlone przez zasadę nieoznaczoności Heisenberga. Mamy więc zderzenie świata doskonale uregulowanego, jakim jest schemat powieści kryminalnej, z rozwiązaniem, które podlega skrajnie przeciwstawnemu paradygmatowi. Poszukiwania sprawcy nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, rozwiązanie zagadki nie ma charakteru konsolacyjnego: pierwotny ład nie zostaje przywrócony. „Ludzkość tak się rozmnożyła i zgęściła, że zaczynają nią rządzić prawa atomowe”.[50] Tymczasem prawa atomowe podlegają wyłącznie zasadom statystki. O właściwościach cząstek kwantowych wolno nam mówić tylko w kategoriach probabilistycznych. Możemy potraktować Śledztwo i Katar jako pierwsze próby sformułowania teorii chaosu, niesłychanie modnej kilkadziesiąt lat później, możemy również widzieć w nich „symptomy zjawiska, które dziś przyjęło się nazywać »globalizacją«, tzn. zasadą połączenia zjawisk na całej kuli ziemskiej w funkcjonalną całość, całość jednak na tyle złożoną, że zasad jej działania już w żaden sposób nie można do końca przeniknąć, bo rządzą nimi losowość i prawa statystyki”[51].


Jeszcze bardziej wyraźne nawiązania do mechaniki kwantowej znajdziemy w Wyprawie trzeciej, czyli smokach prawdopodobieństwa[52] z Cyberiady, stanowiącej skrzyżowanie „w centrum zawiadowczym preformacji” [KLK, 12.04.73] paradygmatów baśni i nauki. Autor zalicza przygody Trurla i Klapaucjusza do swoich najbardziej udanych utworów. Przede wszystkim ze względu na warstwę językową książki, harmonijnie łączącą ze sobą przeciwstawne style wypowiedzi, balansującą pomiędzy naukowością a archaizacją, pomiędzy stylistyką bajkową a naturalistyczną:


Odnoszę wrażenie, a przecież ja tego nie wiem na pewno, że pewne walory Cyberiady biorą się ze zjawiska, które bym nazwał kontrapunktowością, polegającą na przeciwstawieniu sobie różnych poziomów języka i różnych stylów. [KLK, 8.05.72]


To zakotwiczenie w języku podkreślają zgodnym chórem krytycy. Lingwistyczną zasadę konstrukcji utworu wyznacza pierwsza opowieść, Jak ocalał świat, w której maszyna do robienia wszystkiego na literę N ma za zadanie zrobić nic. „Kreacja zachodzi, ponieważ właściwe słowo istnieje lub da się wymyślić, nie zaś dlatego, że istnieją przedmioty, do których odnoszą się słowa”[53]


Tłumaczenie Cyberiady jest przedsięwzięciem piekielnie trudnym, nie tylko ze względu na jej barokową językową maestrię, ale także z powodu niezliczonych odniesień kulturowych, całych bibliotek kryjących się za każdym zdaniem gęstego tekstu:


olśniewa nas autor niezwykłą gęstością stylistyczną swej książki, niezliczonymi nawiązaniami intertekstualnymi, grami językowymi, zmieszaniem stylów mowy i odpowiadających im realiów [...] Cyberiada jest pod tym względem niepospolicie atrakcyjna: nawarstwia się w niej pełen archaizmów język starych przypowieści, patos i ozdobność dworskiego idiomu, język współczesnej nauki, naiwny styl bajek dla dzieci itd. [54]


Autor udziela swojemu tłumaczowi szeregu szczegółowych wskazówek, dotyczących zarówno kwestii czysto technicznych, tricków warsztatowych, jak i literackich wzorców. Przygotowania Lema do pisania Cyberiady obejmowały między innymi sporządzanie list słów z przedrostkiem cyb- oraz rdzeniem „ber”, które posłużyły później do kontaminacji neologizmów, jak również przeglądanie słownika wyrażeń matematycznych pod kątem erotycznym. Jeżeli chodzi o odniesienia stylistyczne, to jest to „Pasek, przepuszczony przez Sienkiewicza i wyśmiany przez Gombrowicza”[KLK, 8.05.72] - co bez trudu odkryli badacze. Świetnym materiałem porównawczym są zastrzeżenia, jakie autor wysuwa w stosunku do gotowego przekładu. Widzimy pieczołowitą dbałość o detale istotne z punktu widzenia całości utworu. Lem krytykuje pominięcie w przekładzie realistycznego szczegółu, jakim są wypalone przez smoka dziury w galowych strojach dygnitarzy, ponieważ powoduje to osłabienie kontrapunktowości świata przedstawionego. Z kolei wzbogacenie pytania Klapaucjusza o przydawkę „dziwnych” („Jesteś Maszyną do Spełniania Życzeń czy Do Stawiania Dziwnych Pytań” zamiast samych „Pytań”) wywołuje stanowczy protest autora, jako zbyt ostentacyjne[55]. Barokowe ornamentacje mają rację bytu tylko wtedy, jeśli pełnią równocześnie funkcję ekspresywną: pozwala to zachować komplementarność tekstu. W przeciwnym razie mamy do czynienia z „lingwistyczną galanterią” [KLK, 7.07.72]. Przy okazji rozważań nad materią językową Cyberiady otrzymujemy również przejrzysty wykład zastosowania dysonansu instrumentalnego:


Tekst tak spreparowany powinien być chybotliwy, to znaczy, drgać między pseudoscjentyficznością wypowiedzi i autoironią, wypowiedź jest samokompromitująca się, ale tylko po części. Granica jest chwiejna, płynna i w tym cały smak. Toteż, kiedy igraszka ulega pewnemu, nawet minimalnemu przeciągnięciu, kiedy żywioł zabawy matematycznej, tzn. imitowanie pewnej hermeneutycznej głębi, usamodzielnia się i wybuja ponad miarę, dochodzi do inflacji wrażeń czytelniczych: zabawa okazuje się coraz łatwiejsza i coraz mniej frapująca. [KLK, 7.07.72]


Na marginesie dowiadujemy się, że pierwowzorem Malapucjusza Chałosa jest Marks, niedoceniany Teorycy Klapostoł stanowi rzecz jasna ironiczny autoportret autora, natomiast historia króla Okrucyusza okazuje się zakamuflowaną satyrą antypolicyjną.


Najwięcej miejsca poświęca autor wyjaśnieniom, dotyczącym Pamiętnika znalezionego w wannie. Eksplikacje te wzbudziły pewną konsternację krytyków, interpretujących dosyć konsekwentnie Gmach jako parabolę Bytu, egzystencjalnej sytuacji człowieka w kompletnie zrelatywizowanym świecie, który nie ma żadnych zewnętrznych punktów odniesienia. „Gmach bowiem to świat, Brama to Prawda, a »po trzykroć przeklęta« Misja to los człowieka”.[56] Szczególnie atrakcyjne wydawały się semiotyczne interpretacje książki, jako otwartej (niedookreślonej) przestrzeni językowej, podkreślano jej wszechstronny charakter intertekstualny. Tymczasem autor, który co prawda zastrzega się, że jest „ostatnim człowiekiem, który by domagał się jednej, uświęconej wykładni dowolnej z moich książek” [KLK, 9.06.72] (ford może mieć dowolny kolor, pod warunkiem, że będzie on czarny), zdecydowanie wskazuje polityczny adres Pamiętnika znalezionego w wannie, który ma być przypowieścią o losach jednostki w szponach systemu totalitarnego. Do tego stopnia polityka jest, zdaniem Lema, w tym wypadku kluczowa, że książka staje się dla czytelnika z drugiej strony żelaznej kurtyny niezrozumiała, z powodu braku wspólnej sytuacji interpretacyjnej:


Gros trudności całkowania wymowy semantycznej takiego Pamiętnika np., ale i innych rzeczy moich, wiąże się z tym, że jest sumą doświadczenia czysto życiowego, uzyskiwanego w środowisku społecznym, tu dla nas w pewnym sensie oczywistym, którego to doświadczenie praktycznie niepodobna przekazać dyskursywnie, i ono stanowi wspólny mianownik, umożliwiający właściwe nastawienie się w stosunku do utworu - jeśli autor i czytelnik doświadczenie takie dzielą. [KLK, 9.06.72]


Doceńmy epistolarną zręczność i ekwilibrystykę Lema, porozumiewawczo „puszczającego oko” za plecami cenzora. Jest to rodzaj przysłowiowej rozmowy ze ślepym o kolorach, podczas której nie wolno nam w dodatku użyć określenia „czerwony”. Sprawy dla każdego człowieka bloku wschodniego dosyć elementarne, zrozumiałe w pół słowa, wymagały w wypadku amerykańskiego intelektualisty obszernych, z konieczności zawoalowanych wyjaśnień. Pamiętnik znaleziony w wannie pokazuje zaawansowane mechanizmy funkcjonowania systemu totalitarnego, który nie pozostawia jednostce żadnej, nawet czysto wewnętrznej alternatywy. Jedyna droga ucieczki prowadzi w obłęd. Ranga zła staje się do tego stopnia absolutna, że nawet objawy niedowładu systemowego są interpretowane jako działania intencjonalne.


Otóż w Pamiętniku nie Gmach jest doskonały. Doskonałość tkwi w oku patrzącego bohatera, który wszystko, co bywa przypadkowe, nędzne, głupie, śmieszne, byle jakie, niedokończone, fragmentaryczne, ot jak właśnie w codzienności egzystencjalnej, tłumaczy sobie logicznie, porządnie, precyzyjnie, tak, iż przenosi te pozycje na konto "MA" - Gmachu. Bałagan nawet, bezład, chaos, zupełne niedbalstwo, bylejakość, nierozpoznane jako takie, ulegają koturnowemu zmistyfikowaniu i "leczą się" jako objawy niepojętej wyższej mocy, siły, jako Znaki, których ranga MUSI być absolutna. [KLK, 9.06.72]


Terror ma dla swoich ofiar wymiar wszechwładny. Nie ulega wątpliwości, że adresem Pamiętnika znalezionego w wannie są dwa największe systemy totalitarne XX wieku: faszyzm oraz komunizm, których Lem doświadczył na własnej skórze. Celem tych dwóch formacji była nie tylko kontrola zewnętrzna społeczeństwa, ale przede wszystkim ostateczne ubezwłasnowolnienie jednostki, poprzez sterowanie od wewnątrz umysłów obywateli:


Władza może być totalna i mimo to może pozostać siłą czysto względem człowieka zewnętrzną. Władza totalna, która nie pozostaje zagrożeniem z zewnątrz, to już całkiem inny świat. Władza taka nie może się objawiać po prostu jako fakt istnienia bezwzględnej, nagiej przemocy. Musi mieć za sobą jakąś ideę, np. być jakoby wcieleniem Procesu Historycznego. To, jak ona wtedy poprzez rzeczników tej idei działa, już potrosze wyklarowano, ale nie to, jak wpływa na swych przeciwników. Słowa Hamleta, "mógłbym być zamkniętym w skorupie orzecha, a jednak być panem niezmierzonych przestrzeni", implikujące wolność wewnętrzną, tracą wtedy sens. [KLK, 4.07.72]


Jarzębski staje w obronie lemologii, zgrabnie dowodząc, że system totalitarny, zawłaszczający wszystkie elementy znaczenia, jest synekdochą wszechświata, w którym chaos jest nieodróżnialny od porządku. „Interpretacja »polityczna« sąsiaduje tu o krok z możliwością innej lektury – bo przecie to świat cały współcześnie jawi się Lemowi jako bezdenny worek z informacją, o której nie da się powiedzieć, czy jest komunikatem, czy chaotycznym nagromadzeniem przypadkowych sygnałów”.[57] Przekonująco też łączy obydwa sposoby odczytania utworu Dominique Sila:


Gdyż tutaj szpiegowskie gry, wraz z ich zawrotnymi komplikacjami, zostają rozegrane do granic absurdu i śmierci w zamkniętym, lecz nieskończonym wszechświecie Gmachu. Gry masek, gry maszyn, gry stosunków międzyludzkich, gdzie nic nie posiada gwarancji autentyczności, zabawa w społeczeństwo, które stało się olbrzymim, symbolicznym gułagiem – obrazem wszystkich klęsk utopii: totalitaryzmem. [58]


Wydaje się, że co najmniej dwa powody upoważniają do szerokiej interpretacji Pamiętnika, niezależnie od doraźnych sugestii autora. Przede wszystkim, ta książka jest tekstem, który dowodzi, że każdy tekst można odczytywać na nieskończenie wiele sposobów. Groteskowy przykład z Szekspira pokazuje, że żadna granica interpretacyjna nie istnieje. Jak to często u Lema bywa, Pamiętnik pozostaje funkcjonalnym modelem literackim teorii, którą prezentuje. Poza tym, ten sam Lem dwa lata później[59] poleca swojemu respondentowi „od nowa przemyśleć sytuację, wymodelowaną w książce”, otwierając szeroko furtkę dla filozoficznych i epistemologicznych eksplikacji:


Bohater nie robi nic innego, jak tylko stara się zmienić NIEOZNACZONOŚĆ własnej egzystencjalnej sytuacji w OZNACZONOŚĆ. Już gotów zrezygnować z Misji, z Wyróżnienia, z Nagrody, z Kariery, już gotów przyjąć nawet męki, byle tylko dokładnie mógł wiedzieć, JAKIE, GDZIE, KIEDY, itp. Tymczasem sytuacja NIE DAJE się właśnie odgadnąć i zdeterminować w powyższym sensie. A nie daje się ona określić nie dlatego, że autor naśladował Kafkę, albo, że zmyślał sobie jakieś koszmary senne, ale dlatego, ponieważ zachodzi to, co uprzednio powiedziałem: wszystko jedno, czy System działa tak, bo jest szatańsko mądry i sobie to zaplanował kiedyś z góry, czy tez działa tak wskutek organicznie właściwego mu chaosu, bezwładu, ta diagnoza jest BEZ praktycznego znaczenia: faktem jest, że NIE można z góry niczego na pewno przewidzieć, a im bardziej jednostka CHCE się koniecznie dowiedzieć, co się jej należy, a co się jej Nie Należy, co może, a co Nie Może jej spotkać – tym bardziej będzie zaplątywała w sieć niejasnych, niejednoznacznych okoliczności zewnętrznych, i dlatego właśnie Paranoja, jako czysty wymysł, jako HALUCYNACJA, jest tutaj ściśle zrośnięta z obiektywnymi właściwościami układowej sytuacji... [KLK, 2.10.74]


Podobnie jak w wypadku Cyberiady, autor domaga się od tłumacza skrupulatnego odtworzenia wszystkich realistycznych szczegółów oryginału. Zastrzeżenia budzi spłaszczenie topografii twarzy Admirała, pełnej naturalistycznych narośli, brodawek i innych objawów organicznego niezdyscyplinowania. Szczegółowy rejestr wykwitów skórnych, stanowiący przykład techniki dysonansu instrumentalnego, uruchamia przeciwwagę dla groteskowej modalności tekstu:


W takich wypadkach jednak, kiedy chodzi o rzeczy prima facie bardzo dziwaczne, właśnie drobiazgowy realizm opisu wydaje się nakazem bezwzględnym, ponieważ wszelka ogólnikowość przede wszystkim ułatwia czytelnikowi „odpadnięcie od tekstu”, tzn. po prostu utratę wiary w sytuację, albowiem jej sugestywność jest uwarunkowana zmysłową niejako namacalnością, wizualizacją opisywanego. [KLK, 2.10.74]


W 1972 roku Lem pisze pierwszą część swojego opus magnum – Golema XIV. Dzieło znaczące nie ze względu na objętość, ograniczoną do kilkudziesięciu stron, ale ze względu na jego ciężar gatunkowy. „Jest to tekst w znaczniej mierze dyskursywny, wmontowany w narracyjno-fabularną strukturę, która nadaje mu paraboliczny wymiar; ostatecznością, skrajnością swoich poglądów dorównuje natomiast najbardziej śmiałym apokryfom”.[60] Tekst pisany bardzo mozolnie w gabinecie wyścielonym płachtami papieru: „zużyłem 500 arkuszy – biało było w pokoju, bo ja na podłogę sknocone rzucam – dla napisania 30 stron”[KLK, 7.12.72]. Wykład Golema stanowi destylat poglądów filozoficznych pisarza, który przyznaje, że w pełni zgadza się z tezami, wyrażonymi przez superkomputer, będący jakościowym skokiem w ewolucji rozumu:


Golem w niejakim sensie to ja, a co ważniejsze, gdy usunąć szminkę i rekwizyty, wyrażone tam tezy są rzeczywistym moim przekonaniem. [KLK, 24.01.73]


Dlaczego więc Lem wkłada swoje słowa w metalowe usta bezdusznego komputera? A ponadto jeszcze obudowuje samo kazanie elektronowego mózgu tekstami towarzyszącymi: dwoma wstępami, instrukcją oraz zbeletryzowanym posłowiem. Z jednej strony taka konstrukcja ma na celu nobilitację głównego tekstu oraz przygotowanie czytelnika do jego odbioru. Podobnie jak święte pisma, które z biegiem lat obrastają w komentarze i apokryfy:


...stopniowo zapowiadają go z dali wg metody Jana Chrzciciela rozmaite teksty – mniej lub bardziej groteskowo, złośliwie, parodystycznie, jednym słowem zastosowałem taktykę mąciwody, a sama książka MITu (MIT PRESS – to on wydał gdzieś w 2030 roku tego GOLEMA) ma aż trzy przedmowy, po których dopiero kurtyna się podnosi. [KLK, 24.01.73]


Zabieg opakowania Golema, będący rodzajem homeryckiej retardacji, ma służyć budowaniu napięcia. Ma również stworzyć odpowiedni dystans pomiędzy Wykładającym a słuchaczami, „spotęgować złudzenie genialności i zwłaszcza nadludzkości mówiącego”[KLK, 24.01.73]. Przede wszystkim jednak oddanie głosu Golemowi pozwala pogłębić efekt werystyczny: superkomputer stanowi „żywy” dowód prawdziwości głoszonej przez niego topozofii. Rozum będzie stopniowo uzyskiwał coraz większą autonomię, aż wreszcie, całkowicie uniezależniony od swoich biologicznych uwarunkowań, wyzwolony z kleistych białkowych odmętów, podporządkuje swoim potrzebom strukturę atomową całego wszechświata. Golem jest odpowiednikiem archeologicznego znaleziska, dokumentującego następne ogniwo łańcucha ewolucji. Mamy tutaj przykład operowania, opisaną przez Jarzębskiego, techniką punktów widzenia: „Autor w tych rozważaniach dokonuje jakby podwójnej inwestycji: do firmowanej osobiście logiki rozumowania dodaje fikcyjną sytuację wypowiedzi, która zasadniczo zmienia status formułowanych twierdzeń”[61].


Lem nie domaga się przy tym, aby wszystko, co mówi blaszane bóstwo, traktować jako słowo objawione. Jednym z tropów, na jakie zwraca uwagę w korespondencji, może być tytuł książki, której pierwotnie ostatnią część stanowił GolemWielkość urojona. Również droga rozwoju, jaką maszyna wskazuje ludzkiemu gatunkowi, prowadzi właściwie donikąd:


W dwu słowach rzecz w tym, że Golem nie jest produktem ostatecznym (mówi o tym, że stoi na drabinie rozumów „trochę wyżej”, niż ludzie), i nie ma żadnej przyczyny, dla której nie miałby się rozbudowywać dalej; lecz te dalsze aproksymacje Absolutu (wszechwiedzy) są skazane na klęskę, tym jawniejszą, im lepiej się powiodą jako kolejne etapy-kroki (ponieważ Boga nie można zrealizować technologicznie naprawdę, a każdy kolejny krok, tj. urastanie rozumu, przybliża do kresu drogi, skoro świat na budowę rozumów dowolnej mocy nie daje zgody na pewno – im zatem wyżej wiedzie taki rozum, tym jawniej musi pojąć, że prowadzi grę z klęskowym finałem, i klęska jest w tym wymiarze wprost proporcjonalna do powstającego Nienasycenia). [KLK, 11.04.73]


Kategoryczny postulat, który Golem uzasadnia z żelazną logiką, aby homo sapiens porzucił swoją cielesną powłokę, i przeobraził się na obraz i podobieństwo maszyny, stanowi w gruncie rzeczy żądanie wyrzeczenia się tożsamości własnego gatunku. Dla człowieka, kurczowo przywiązanego do zakamarków swojego umysłu, będących w rzeczywistości błędnymi odnogami ślepego procesu ewolucji, taki projekt musi wydawać się herezją. Trudno się dziwić, że Lem chowa się za metalowymi plecami:


Ja tymczasem maszynę obtłukuję, pisząc najokropniejsze, tj. najbardziej zuchwałe (nie w sensie artystycznym furda) rzeczy, jakie można sobie na tym padole wystawić, wpisuję to do mojej nowej książeczki Wielkość urojona. Ponieważ włożyłem te słowa, a chodzi o gatunek nasz, w żelazne usta komputera, co wlazł na najwyższą wieżę Babel od razu, mogę sobie raz pozwolić, ech – mnie by nie było wolno, ale taki, wszystko może... Zresztą, mordęga to jest potworna, gdyż ja muszę udawać IQ 600. Dokładnie 600 centyli – ani rusz mniej. [KLK, 19.11.72]


Wielkość urojoną autor bardzo sobie ceni, jako kolejny krok w swoim rozwoju literackim. Świat przedstawiony funkcjonuje tutaj jako czysta implikacja, czytelnik może dokonać jego rekonstrukcji na podstawie informacji uzyskanych z „drugiej ręki”. Właśnie to oderwanie od konkretnej sytuacji Lem uważa za jakościowy skok w swojej twórczości. Zarzuty, że tego typu teksty wychodzą poza ramy beletrystyki, autor odpiera pragmatycznym argumentem, że takie rozgraniczenia mają charakter umowny i nieustannie się poszerzają[62]:


Mnie się zdaje, że w Wielkości urojonej poszedłem choć o krok dalej niż np. w Kongresie futurologicznym, ze względu na to, iż w Kongresie jest pokazany pewien świat przedmiotowy, i temu światu wypowiedź asystuje (służy mu deskrypcyjnie oraz, oczywiście, samym nurtem rozwijającej się intrygi). Natomiast w Wielkości nie ma już świata przedstawionego wcale, a jedynie są fragmenty mocno i rozmyślnie upośrednionych wypowiedzi, z których dopiero można wnosić (domyślnie, wnioskująco) o tym, jaki tam jest ów świat zewnętrzny, istniejący wszakże jako czysta implikacja. Ten krok kolejny uważam więc za krok logicznie w ewolucji mojego pisania prawie że konieczny. Zarzut, z jakim się spotkałem, opiewa, że czymś takim , jak Wielkość urojona po prostu już wykraczam poza beletrystykę, że są to wprawki z jakiejś dajmy na to filozofii albo publicystyki czy historiozofii fantastycznej (albo na wpółfantastycznej), a nie utwory literackie. Ja na to mam taką odpowiedź: to co wczoraj uznawano za transcendencję granic beletrystyki, może dziś być już częścią integralną pięknego piśmiennictwa, ponieważ granica ma owa charakter zmienny, zależy od przyjętych konwencji, i gdy te się zmienią, fantastyczna filozofia albo teologia może się stać właśnie „normalną literaturą piękną”. [KLK, 9.01.75]


Kolejnym utworem, omawianym przez Lema w trakcie korespondencji, są Dzienniki gwiazdowe. Dowiadujemy się, które ich odcinki autor ceni najbardziej, a za którymi raczej nie przepada. Do tych ostatnich należą Podróż dwudziesta czwarta o Indiotach („naiwna intelektualnie i literacko też marna” [KLK, 25.04.74]), druga część podróży XXII, która powinna się kończyć na opisie poświęcenia Memnogów dla ojca Orybazego. Pod znakiem zapytania Lem stawia również podróż XI, może jednak dlatego, że niezbyt wierzy w możliwości odczytania jej przez amerykańskiego odbiorcę. Ze wspomnień Ijona Tichego Lem domaga się usunięcia części III o eksperymentach medycznych profesora Zazula oraz czwartej - na temat lampowego wehikułu czasu Molterisa. Aborcji redakcyjnej powinno się również dokonać na cybernetycznych płodach doktora Diagorasa.


List z dnia 23 kwietnia 1976 poświęcony jest prawie w całości Profesorowi A. Dońdzie: autor studzi zapał swojego interlokutora, który potraktował zbyt poważnie hipotezę ekwiwalencji informacji i materii, jako przyczynę powstania wszechświata:


Informacja nie może stanowić czegoś równego obiektywnością istnienia – materii, na przykład kamieniom lub gwiazdom, ponieważ informacja jest zawsze dla kogoś i ze względu na kogoś. Informacja jest stanem rzeczy, wyróżnionym logicznie, a posiadającym nośnik fizyczny. Ze względu na to, cała ta hipoteza, w postaci tak niesłychanie prostej, jak ją podaje tekst Dońdy, nie może być w ogóle serio potraktowana. Mógłbym przerobić tę hipotezę, tak by nadać jej silniejsze pozory wiarygodności, ale ile by zyskała na plausibility, tyle by utraciła na prostocie, a mnie szło o prostotę. No bo w Dońdzie chodzi przecież o pewną „zakazaną drogę”, wiodącą do odkrycia naukowego. Wszystko, co się mówi tam o tym, że „Lord countdown made world” itd., to są siłą rzeczy tylko zabawy. Zresztą sam prof. Dońda nie wierzy w to, aby prawdziwie odkrył metodę kreacyjną Pana Boga, przecież on sobie drwi z uczonych, którzy z niego drwili. Jednym słowem, ta hipoteza to PRETEKST fabularny. [KLK, 23.04.76]


Gdyby Lem miał pozostawić tylko jedną podróż, nie wahałby się ani przez chwilę: byłaby to Podróż XXI, groteskowa powiastka filozoficzna, stanowiąca zupełnie poważne wyznanie metafizycznych przekonań autora.[63] Opis pobytu Tichego na planecie Dychtonia, będący „jednym z najpiękniejszych projektów intelektualnych Stanisława Lema”[64], nie uszedł uwagi lemologów. Rozwój naukowy pozwala Dychtończykom osiągnąć niczym nieograniczoną swobodę kreacyjną. „Dziecko może teraz wskrzesić zmarłego, tchnąć ducha w proch i złom, niszczyć i zapalać słońca...”.[65] W tym pozbawionym jakichkolwiek ograniczeń, a tym samym aksjologicznych drogowskazów świecie, „heroiczną straż przy jedynym oknie otwartym w transcendencję”[66] trzymają O.O. Destrukcjanie – roboty bytujące w katakumbach technocywilizacji. Ich wiara jest doskonale bezinteresowna, nie żywią żadnej nadziei, nie oczekują żadnej nagrody, nie próbują nikogo nawrócić, nie prowadzą działalności misyjnej, trwają niewzruszenie „przy szczurzej skamielinie, w rojowisku wyschniętych kanałów”[67] Osobliwa modlitwa, przy której „zakład Pascala wydaje się kunktatorstwem handlarza starzyzną”[68].


Do podziemnych kanałów pełnych spasionych szczurów schodzi również Ijon Tichy w Kongresie futurologicznym, futurologicznej grotesce, w której technika dysonansu instrumentalnego osiąga swoje apogeum. Bohaterowie tej książki egzystują równocześnie w dwóch, skrajnie przeciwstawnych światach: „cywilizacja luksusu i spełniania życzeń jest tam tą samą cywilizacją, w której kilkadziesiąt miliardów ludzi dogorywa w nieopisanej nędzy”[69]. Cały dowcip w tym, że ludzie nie mają pojęcia o dogorywaniu, żyjąc w totalnie sfałszowanej za pomocą środków psychotropowych rzeczywistości Luksusowa restauracja, udekorowana palmami i kryształowymi kandelabrami, okazuje się wyścielonym słomą bunkrem z wiszącą na drucie, zakurzoną żarówką, a kuropatwa na grzance jest szarobrunatną breją. Na zrujnowanej, dotkniętej katastrofą ekologiczną, skrajnie przeludnionej Ziemi panuje epoka lodowcowa („lodowate, brudne piekło”[70]), tymczasem jej mieszkańcy pozostają w błogim ciepełku i dobrostanie farmakologicznym.


Kandel bierze na warsztat Kongres futurologiczny w 1973. Lem, który zastrzegał się wcześniej, że jest to pozycja właściwie nieprzekładalna, jest zachwycony tłumaczeniem: „Udało się Panu o tyle prześcignąć oryginał, że pozostając wiernym jego duchowi, zarazem zamerykanizował Pan rzecz” [KLK, 30.03.74]. Pewne zastrzeżenia Lem wysuwa tylko co do ostatniej części przekładu, partii finałowej, będącym momentem kulminacyjnym tekstu, w którym spadają wszystkie zasłony:


Upadek i rozkład Trottelreinera nie jest w Pana wersji tak NAOCZNY, tak "behawiorystyczny", jak w polskim i w niemieckim. W finale słowa muszą mieć swoją rzeczową, zimną, ciężką, bezwzględną wagę. Zima, śnieg, lód, pryzmy lodu, to wszystko wymaga takiej prezentacji, jak w naturalistycznym utworze dobrego, XIX-wiecznego rzemieślnika prozy. Powiedziałbym, że Pan się pospieszył tam i dlatego trafiają się właśnie utarte zwroty, niedopuszczalne! [KLK, 15.05.74]


Lem zdaje sobie sprawę, że ten utwór można interpretować jako zakamuflowany atak na komunistyczne tendencje do zakłamywania rzeczywistości. W listach wyznaje jednak, że jego prawdziwym celem była raczej krytyka konsumpcyjnego stylu życia społeczeństw zachodnich:


Kongres jest jakąś parabolą konsumpcyjnego społeczeństwa, społeczeństwa skierowanego właśnie na WSZECHUŁATWIENIE jako na WARTOŚĆ NACZELNĄ egzystencji, i to skierowanie rodzi zapaść wartości autentycznych, tych co powstawały historycznie, „psychemia” zaś stanowi ultymatywną i uniwersalną technologię owej łatwizny. Implikacją finału jest z kolei myśl, że świat urządzono inaczej, że przychodzi moment, w którym hedonizm instrumentalny zostaje zmuszony do PŁACENIA za swoje praktyki, i że ta zapłata okazuje się dosyć koszmarna. (Przynajmniej TAK MOŻNA to pojmować, choć można inaczej). Jak zwykle w literaturze, przekład „tego, co chciał autor powiedzieć” na język dyskursywny, objawia iż chodzi o prawdę dosyć banalną. [KLK, 30.03.74]


Autor wspomina w trakcie korespondencji kilkakrotnie profesora Hogartha, głównego bohatera Głosu Pana. Pozbawiony instynktu moralnego, próbujący rozwiązać etyczne dylematy za pomocą matematycznych równań naukowiec jest swoistym autoportretem Lema, malowanym jednak w bardziej ponurej i ciemniejszej tonacji:


Prof. Hogarth nie był pomyślany przeze mnie jako osoba aż tak paskudna, jak Pan go widzi. Jest w nim absolutnie sporo ze mnie, ale ja jestem bardziej rabelaisowski. Odciąłem mu humor. [KLK, 26.04.72]


Lem napomyka również o Masce, jako odwróceniu motywu Solaris: do głosu dochodzi tutaj żeński sukub w roli narratora, osiągając jednak zupełnie inne rejestry. Ta niezwykła introspekcja srebrzystej modliszki opiera się świadomym operowaniu anachronizmami: w podziemiach średniowiecznego zamku królewscy zbrojmistrze wydają na świat mechanicznego owada, przewyższającego swoją doskonałością najśmielsze marzenia współczesnej robotyki. Pisarz krótko kwituje Katar, jako powrót do tematyki poruszonej w Śledztwie (chociaż chyba nie do końca jest zadowolony z konstrukcji głównego bohatera). W Wysokim Zamku ceni sobie przede wszystkim wątek legitymizacji, jako odzwierciedlenie procesów socjalizacji. Wreszcie w jednym z ostatnich listów obszernie omawia Fiasko, będące paradoksalnie alegorią stosunków panujących na Ziemi, ze szczególnym naciskiem na psychologiczną motywację nieoczekiwanego zakończenia:


Postępowanie bohatera nie jest w pełni racjonalne i, jak rozumiem, on sam ani nie zamierzał udać się na straceńczą, samobójczą wizytę, ani nie mógł, już po wylądowaniu, chłodno obliczać swoich szans – w tym samym i szans całej wyprawy. Mówię, że on sam nie rozumiał swojej sytuacji dlatego, ponieważ TO zakończenie stało się niespodzianką również i dla mnie. Jeśli wolno się tak wyrazić, akcja przeniosła mnie na ostatnich stronach w kierunku, którego z góry nie przewidywałem, w kierunku takiej całkowitej obcości i „inności” planetarnej inteligencji, że wszystkie rozważania, wszystkie toczone na pokładzie Hermesa dyskusje w porządku moralnym zawisają niejako w próżni: okazuje się bowiem, że „Inni” są daleko bardziej inni, aniżeli mógł to przewidzieć jakikolwiek człowiek [...] Nagromadzona frustracja bohatera znajduje ujście w postępku idiotycznym, rozpaczliwym i właściwie bezsensownym. „Zobaczył Kwintan”, jak mu to obiecano na Eurydyce, ale zobaczył TAKICH Kwintan, jakich człowiek nie może sobie życzyć. Inteligentna pleśń? Jakaś postać kolonii rozumnych quasi-owadów albo mikrobów? Nie wiadomo, co, ale coś, na co człowiek nie może dać wewnętrznej zgody. [KLK, 15.09.85]

 

  1. 2. Synteza dorobku literackiego


Na marginesie recenzji, jaka ukazała się w „The New York Times Book Review”, Lem próbuje podsumować w telegraficznym skrócie problemy, jakie poruszają jego książki:


Próba „strukturalnego zamknięcia” całości moich dzieł na małej przestrzeni artykułu jest do podjęcia. Wtedy uzyskamy katalog opozycji, za które wyjść nie potrafię w mych utworach: historyzm - ahistoryzm (wszystko mam za przemijalne, lokalne i partykularne, nawet w ontologii i gnoseologii człowieka); komunikowalność – niekomunikowalność stanów rzeczy (jestem za niekomunikowalnością, nie tylko między galaktycznymi cywilizacjami, ale tu na Ziemi też); problem MISTYFIKACJI i dezinformacji (informacja jako straszliwa broń, jako narzędzie socjotechnicznych zniewoleń socjalnych). [KLK, 14.09.76]


Zastrzega się przy tym, że takie podsumowanie niewiele wnosi, ponieważ zawartość nie przesądza o jakości artystycznej dzieła: to samo wyrazić można na różne sposoby. Z arcydziełem mamy do czynienia dopiero wtedy, kiedy istotne treści zostaną przyobleczone w adekwatną formę. Warto jednak przeanalizować, jakie cechy swojej twórczości Lem uważa za najbardziej charakterystyczne i syntetyczne. Należą do nich, oprócz wspomnianej biegunowości, przede wszystkim: zaangażowanie, transcendencja, przejmowanie paradygmatów z nauk ścisłych, prekursorstwo intelektualne, uniwersalizm, racjonalizm, poszukiwanie prawdy, wysokie wymagania wobec czytelnika oraz poczucie humoru.


Literatura ma sens tylko wtedy, gdy pozostaje zaangażowana. Nie chodzi, rzecz jasna, o jej podporządkowanie i wykorzystanie w służbie jakiejkolwiek doraźnej ideologii, czy próby kształtowania świadomości czytelnika w rozumieniu marksistowskim. „Literatura nie powinna nigdy podejmować się ilustrowania jakichkolwiek hipotez czy teorii, poglądów bądź domniemań, ograniczonych do jednego mianownika prawdy niepodważalnej...”.[71] Powinnością sztuki natomiast jest ostrzeganie, drażnienie i budzenie odbiorcy. Nie wolno stać z założonymi rękami, kiedy słychać okrzyk „do pomp”. Głos artysty winien być głosem sumienia oraz Kasandry, pomimo tego, że nikt nie chce słuchać ponurych przepowiedni. Lem ma świadomość niepopularności proponowanego przez niego, dydaktycznego modelu pisarstwa:


Otóż jeśli jestem out of joint with my time, to przede wszystkim w tym, że nikt nie życzy sobie dziś od literatury pouczeń, oświeceń, rad, nauk, jednym słowem – apostolstwa. Nikt tego nie chce. Takie stawianie sprawy literatury uchodzi dziś za przestarzałe, za anachronizm, naiwność, głupotę, pretensjonalność uroszczeń. [KLK, 16.06.76]


Obowiązkiem literatury jest również dążenie do transcendencji, poprzez wykroczenie poza gatunkowe, psychofizyczne uwarunkowania człowieka. Jedynie sztuka ma szanse wyjść poza formalne ograniczenia układów logicznych, implikowane przez twierdzenie Goedla:


Nie chcę być primus inter pares, lecz chcę być alienus. Inny, w tym sensie, że usiłują literaturą z literatury wykraczać, w co? W Przyszłość? Nonsense. W działanie, rzecz prosta. Tym samym chcę niemożliwości, gdyż literaturą działać jak łopatą lub bombą nie można. Nie mniej, tego chcę. To szaleństwo ma zresztą chlubne oraz monstrualne antecedencje. Wysiłek mój (daremny w powiciu) jest niejako odwrotnie skierowany. Literatura, rozpoznająca człowieka od wnętrza, niedochodząca do granic normy gatunkowej w obłąkanym rozpędzie po to, żeby ją przebić, literatura sondująca człowieka, współczująca człowiekowi, biczująca człowieka, rozumiejąca człowieka, wybaczająca i nie wybaczająca, tego wszystkiego mi mało. Przypadkowość bowiem, deprecjonującą w zarodku ów wysiłek, widzę nie wewnątrz kolei losów poszczególnych, ale widzę go jako patrona nieustannie pochylonego nad kolebką planetarną życia, nad ukształtowaniem się człowieczego ciała i umysłu, widzę bylejakość trafów ewolucyjnych, kosmicznych, adaptacyjnych, które wymodelowały nas – a w Stwórcę nie wierząc, nie mając tedy komu rachunków za tę całą kreacyjną mitręgę przedłożyć, nawet kierunku, nawet ultymatywnego Adresata moich wystąpień diatrybalnych mieć nie mogę, nie mogę liczyć nawet na to, że on Jest Gdzieś, ale Nieznany... [KLK, 26.01.77]


Transcendencja polegałaby przede wszystkim na poszukiwaniu zewnętrznego punktu widzenia, pozwalającego spojrzeć na świat z nowej perspektywy. Lem chętnie dopuszcza do głosu hipotetyczne konstrukty, w rodzaju Golema, czy personoidów, „wyhodowanych” przez profesora Dobbsa oraz wprowadza na karty swoich powieści istoty obce, „niezbędnie potrzebne dlatego właśnie, że dzięki nim można wydobyć się z tego worka, w który wepchnęła nas ludzka świadomość i kulturowa tradycja”[72]. Lem-filozof wciąż próbuje ogarnąć i zdefiniować granice wszechświata, którego kluczowymi punktami miałyby być czarne dziury – miejsca przejścia, gdzie załamują się „nasze” kategorie czasu i przestrzeni. Czarne dziury pojawiają się w wykładzie „świeckiej metafizyki” Golema, jako droga ucieczki z kosmosu, otwierająca się tylko w jedną stronę furtka[73], którą uchyla sobie u kresu swojej ewolucji Rozum.


Afiliacje naukowe Lema są bardzo silne, powszechnie dostrzegane i często podkreślane przez krytyków[74]: głęboko penetruje on w swojej beletrystyce obszary, wydawałoby się zarezerwowane dla takich dyscyplin, jak fizyka czy biologia. Ma przy tym świadomość, jak oryginalną, a przy tym niewdzięczną rolę przyszło mu odegrać: „Literat wśród naukowców, naukowiec wśród literatów.. to w gruncie rzeczy wypędek obu światów, najwyżej obdarzany ogólnikowym, bo niezobowiązującym do niczego – kredytem „pewnego poszanowania” [KLK, 07.05.77]. Rzecz nie tylko we wszechstronnych kompetencjach autora Summy Technologiae, pozwalających mu hasać po najdalej wysuniętych rubieżach poznania. Związek Lema ze światem naukowym nie polega wyłącznie na podejmowaniu określonej problematyki czy interpretacji świata w kategoriach biologiczno-statystycznych. Najwyraźniej wpływy akademickie manifestują się w konsekwentnym przejmowaniu pewnego stylu rozumowania, charakterystycznego dla metody naukowej: „Do utworów pakowałem więc, i to nieświadomie zrazu, szkielety (paradygmatykę) przejmowane z nauki (empirii)”[KLK, 19.10.74]. Sztandarowym przykładem są tutaj smoki prawdopodobieństwa z Cyberiady, którymi autor zastępuje nieszczęsnego kota Schroedingera. Ciekawy jest przy tym stosunek Lema do nauki w ujęciu diachronicznym: pisarz porzuca pełną fascynacji wiarę w naukowe możliwości i obiektywizm na rzecz sceptycznej koncepcji nauki uwikłanej w „presupozycje, w społeczne konteksty, w całościowe »paradygmaty« i »matryce dyscyplinarne«”[75] Scjentyczne zamiłowania przesądziły o wyborze przez Lema fantastyki naukowej, która miała stanowić doświadczalny poligon dla falsyfikowania hipotez oraz testowania przeróżnych modeli socjologicznych. Literatura jest dla autora Solaris przestronnym laboratorium, wyznacza przedpole dla nieustannego eksperymentu, nie tylko w sferze środków wyrazu, ale również poprzez przygotowanie środowiska dla sytuacji badawczych: staje się „ciągłym odbijaniem piłeczki: od empirii do teorii, od teorii do empirii itd.”[76] Moment kluczowy pojawia się wtedy, gdy nauka przestaje wystarczać:


Ogniowym jądrem moich książek nie jest ten tradycyjny racjonalizm wolterowski po prostu, ani te swiftowskie afiliacje, ani te podobieństwa do Kafki (i do Gombrowicza), które najłatwiej jeszcze krytykom zobaczyć. Ich ośrodek stanowi paradygmatyka, sztuce dotąd całkiem obca: wzorce myślowe właściwe przyrodoznawstwu, we wszystkich książkach te same, a jedynie ich, tych wzorców, uchwyt jest inny w grupie grotesek, inny w grupie utworów typowo „fantastycznych”, inny w takich utworach, jak Pamiętnik znaleziony w wannie lub jak Wielkość Urojona. To są niewątpliwie bardzo różne od siebie drogi, prowadzące zawsze do bardzo podobnego sedna. Natura jego jest ontyczna, a nie polityczna albo socjalno-krytyczna; i tam właśnie rozgrywa się cała moja sztuka, gdzie źródła scjentyficzne objawiać już zaczynają swoją daremność, tam, gdzie potęga nauki okazuje się pułapką albo labiryntem ducha ludzkiego, tam, gdzie Darwin odnosi nad Heglem zwycięstwo wprawdzie, ale to jest zwycięstwo Pyrrhusowe. [KLK, 21.05.75]


Naukowe inspiracje są jednym z czynników przesądzających o prekursorstwie pisarstwa Lema. Lingwistyka, filozofia języka, cybernetyka, informatyka, fizyka kwantowa to tylko niektóre z dziedzin, których czytelne wpływy odnajdujemy w jego książkach. Rola Lema nie ogranicza się jednak do przejmowania bądź kompilowania gotowych scjentyficznych rozwiązań. Pisarz projektuje również rozwój nauki, najczęściej trafnie starając się przewidzieć, jakie będą jej najważniejsze kierunki ekspansji.


To, co mnie w samym sobie zadziwia, to, czego (uczciwie mówiąc) nie rozumiem, jest antycypowanie pewnych ciągów rozwojowych myśli naukowej – przeze mnie, który jestem przecież laikiem i w najlepszym razie dyletantem okrągłym. Zaczynam przychylać się do myśli, że słuszność mych „intuicji” idzie stąd, że bazę mojego myślenia stanowią generalizacje rodem z biologii ewolucyjnej, „przypadek”, „stochastyka”, „losowość”, wszystko to stamtąd, i w biologicznym zinterpretowaniu, a nie w aktualnie – fizykalnym. [KLK, 7.05.77]


Warto przy okazji zwrócić uwagę na nowatorstwo formalne. Śmiałe eksperymenty językowe, neologizmy, orgia stylizacji, zderzanie odległych gatunków i sięganie po zupełnie nowe formy literackie, ciągłe poszukiwanie efektywnych rozwiązań artystycznych, przemawianie w najbardziej zaskakujących rejestrach, wprowadzanie zaczerpniętych z utworów muzycznych elementów kompozycyjnych – wszystko to składa się na niezwykłą oryginalność zewnętrzną, koherentną jednak w stosunku do zawartości.


Z upływem lat pewne wartości czysto formalne, niejako kompozycyjnie muzyczne, zaczęły nabierać w mym rozumieniu szczególnej wagi. Dlatego np. w Pamiętniku znalezionym w wannie pojawiły się (rozmowa księdza Orfiniego z bohaterem) partie pisane białym wierszem, dlatego w Wielkości urojonej usiłowałem zasygnalizować „wielkość urojoną” Golema pewnymi fragmencikami tekstów poprzedzających, tak mniej więcej, jak główny motyw muzyczny utworu może być zapowiadany „z oddali” przed swoim pojawieniem się fortissimo. [KLK, 18.10.74]


Waga poruszanych przez Lema problemów wykracza poza doraźne czy lokalne kwestie, zawsze odnosząc się do spraw uniwersalnych. Jego utwory rozpięte są na niezwykle szerokiej skali, która zaczyna się na poziomie subatomowym, a kończy na odległych o lata świetlne ciałach niebieskich. Kosmos jest wszędzie, choć to nie upoważnia do traktowania go protekcjonalnie: „Stąd tak mnie pewno irytuje owa głuptacka nonszalancja, z jaką SFictioneers poklepują ten Kosmos.. i robią z niego babki z piasku” [KLK, 01.07.72]. Lem konsekwentnie przez całe swoje życie próbuje formułować Ogólną Teorię Wszystkiego, która połączy rozmach teorii względności Einsteina z mikroprecyzją mechaniki kwantowej:


Zuchwała oryginalność ujęcia mego tylko w tym, że widzę zwierzchnią jedność praw zarządzających tak odległymi od siebie dziedzinami jak ewolucja naturalna, ewolucja kultury, ewolucja sztuki, jak dzieje gatunków i dzieje polityczno-społeczne człowieka. [KLK, 11.12.74]


Lem często podkreśla swój racjonalizm, który wywodzi się z epoki Oświecenia. „Oczywiście, proszę Pana, że należę do tradycji Oświecenia, i że jestem racjonalistą, tyle że co nieco zrozpaczonym. Zrozpaczony Racjonalista jest to niekiedy bliski krewny wariata”. [KLK, 01.08.72] Często utwory Lema bywają przykładane do dokonań Woltera i Swifta. Autorem Solaris powoduje pasja poznania, chęć zrozumienia mechanizmów funkcjonowania świata. „Szkiełko i oko” są dla Lema jedyną wiarygodną instancją poznawczą, chociaż żartobliwie protestuje przeciwko nazywaniu go scjentystą[77]. Narzędziem poznania jest rozum, pomimo jego wszelkich ograniczeń. Pisarz, jak każdy człowiek, powinien bezwzględnie poszukiwać prawdy, która stanowi wartość samą w sobie.


Zresztą – zamykając tę diatrybę: odwołam się do trzciny pascalowskiej. Uważam, że człowieczeństwo jest w poznawaniu tego, co nas miażdży i łamie; poznanie jest prawdą rzeczy, a prawda jest wartością autonomiczną, jest własną swoją satysfakcją i zasługą. Więc nawet gdyby ostrzeżenie było daremne, bo zła nie odeprą wreszcie i ci, co wszystko do nich powiedziane zrozumieli, nie jest daremne rozpoznanie, prawdziwa diagnoza, albowiem tak się „wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu”. [KLK, 13.09.74]


Wysoka poprzeczka, jaką Lem stawia swojemu optymalnemu czytelnikowi, nie wynika wyłącznie z głębokiej problematyki oraz scjentyficznego światopoglądu, który przesiąka całą jego twórczość. Eksplorator Lema powinien dysponować naukowym zapleczem, aby w pełni „wykosztować” jego książki. Oprócz tego musi się przede wszystkim jednak starać: Lem nie zamierza iść na jakiekolwiek kompromisy, wyręczać czytelnika w myśleniu i podsuwać mu gotowych rozwiązań. „Odbiorca twórczości Lema musi dysponować dużą wyobraźnią, skłonnością do refleksji, wyczuciem paradoksu i poczuciem humoru”.[78] Przy okazji uwag na temat tłumaczenia Pamiętnika znalezionego w wannie surowo przestrzega Kandla przed wybieraniem jakichkolwiek dróg na skróty, w celu ułatwiania recepcji tekstu.


To, czy Czytelnik będzie się dostatecznie starał, to nie jest nasza rzecz. Milcząco przyjętym, nieporuszonym oczywistym bezwzględnym założeniem wszelkiej kreacji jest odbiorca OPTYMALNY, aktywny, PODDANY zarazem tekstowi, czyli ufający mu: jeśli coś jest słabo wyakcentowane, to widać miało takie być, a jeśli jest do znużenia dokładne, to widać ta własność się także tekstowi należała i trzeba w niej szukać osobnego znaku, sensu, wskazania. Jednym słowem, ŻADNEJ ULGOWEJ TARYFY, żadnych UŁATWIEŃ, żadnego SPRZYJANIA CZYTELNIKOWI (żeby się nie odstręczył, żeby się nie znudził, żeby nie zrezygnował). Najpierw – takie starania i tak są bez żadnego pragmatycznego skutku, bo leniwego wszystko nudzi i nuży. A co ważniejsze, dla utworzenia wygody, można wtedy pójść na łatwizny. [KLK, 15.05.74]


Jedynym ukłonem w stronę czytelnika, na jaki przystaje autor, jest humor. Śmiech stanowi rodzaj lukru, który ułatwia przyswojenie gorzkiej pigułki. Poczucie humoru Lema jest infernalne, pełne sarkazmu, ze stosowną szczyptą absurdu i autoironii, oparte często na kontraście spokojnej narracji z pełną dramatyzmu, tragikomiczną treścią. Persyflaże, parodie, groteski złożyły się cały oddzielny, oryginalny nurt twórczości Lema. Świat byłby nie do zniesienia, gdy traktować go z całą powagą, przymrużenie oka pozwala na oswojenie brzemiennej w ponure sensy rzeczywistości. Humor jest także elementem dysonansu instrumentalnego: „Im straszniejsza treść, tym ucieszniej podana, przyprawiona humorystycznym sosikiem, co ma mieć charakter kontrapunktu – aby można było znieść to, czego nie można właśnie znieść”[KLK, 13.09.74].


Obok tych najważniejszych cech twórczości, uwypuklonych przez autora w korespondencji do Michaela Kandla, należałoby zasygnalizować trzy kolejne, dosyć oczywiste i istotne: intertekstualność, prowadzenie gry oraz antologiczność. O pierwszej z nich Lem pośrednio często w listach wspomina, wymieniając teksty, które miały wpływ na zawartość jego książek. Cyberiada to, jak pamiętamy Pasek, Sienkiewicz i Gombrowicz. Dzienniki gwiazdowe: Swift, Buerger, Pepys, Wolter, Čapek. Pamiętnik znaleziony w wannie oscyluje pomiędzy Kafką a Gombrowiczem (Marcin Wołk pisze o wielkiej czwórce, dodając jeszcze Potockiego i Borgesa[79]). Cytaty z Dostojewskiego, z którym Lem czuje silne duchowe pokrewieństwo, można znaleźć między innymi w Dialogach. Jako hipoteksty Cyberiady autor podaje[80]: średniowieczne eposy i romanse rycerskie (np. Tristan i Izolda), skrótowce militarne („idiomatykę nowoczesnej strategii, kochanki Pentagonu”), slang, żargon, powieść historyczną, silnie zakorzenioną w świadomości kulturowej (jak Dumas we Francji albo Sienkiewicz w Polsce), fachowe słownictwo cybernetyczno-fizykalne, język prawniczy, sformułowania not dyplomatycznych, kodeksów, oficjalnych dokumentów, rymowanki i bajki dziecięce, kulturę masową: szlagiery i porzekadła, zapasy łaciny kościelnej. Powyższe przykłady można by mnożyć, aż w końcu dotarlibyśmy do nieśmiertelnej konstatacji Julii Kristevej, że każdy tekst jest amalgamatem innych tekstów. W wypadku Lema intertekstualność pełni jednak szereg istotnych, często nowych funkcji, które należałoby w tym miejscu przynajmniej zamarkować.[81]


Na obszarze fantastyki naukowej mogą występować zarówno hipoteksty prawdziwe (istniejące w rzeczywistości), jak i fikcyjne. Fikcyjne hipoteksty będą to przyszłe, projektowane przez autora wytwory ludzkiej kultury albo artefakty obcych cywilizacji. Jedne i drugie obficie pojawiają się u Lema, jak choćby nieistniejące książki z widmowej Biblioteki XXI wieku, zbiór woluminów umieszczony na stacji kosmicznej Solaris, archiwum tekstów encjańskich, czy wielotomowa historia dziejów dychtońskich pióra Abuza Gragza. Rolę intertekstualną przejmuje też język utworu, poprzez wyposażenie go w elementy nieobecne w naszej wspólnocie kulturowej. W ten sposób powstają puste presupozycje, które czytelnik jest zmuszony zrekonstruować niejako na własną odpowiedzialność. Daje to autorowi możliwość umiejętnego manipulowania kliszami interpretacyjnymi, jakich używa odbiorca, np. poprzez celowe implikowanie fałszywych presupozycji. Wysterowany rozdźwięk, jaki powstaje wtedy pomiędzy wywoływanym wzorcem interpretacyjnym a biegiem narracji utworu możemy uznać za odmianę dysonansu instrumentalnego.


Intertekstualność umożliwia więc poszerzenie sfery odniesień utworu, wzbogaca, a często nawet umożliwia jakąkolwiek interpretację. W przypadku Pamiętnika znalezionego w wannie, interteksty będą konstruować labirynt znaczeń, z którego, jak z Gmachu, czytelnik nie będzie mógł się wydostać. Szeroko rozumiana intertekstualność odzwierciedla modernistyczny sceptycyzm poznawczy: nie istnieje jedna, obiektywna wersją rzeczywistości, którą dałoby się wyczerpująco opisać. Skoro żaden język nie jest dostatecznie precyzyjny ani kompetentny, trzeba użyć „całej wiązki tych języków, obnażając zawodność presupozycji, ich wzajemną niekoherencję, falsyfikując poszczególne ujęcia z pomocą przedstawionych w utworze tekstów empirycznych”[82]. Tak właśnie postępuje Lem, który za pomocą strumienia wypowiedzi, relacji, języków, stylizacji, hipotekstów, aluzji literackich, kryptocytatów, słów-kluczy próbuje stworzyć medium, pozwalające jak w siatkę na motyle pochwycić niesforną rzeczywistość.


Intertekstualność jest elementem gry literackiej, jaką prowadzi autor z czytelnikiem. Nie jest to jedyna partia, którą rozgrywa z nami Lem. Motywy hazardu nieustannie pojawiają się w jego utworach, jak choćby kosmiczna ruleta w Das kreative Vernichtungsprinzip. The World as Holocaust, której jeden obrót koła zajmuje miliony lat. Rosyjską loteryjkę przypomina również ewolucja: kod genetyczny jest graczem, zaś organizmy „kartami w rozgrywce z naturą”[83] Cała kultura jest formą gry, której zasady są czysto umowne. Nawet Bóg gra z nami w kości, w dodatku nie pozwalając spojrzeć do kubka.[84] Paradygmat gry osiąga swoje najbardziej uniwersalne zastosowanie w Nowej kosmogonii, zgodnie z którą wszelkie obowiązujące obecnie atrybuty fizyczne wszechświata są wynikiem rozgrywki, jaką prowadzą ze sobą kosmiczni gracze, czyli zaawansowane o miliardolecia bardziej od nas cywilizacje. Na tym poziomie znika radykalna opozycja naturalności i sztuczności: „jeśli cały wszechświat jest czymś w rodzaju gry konstrukcyjnej, olbrzymią szachownicą lub zgoła »loterią babilońską« w stylu J.L. Borgesa, to oczywiście nie może być czystym wytworem Natury”[85] Pamiętnik znaleziony w wannie jest nieustanną grą masek i pozorów, szyfrem, który kryje kolejny szyfr, theatrum mundi, gdzie główny bohater odgrywa wcześniej rozpisaną dla niego rolę. Konstruowanie szkatułkowych światów-pułapek, zamkniętych w skrzyniach innych światów jest formą wyrafinowanej demiurgicznej zabawy: „w dziełach Stanisława Lema odnajdziemy tę oszałamiającą grę na pograniczu świętości i groteski – grę z absurdem i absolutem”[86]


Andrzej Stoff jako cechę adekwatną dla całej twórczości Lema proponuje antologiczność. Dowodem jest występowanie w pierwszej powieści zalążków większości wątków, które pojawiają się w utworach późniejszych. Lem ma swój repertuar tematów, problemów, koniektur, pomysłów, a nawet chwytów, do których będzie obsesyjnie powracał, wciąż je przepracowywał, obrabiał i szlifował, uparcie drążył, poszukiwał nowych, bardziej skutecznych rozwiązań. Kaleki Bóg, determinizm i indeterminizm, naturalne i sztuczne, ludzkie i obce, przypadek i ład, hierarchia bytów, kultura i ewolucja: te kwestie powtarzają się w utworach eseistycznych[87] oraz stanowią kanwę dla całej beletrystyki. Janusz Sławiński w dyskusji nad Filozofią przypadku, mówi o kulistości narracji, spowodowanej powtarzalnością tych samych kwestii w różnych partiach tekstu: „W rezultacie odnosi się wrażenie, że tekst nie posuwa się naprzód, lecz rozrasta się przestrzennie na kształt kuli wokół pewnej formuły odśrodkowej”[88]. Małgorzata Szpakowska podkreśla, że jest to właściwie model całej twórczości Lema. Wrażenie antologiczności potęgują utwory cykliczne: Dzienniki gwiazdowe, Opowieści o pilocie Pirxie oraz Cyberiada, których bohaterowie, będący swoistym poznawczymi skryptami, przechodzą również do innych książek Antologiczny charakter pisania Lema obejmuje także jego korespondencję, która stanowi dla Lema jeszcze jedną okazję dla myślowego eksperymentu.

 

VI. LITERATURA

1. Teoria odbioru dzieła literackiego


Państwo literatury jest jak góra lodowa: jej widoczny wierzchołek tworzą obecne na rynku i w świadomości zbiorowej dzieła, pozostałą część stanowią pokryte kurzem zapomnienia zwały zmurszałej makulatury, „grobowce zastygłej myśli, której już nie wskrzesi żadna lektura” [FP, 643]. Co sprawia, że jedne dzieła trafiają do krwiobiegu kultury i cyrkulują w niej nieśmiertelne, pulsując nowymi interpretacjami, dostarczają potomnym odżywczej inspiracji, natomiast inne skazane są zagładę? Lem próbuje rozwikłać tę zagadkę, rozważaniom teoretycznoliterackim poświęcając kilka obszernych książek. Sztandarową pracą jest Filozofia przypadku, z wymownym podtytułem Literatura w świetle empirii, tekst na tyle bezkompromisowy i prekursorski, że bezsilność wobec jego „ultraprecyzyjnej i zarazem zagmatwanej” zawartości wyrażali nawet badacze formatu Henryka Markiewicza: „książką tą władają trzy demony – demon analogii, demon regresji ad infinitum, demon asocjacji (jest jeszcze i czwarty demon: profuzji terminologicznej): traktuje więc ona o wszystkim – od kosmologii poprzez powstanie życia na Ziemi i lingwogenezę aż do faszyzmu i stripteasu”[89]. Wydaje się jednak, że upływ czasu oswoił demony i przyznał autorowi Filozofii przypadku rację. Nowoczesne poglądy Lema na funkcjonowanie dzieła literackiego zostały w dużej mierze odzwierciedlone przez współczesną teorię literatury, w ramach coraz bardziej wpływowego kierunku Readers Response Theory, z którym sympatyzują nawet niektórzy fenomenolodzy. Odzwierciedlone, nie znaczy jednak w tym wypadku zauważone i docenione: w indeksie bardzo rzetelnego podręcznika Teorie literatury XX wieku Burzyńskiej i Markowskiego nazwisko Lema nie pojawia się ani razu - chociaż chwilami ma się nieodparte wrażenie, że autor Filozofii przypadku jest tam dosłownie cytowany.[90] Procesualne i socjologiczne ujęcie przez Lema dzieła literackiego możemy zrekonstruować następująco:

 

  1. Dzieło literackie, którego fizyczną budowę można sprowadzić do „rozpostarcia na płaszczyznach celulozy plamek farby drukarskiej” [FP, 284], jest tylko projektem, potencjalnym i niedookreślonym.
  2. Budowa dzieła stanowi siatkę relacji pomiędzy tekstem a środowiskiem odbiorczym.
  3. Dzieło wchodzi na rynek w procesie losowych błądzeń (przypadkowych kontaktów z odbiorcami).
  4. Masowo-statystyczne kontakty z czytelnikami składają się na obiór stabilizujący dzieła.
  5. Znaczenie tekstu krystalizuje się poprzez włączenie go do określonego kulturowo układu odniesień.
  6. Proces stabilizacji, który prowadzi do ustrukturyzowania utworu, stopniowo zmniejsza rolę czynnika losowego na rzecz określonych nastawień odbiorczych.
  7. Rolę filtra oraz katalizatora pełnią krytycy literaccy.
  8. Największy rozrzut odczytań występuje w wypadku książek nowatorskich, które wywołują szeroką oscylację ocen.
  9. Proces odbioru dzieła może mieć charakter gasnący bądź samowzmacniający się.
  10. Przekroczenie pewnego progu masowego odbioru powoduje efekt kumulacyjny i sklasyfikowanie dzieła jako arcydzieła.
  11. Upływ czasu działa jako selektor, w postaci filtra międzypokoleniowego.

Utwór literacki jako zjawisko semantyczne zawdzięcza swoje zaistnienie aktywności odbiorczej; to ona czyni z dzieła całość, rozstrzygając o jego „strukturze semantycznej”; immanentny, raz na zawsze spetryfikowany porządek utworu jest tylko mylącą fikcją literaturoznawców, faktycznie porządek ów rodzi się i kształtuje w aktach odczytania, które osadzając utwór w określonych systemach znaczeniowych – na różne sposoby „strukturalizują” jego sensowność.[91]


Temat odbioru dzieła literackiego stanowi również jeden z przewodnich motywów korespondencji do Michaela Kandla. Lem wykłada swoje stanowisko (chociaż jakby odrobinę mniej kategorycznie), zgodnie z którym nie ma utworu, są tylko jego interpretacje. W jednym z pierwszych listów pisze:


rysunek 2.


Co do kwestii, ile składników w odczytaniu moich książek pochodzi od Pana, a ile ode mnie, problem ten zajmował mnie w sposób generalny przy pisaniu Filozofii przypadku, w której z rozmyślną całkowicie dezynwolturą, przesadą, głosiłem obrazoburczą myśl, że dzieło literackie jest projektem, a odczytanie stworzeniem definitywnym, dzieła oscylują na osi pomiędzy oponującymi sobie krańcami determinizmu silnego i indeterminizmu skrajnego (opozycja pomiędzy testem Rorschacha a chemicznym opisem wielkiej molekuły jakiejś: w plamy Rorschacha odbiorca rzutuje maximum z siebie, w schemat molekuły – minimum). Problem ten traktowałem jednak głównie w jego socjologicznym aspekcie, głosząc, że istnieje „odbiór stabilizujący” dzieło podobnie jak w ewolucji istnieje dobór (naturalny), stabilizujący gatunek. Ze względu na to uważam, że nie ma odczytań fałszywych i prawdziwych, a jedynie maksymalizujące i obniżające „gestalt-quality” dzieła jako całości. Jak sobie kto dzieło zorganizuje, tak sobie wyłoży i to jest jego rzecz i jego dobre prawo, które sankcje przyzwolenie otrzymuje od opinii publicznej, o ile ta opinia dokonała już określonych zbiorowych aktów wyznaczania (denotacji, konotacji), tj. przydzieliła danemu dziełu jego niszę ekologiczną, w łonie już zastygłego układu kulturowych dóbr, faktów, jakości, wartości etc. [KLK, 26.02.72]


Mamy więc do czynienia z szerokim spektrum odczytań, w ramach wyznaczonych przez „wspólnotę interpretacyjną”, kategorię wprowadzoną przez Stanleya Fisha, która obejmuje zbiór wspólnych przeświadczeń na temat literatury. Lem podkreśla rolę wartości, jako układu odniesienia, współtworzonego przez grupy sprawujące władzę na terenie kultury:


Bo, kochany Panie, związki, pokrewieństwa, implikacje i asocjacje, łączące utwór z wysokim regionem intelektualno-estetyczno-filozoficznym nie są wykrywane jak szafy i stołki. Na to, żeby w ogóle sobie mógł Czytelnik pozwolić na tego typu Czcigodne Kojarzenia, potrzebna jest pierwej Permisja Areopagu Autorytetów. Musi się zagotować, zakipieć musi od licznych czcicieli kompetentnych, od odkrywców, hermeneutyków, dostarczających gwarancji, że „to jest To”. [KLK, 21.04.75]


Wspólnota interpretacyjna z jednej strony pozwala na samą interpretację w ogóle, a przy tym pełni funkcję stabilizacyjną, wydobywając z dzieła jego aspekty intersubiektywne. W ujęciu Lema odbiór stabilizujący, masowy i procesualny, przypomina reakcję łańcuchową. Funkcję podtrzymującą pełni tutaj substancja kultury. W pewnym miejscu pisarz porównuje recepcję dzieła literackiego do fizykochemicznej, nieodwracalnej przemiany fazowej. Kiedy dany autor zostanie w wyniku takiego procesu uznany, zaakceptowany i zasymilowany, staje się elementem „krajobrazu kulturowego”. Cały ten proces ma jednak przebieg często dosyć przypadkowy:


Narastanie sukcesu jednych dzieł na niekorzyść innych jest i dla mnie zjawiskiem tyleż intrygującym, co tajemniczym. Wyjaśnienie, którego udzieliłem sam na takie pytania w Filozofii przypadku – że decydują jakże często czynniki natury czysto losowej, że losowość obraca się w Los – w pewnej mierze na pewno jest słuszne, ale zarazem jest i trywialne. Natomiast pozostaje nietknięta cała połać pytań, dlaczego, jeśli decyduje rodzaj loterii (o powodzeniu dzieł), godzimy się, ludzie o pewnym smaku, że w skarbnicy kultur narodowych na ogół spoczywają dzieła prawdziwie wartościowe. Jest tu bijąca w oczy sprzeczność: publiczność woli to, co tandetniejsze, gorsze, tańsze, kiczowate, melodramatyczne, krzykliwe, płytkie – skąd by powinien płynąć wniosek, że jeśli w skarbnicach kultury nie ma wiele śmiecia, znaczy to, że ktoś INNY, nie ta publiczność, dokonuje selekcji decydującej o powstawaniu złoży kultur narodowych. Najprostsza oczywiście jest hipoteza, że tym selektorem wyśmienitym są znawcy – hipoteza ewidentnie fałszywa, bo selektor działał i podówczas, kiedy o żadnych znawcach dysponujących jakowąś władzą nad opinią publiczną nie było ani słychu. Jednym słowem – ZAGADKA. [KLK, 23.09.72]


Uzupełnieniem oraz częściowym wyjaśnieniem może być teoria rezonansów, bliska koncepcjom psychoanalitycznym. Mogą odnieść sukces te książki, które poruszają jakieś nieświadome struktury w umyśle odbiorcy, napinają niewidzialne struny połączeń neuronowych. „Tekst pobudza nam w duszy coś, co tam grało, ale tak cichutko, żeśmy sami nie mogli w sobie tego usłyszeć”. [KLK, 15.06.75] Podobnie irracjonalne podłoże mają niektóre uczucia, np. miłość. Przy tym utwory, które dotykają kwestii najbardziej aktualnych i grają pod publiczkę, są w stanie zrobić karierę szybką, ale raczej krótkotrwałą. Natomiast dzieła prekursorskie, antycypujące stany przyszłe, wyrażające koncepcje jeszcze nie całkiem skrystalizowane, płynące pod prąd trendów, skazane są opóźnienie w rozpoznaniu, jednak mają większą szansę na zajęcie trwałego miejsca w kulturze. Utwory cięższego kalibru nie giną, tylko wypływają dużo później na wierzch:


Najprościej wykłada mi sprawę własna „teoria rezonansów”. Utwory, rezonujące z czytelnikami UNISONO, czyli takie, co aktualizują- werbalizują, artykułują – synchronicznie, im rówieśną aurę mniemań (poglądów, nastawień, marzeń, lęków, podniet) – zdobywają sukces krótko, lecz na ogół krótkotrwale (= bestsellery). Utwory, wysforowane przed czytelników – tj. artykułujące to, co już zachodzi, ale jeszcze nie uległo explicite konceptualizacji – mogą być rozpoznawane w tej jakości z opóźnieniem – i ten time lag jest proporcjonalny m.in. do ich ekspresywnej oryginalności. [KLK, 29.11.74]


Nie pomagają we właściwym rozpoznaniu dzieła literackiego ani wydawcy ani krytycy. Ci pierwsi nastawieni są przede wszystkim na zysk, działają w sposób zachowawczy i pazerny, najczęściej nie znają się na literaturze i rzadko umieją odróżnić diament od tłuczonego szkła. Wydawcy są jak generałowie, którzy zawsze potrafią wygrać zakończoną wojnę. Jeszcze gorsi są literaturoznawcy, na których ciąży wszak zawodowa odpowiedzialność. Zamknięci w swoich fakultetach, trzymają się kurczowo bezpiecznych płytkich wód i utartych szlaków:


A gdy się humanistom mówi rzeczy jak wyżej, oni nie palą na stosie mówiącego (NIE TE CZASY), lecz uprzejmie kiwając głowami CIEKAWE! A! Ciekawe! - uśmiechają się, potem robią mały sztuczny tłok, wypychają za siebie tego ikonoklastę i wracają do normalnej roboty. [KLK, 14.02.74]


Na przykładzie posłowia, jakie Kandel napisał do Cyberiady, Lem ostrzega również przed krytyką literacką, której zadanie miałoby polegać wyłącznie na dotarciu do realnych desygnatów tekstu. Sama, nawet najbardziej wnikliwa interpretacja, ograniczona do analizy tzw. źródeł utworu, nie przesądza o randze dzieła literackiego i często bywa wręcz ślepą odnogą. Na ten sam temat można wszak napisać arcydzieło i arcynudny referat.


Literatura czerpie swoją moc nie z tego, co było KAMYCZKIEM, drażniącym duszę artysty niby to ziarenko piasku, które drażni delikatną tkankę perłopława, lecz z wyglądu PERŁY, owym zjawiskiem powołanej do bytu, i nie wyjaśnia do końca PERŁY ten, kto rozcina ją, żeby nam pokazać, jaki był ów KAMYCZEK, który ją do istnienia powołał. [KLK, 4.10.73]


Reasumując: w ujęciu Lema dzieło literackie jest procesem, w którym następuje stopniowa stabilizacja jego sensów. Proces ten ma charakter masowy (stabilizacja postępuje wprost proporcjonalnie do ilości pojedynczych odczytań), losowy (singularny kontakt odbiorcy z dziełem jest przypadkowy) oraz statystyczny (utrwaleniu podlega tylko niewielka ilość reprezentatywnych odczytań). Porównać go można do reakcji łańcuchowej (przemiany fazowej), której zainicjowanie wymaga odpowiedniej masy krytycznej pierwiastków kultury.

 

2. Krucjata przeciwko Science Fiction


Lem wielokrotnie wyrażał swój bardzo krytyczny stosunek wobec gatunku literackiego, z którym często bywa identyfikowany. Opublikowany po niemiecku w „Quarber Merkur” artykuł o jednoznacznym tytule Science fiction: beznadziejny przypadek – z wyjątkami[92] jest precyzyjnie skonstruowanym, płomiennym aktem oskarżenia, który zrobił międzynarodową karierę. Jego dosyć stronnicze tłumaczenie na język angielski było bezpośrednią przyczyną odebrania autorowi Solaris honorowego członkostwa SFWA. Rozprawom z SF poświęcona jest również najgrubsza z książek eseistycznych Stanisława Lema – Fantastyka i futurologia. W rozmowach z Beresiem Lem, zapytany o związki z SF, kategorycznie domaga się, aby raz na zawsze wyrzucić ten kamyk z jego ogródka. Nic dziwnego, że jest to jeden z dyżurnych tematów w korespondencji. Zarzuty wobec SF, „dziwki, która udaje szlachetnie urodzoną damę”[93], pozostają te same: intelektualny rynsztok, dziecinna pseudoproblematyka, skandaliczny rozdźwięk pomiędzy założeniami a ich realizacją, absurdalne uroszczenia i aspiracje, zamknięcie w getcie, brak samokrytyki oraz mechanizmów autoselekcji, schlebianie najniższym gustom publiczności, wyrobnictwo, wtórność, kiczowatość, hołdowanie klace, namiastka nauki i literatury.


Rzeczą znamienną jest to, że w czasach tak wielkiego społecznego prestiżu nauki i zdolności jej osiągnięć do fascynowania wyobraźni ludzkiej – no i w czasach tak naglące potrzeby nawiązania pomiędzy Nauką a Profanami dialogu, również o sprawach, które inaczej niż w tym dialogu sensownie rozwiązane być nie mogą – stan literatury pretendującej do miana naukowo-fantastycznej jest tak żenująco zły. [94]


Dramat autora Solaris polega na tym, że na zasypanym książkami rynku czytelniczym obowiązują reguły gatunkowej klasyfikacji. Etykietka SF uruchamia określone mechanizmy odbioru, spychając utwór w czeluście dolnego królestwa literatury. Jest to rodzaj interpretacyjnej pułapki: elity mają na SF rodzaj reakcji alergicznej, wyrafinowany czytelnik omija takie książki szerokim łukiem, natomiast ten, który w nich gustuje, w żaden sposób nie jest przygotowany na cokolwiek, co wykracza poza prymitywne schematy gatunku. Nic dziwnego, że zaszufladkowanie jako twórcy Science Fiction Lem uważa za rodzaj przekleństwa i w perspektywie największe niebezpieczeństwo dla recepcji jego twórczości w Ameryce. Wrzucony do jednego worka z podrzędnymi wyrobnikami, SFictioneerami z bożej łaski, będzie musiał na zawsze w tym szemranym towarzystwie pozostać. Może to przynieść sukces finansowy, jednak spowoduje utratę odrębności artystycznej:


Już raczej boję się, czy raczej brzydzę SFWA, gdzie pchają zacnie mą kandydaturę na Nebulę 1974, bo TO jest zaiste zagrożenie. To jest bagienny region, który może wszystko moje wessać i miękkim błotem utopić, tak że będę miał nie daj Bóg! Nebulę, parę nakładów w paper-backach, a może nawet (nie wierzę zresztą) trochę forsy z tego, lecz differentia specifica moja, to, że ja NIE JESTEM z tej hałastry, utonie w kompletnej niewiedzy. Tego więc przyciągania, przyssania i pochłonięcia się boję. [KLK, 11.02.72]


W listach Lem zgłasza ponownie swoje pretensje do amerykańskich sfer akademickich, które bezkrytycznie nobilitują całą literaturę SF, nie próbując nawet oddzielić plew o ziarna, które występuje w „homeopatycznej dawce”. Projekt Science Fiction Research Association, który miał w swoim założeniu zajmować się krytyczną analizą gatunku, rozczarowuje Lema przede wszystkim swoim kunktatorstwem:


SFRA wydawał mi się poważnym projektem, na fali rosnącego zainteresowania kół akademickich w Stanach, w ogóle w Ameryce, fantastyką „naukową”. Tymczasem widzę, że pp. akademicy starają się nie urażać, z wszystkimi sławami ghetta SF żyć w miłej zgodzie, wymijając wszelkie szanse zadrażnień. [KLK, 01.02.72]


Uniwersytety wchłonęły SF z całym dobrodziejstwem inwentarza i teraz panowie akademicy z atencją grzebią w śmieciach, udając że one pięknie pachną. Taka bezmyślna apologetyka grozi totalnym wyjałowieniem całego nurtu: nobilitacji ulegają utwory miałkie, kosztem nielicznych książek wartościowych. Literaturoznawcy nie są w stanie przy tym zdobyć się na ujęcie całościowe, brakuje im zarówno właściwego uchwytu metodologicznego, jak i odpowiedniej perspektywy:


Biedne akademicko-uniwersyteckie wyprasowane metodologicznie duszyczki bają, ględzą, rozcinają włoski na czworo, i nie widzą wcale, co to za włoski, w jakim one miejscu wyrosły i ile są warte. [KLK, 11.04.76]


Skoro nie potrafią się połapać w tym wszystkim eksperci, trudno za upadek SF w wydaniu amerykańskim winić mało wymagających czytelników. Nie znaczy to, że należy ich rozgrzeszać. Jest to publiczność leniwa, niewybredna, poszukująca łatwych wrażeń, impregnowana na jakiekolwiek subtelności, pozbawiona poczucia humoru. Nie tylko nie łaknie ona intelektualnej rozrywki, ale do bardziej ambitnych utworów odwraca się po prostu plecami:


Rynek jest ponad wszelką wątpliwość zapchany olbrzymimi masami śmiecia, które sprzedaje się dość jako-tako; przepychać się przez te zwały śmiecia autorowi (czy autorom), którzy chcą pojawić się jako homines novi, jako osoby bez określonej „marki firmowej”, potwierdzającej niejako z góry jakość ich produktów, jest rzeczą zarówno ryzykowną jak trudną. Publiczność, jaką utworzyła sobie SF, odznacza się w swojej masie bezwładnością umysłową, intelektualnym ubóstwem i zupełną głuchotą na „czary” artystycznych jakości literackich. Z uwagi na to, publiczność ta nie jest żadnym selektorem, zdolnym odróżnić utwory oryginalne od nieoryginalnych, a nawet, myślę, woli ona rzeczy wtórne i podobne do już znanych od wszelkiej innowacji. [KLK, 10.10.82]


Lem wytacza przeciwko SF w wydaniu amerykańskim dwa dodatkowe zarzuty. Po pierwsze, wytyka jej ksenofobię i nietolerancję. Ludzie powołani do wyznaczania naszych gatunkowych perspektyw, na co dzień kierują się wyłącznie własnym interesem i uprzedzeniami. Bronią się rękami i nogami przed dopływem świeżych idei, które mogłyby okazać się dla nich konkurencyjne. Jednak za dużo poważniejszy grzech matecznika SF Lem uważa brak poczucia humoru, porównywalny jego zdaniem do ponurej doktryny III Rzeszy:


Wściekłość na SF wywołuje we mnie ta okoliczność, że w niej z bydlęcą powagą (mit tierischem Ernst) robione są w kółko i tak samo rzeczy, które muszą, tj. powinny wywoływać huragany śmiechu. Albowiem brak poczucia humoru jest dla mnie nie mniej przerażający od braku litości – TYPEM humoru SF spokrewnia się (o ile w ogóle uznaje humor) – strach powiedzieć, z hitleryzmem, z jego „poczuciem dowcipu”. [KLK, 10.04.74]


Próby oczyszczenia gatunku Lem generalnie uważa jednak skazane na niepowodzenie. Rozkład wydaje się być zbyt głęboki, choroba, która toczy SF, jest tak zaawansowana, że pacjenta nie da się uratować:


SF jest przede wszystkim terenem, który uległ nieprawdopodobnemu wprost zaśmieceniu – na którym problemy zostały wrzaskliwym śmieciem zasypane i przesłonięte. Ale, skądinąd, doprawdy nie widzę żadnej możliwości odwrócenia tego trendu kompleksowego, gdyż to nie jest zadanie na siły jednostek, nawet gdyby te jednostki były Dostojewskimi i Einsteinami naraz. [KLK, 1.02.72]


Warto jednak te ponure rozważania zakończyć bardziej optymistycznym akcentem: pomimo wszystkich środków zapobiegawczych, wysokich murów, inkwizytorów z SFWA, Lem wdarł się do amerykańskiej twierdzy SF i wywołał sporo twórczego fermentu w mateczniku tego gatunku.

 

3. Lektury i preferencje literackie pisarza


Skoro znamy już niechęć Lema do masowej produkcji spod znaku Science Fiction, spróbujmy ustalić, których pisarzy uważa on za pełnoprawnych obywateli Górnego Królestwa literatury. Zidentyfikowanie lektur pisarza może potwierdzić hipotezy intertekstualne, ułatwić odszyfrowanie niektórych zakamuflowanych aluzji literackich i odniesień. Lem często i chętnie bierze na warsztat cudze utwory, jest przy tym namiętnym i wnikliwym krytykiem literackim: świadectwa jego obcowania z książkami możemy znaleźć w wielu szkicach, recenzjach, esejach i posłowiach, między innymi w Fantastyce i futurologii oraz Moim poglądzie na literaturę. Wartość tych pisanych z prawdziwą pasją tekstów jest niejako podwójna: otrzymujemy z jednej strony błyskotliwą interpretację, przeprowadzoną przez „człowieka z branży”, a przy okazji docieramy do źródeł twórczości samego Lema. Z uwag Lema o innych pisarzach dowiadujemy się najwięcej o samym autorze. Recenzje dostarczają nam informacji warsztatowych, jak choćby podany przy okazji Dostojewskiego przepis na konstruowanie bohaterów utworu za pomocą „bezlitosnego rozkładania na czynniki, trawienia, analitycznego przyswajania cech osobowości tak przyjaciół, jak wrogów, jednakowo obcych czy najbliższych; z powstającego w tym procesie »surowca« poprzez wtórną niejako reinkarnację w głębi umysłu twórcy, poprzez zadziwiające nieraz tworzenie hybryd, zgęstków cech bądź ich rozrzedzeń »wyanieleń« bądź »udiableń«”[95] Często otrzymujemy postulaty programowe, dotyczące funkcji i obowiązków literatury. Zwiedzając bibliotekę Lema, pamiętajmy, że jest to miejsce w jego twórczości szczególne, rodzaj sanktuarium, które jest równocześnie modelem świata, jako uniwersum znaków.


Księgi zakazane, czyli anatomiczne i osteologiczne atlasy ojca-lekarza, które autor Solaris ukradkiem chłonął w dzieciństwie, stanowiły szkielet dla późniejszego ujęcia człowieka w kategoriach złożonego oraz przypadkowego układu ewolucyjnego: „Biologia pociągała mnie już w gimnazjum: być może, na człowieka jako na pewien rodzaj KONSTRUKTU patrzałem już podówczas, kiedy o tym, że TAK go ujmuję, pojęcia jeszcze nie miałem, a sprawić to mogło otoczenie domowych książek” [KLK, 3.11.74]. Głęboko emocjonalny i osobisty stosunek dziecka do literatury ilustruje wierszowana historia komara, którego dramatyczny upadek każdorazowo powodował prawdziwą rozpacz kilkuletniego Stasia. Podczas okupacji niemieckiej we Lwowie dwudziestoletni pisarz zaczytuje się poezją Rilkego, którą próbuje nawet przekładać na język polski. Wyraźnie wpływy Rilkego, które sam autor przedstawia złośliwie jako „»piękności« stylu i językowe »kwiecie«”[96], widoczne są nie tylko w młodzieńczych utworach Lema, wierszach i Obłoku Magellana, ale również w Solaris i Wysokim Zamku.[97]


Dojrzały Lem jest czytelnikiem uważnym i dociekliwym, który większość książek, szczególnie filozoficznych, studiuje w oryginale: po niemiecku, rosyjsku, angielsku, francusku. W jednym z listów ubolewa, że nie zna jidysz, aby móc zapoznać się z twórczością Isaaca Singera. Stosunek Lema do literatury jest bardzo osobisty, w pewnym momencie porównuje obcowanie ze słowem drukowanym do kontaktu z innymi ludźmi, na podobieństwo pociągu lub repulsji do kobiet. Na podstawie tych predylekcji dzieli on książki na cztery ogólne kategorie:


Istnieją, jak wiadomo, książki, które lubimy i szanujemy, takie które lubimy, ale których nie szanujemy, takie które szanujemy, ale które nie lubimy, oraz na koniec zarówno nielubiane i nieszanowane. Dla mnie należą do 1. kategorii książki, NIE WSZYSTKIE, Bertranda Russela; do drugiej Simenona, do trzeciej – Kafki, do czwartej np. książki Science Fiction. [KLK, 9.02.75]


Jeżeli chodzi o współczesną literaturę polską, niedocenianą na ogół na Zachodzie, to autor wspomina o Witkacym, Mrożku, Konwickim. Rekomenduje opowiadania obozowe Borowskiego, jako dokument i wstrząsającą literaturę najwyższej rangi, ale przede wszystkim poleca krótkie formy Jana Józefa Szczepańskiego:


Co do literatury polskiej, dzieła i pisarskie osoby na świeczniku nie zawsze są tożsame z dziełami i pisarzami, których najwyżej cenię. Nie wiem, czy zna Pan coś z twórczości Jana Józefa Szczepańskiego (Polska Jesień, Portki Odyssa, Buty, Ikar, Wyspa, Koniec Westernu). Nie wspominam o nim dlatego, że to mój przyjaciel, ale dlatego, ponieważ uważam jego dzieło za wyjątkowo trwałe mimo pewnej powierzchownej zgrzebności czy niesensacyjnej szarzyzny, jaką w nim niektórzy widzą. Głośniejszy od niego T. Konwicki ma mój szacunek i uznanie, lecz właściwie są to ludzie, także w książkach swoich – nieporównywalni. [KLK, 24.03.72]


Lem ceni sobie również twórczość Romantyków. Jeden z listów rozpoczyna od obszernego cytatu z ballady Romantyczność Adama Mickiewicza, stając rzecz jasna po stronie starca, jako przedstawiciela scjentyficznego poglądu na świat: „szkiełko i oko” pozostaje dla Lema ostateczną poznawczą instancją. W innym miejscu rozkoszuje się walorami poetyckim późnych dramatów Słowackiego, w przeciwieństwie do nazbyt skomplikowanych wierszy Norwida, które przypominają „logogryfy, szarady i inne łamigłówki razem z rozwiązaniami.. a poezji, to tam niezbyt jest wiele” [KLK, 6.09.75]. Kawałek dalej w tym samym liście gorzko wzdycha:


Romantycznym poetą może i przyjemniej być, niż racjonalistą podszytym różnymi kompleksami, który wdepnął w Science Fiction i nie może się z niego wydostać.


Przy okazji Cyberiady z uznaniem przywołany zostaje Sienkiewicz - za stylizację językową Trylogii, która wydaje się czytelnikowi bardziej autentyczna od oryginalnej polszczyzny XVII-wiecznej. Do Sienkiewicza Lem powraca nieustannie w swoich pisanych dla „Odry” w latach dziewięćdziesiątych Rozważaniach sylwicznych. Raz broni go przed krytykami, rozkoszuje się destylatem wspaniałej polszczyzny, tajemniczą magią Trylogii, dowodząc, że nie można jej zdekonstruować do części składowych: „to, co nas czaruje i poraża jako całość, pozostaje daleko potężniejsze aniżeli elementy budowlane, i w tym tkwi tajemnica”[98]. Czasem chłoszcze autora Ogniem i mieczem za epatowanie okrucieństwem, „krwawą leksykografię”[99], zboczenia seksualne oraz błędy rzeczowe. Przy tej okazji na ciekawy aspekt stylu krytycznoliterackiego Lema zwraca uwagę Aleksander Fiut.[100] Lem bardzo często upodabnia swoje recenzje do ich obiektu, pokazując jak swobodnie potrafi się poruszać „na terenie przeciwnika”. Przejmuje sienkiewiczowski sposób operowania słowem, specyficzną frazę, folguje sobie przy użyciu zdań wielokrotnie złożonych, archaizmów i wyrażeń zaczerpniętych z łaciny. Aleksander Fiut dostrzega nadrzędne paralele, jakie ujawniają się na rozlewnym obszarze całego cyklu Rozważań sylwicznych: soczystość stylu, gawędziarstwo, nawiązywanie bezpośredniego kontaktu z czytelnikiem, przywiązanie do tradycji. „Za jedno z wielu wcieleń Stanisława Lema można uznać Sarmatę, który [...] wędruje po galaktykach tekstów oraz ich rozmaitych konkretyzacjach”.[101]


Na pierwszym miejscu jednak w polskiej literaturze Lem stawia Gombrowicza, nie ukrywając wpływu, jaki ten autor wywarł na jego twórczość. Narzeka co prawda na gombrowiczowski „generator pomysłów”, twierdząc, że powiela swoje własne schematy fabularne, zawarte w pierwszej książce. Czuje jednak silną więź duchową z autorem Kosmosu, towarzyszy im wspólne poczucie daremności i rozpaczy, ukryte za groteskową fasadą:


żywioł komizmu, jaki Gombrowicz umiał rozpętać, zastanawiał mnie zawsze pod względem kompozycyjnym – usiłowałem się tego uczyć, jeśli w ogóle powiedzenie takie cokolwiek znaczy. Między humorystami, także z tzw. „wielkich”, a pisarzami, którzy z komizmu zrobili bomby do wysadzania świata, zieje otchłań. Gombrowicz na pewno nie jest humorystą... [KLK, 1.07.72]


Literatura światowa to oczywiście nieśmiertelny Szekspir, wielokrotnie cytowany w trakcie korespondencji oraz obszernie omawiany Kafka. Ten ostatni pojawił się w kontekście literackich koneksji Pamiętnika znalezionego w wannie. Wszyscyśmy z Kafki, mówi Lem, ale rzeczywistość XX wieku przerosła najgorsze oczekiwania. Dramat Kafki był dramatem jednostki, subiektywnym, w pewnym sensie alegorycznym, natomiast tragedia kilku milionów zagazowanych Żydów ma wymiar jednocześnie realny, jak i uniwersalny:


Nasz świat ma już po prostu inne perspektywy, inne otwarł przestrzenie, niż te, w których mordowali się bohaterowie Kafki. Tamte nie uległy ani trochę unieważnieniu: po prostu nasz garb się powiększył. [KLK, 4.07.72]


Lem nie jest apologetą literatury realistycznej, biernie odbijającej wydarzenia świata rzeczywistego: „odnoszę wrażenie, że wciągają mnie między ludzi, którzy nic a nic mnie nie obchodzą”. Nie dotyczy to Dostojewskiego, duchowego brata Lema, „chociaż jest to bliskość choroby, nieszczęścia, piekła, zmory i wreszcie widma mogiły, a nie jakaś inna” [KLK, 24.03.72]. Dostojewski pozostaje głęboko zakorzeniony w rosyjskiej rzeczywistości, wyrasta jednak ponad jakiekolwiek kwestie lokalne: jego twórczość ma zasięg ogólnoludzki i uniwersalny. Proroczy talent polega na umiejętności wydobycia ze spraw codziennych ich porządku ponadczasowego:


Dostojewski był całkiem zwyczajnym geniuszem, czyli gdy chciał pisać idiotyzmy, to mu nie wychodziły, zupełny król Midas, czego się tknął, obracał w złoto, z wizyty u starej kurwy umiał zrobić metafizykę najwyższego lotu (Historia o mokrym śniegu) – inna rzecz, że jak CZASEM się poślizgnął, to już NA CAŁEGO – na pysk. Och, on był jak taka największa baba, z tych wie Pan rosyjskich zabawek, taka co ma wszystkie inne baby w sobie. Nie można go skutecznie transcendować. Zawsze człowiek w końcu uwięźnie. [KLK, 10.11.72]


O Dostojewskim Lem wypowiada się z niekłamanym zachwytem i niepowściągliwie. Podkreśla postmodernistyczny charakter jego prozy, polifoniczność wypowiedzi i niedomówień, pozorną niekonsekwencję działań, które jednak na płaszczyźnie wyższego rzędu osiągają funkcjonalną spoistość. Utworem, który Lem najbardziej sobie ceni i wielokrotnie się do niego odwołuje, są Notatki z podziemia, „wywody małego, zdeptanego przez życie człowieczka, którymi po dziś dzień żywi się cała »czarna« literatura świata”[102]. Lem wspomina również Nabokowa, jednak porównanie tych dwóch rosyjskich pisarzy wypada zdecydowanie na korzyść autora Zbrodni i kary. „W ostatecznym rozrachunku okazuje się, że z dwu pisarzy, z których jeden nie chce liczyć się z konsekwencjami, a drugi po prostu ignoruje je, pisząc, ten pierwszy jest słabszy: działa przeciw czemuś, jak człowiek, a drugi tylko działa, jak demiurg”[103].


Lem miażdży ostatnią powieść Sołżenicyna - Sierpień czternastego, jako efekciarską i nadętą, choć cały Paryż klęczy przed nią na kolanach. Chwali twórczość Bellowa, z którym łączy go filozoficzny dystans wobec świata. Bellow w tym czasie dostaje nagrodę Nobla, jednak Lem ceni sobie tylko jego dwie, bardzo odległe od siebie książki: Henderson, król deszczu oraz Mr. Sammler's planet:


Są pisarze, od pierwszego odezwania się „pełni”, „gotowi”, których wzrost z upływem czasu jest tylko rozrostem „wszerz” i „wgłąb”, ale wciąż w tym samym miejscu. I są pisarze, którzy długo muszą bełkotać, nudzić, męczyć siebie i czytelników kolejnymi książkami, zanim sprzęgną w szczęśliwej chwili swoje rozbieżne potencje, aby dać Arcydzieło. Bellow jest raczej bliższy drugiemu, niż pierwszemu modelowi. Adventures of Augie March pozostawiły mnie zupełnie obojętnym; w Herzogu całościowy zamysł bardziej mnie wziął, niż wykonanie. Naprawdę zauroczył mnie Henderson the Rain King i wielekroć czytałem od nowa Mr. Sammlers Planet, pierwsza rzecz jest bowiem pyszną komiczną fantazją, a druga – tzwanym „rozrachunkiem z naszymi czasami”. [KLK, 20.11.76]


Napisany w 1976 Dar Humboldta, przysłany przez Kandla w prezencie, skrajnie rozczarował Lema: uważa go za literacki humbug, książkę pustą i wtórną, pisaną na zamówienie, nieudolnie, z zadęciem. Z uznaniem wypowiada się o rozpiętości rejestrów Singera, w ramach rekolekcji literackich wraca do lektury Hiroszimy J. Herseya oraz opowiadań O.Henry'ego. Do tych ostatnich bardziej ze względu na ich walory socjologiczne (malownicze studium American Dream), niż artystyczne. XVII-wieczne Dzienniki Pepysa (w tłumaczeniu Marii Dąbrowskiej) stanowiły dla Lema wzorzec literatury pamiętnikarskiej - zwięzłej, precyzyjnej i mięsistej. Ich echa możemy odnaleźć w Dziennikach gwiazdowych i Kongresie futurologicznym. Utwory Rotha uważa za płaskie i niesmaczne, Agata Christie go zwyczajnie nudzi. Dostaje się nawet Ulissesowi Joyce'a, jako lingwistycznej galanterii, jałowej i pozbawionej głębi: „Otchłanie pokazuje ta książka tylko między fallosami i otworami, do których można je wkładać” [KLK, 5.04.74]. Ze względu na zawodowy obowiązek musi przeglądać bieżącą produkcję SF, która generalnie wywołuje w nim oczywiście obrzydzenie:


Wciąż dostaję książeczki SF od firm z USA i są one zamraczająco niedobre. Odczuwam takie zażenowanie, kiedy je biorę do ręki, aby prędko wynieść do piwnicy, jakbym był lokatorem burdelu, branym przez gości za jedną z zawodowo prostytuujących się osób! [KLK, 15.03.74]


Równie brutalnie rozprawia się z bestsellerami Vonneguta („błaznujące, pajacowate, trywialne”[KLK, 12.11.76]), jak i Kontaktem Sagana, któremu zarzuca wazeliniarstwo, brak wyobraźni i mielizny intelektualne. „Myślę, że jak kto gotów u Was zainwestować 1 000 000 $ w reklamę, to bestseller można zrobić ze starej książki telefonicznej”. [KLK, 15.01.87] Do wyjątków należą powieści Ursuli Le Guin oraz Wojna światów Wellsa. Tej ostatniej książce udało się przedrzeć do głównego nurtu literatury: „...tylko na bezwzględnym realizmie szczegółów osadzona, we wszystkich indywidualnych i zbiorowych reakcjach wiarygodna opowieść może – z takiej bazy – wkroczyć w mistrzostwo; więc wizjonerstwo fantastyki okazuje się na tyle sprawdzalne, o ile potrafi z wyimaginowanych elementów złożyć rzeczywistość potwierdzoną przez historyczne doświadczenie”[104]. Książka Wellsa, będąc niekwestionowanym arcydziełem, pozostaje odporna na erozję czasu i wciąż obrasta nowymi sensami.


Do poduszki Lem czyta oczywiście filozofów. Przede wszystkim Bertranda Russela i jego History of Western Philosophy, napisaną wspaniałym językiem: „kostycznym, zwięzłym i złośliwym”. Do tego dzieła zebrane Poppera, którego niektóre idee Lem (krytyka Platona i Hegla, podobieństwo mechanizmów działania ewolucji do funkcjonowania umysłu człowieka) uważa w stosunku do własnych za paralelne.[105] Również eseje Canettiego - studium Masa i władza Lem odkrył na sześć lat przed Szwedzką Akademią:


Za wszystkie honoraria z zach. Berlina nakupiłem sobie książek, całego Poppera prawie, po niemiecku, 3 tomy Canettiego (ja wiem, że Pan jest głuchy na moje poradnictwo w zakresie lektur, ale niech Pan na miłość boską dla Canettiego zrobi wyjątek! Jego studium o masach ludzkich i o Hitlerze, to są naprawdę intelektualne rewelacje!!!) . [KLK, 26.05.75]


Dla urozmaicenia Lem sięga po prace Schopenhauera (chociaż podkreśla, że bliżej mu do poglądów Poppera), pouczającą Historię kultury Chin Fitzgeralda albo Korzenie zła Hanny Arendt. Koncepcję Arendt - zła intencjonalnego, ale zupełnie bezinteresownego – Lem uważa za rodzaj fantastyki socjologicznej o proweniencjach talmudycznych, niemniej jednak:


udało jej się właśnie drogą przesady, uproszczeń i gwałtów zadawanych materiałowi faktycznemu, przykrawanemu do koncepcji a priori, zmaterializować pewną „aurę”, pewien „genius temporis acti” - tego czasu, który dubeltowo znam z autopsji. To ciekawe, że właśnie drogą hiperbolizowania, emfazy, makabryzacji, „czarnego uwznioślenia”, jednym słowem – Ersatzem piekielnej transcendencji, przybranej w szatę wykładu ściśle niby naukowego – można ewokować stany społeczne, stany rzeczy, do których mozolna rzeczowość zwyklejszych analiz socjologicznych dobrać się nie potrafi. [KLK, 30.08.73]


Interpretacje literatury w wykonaniu Stanisława Lema mają charakter otwartych, interdyscyplinarnych poszukiwań. Autor, świadomy naszego uwikłania w paradygmaty poznawcze oraz schematy kulturowe, nie dąży do odkrycia ostensywnych sensów utworu ani nie podejmuje prób kanonicznego ich odczytania, ale raczej stara się pokazać mechanizmy odbioru, jakie uruchamia tekst. Otwarta formuła polega na nieustannym włączaniu w proces interpretacji innych tekstów, badaniu ich wzajemnych związków, porównywaniu diachronicznych konkretyzacji. „Świadectwa literackiego odbioru, jakie Lem pozostawił, dowodzą, iż w lekturze fascynuje go przede wszystkim wieloaspektowość tekstu, jego nierozstrzygalność, tzn. podatność na różne, niesprowadzalne do siebie wzajem interpretacje”.[106] Literatura jest fragmentem wielkiej księgi natury, w której wszystkie organizmy żywe skazane są na nieskończone odczytywanie kawałka splątanego, samolubnego kodu.

 

VII. KULTURA

Na początku było słowo. Z języka narodziła się kultura, której fundamentalny składnik stanowi literatura. Odrębną, autonomizującą się częścią kultury pozostaje na nauka i technologia. Mamy do czynienia ze złożonym hierarchicznym układem, którego systemowe cechy autor Filozofii przypadku próbuje wyodrębnić. „Lem zdradza silny związek nie tyle z jakąś konkretną dyrektywą epistemologiczną, ile z nowym sposobem myślenia o świecie, wyprowadzonym z ogólnej teorii systemów i jako nadrzędny paradygmat obecnym w wielu dziedzinach wiedzy”.[107] Traktuje kulturę jako wielopoziomowy system: jego modelem jest matrioszka, rosyjska zabawka złożona z wydrążonych, włożonych jedna w drugą drewnianych lalek. System kultury można z kolei odnieść do biocenozy, badając podobieństwa i różnice, jakie zachodzą pomiędzy nimi: „Hierarchia podobnych całości pozwala na przeprowadzenie porównań między jej poziomami: czym jest w biocenozie jeden gatunek żywy, tym w kulturze – literatura; czym dla »ekspresji« życia organicznego kod dziedziczności, tym dla życia umysłowego język etniczny” [FP, 25]. Dzieło literackie Lem porównuje do genotypu, a jego odczytanie będzie odpowiednikiem fenotypu. Na obszarze natury i literatury działają podobne mechanizmy doboru i selekcji, których ślepą siłą napędową pozostaje przypadek.


Kłopoty z definicją kultury częściowo spowodowane są faktem, że nieuchronnie jesteśmy skazani na definiowanie jej za pomocą kategorii, produkowanych przez nią samą. Lem w Filozofii przypadku proponuje ewolucyjne i funkcjonalne ujęcie kultury, którą wytwarza mózg „jako strategię przeżywania, z której gatunek może się wycofać i może ją zmienić na całkowicie odmienną, nie zatracając przy tym wcale danej genotypowym znieruchomieniem identyczności gatunkowej” [FP, 25]. Kultura jest formą adaptacji organizmu, powstałą w odpowiedzi na nieprzewidywalność warunków środowiskowych. Jest to gra o przeżycie z naturą, obarczona wtórnym systemem interpretacji: pozwala na neutralizację wpływu zjawisk losowych poprzez podjęcie działań instrumentalnych, równocześnie pełniąc funkcję konsolacyjną - poprzez nadawanie przypadkowi określonego sensu. Najbardziej skrajną formę uporządkowania świata stanowi wiara, która każdy element świata interpretuje w sposób zdeterminowany i jednoznaczny (definicja podana w słowniku filozofii podkreśla wspólny rdzeń słów „kultura” i „kult”[108])


Stanowisko Lema w kwestii wiary rekonstruuje Szpakowska w pierwszym rozdziale swoich Dyskusji ze Stanisławem Lemem. Przebieg jej wywodu wydaje się zasadniczo słuszny, przytrafia jej się jednak po drodze kilka potknięć: sugeruje, jakoby Lem często odwoływał się do autorytetu Kołakowskiego, imputuje autorowi Solaris agnostycyzm oraz utrzymuje, że ewolucja zainteresowana jest w tym, by ustroje „ginęły jak najszybciej”[109]. Lem, jeżeli przywołuje poglądy Kołakowskiego, to raczej po to, aby się z nimi rozprawić, co prawda elegancko i w rękawiczkach, ale dosyć stanowczo. Ewolucja żywotnie zainteresowana jest przetrwaniem organizmów – przynajmniej tak długo, dopóki nie przekażą swojego kodu genetycznego następnym nosicielom. Agnostycyzm natomiast zakłada, że istnienie i nieistnienie Boga to równorzędne możliwości. Tymczasem w siedmiostopniowej skali, zaproponowanej przez Dawkinsa w Bogu urojonym[110], której szczebel pierwszy oznacza „stuprocentową pewność istnienia Boga”, Lem bez dłuższego wahania wybrałby stopień ostatni, czyli ateizm, jako równie silne przekonanie, że Bóg nie istnieje:


...ateizm mój jest chłodnym, wystygłym, ani zrozpaczonym nadto, ani oburzonym ateizmem, jakkolwiek Pan nader zabawnie określiłeś to, że ja Pana Boga za złe sprawowanie relegowałem z intelektu mojego. Nie, na serio, ani trochę, lecz w końcu to jest LITERATURA, czyli nie sobie myśli gra, ale między wielkim ZWIERCIADŁAMI KULTURY, więc gdy miliardy istot mnie trochę podobnych wierzyły, wierzą, będą wierzyć, trudno bym ja za układy odniesienia tej wiary pisząc nie przyjmował. Ja raczej wykonywałem kilkakrotnie reductio ad absurdum już to wiary, już to Boga, już to, dokładniej, pewnej takiej INTERESOWNOŚCI, którą się wiara żywi. [KLK, 7.12.72]


„Złe sprawowanie” polega na okrucieństwie i bylejakości świata: „Stwórca nie może być małym szują, manipulatorem, ironicznie zabawiającym się tym, co stwarza”[111]. Mamy tutaj do czynienia z elementarną logiczną implikacją (p → q): jeżeli doskonały (wszechmocny i dobrotliwy) Bóg istnieje [p] , to [q] stworzony przez niego świat powinien być również doskonały. Wyznaczenie wartości implikacji przedstawia następująca tabela:

 

p q p → q
0 0 1
0 1 1
1 0 0
1 1 1

Wiemy, że świat nie jest doskonały, czyli q = 0. W sytuacji, kiedy następnik (q) jest fałszywy, pozostaje tylko jedna możliwość uratowania prawdziwości logicznej całego założenia: poprzednik (p) musi być również fałszywy. Nie żyjemy wcale w najlepszym z możliwych światów, ergo Boga nie ma. Jerzy Jarzębski uważa co prawda taką konstrukcję za niezbyt wyszukaną[112], przynajmniej pod względem artystycznym, siła logiki polega jednak przede wszystkim na jej prostocie. Ciekawą propozycję rozwiązania teodycei proponuje Lem w postaci koncepcji „Boga kalekiego”, a więc takiego, który nie jest wszechmocny ani doskonały. Pomysł ten autor Głosu Pana beletryzuje w wielu miejscach swojej twórczości. Ułomny Bóg może być człowiekiem-naukowcem, piszącym własną wersję Genesis bądź niepojętą istotą obcą, jak monumentalny, nieprzenikniony plazmatyczny ocean na Solaris[113], czyniący okrutne cuda.


Ma to być Bóg ograniczony w swojej wszechwiedzy i wszechmocy, omylny w przewidywaniu przyszłości swoich dzieł, którego bieg ukształtowanych przezeń zjawisk może wprawić w przerażenie. Jest to Bóg... kaleki, który pragnie zawsze więcej, niż może, i nie od razu zdaje sobie z tego sprawę. Który skonstruował zegary, ale nie czas, jaki odmierzają. Ustroje czy mechanizmy służące określonym celom, ale one przerosły te cele i zdradziły je. I stworzył nieskończoność, która z miary jego potęgi, jaką miała być, stała się miarą jego bezgranicznej klęski. [114]


Stwarzane przez niedoskonałego demiurga światy będą równie niedoskonałe, a tym samym zdeterminowane tylko częściowo. Pojawia się w takim wypadku pytanie, kto lub co w takim świecie odpowiada za zło? Człowiek? Natura? Kultura? Odpowiedź, jak to zazwyczaj u Lema bywa, nie jest jednoznaczna: „cała jego twórczość jest wielką, rozpisaną na głosy debatą na temat, jak współcześnie, w ramach obowiązującej racjonalności, wytłumaczyć istniejące na świecie zło”[115]. Przede wszystkim, dobro i zło są kategoriami czysto antropologicznymi – przynajmniej dopóki nie wykryjemy w kosmosie jakichś innych rozumnych cywilizacji. Nie możemy naszej skali wartości rozszerzać na zjawiska natury kosmicznej: trudno przypisywać diaboliczne cechy wybuchom supernowych czy niecne intencje mechanizmom ewolucyjnym. Homo sapiens okazuje się niespodziewaną wygraną w kosmicznej loterii, „niedobitkiem miażdżeń i całopaleń”, krupier pozostaje jednak wobec tego cudownego przypadku doskonale obojętny. W wielkim młynie wszechświata człowiek jest zaledwie pyłkiem mąki


Moralność, fundowaną nam przez kulturę, możemy więc rozpatrywać wyłącznie w wąskiej przegródce z napisem życie, na której zatrzymało się koło fortuny. Kultura - odpowiedź na nieobliczalność i nieprzewidywalność natury - sama jest w dużej mierze tworem przypadkowym. Sposób interpretacji świata, jako systemu znaków, wypracowany w początkowych etapach rozwoju, przesądza o dalszym kształtowaniu się formacji kulturowych: „...decyzje, jakie zbiorowość (bezwiednie) podejmuje w bardzo wczesnych stadiach kulturogenezy, determinują decyzje, jakie zapadną może i dziesiątki tysięcy lat później” [FP, 321]. Stąd istotne różnice pomiędzy różnymi obszarami kulturowymi. Początkowym stadium rozwoju kultury są zawsze mity, jako „łady zdeterminowane małą liczbą elementów i widoczne w małej liczbie wzorców” [FP, 322]. Stopniowo, w miarę narastania znaczenia naukowej interpretacji świata, łady stają się coraz bardziej złożone i oparte na empirycznych metodach weryfikacji.


Do narodzin istot inteligentnych prowadzi więc gigantyczny splot przypadków, począwszy od unikatowej konfiguracji ciał niebieskich, podczas której dochodzi do kształtowania się biofilnych planet, poprzez osobliwą organizację pramaterii w jakiejś prakałuży w związki chemiczne, posiadające zdolność samoreplikacji, skończywszy na powikłanym i nieobliczalnym procesie ewolucji. Przypadek odgrywa również istotną rolę w formowaniu się kultury. „Stochastyczny model uniwersum tłumaczy nam przyczyny naszego nierozumienia zjawisk, kładąc kres nadziejom na odkrycie jakiejś powszechnie obowiązującej »semiotyki Kosmosu«, uczy zarazem szacunku dla tej wysepki ładu i sensu, jaki kultura stworzyła wokół nas”.[116] Przypadek w pewnym sensie zajmuje miejsce relegowanego przez Lema Boga, tłumacząc, dlaczego świat jest niedoskonały. „Probalistyczny model kosmosu i ewolucji”[117] pozwala złagodzić ich mimowolne okrucieństwo. Filozofia przypadku z jednej strony usprawiedliwia partactwa kreacji, a przy tym umożliwia ostrożne poszukiwanie prawidłowości i statystyczne modelowanie biegu wydarzeń


Człowiek, nie jest z natury ani dobry ani zły. Standardowe cechy wrodzone - wiatyk, z jakim przychodzimy na świat - o niczym nie przesądzają ani tym bardziej nie rozgrzeszają. To prawda, że mamy pewne brzydkie skłonności[118], decydującą rolę odgrywają jednak normatywne mechanizmy kultury:


Właściwie łatwo jest doprowadzić znaczną większość przeciętnych (normalnych) ludzi do zadawania innym cierpień. To, że jest tak właśnie, sprzecza się tylko z obiegowymi poglądami na niejaką zacność natury człowieka; natura ta nie jest ani zacna, ani „niezacna”, a tylko skrajnie podległa kształtowaniu sytuacyjnemu. Genius loci i genius tempori albo umożliwiają albo utrudniają działania wymienionego typu. [10.7.74]


Kultura masowa, wszechobecna w drugiej połowie XX wieku, prowadzi zdaniem Lema do patologii. Globalna skala przekazu wywołuje dezorientację i chaos, informacyjna powódź oznacza płynny relatywizm, zalew dzieł sztuki uszkadza estetyczne filtry, powodując erozję wartości. „Pompy instrumentalizmu tłoczą w społeczne obiegi informacje w takim tempie, że zawodzą przeciążone nadmierną podażą mechanizmy naturalnego doboru wartości”. [FP, 345]. Ponadto współczesna kultura nie nadąża za eksplozją technologii, człowiek nie umie zrobić właściwego użytku z osiągnięć naukowych, prawodawstwo jest bezradne, ciągle pozostając o krok w tyle za nowymi formami przestępczej aktywności. Nauka odbiera kulturze jej magiczne właściwości, często nie oferując w zamian żadnego pocieszenia. Lem, zawsze (wyjąwszy z urzędu optymistyczne eutopie z początku lat pięćdziesiątych[119]) bardzo nieufny wobec procesów, jakie zachodzą na styku kultury i nauki, w latach siedemdziesiątych coraz bardziej pesymistycznie szacuje szanse dalszego rozwoju społecznego. Przemysław Czapliński wyodrębnia nawet kilka rodzajów katastrofizmu, stale obecnych w twórczości pisarza: katastrofizm antropologiczny, scjentyficzny oraz akceleracyjny.[120] Społeczeństwa komunistyczne skazane są na systemowy paraliż i totalitarne ubezwłasnowolnienie, kraje Zachodu zatracają umiarkowanie w konsumpcyjnej orgii, za którą prędzej czy później przyjdzie z lichwiarskimi odsetkami zapłacić:


Albo w kulturze zachodzi powolny proces samooczyszczania się, krystalizacji, klarowania, leżakowania i wtedy na ogół wszystko w niej gra, albo te automatyczne procesy innowacyjno-mutacyjne są jak dziś silnie uszkodzone, zakłócone i to jest patologia kultury, i na nią żadne pojedyncze enuncjacje nie mogą mieć wpływu. Widzę wokół siebie glacjał pustoszący umysły, pisma jakoby kulturalne, a za Wielką Wodą widzę odwrotność tego procesu, permissive, conditional chaos. W takiej sytuacji trzeba w ogóle zrezygnować z szukania zewnętrznych znaków drogowych i zdać się wyłącznie na siebie. [KLK, 11.04.76]


Świadoma konsumpcja dóbr kulturowych wymaga smaku oraz zaangażowania ze strony odbiorcy, tymczasem „jeśli ludzie nie są naturaliter bestiae nawet, to na pewno są cholernie leniwi, i gdy mamy pokarm przeżuty do dyspozycji, nikt sam rozgryzać nie chce, albo prawie nikt” [KLK, 3.02.72]. Lem oskarża kapitalizm o komercjalizację sztuki, co powoduje jej nieuchronne spłycenie oraz tandetność. Głęboki kryzys kultury nie jest zjawiskiem nowym w XX wieku, chociaż nowy wymiar jakościowy nadały mu mass media:


Mass media, prasa etc. sprawiają, że z masowymi szaleństwami czasów naszych mamy kontakt tak nieustanny, silny i intymny, że może w skutku deprymować i wywoływać rosnącą niewiarę w NIEobłędną naturę człowieka przeciętnego. ... Jak sądzę, w skali ogólnoświatowej mamy uszkodzoną granicę pomiędzy Normą a Szaleństwem. [KLK, 3.10.75]


Nieodwracalne uszkodzenie homeostatu kulturowego objawiło się kilkadziesiąt lat wcześniej, w postaci hitleryzmu, który był formą wynaturzonego, krwawego kiczu. Źródeł ludobójstwa Lem upatruje w wyparciu śmierci z naszej hedonistycznej kultury. Pisarz bardzo oszczędnie sięga do przeżyć okupacyjnych: w Szpitalu Przemienienia, wspomnieniach Rappaporta[121] w Głosie Pana oraz w napisanej dopiero w 1979 roku Prowokacji. Trauma wojenna pojawia się w listach wielokrotnie. „To nawet miłe ze strony mego mózgu, że od paru lat już przestał mnie zadręczać snami, w których powracała namolnie okupacja niemiecka”. [KLK, 6.03.74] Odwołując się do Holocaustu, Lem ostro strofuje rozmówcę za sugestie, jakoby bohater Pamiętnika znalezionego w wannie stał się więźniem Gmachu z winy swojej słabej osobowości. Nawet „żelazobetonowa osobowość” [KLK, 3.09.74] jest bezradna wobec zorganizowanej zbrodni, za którą stoi aparat państwowy. Doszukiwanie się, na podstawie korespondencji, sublimacji wojennych przeżyć w twórczości Lema jest o tyle trywialne, że Holocaust musiał mieć oczywisty wpływ na każdą uczciwą książkę, napisaną po wojnie. Stąd wypada ograniczyć się do zacytowania autora:


Co do rany mojej, ależ tak, to znaczy ja tylko przypuszczać mogę, skąd to... Doświadczyłem, w okupację niemiecką, absolutnej bezbronności i żyłem jak pluskwa w ścianie, za którą niemieccy fachowcy (doskonali! jak Eichmann) uganiali się z najlepszymi truciznami, i to mnie pouczyło, że trzeba sobie zapewnić Znaczną Glorię, znaczne Imię, być koniecznie Nie Byle Kim, ażeby tak łatwo nie zostać przeklasyfikowanym w pluskwę do rozgniecenia. To właśnie może być ta sekretna rana, ale jest to mój czysty domysł. Nawet moje wyjście w Kosmos może być po freudowsku wykładane jako Symboliczny Exodus (facet którego chcieli przez 5 lat jak pluskwę rozgnieść, umyka w Kosmos symbolicznie, bo realnie nie jest w stanie). [KLK, 14.10.75]


Obfity materiał do rozważań nad istotą kultury dostarcza Lemowi analiza różnic oraz zjawisk, jakie zachodzą na styku poszczególnych formacji. Strefy przygraniczne zawsze stanowiły dla pisarza źródło cennych obserwacji. Przykład Pamiętnika znalezionego w wannie pokazuje, jak trudne bywa synchroniczne porozumienie pomiędzy mieszkańcami krajów po obu stronach żelaznej kurtyny. Rozejście się wspólnoty interpretacyjnej, jako zbioru społecznych nastawień do literatury, spowodowane jest z jednej strony odmiennymi uwarunkowaniami historycznymi: narody Europy Wschodniej, doświadczone przez wojnę i totalitaryzm, mają świadomość nietrwałości kultury, kruchości subtelnej granicy pomiędzy normą a szaleństwem. Drugą przeszkodą pozostaje aktualna sytuacja społeczno-polityczna: „Teksty z naszych krain tutejszych, co są jak góry lodowe, bo widzialną część mają niklejszą od podtekstowej-niewidzialnej, w Waszym świecie podlegają generalnemu »nie-do-rozumieniu«”. [KLK, 9.05.73] Gra w chowanego, jaką twórcy bloku wschodniego zmuszeni są prowadzić z cenzurą, wymaga od czytelników gotowości i umiejętności szukania ukrytych sensów. Inna jest również skala problemów: zachodnia publiczność ślizga się po ich powierzchni, zachłystując się kunsztownymi piruetami, podczas gdy dla nas chlebem powszednim jest czerstwa Apokalipsa. Obydwie formacje kulturowe toczy nihilizm, jednak różne są przyczyny tej choroby naszych czasów:


Są właściwie dwa nihilizmy, wschodni i zachodni. Zachodni to jest ta „implozja aksjologiczna”, o której pisałem niejeden zresztą raz. Ruina Imponderabiliów, wiara w realizowalność Fajnego Lekkiego Łatwego Życia z mordą w śmietanie Tu, Zaraz, to, co w konsekwencji kładzie znaki równości pomiędzy miłością a kopulacyjnym maratonem, szczęściem i posiadaniem Kupy Forsy i Kupy Drogich Pięknych Rzeczy, etc. To jest jeden nihilizm, ten który sprawia, że liczy się tylko chwila, że krótkowzroczna staje się polityka, sztuka, wszystko obliczone na efekt natychmiastowy, wskaźniki Dow Jones, bezrobocia, inflacji trzeba poprawiać, a to, co decyduje o be or not to be, traci się kompletnie z oczu. To jest nihilizm społeczeństwa otwartego (Poppers open society). A w close society jest to nihilizm, wywołany rozbiciem społeczności na na miazgę jednostek totalną dezinformacją, fałszowaniem rzeczywistości, autorytarną kontrolą, środkami socjotechnicznymi, technologią wręcz – decerebracji, otępienia, tworzeniem postawy 100% cynicznej, jako jedynej opłacalnej życiowo. [KLK, 28.12.76]


Badanie substancji kultury idzie w parze ze sceptycyzmem poznawczym Lema. Podobnie jak język, który „zarazem odzwierciedla ORAZ kształtuje świat człowieka” [KLK, 9.01.75], również kultura pełni rolę podwójną: jest równocześnie obiektem oraz narzędziem opisu. Stąd każdy opis kultury stanowi nieuchronnie projekcję jej samej. Ponadto, kultura ma charakter symboliczny: stanowi system instrumentalnych działań, neutralizujących wpływy środowiska naturalnego, a przy tym dostarcza ich interpretacji w ramach jakiejś „wyższej” konieczności. „Kultura jest instrumentem niezwykłym przez to, że stanowi odkrycie, które, żeby działać, musi być zakryte przed swymi twórcami”.[122] Problem w tym, że wraz z akceleracją rozwoju cywilizacyjnego wzrasta rozdźwięk pomiędzy sacrum a profanum, czyli warstwą symboliczną i instrumentalną. Gwałtowne tempo współczesnej cywilizacji ma niszczący wpływ na sferę wartości, kultura osiąga granicę wzrostu, poza którą zaczynają nią rządzić mechanizmy czysto losowe. Prowadzi to do różnych patologicznych zjawisk: destrukcji (detabuizacji, pornografii), eskapizmu, masowej produkcji quasi-dóbr: „bieg przyśpieszony instrumentalnej cywilizacji odczuwany jest jako groźny przymus, a radę na to widzi się nie w racjonalnych analizach stanu rzeczy, lecz w eskapizmie każdą furtką ładnie pomalowaną i w każdym uniku”. [KLK, 30.03.74]


Swój kulturowy katechizm Lem wykłada w rozdziale jedenastym Filozofii przypadku, zatytułowanym Granice wzrostu kultury, napisanym w kwietniu 1974 roku, czyli w czasie prowadzonej z Kandlem wymiany listów. Jego pierwociny znalazły się w pierwszej edycji Summy Technologiae, jednak autor je stamtąd usunął ze względu na surową krytykę ze strony Kołakowskiego. Ostatnie poprawki do tekstu Lem wprowadził w roku 1988, kończąc go słowami:


Brak w mych wywodach zastrzeżeń osłaniających ich apodyktyczność (bliską czarnowidztwu) jest świadomie podjętym ryzykiem, a nie wyrazem bezwzględnej pewności wypowiedzianych opinii. Nie życzę sobie jako ich autor niczego bardziej niż ich upadku w nadchodzących latach, gdyż im mniej miałbym racji, tym więcej mógłbym mieć nadziei. [FP, 369]


Minęło dwadzieścia lat i możemy zweryfikować ponure prognozy Lema. Wydaje się, że większość jego najgorszych obaw się potwierdza. Utowarowienie sztuki stało się zjawiskiem tak powszechnym i oczywistym, że przestaliśmy je zauważać. Zalew informacji przybrał poziom biblijnego potopu. Systematycznie spada sprzedaż książek przy potęgującej się ilości wydawanych tytułów. Destrukcja drąży ostatnie bastiony kultury. Piętnaście osób zginęło od strzałów siedemnastolatka, który otworzył ogień na terenie szkoły. Terroryzm osiągnął zupełnie nowy rozmach działania, przy którym Czerwone Brygady wydają się armią zbawienia. Przemysł pornograficzny stał się fundamentem gospodarki. W globalnej wiosce skrajny permisywizm sąsiaduje z religijnym fanatyzmem. Światowy system finansowy okazał się domkiem z kart obklejonym z wierzchu marmurowymi płytami. Lem wyraźnie nie docenił roli komputerów osobistych[123], jednak Internet jak w soczewce skupia wszystkie wady człowieka: agresję, niewybredność, prymitywne gusta, pomnożone przez kilkaset milionów jego użytkowników. „Młodość nie pragnie już wiedzy, nauka upada, cały świat staje na głowie, ślepcy prowadzą ślepców i rzucają ich w przepaści, ptaki podrywają się z gniazd, zanim zaczną fruwać, osioł gra na lirze, woły tańcują. Maria nie miłuje już życia kontemplacyjnego, a Marta życia czynnego, Lea jest bezpłodna, Rachel ma spojrzenie pożądliwe, Katon uczęszcza do lupanarów, Lukrecjusz staje się kobietą. Wszystko zeszło ze swojej drogi. Dzięki niech będą Bogu, że zyskałem od mojego Mistrza pragnienie uczenia się i to poczucie prostej drogi, którego nie traci się nawet, kiedy ścieżka staje się kręta”.[124]

 

VIII. CONTRARIA SUNT COMPLEMENTA[125]

Kiedy tkanka kultury, bezlitośnie obdarta przez naukę ze wszelkiego tabu, zaczyna stawać się coraz bardziej amorficzna i bezkształtna, przestają wystarczać standardowe środki artystyczne. Matryce kulturowe wycierają się i tracą czytelność. Sztuka, dla swojej ekspresji, potrzebuje wyrazistego systemu kodów, żyrowanego przez normatywną kulturę - choćby tylko po to, aby móc się jej przeciwstawić. W czasie erozji kultury tworzywem literatury staje się antynomia: tak docieramy do dysonansu instrumentalnego od strony antropologicznej.


Antynomiczność jako metoda twórcza równie opornie poddaje się analizie, jak efekty jej stosowania. Kiedy rozkładamy ją na czynniki pierwsze, otrzymujemy coś w rodzaju popsutej zabawki, której elementy w żaden sposób nie wyjaśniają nam mechanizmów działania całości. Lem próbuje kilkakrotnie wysondować tę „płodną artystyczną otchłań”[126], jednak wyniki jego ekspedycji badawczych prezentują się mizernie, szczególnie w porównaniu z dezynwolturą, z jaką pisarz posługuje się techniką kontaminacji w praktyce. Widzimy, że czasem nawet własnemu stwórcy stworzone niechętnie zwierza się ze swoich sekretów. Hybrydyczność utworu polega na tym, że się „w nim krzyżują źródłowo heterogeniczne struktury PREZENTACJI i PREZENTOWANEGO, lecz ponadto na tym, że takie dzieło wchłania własne antycypowane wykładnie” [FP, 377]. Zasadniczo owo „krzyżowanie” zachodzi na dwóch płaszczyznach: wieloznaczności semantycznej oraz zderzania przeciwstawnych paradygmatów. Tworzy to aurę tajemnicy egzystencjalnej: „pisarstwo takie nie oferuje czytelnikowi jakiegoś absolutnego układu odniesień, dzięki któremu mógłby on interpretować układy do niego zrelatywizowane”[127].


Mamy jednak świadomość, że próby teoretycznego rozbioru metody dysonansu instrumentalnego przypominają próby opisania smaku tortu poprzez podanie kulinarnego przepisu. Łatwiej będzie odpowiedzieć na pytanie, czemu dysonans instrumentalny ma służyć? Wzbudzaniu u czytelnika uczucia głodu poznawczego, podsycaniu jego percepcyjnej gotowości: sprzeczności są jak bieguny, pomiędzy którymi powstaje intelektualne napięcie. Osiąganiu nowych jakości artystycznych poprzez zwieranie ze sobą iskrzących semantycznie struktur. Odzwierciedlaniu tego, co jest nie do odzwierciedlenia. Konstruowaniu otwartej formy utworu, która ma antycypować jego kolejne odczytania: Lem wbudowuje w ten sposób w treść bezpieczniki uniemożliwiające ostateczną interpretację. Twórczość Lema przypomina solaryjski ocean: każdy, kto próbuje ją zgłębić, znajduje w niej cząstkę samego siebie.


Obserwowaliśmy, jak różnorodną postać w praktyce pisarskiej Lema przyjmuje technika dysonansu instrumentalnego. Autor stosuje ją z całą perfidią i pełną premedytacją na wszystkich poziomach budowy dzieła literackiego: począwszy od najmniejszych semantycznych cegiełek, poprzez różnorodne techniki wykonania, łączenie stylów i gatunków, aż po ogólny plan zagospodarowania utworu. Nie tracąc przy tym ani na moment z oczu nadrzędnych zasad konstrukcyjnych i funkcjonalności budowli: „wszystko musi mieć swoje właściwe miejsce: i najwspanialsza kopuła umieszczona na drugim piętrze kamienicy zamiast na kościele, nie może się podobać” [KLK, 3.05.80].


Listy Lema pozwoliły nam częściowo zrekonstruować stosowaną z zegarmistrzowską precyzją metodę twórczą pisarza, same będąc równocześnie przedmiotem jej zastosowania. Korespondencja z Michaelem Kandlem, obok zawartych w niej informacji na temat książek Lema, prezentuje wszystkie formalne cechy jego prozy: język obfitujący w neologizmy i obrazowe porównania, nienaganną kompozycyjną elegancję, koherencję pomiędzy treścią i formą, ciągłe stawianie pytań i poszukiwanie odpowiedzi.


Pamiętajmy wreszcie, że to, co postrzegamy jako przeciwieństwa, to tylko kategorie, produkowane przez nasz umysł. Obserwator pozostaje zawsze częścią obserwowanego układu. „Absolut jest zmienny! Jego kształt ulega przekomponowaniu na każdym nowym etapie rozwoju. Sprzeczność okazuje się pozorem, pojęcie prawdy nie jest wartością idealną, lecz narzędziem doskonalonym w procesie rozwoju”.[128] Contraria sunt complementa.

[[Image:]]

BIBLIOGRAFIA

I. BIBLIOGRAFIA PODMIOTOWA


TEKSTY STANISŁAWA LEMA


BELETRYSTYKA


Astronauci, Kraków 2004.

Cyberiada, Kraków 2001.

Dzienniki gwiazdowe, Kraków 2001.

Eden, Kraków 1999.

Fiasko, Kraków 1999.

Głos Pana, Kraków 2002.

Golem XIV, Kraków 1999.

Kongres futurologiczny, Kraków 2002.

Niezwyciężony, Kraków 2002.

Opowieści o pilocie Pirxie, Kraków 2000.

Pamiętnik znaleziony w wannie, Kraków 2000.

Pokój na Ziemi, Kraków 1999.

Powrót z gwiazd, Kraków 1999.

Solaris, Kraków 2002.

Szpital Przemienienia, Kraków 2001.

Śledztwo. Katar, Warszawa 2008.

Wizja lokalna, Kraków 1998.

Wysoki Zamek, Kraków 2001.

Zagadka, Kraków 2003.


TEKSTY DYSKURSYWNE


Sex Wars, Kraków 2004.

Sex Wars, Warszawa 1996.

Mój pogląd na literaturę, Kraków 2003 (tu: O niekonsekwencji w literaturze; Science fiction: beznadziejny przypadek – z wyjątkami; O Dostojewskim niepowściągliwie;Lolita”, czyli Stawrogin i Beatrycze, Przedmowa do „Torpedy czasu” A. Słonimskiego; Posłowie do „Niesamowitych opowieści” S. Grabińskiego; Posłowie do „Wojny światów” H.G. Wellsa).

Filozofia przypadku, Kraków 2002.

Listy albo opór materii, Kraków 2002.

Fantastyka i futurologia, Kraków 2003.

Summa Technologiae,Kraków 2000.

Dialogi, Kraków 2001.

Tako rzecze... Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Kraków 2002.


APOKRYFY

Biblioteka XXI wieku, Kraków 2003.


II. BIBLIOGRAFIA PRZEDMIOTOWA


OPRACOWANIA TWÓRCZOŚCI STANISŁAWA LEMA


Balcerzak E., Stanisław Lem, Warszawa 1973.

Barańczak S., Elektrycerze i cyberchanioły, „Nurt” nr 8, Poznań 1972.

Bereś S., Apokryfy Lema, „Odra" 1986

Błoński J., Szanse science fiction, "Życie Literackie" nr 497, rok 1961.

Buck D., Maska, przekład J. Jarzębski, „Teksty Drugie" 1992, nr 3.

Csicsery-Ronay Jr. L, Książka jest Obcym: o pewnych i niepewnych interpretacjach „Solaris" Stanisława Lema, przekład T. Rachwał, [w:] Lem w oczach krytyki światowej, wybór i opracowanie J. Jarzębski, Kraków 1989.

Csicsery-Ronay Jr. I., Modelowanie chaosfery. Stanisława Lema rozmowy z Obcymi, przekład J. Jarzębski, „Teksty Drugie" 1992, nr 3.

Csicsery-Ronay Jr. I., Obcy u Lema, przekład E. Nowakowska, [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, pod red. J. Jarzębskiego i A. Sulikowskiego, Kraków 2003.

Czapliński P., Stanisław Lem - spirala pesymizmu, [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, pod red. J. Jarzębskiego i A. Sulikowskiego, Kraków 2003.

Dajnowski M., Z problemów lemowskiej groteski. O ogólnej natarczywości smoków prawdopodobieństwa, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003

Glasenapp M., Femina astralis - kobiecość w powieściach fantastycznonaukowych S. Lema, [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, pod red. J. Jarzębskiego i A. Sulikowskiego, Kraków 2003.

Fiut A., Sarmata w wehikule czasu (Stanisław Lem jako czytelnik), [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003.

Grochowiak S., Jaki śmieszny Lem!, „Kultura” (Warszawa) 1965 nr 39.

Handke R., Ze Stanisławem Lemem na szlakach fantastyki naukowej, Warszawa 1991.

Handke R., Polska proza fantastyczno-naukowa. Problemy poetyki, Wrocław 1969.

Hayles K., Chaos jako dialektyka, [w:] „Teksty drugie” nr 15, Warszawa 1992.


Jarzębski J., posłowia do Dzieł zebranych S. Lema:

Apokryfy Lema, [w:] S. Lem Biblioteka XXI wieku, Kraków 2003;

Astronautyczny debiut Lema, [w:] S. Lem, Astronauci, Kraków 2004;

Bóg, diabeł i list z Kosmosu, [w:] S. Lem, Głos Pana, Kraków 2002;

Byt i los, [w:] S. Lem Filozofia przypadku, Kraków 2002;

Cały ten złom, [w:] S. LemNiezwyciężony, Kraków 2002;

Chaos, lad i literatura, [w:] S. Lem, Katar, Kraków 1998;

Czarny scenariusz, [w:] S. Lem Fiasko, Kraków 1999;

Czy Kosmos jest śmieszny, [w:] S. Lem, Cyberiada, Kraków 2001;

Dziecko, którym byłem, [w:] S. Lem, Wysoki Zamek, Kraków 2001;

Emocje i opowieści, [w:] S. Lem, Solaris, Kraków 2002;

Encjańskie niedole i wyzwania, [w:] S. Lem, Wizja lokalna, Kraków 1998;

Futurologia i chichot diabła, [w:] S. Lem, Kongres futurologiczny, Kraków 2002;

Igraszki i powinności fantastyki naukowej, [w:] S. Lem, Fantastyka i futurologia, Kraków 2003;

Kallotomia planetarna, [w:] S. Lem Pokój na Ziemi, Kraków 1999;

Lata młodzieńcze i dojrzałość cybernetyki, [w:] S. Lem, Dialogi, Kraków 2001;

Pirx i sekrety człowieczeństwa, [w:] S. Lem Opowieści o pilocie Pirxie, Kraków 2000;

Podróż do kresu znaczenia, [w:] S. Lem, Pamiętnik znaleziony w wannie, Kraków 2000;

Scylla metodologii i Charybda polityki, [w:] S. Lem Mój pogląd na literaturę, Kraków 2003;

Silva rerum, [w:] S. Lem Sex Wars, Kraków 2004;

Skalpel i mózg, [w:] S. Lem Szpital Przemienienia, Kraków 2001;

Smutek Edenu, [w:] S. Lem, Eden, Kraków 1999;

Spór między Munchhausenem a Guliwerem, [w:] S. Lem Dzienniki gwiazdowe, Kraków 2001;

„Summa technologiae" i jej potomstwo, [w:] S. Lem, Summa technologiae, Kraków 2000;

Trudny powrót z gwiazd, [w:] S. Lem Powrót z gwiazd, Kraków 1999;

W labiryncie świata, [w:] S. Lem, Śledztwo, Kraków 2001;

Z przyszłych dziejów Rozumu, [w:] S. Lem, Golem XIV, Kraków 1999;

Zagadki istnienia świadomości, [w:] S. Lem Zagadka, Kraków 2003.


Jarzębski J., Racjonalista i zmysły. O twórczości literackiej Stanisława Lema, „Ruch Literacki" 1977, nr 2.

Jarzębski J., Stanisława Lema podróż do kresu fabuły, [w:] Spór o SF. Antologia szkiców i esejów o science fiction, wybór R. Handke, L. Jęczmyk i B. Okólska, Poznań 1989.

Jarzębski J., Wszechświat Lema, Kraków 2003.

Jekutsch U., Płeć maszyny. Różnice płci w opowiadaniach Stanisława Lema „Rozprawa" i „Maska", przekład E. Kalinowska, [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, pod red. J. Jarzębskiego i A. Sulikowskiego, Kraków 2003.

Kępiński Z.B., Team z „Mavo" czyli anty-„Astronauci" Stanisława Lema, „Nurt" 1972, nr 8.

Kmita J., Struktura i geniusz, „Nurt" 1972, nr 8.

Kołakowski L., Informacja i utopia, „Twórczość" 1964, nr 11.

Korzeniewski B., Hybryda światów, [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, pod red. J. Jarzębskiego i A. Sulikowskiego, Kraków 2003.

Krywak P., Stanisław Lem, Kraków 1974.

Latawiec B., Kosmos i medycyna, „Odra” 1976 nr 7-8

Leś M.M., Możliwe światy Stanisława Lema, [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, pod red. J. Jarzębskiego i A. Sulikowskiego, Kraków 2003.

Majewski P., Między zwierzęciem a maszyną. Utopia technologiczna Stanisława Lema, Wrocław 2007.

Markiewicz H., „Summa literaturae" Stanisława Lema sposobem niecybernetycznym wyłożona, „Życie Literackie" 1969, nr 46.

Michalski M., Egzystencjalny wymiar twórczości Stanisława Lema, [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, pod red. J. Jarzębskiego i A. Sulikowskiego, Kraków 2003.

Michałowski P, Babel XXI wieku. Biblioteka Stanisława Lema i Jorge Luisa Borgesa, [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, pod red. J. Jarzębskiego i A. Sulikowskiego, Kraków 2003.

Orliński W., Co to są sepulki, Kraków 2007.

Parker J.A., (U/od)płciowienie maszyny. „Maska" Stanisława Lema, przekład J. Jarzębski, „Teksty Drugie" 1992, nr 3.

Pięta L, Mimetyzm w obrazowaniu a literatura fantastycznonaukowa na przykładzie prozy Stanisława Lema, [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, pod red. J. Jarzębskiego i A. Sulikowskiego, Kraków 2003.

Płaza M., O poznaniu w twórczości Stanisława Lema, Wrocław 2006

Pośpieszalska N. [H. Eilstein], Głos Pana, czyli Zwierciadło z Nieba, „Nurt" 1969, nr 7 i 8.

Rothfork J., Duch w Maszynie – „Mortal Engines” Stanisława Lema [w:] Lem w oczach krytyki światowej, Kraków 1989.

Sila D., Stanisława Lema gry z wszechświatem, [w:] Lem w oczach krytyki światowej, Kraków 1989.

Sławiński J., Bartoszyński K., Markiewicz H., Lem S., Dyskusja [nad Filozofią przypadku], „Pamiętnik Literacki" 1971, z. 1.

Smuszkiewicz A., Stanisław Lem, Poznań 1995.

Steinmueller K., Personoidy u Lema, przekład J. Piątkowska, [w:] Lem w oczach krytyki światowej, wybór i oprać. J. Jarzębski, Kraków 1989.

Stoff A., Lem i inni. Szkice o polskiej science fiction, Bydgoszcz 1990.

Stoff A., Powieści fantastyczno-naukowe Stanisława Lema, Warszawa-Poznań-Toruń 1983.

Sulikowski A., Stanisław Lem a myślenie teologiczne, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003.

Szaruga L., Lema przypadki konieczne, „Nurt” nr 8, Poznań 1972.

Szpakowska M., Dyskusje ze Stanisławem Lemem, Warszawa 1996.

Szpakowska M., Schopenhauerowska antropologia Stanisława Lema, [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, pod red. J. Jarzębskiego i A. Sulikowskiego, Kraków 2003.

Wołk M., Interteksty „Pamiętnika znalezionego w wannie", [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, pod red. J. Jarzębskiego i A. Sulikowskiego, Kraków 2003.

Wiśniewska L., Świat Lema między paradygmatami, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003.

Zielińska B., Oskarżenie bez oskarżonego, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003.

Zieliński J., Ślady lektury Rilkego w twórczości Lema, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003


PRACE TEORETYCZNOLITERACKIE


Burzyńska A., Markowski M., Teorie literatury XX wieku, Kraków 2007.

Culler J., Teoria literatury, Warszawa 2004.

Cysewski K., Teoretyczne i metodologiczne problemy badań nad epistolografią [w:] „Pamiętnik literacki” 1997, nr 1.

Czermińska M., Pomiędzy listem a powieścią [w:] „Teksty” 1975, nr 4.

Dąbrowski S., Zagadnienie określeń i wyznaczników literackości, [w:] Problemy teorii literatury, Wrocław 1987.

Fish S., Interpretacja, retoryka, polityka. Eseje wybrane, Kraków 2002.

Fish S., Is There a Text in This Class?, Cambridge 1982.

Janion M., Tryptyk epistolograficzny, (w:) tejże, Romantyzm. Studia o ideach i stylu, Warszawa 1969.

Kałkowska A., Struktura składniowa listu, Wrocław 1982.

Lancholc T., artykuły hasłowe: List; Ars epistolandi, [w:] Słownik literatury staropolskiej, red. T. Michałowska, Wrocław 1990.

Literatura i komunikacja: od listu do powieści autobiograficznej, red. nauk. Artur Blaim, Zbigniew Maciejewski., Lublin 1988.

Markiewicz H., Główne problemy wiedzy o literaturze, Kraków 1976

Markiewicz H., Wymiary dzieła literackiego, Kraków 1984

Matuszewska P., artykuł hasłowy: List poetycki, [w:] Słownik literatury polskiego oświecenia, red. T. Kostkiewiczowa, wyd. 2: Wrocław 1991.

Piechota M., artykuł hasłowy List, [w:] Słownik literatury polskiej XIX wieku, red. J. Bachórz, A. Kowalczykowa, Wrocław 1991.

Skwarczyńska S., Teoria listu, Lwów 1937.

Skwarczyńska S., Wokół teorii listu [w:] idem, Pomiędzy historią a teorią literatury, Warszawa 1975.

Słownik terminów literackich, pod red. J. Sławińskiego, Wrocław 2000.

Sudolski Z., artykuł hasłowy Korespondencja, [w:] Słownik literatury polskiej XIX wieku, op. cit.

Szaruga L., Lema przypadki konieczne, „Nurt” nr 8, Warszawa 1972.

Trzynadlowski J., Małe formy literackie, Wrocław 1977.

Woźny M., Wróbel M., O dawnej i nowej sztuce pisania listów, Opole 2002


FILOZOFIA I NAUKI PRZYRODNICZE


Atkins P., Palec Galileusza, przekład T. Hornowski, Poznań 2006.

Barrow D.J., Teorie wszystkiego. W poszukiwaniu ostatecznego wyjaśnienia, przekład J. Czerniawski, T. Placek, Kraków 1995.

Pais A., Czas Nielsa Bohra: w fizyce, filozofii i polityce, przekład P. Amsterdamski, Warszawa 2006.

Davies P., Ostatnie trzy minuty: o ostatecznym losie wszechświata; przekład P. Amsterdamski, Warszawa 1995.

Dawkins R., Ślepy zegarmistrz czyli Jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, przekład A. Hoffman, Warszawa 1997.

Dawkins R., Bóg urojony, przekład J. Szwajcer, Warszawa 2007.

Dawkins R., Samolubny gen, przekład M. Skoneczny, Warszawa 1996.

Gleick J., Chaos. Narodziny nowej nauki, przekład P. Jaśkowski, Poznań 1996.

Didier J., Słownik filozofii, przekład K. Jarosz, Katowice 1992.

Penrose R., Nowy umysł cesarza: o komputerach, umyśle i prawach fizyki, przekład P. Amsterdamski, Warszawa 1996.

Popper K., Nieustanne poszukiwania. Autobiografia intelektualna, przekład A. Chmielewski, Kraków 1997

Fritjof Capra F., Tao fizyki: w poszukiwaniu podobieństw między fizyką współczesną a mistycyzmem Wschodu

Penrose R., Makroświat, mikroświat i ludzki umysł, przekład P. Amsterdamski, Warszawa 1997.


SPIS TREŚCI

 

I. PRZEDPOLE
1
II. NARODZINY LEMOLOGII
15
III. KORESPONDENCJA Z MICHAELEM KANDLEM
23
IV. SFORMUŁOWANIE PROGRAMU
29
V. KSIĄŻKI LEMA  
1. Prezentacje poszczególnych utworów
32
2. Synteza dorobku literackiego
46
VI. LITERATURA  
1. Teoria odbioru dzieła literackiego
55
2. Krucjata przeciwko Science Fiction
62
3. Lektury i preferencje literackie pisarza
65
   
VII. KULTURA
73
VIII. CONTRARIA SUNT COMPLEMENTA
82
   
BIBLIOGRAFIA
84

 


  1. S. Bereś, Uniwersum Stanisława Lema, "Odra" 1980, nr 3
  2. J. Jarzębski Byt i los; [posłowie do:] S. Lem, Filozofia przypadku, Kraków 2002, s. 650
  3. Wszystkie cytaty z Filozofii przypadku zostały oznaczone literami FP oraz numerem strony według wydania: S. Lem, Filozofia przypadku. Literatura w świetle empirii, Kraków 2002.
  4. H. Markiewicz, Główne problemy wiedzy o literaturze, Kraków 1976, s. 66.
  5. J. Culler, Teoria literatury, Warszawa 2004
  6. S. Dąbrowski, Zagadnienie określeń i wyznaczników literackości, [w:] Problemy teorii literatury, Wrocław 1987, s. 11
  7. S. Fish, Is There a Text in This Class?, Cambridge 1982, s. 158
  8. A. Burzyńska, M. Markowski Teorie literatury XX wieku, Kraków 2007, s. 491
  9. Kategoria wprowadzona przez Richarda Rorty'ego: „Ironista, w przeciwieństwie do metafizyka, który wierzy w istnienie prawdziwej natury zarówno świata, jak człowieka, utrzymuje, że człowiek jest jedynie »pozbawioną ośrodka siecią przekonań i pragnień«” [Ibidem, s. 486]
  10. S. Skwarczyńska, Wokół teorii listu. (Paradoksy), [w:] tejże, Pomiędzy historią a teorią literatury, Warszawa 1975.
  11. K. Cysewski, Teoretyczne i metodologiczne problemy badań nad epistolografią [w:] „Pamiętnik Literacki” 1997, nr 1.
  12. S. Skwarczyńska, Teoria listu, Lwów 1937, s. 18
  13. M. Janion, Tryptyk epistolograficzny, [w:] tejże, Romantyzm. Studia o ideach i stylu, Warszawa 1969.
  14. Stanisław Lem, Listy albo opór materii, wybór i opracowanie J. Jarzębski, Kraków 2002
  15. J. Jarzębski, Lem w listach [w:] Stanisław Lem, Listy albo opór materii, wybór i opracowanie J. Jarzębski, Kraków 2002, s. 285
  16. Stanisław Lem, Listy albo opór materii, wybór i opracowanie J. Jarzębski, Kraków 2002, s. 208
  17. Jerzy Jarzębski zwraca jednak uwagę, że Lem generalnie nie ufał tzw. ekspertom oraz akademickiej wiedzy oderwanej od empirii, będąc zwolennikiem raczej poznania poprzez działanie/doświadczenie, którego apologią są między innymi Opowieści o pilocie Pirxie (J. Jarzębski, Science fiction a polityka – wersja Stanisława Lema, [w:] Wszechświat Lema, Kraków 2002, s. 24)
  18. Powołana w 1970 roku organizacja, której zadaniem było badanie literatury SF oraz fantasy, celem podniesienia poziomu nauczania akademickiego. „Founded in 1970, the SFRA was organized to improve classroom teaching; to encourage and assist scholarship; and to evaluate and publicize new books and magazines dealing with fantastic literature and film, teaching methods and materials, and allied media performances. Among the membership are people from many countries-students, teachers, professors, librarians, futurologists, readers, authors, booksellers, editors, publishers, archivists, and scholars in many disciplines”. (źródło: www.sfra.org)
  19. S. Lem, Tako rzecze Lem, Kraków 2002, s. 214
  20. Cyberiada, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001, s. 357
  21. tamże, s. 358
  22. Sex Wars, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004, s. 336
  23. S. Lem, Mój pogląd na literaturę, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003, s. 60
  24. M. Szpakowska, Dyskusje ze Stanisławem Lemem, Warszawa 1996. W niniejszych rozważaniach w dużej mierze opieram się na rozdziale pierwszym tej książki, pt. Zamiast wstępu: Lem i krytycy
  25. Ibidem, s. 7
  26. W. Orliński, Co to są sepulki, Kraków 2007, s. 268
  27. „Nurt” nr 8, Poznań 1972
  28. L. Kołakowski, Informacja i utopia, „Twórczość”, Warszawa 1964, s. 115
  29. Ibidem, s. 122
  30. M. Szpakowska Dyskusje ze Stanisławem Lemem,Warszawa 1995, s. 9
  31. „Uważam, że ten kamień powinien być raz na zawsze wyrzucony z mojego ogródka, bo to jest nieporozumienie. Chciałoby się krzyknąć rozpacznie za Miłoszem: gwałtu, jestem poeta liryczny, którego wrzucili do takiej studni, z której nie sposób się wygramolić. Też mógłbym zawołać: gwałtu, jestem pisarzem, który w młodości napisał parę głupich powieści Science Fiction, a potem widząc, że to jest nic niewarte, zaczął się gwałtownie oddalać w inne rejony, ale wszyscy go wciąż do tej studni spychają”. [ S.Lem Tako rzecze Lem, Kraków 2002 s. 196]
  32. J. Jarzębski, Wszechświat Lema, Kraków 2003, s. 6
  33. R. Barthes, Śmierć autora, przekład M. P. Markowski, „Teksty Drugie” 1999, nr 1/2, s. 250
  34. Wywiad Nie sądźcie, że wiecie wszystko o Stanisławie Lemie, w „Nurt” nr 8, Poznań 1972, s. 4
  35. Chociaż Lem wyraźnie odżegnuje się od przepełnionej mistycyzmem filozofii Wschodu, momentami jego synkretyczna i dynamiczna wizja świata wydaje się bliższa filozofii Zen, niż zachodniej kulturze chrześcijańskiej. Trafnie „mimowolne” związki Bajek robotów ze wschodnimi prądami myślowymi uchwycił John Rothfork w swoim eseju „Duch w Maszynie – Mortal Engines Stanisława Lema” [Lem w oczach krytyki światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989]
  36. J. Jarzębski Z przyszłych dziejów rozumu; [posłowie do;] S. Lem, Golem XIV, Kraków 1999, s. 139
  37. J.Jarzębski, Byt i los, [posłowie do:] S. Lem Fantastyka i futurologia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 645
  38. Wszystko wskazuje jednak na to, że listy Lema do Kandla zostaną w całości wydane na początku 2010 roku w formie książkowej.
  39. „Dialogowa natura świadomości, dialogowy charakter ludzkiego życia. Jedyną adekwatną formą językowej ekspresji prawdziwego życia człowieka jest niezwieńczony dialog. Życie z istoty swej jest dialogowe. Żyć - to uczestniczyć w dialogu: pytać, słuchać, ponosić odpowiedzialność, aprobować itp. Przez całe życie człowiek angażuje się w nie bez reszty: ustami, oczami, rękoma, duszą i duchem, całym ciałem, wszystkimi czynami. Całego siebie zawiera w słowie, które wtapia się następnie w dialogową tkaninę istnienia, w powszechny sympozjon”. (M. Bachtin, Nad nową wersją książki o Dostojewskim, [w:] idem, Estetyka twórczości słownej, tłum. D. Ulicka, Warszawa 1986, s.453)
  40. J. Jarzębski, Racjonalista i zmysły. O twórczości literackiej Stanisława Lema, „Ruch Literacki” zeszyt 2(101), Kraków 1977
  41. S. Barańczak, Elektrycerze i cyberchanioły, [w:] „Nurt” nr 8, Poznań 1972
  42. K. Hayles, Chaos jako dialektyka, [w:] „Teksty drugie” nr 15, Warszawa 1992
  43. L. Wiśniewska, Świat Lema między paradygmatami, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003
  44. B. Korzeniewski, Hybryda światów, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003
  45. K. Hayles, Chaos jako dialektyka, [w:] „Teksty drugie” nr 15, Warszawa 1992, s. 29
  46. J. Jarzębski, Skalpel i literatura; [posłowie do:] Stanisław Lem, Szpital Przemienienia, Kraków 2001, s. 214
  47. B. Latawiec, Kosmos i medycyna, „Odra” 1976 nr 7-8
  48. J. Jarzębski, Racjonalista i zmysły. O twórczości literackiej Stanisława Lema, „Ruch literacki” zeszyt 2(101), Kraków 1977
  49. A. Stoff, Lem i inni. Szkice o polskiej science fiction, Bydgoszcz 1990, s. 8
  50. S. Lem, Śledztwo. Katar, Warszawa 2008, s. 290
  51. J. Jarzębski, Detektyw w labiryncie świata, [posłowie do:] S. Lem, Śledztwo. Katar, Warszawa 2008, s. 301
  52. Lem wspomina Kandlowi, że tej opowieści „ nie wykosztuje ten ze wszystkim, który nigdy w życiu nic o kwantowej fizyce nie słyszał” (list z dnia 19 października 1974). Gruntowną analizę Wyprawy trzeciej pod kątem fizyki kwantowej znajdziemy w artykule M. Dajnowskiego, Z problemów lemowskiej groteski. O ogólnej natarczywości smoków prawdopodobieństwa, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003
  53. K. Hayles, Chaos jako dialektyka, [w:] „Teksty drugie” nr 15, Warszawa 1992, s. 12
  54. J. Jarzębski, Naprawić świat, [posłowie do:] S. Lem, Cyberiada, Warszawa 2009, s. 405
  55. „U mnie jest pewna oschłość, rzeczowość, lakoniczność, bezpośredniość, z ironią schowaną w podtekście, u Pana jest ta ironia wypowiedziana expressis verbis, na wierzchu, wyeksponowana idiomatycznie”. [KLK, 7.07.72]
  56. A. Stoff, Powieści fantastyczno-naukowe Stanisława Lema, Warszawa 1983, s. 125
  57. J. Jarzębski, Lektura świata. Stanisław Lem jako czytelnik, [w:] Wszechświat Lema, Kraków 2002, s. 273
  58. D. Sila, Stanisława Lema gry z wszechświatem, [w:] Lem w oczach krytyki światowej, Kraków 1989, s. 68
  59. Problem w tym, że o ile list z dnia 9 czerwca 1972, w którym Lem przywołuje polityczne konotacje Pamiętnika, został opublikowany w tomie Listy albo opór materii, list z 2 października 1974 odkryto dopiero niedawno w archiwum pisarza.
  60. M. Płaza, O poznaniu w twórczości Stanisława Lema, Wrocław 2006, s. 466
  61. J. Jarzębski, Przypadek i wartości, [w:] Wszechświat Lema, Kraków 2002, s. 136
  62. Identyczne stanowisko zajmuje Stanley Fish, który podkreśla, że literatura jest kategorią czysto konwencjonalną: „granica pomiędzy literaturą a tym, co nią nie jest, jest ciągle negocjowana na nowo” [S. Fish, Interpretacja, retoryka, polityka. Eseje wybrane, Kraków 2002, s. 306]
  63. Lem tak pisze w jednym z pierwszych swoich listów do amerykańskiego tłumacza: „w pewnym sensie jedyny „Absolut” albo jedyny „model” Boga, jaki mogę serio zaakceptować, jest Bogiem OO. Destrukcjanów z 21 podóży Tichego, bo wyznania wiary tam zawarte są, tj. były pisane z najwyższą powagą, na jaką w ogóle mnie stać”. [KLK, 24.03.72]
  64. W. Orliński, Co to są sepulki? Wszystko o Lemie, Kraków 2007, s. 66
  65. S. Lem, Dzienniki gwiazdowe, Warszawa 2008, s. 195
  66. J. Jarzębski, Wszechświat Lema, Kraków 2002, s. 287
  67. S. Lem, Dzienniki gwiazdowe, Warszawa 2008, s. 225
  68. M. Szpakowska, Dyskusje ze Stanisławem Lemem, Warszawa 1956, s. 52
  69. J. Jarzębski, Futurologia i chichot diabła, [posłowie do:] S. Lem, Kongres futurologiczny, Kraków 2002, s. 127
  70. D. Sila, Stanisława Lema gry z wszechświatem, [w:] Lem w oczach krytyki światowej, Kraków 1989, s. 63
  71. S. Lem, Posłowie do „Niesamowitych opowieści” S. Grabińskiego, [w:] Mój pogląd na literaturę, Kraków 2003, s. 346
  72. J. Jarzębski, Wszechświat Lema, Kraków 2002, s. 215
  73. J. Jarzębski, Z przyszłych dziejów rozumu, [posłowie do:] S. Lem, Golem XIV, Kraków 1999, s. 139
  74. Chociaż Lem oczywiście żali się, że nikt nie zwraca uwagi na osadzanie przez niego konstrukcji utworów na naukowych paradygmatach: „Okropnie długo trwało, zanim przekonałem się z osłupieniem (taka jest ludzka, tzn. moja naiwność!), że owego tricku (przejmowania paradygmatów nauki za NARRACYJNE) nikt nie jest w ogóle w stanie dostrzec!” {KLK, 19.10.74]
  75. J. Jarzębski, Intertekstualność a poznanie u Lema, [w:] Wszechświat Lema, Kraków 2002, s. 120
  76. Ibidem, s. 118
  77. Jerzy Jarzębski dostrzega u Lema „ruch myśli od scjentystycznej wiary we wszechmoc nauki ku dojrzałemu sceptycyzmowi. Bliżsi mu raczej ci myśliciele, którzy – jak Popper, Kuhn, Feyerabend – dostrzegają granice obiektywności wiedzy ścisłej, imperializm paradygmatów, które trzeba wciąż łamać, by pozostać w zgodzie z rzeczywistością”. (J. Jarzębski, Wszechświat Lema, Kraków 2002, s. 173)
  78. A. Stoff, Powieści fantastyczno-naukowe Stanisława Lema, Warszawa 1983, s. 176
  79. M. Wołk, Interteksty „Pamiętnika znalezionego w wannie”, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003, s. 384
  80. S. Lem, Listy albo opór materii, Kraków 2002, s. 104-108
  81. W następnych dwóch akapitach staram się streścić główne tezy artykułu J. Jarzębskiego Intertekstualność a poznanie u Lema, opublikowanego w książce Wszechświat Lema, Kraków 2002
  82. Ibidem, s. 122
  83. S. Lem, Golem XIV, Kraków 1999, s. 41
  84. Ibidem, s. 87
  85. D. Sila, Stanisława Lema gry z wszechświatem, [w:] Lem w oczach krytyki światowej, Kraków 1989, s. 56
  86. Ibidem, s. 5
  87. J. Jarzębski, Literackie przygody uniwersalnego rozumu, [w:] Wszechświat Lema, Kraków 2002
  88. J.Sławiński, K. Bartoszyński, H. Markiewicz, S. Lem, Dyskusja (nad książką S. Lema: Filozofia przypadku. Literatura w świetle empirii), „Pamiętnik Literacki” 1971, z. 1, s. 359
  89. H. Markiewicz, „Summa literaturae” Stanisława Lema sposobem niecybernetycznym wyłożona, „Życie Literackie” 1969, nr 46, s. 11
  90. Zabawne, że na podobne zapoznanie w Polsce Stanleya Fisha skarży się Andrzej Szahaj, redaktor jego książki Interpretacja, retoryka, polityka. Eseje wybrane [S. Fish, Interpretacja, retoryka, polityka. Eseje wybrane, przekład Kraków 2002, s. 14]. Było to jednak przed ukazaniem się Teorii literatury XX wieku, gdzie Fishowi i pragmatystom oddano obszerny, osobny rozdział.
  91. J.Sławiński, K. Bartoszyński, H. Markiewicz, S. Lem, Dyskusja (nad książką S. Lema: Filozofia przypadku. Literatura w świetle empirii), „Pamiętnik Literacki” 1971, z. 1, s. 359
  92. S. Lem, Science-fiction: ein hoffnungsloser Fall – mit Ausnahmen, „Quarber Merkur” 1972, nr 29
  93. Porównanie uprawiania literatury SF do profesji Soni Marmieładowej Lem przeprowadza wielokrotnie, w szczególnie błyskotliwy sposób m.in. w Przedmowie do „Torpedy czasu A. Słonimskiego”
  94. N. Pośpieszalska [H. Eilstein], Głos Pana, czyli Zwierciadło z Nieba, „Nurt" 1969, nr 7, s 37
  95. S. Lem, O Dostojewskim niepowściągliwie, [w:] Mój pogląd na literaturę, Kraków 2003, s. 222
  96. S. Lem, Tako rzecze... Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Kraków 2002, s. 31
  97. J. Zieliński, Ślady lektury Rilkego w twórczości Lema, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003
  98. S. Lem, Sex Wars, Warszawa 1996, s.266
  99. S. Lem, Sex Wars, Kraków 2004, s.214
  100. A. Fiut, Sarmata w wehikule czasu (Stanisław Lem jako czytelnik), [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003, s. 409
  101. Ibidem, s. 411
  102. S. Lem, O Dostojewskim niepowściągliwie, [w:] Mój pogląd na literaturę, Kraków 2003, s. 218
  103. S. Lem, „Lolita”, czyli Stawrogin i Beatrycze, [w:] Mój pogląd na literaturę, Kraków 2003, s. 256
  104. S. Lem, Posłowie do „Wojny światów” H.G. Wellsa, [w:] Mój pogląd na literaturę, Kraków 2003, s. 296
  105. Lem nie podziela natomiast optymizmu Poppera, który tak apeluje w swojej intelektualnej autobiografii: „Otwórzcie oczy i zobaczcie, jak piękny jest świat i jak szczęśliwi jesteśmy my, którzy w nim żyjemy”. [K.Popper, Nieustanne poszukiwania. Autobiografia intelektualna, przekład A. Chmielewski, Kraków 1997]
  106. J. Jarzębski, Lektura świata. Stanisław Lem jako czytelnik, [w:] Wszechświat Lema, Kraków 2002, s. 255
  107. M. Płaza, O poznaniu w twórczości Stanisława Lema, Wrocław 2006, s. 181
  108. J. Didier, Słownik filozofii, Katowice 1992, s. 170
  109. M. Szpakowska, Dyskusje ze Stanisławem Lemem, Warszawa 1996, s. 26
  110. R. Dawkins, Bóg urojony, Warszawa 2007, s. 83
  111. S. Lem, Głos Pana, Kraków 2002, s. 16
  112. J. Jarzębski, Kosmogonia i konsolacja, [w:] Wszechświat Lema, Kraków 2002, s. 88
  113. por. A. Sulikowski, Stanisław Lem a myślenie teologiczne, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003
  114. S. Lem, Solaris, Kraków 2002
  115. B. Zielińska, Oskarżenie bez oskarżonego, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003, s. 172
  116. J. Jarzębski, Kosmogonia i konsolacja, [w:] Wszechświat Lema, Kraków 2002, s. 93
  117. Ibidem, s. 88
  118. Spór o mizantropię Lema gorzeje wśród lemologów. Sceptyczny stosunek pisarza do gatunku ludzkiego najlepiej oddaje chyba anegdotka mecenasa Finkelsteina z Wizji lokalnej: „Kiedy byłem mały i bawiłem się, moja matka od czasu do czasu wołała do mnie z drugiego pokoju »Spuciu, przestań«, choć nie wiedziała, co ja robię, ale sądziła, że nic dobrego, i to samo można powiedzieć o ludzkości” [S. Lem, Wizja lokalna, Kraków 1998, s.187]
  119. J. Jarzębski, Science fiction a polityka – wersja Stanisława Lema, [w:] Wszechświat Lema, Kraków 2002, s. 14
  120. P. Czapliński, Stanisław Lem – spirala pesymizmu, [w:] Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, Kraków 2003, s. 133-138
  121. „Przygoda doktora Rappaporta jest moją przygodą, ze Lwowa 1941, po wejściu wojsk niemieckich miałem być rozstrzelany; i, oprócz tego dodatku, o wywołaniu ochotnika, wszystko się zgadza... „ [KLK, 7.12.72]
  122. S. Lem, Golem XIV, Kraków 1999, s. 30
  123. „Powstała moda na domowe osobiste komputery. Wmawia się ich niezbędność ludziom, którzy nie bardzo wiedzą, co z nimi począć”. [FP, 362]
  124. U. Eco, Imię róży, przekład A. Szymanowski, Warszawa 2004, s.19
  125. „Przeciwieństwa się uzupełniają”: tę sentencję Niels Bohr uczynił swoją dewizą herbową.
  126. S. Lem, O niekonsekwencji w literaturze, [w:] Mój pogląd na literaturę, Kraków 2003, s. 109
  127. I. Csicsery-Ronay Jr., Książka jest Obcym: o pewnych i niepewnych interpretacjach „Solaris" Stanisława Lema, przekład T. Rachwał, [w:] Lem w oczach krytyki światowej, wybór i opracowanie J. Jarzębski, Kraków 1989, s. 235-236
  128. L. Szaruga, Lema przypadki konieczne, „Nurt” nr 8, Warszawa 1972, s. 20

Praca w formacie pdf: Lumen, lux, Lem. Światło i modele wizualne w prozie Stanisława Lema

Wprowadzenie. Podstawowe konteksty podejmowanego problemu

Nie odbywają się wprawdzie kongresy futurologiczne, ale lemologicznych jest coraz więcej. Fenomen autora Solaris w ciągu ostatniej dekady emanuje szczególnie intensywnie – inspiruje i pisarzy, i badaczy. 1 W ramach konwentów miłośników fantastyki i podobnych przedsięwzięć, włącza się refleksję o Lemie w obieg popkultury. 2 I nie tyle powodem tego ostatniego faktu jest olbrzymi zakres problematyki podejmowanej przez autora Niezwyciężonego, co wizualność jego tekstów. Przemiana świata w obraz, zdaniem Heideggera jest główną ideą nowoczesności3, dotyczy - używając określenia Ryszarda Nycza - „doświadczenia nowoczesnego” 4; to dominujący wektor współczesnej kultury. 5

Niniejsza praca próbuje uchwycić te kategorie wyobraźni widoczne w  dziełach Stanisława Lema, które są przestrzenną i wizualną dominantą kompozycyjną. Być może powtarzalność pewnego strukturalnego algorytmu światów przedstawionych zarysowuje główny kontur lemowego – wypełnionego bibliotekami - kosmosu. Inspiracja do określenia kategorii badawczych z jednej strony wynika z faktu, że wizualność dzieł Lema szczególnie intryguje najnowszą lemologię (por. przypis 1), po drugie z powodu brakupodjęcia fundamentalnego w takich badaniach zagadnienia: relacji przestrzeni i światła – głównych konstruktów wizualnych modeli.

 

Brakuje rzeczowych analiz typów światła funkcjonujących w polskiej literaturze. Powody są zapewne dwa – po pierwsze jest to problem zaanektowany przez refleksję o poezji. Na brak precyzyjnych terminów i skategoryzowanego aparatu krytycznego przy badaniu powieści, zwrócił już uwagę Michał Głowiński. 6 Po drugie kategoria światła i jego relacje z przestrzenią (konstruktami, modelami wizualnymi) to zagadnienie wyjątkowo pograniczne i intertekstualne – od metafizyki średniowiecznej i historii religii do współczesnej fizyki, od symbolu ognia w ujęciach Bachelarda i Eliadego do geometrycznych, wizualnych, filozoficznych i technologicznych konceptów filozofów miasta.

 

W filozoficznej refleksji o świetle trud uporządkowania idei podjęła w 2014 roku Paulina Tendera, proponując podział na ujęcia filozoficzne, teologiczne i artystyczne.7 Prawdopodobnie jedyną zaś książką, która problem typologii światła osadza na gruncie polskich rozważań literaturoznawczych (w ujęciu monograficznym – skupionym na wierszach Czesława Miłosza) jest tekst belgijskiego polonisty Krisa Van Heuckeloma. 8 Belg – określając z kolei najważniejsze w kulturze zachodniej teksty o „okulocentrycznym paradygmacie”, wskazuje przede wszystkim na książkę amerykańskiego historyka idei Martina Jaya – Downcast Eyes. The Denigration of Vision in Twentieh-Century French Thought. 9 To właśnie Jay jako pierwszy we współczesnej refleksji odtwarza dualistyczny średniowieczny podział na lux – światło percypowane zmysłowo (odbite) i lumen: światło duchowe, mistyczne, sakralne. 10 Do nieprecyzyjności tego rozróżnienia (odtworzenia) jeszcze powrócimy. Zdaniem Heuckeloma kluczową postacią w europejskiej refleksji nad światłem odegrał też niemiecki filozof Hans Blumenberg: myśliciel ten – wychodząc od założeń platońskich i neoplatońskich - zaproponował tezę, iż tradycja europejska bazuje na „języku światła”. 11 Związane to jest z połączeniem geometrii i światła w antycznych budowlach – np. w świątyni boga Amon-Re w Karnaku, świątyni w Karli w Indiach, Hagi Sophii w Bizancjum, a szczególnie Panteonie w Rzymie. Historycy rzymscy opisywali Panteon jako budowlę obrazującą doskonałość Boga, który objawia się w postaci słońca (wpadając przez umieszczony w centrum kopuły oculus). Mistyczny wymiar osiąga Panteon, dzięki połączeniu światła słońca z doskonałością bryły – kuli. 12 Oculus redukuje światło wysokie (słońce) do światła niskiego (promień we wnętrzu); poddaje nieograniczony blask słońca prawom matematyki i czasu. Świetlisty (święty) słup światła mistycznie przenika ze sfery sacrum do profanum, spycha wertykalizm do ludzkiego horyzontalizmu.

 

W nieco zakamuflowanej wersji wraca ten motyw m.in. w Solaris Lema. Planeta (kula uzależniona od światła słonecznego, co eksponowane jest już w nazwie ciała niebieskiego) wpisuje się w szereg znanych od starożytności sakralnych wyobrażeń absolutu. Fenomen sfery eseistycznie ujął Jorge Luis Borges w Kuli Pascala. 13 Autor Biblioteki Babel rozpoczyna śledzenie losów przemian metafory kuli od idei Ksenofanesa z Kolofonu, który w szóstym wieku przed naszą erą próbował przekonywać Greków, że Bóg jest kulą. Wieczną kulą. Platon w Timajosie kulę uznawał za bryłę najdoskonalszą. Ciekawą analogię do Solaris odnaleźć można w myśli Empedoklesa z Agrigentum: w jego obrazie stwarzania świata elementy ziemi, wody, powietrza i ognia tworzą kulę bez końca, „okrągły Sphairos, który raduje się w swej kolistej samotności”.14 Borges wymienia dalej m.in. Alain’a de Lille’a (XIIIw.), ostatnią księgę Pantagruela (tu: Bóg - „intelektualne koło, którego środek jest wszędzie, a obwód nigdzie”), wizję Dantego (dziewiątą sferę wokół Ziemi stanowi utkane ze światła Empireum). W  dobie baroku zaczynają dominować uczucia strachu i niepewności wynikające z poczucia zagubienia w kuli wszechświata. Najpełniej ten lęk wyraża Blaise Pascal, który wracając do metafory kuli, nadaje jej „inną intonację”, wypełnia strachem, inkrustuje zwątpieniem.15

Okrągła przestrzeń, centralna oś, lustra, światła: oto rudymentarne konstrukty Lemowych światów przedstawionych. Genialny Golem XIV, tłumaczący działanie ludzkiej myśli sięga właśnie po metaforę kuli i odbić:

 

Wędrując po kuli można ją okrążać nieskończenie, można kołować bez granic, chociaż kula jest przecie skończona. Także myśl, wypuszczona w powziętym kierunku, nie napotyka granic i poczyna kołować w samoodbiciach. 16

 

Wyobrażeniowy prymat geometrii i światła w konstrukcjach fabularnych powieści, sytuuje Lema jako klasyka. To tendencje bardzo zauważalne m.in. w antycznej myśli architektonicznej.Zbigniew Herbert pisał, że „świątynie greckie żyją pod złotym słońcem geometrii”, a w architekturze najważniejsze jest podporządkowanie proporcji części i całości określonemu modułowi (to myśl rzymskiego Witruwiusza). Dwie tezy zawarte w ostatnim zdaniu metaforycznie rekapitulują problemy opisywane w pracy. Dodaje Herbert, iż „sztuka grecka jest syntezą rozumu i oka, geometrii i praw widzenia”; prawa te odnoszą się także do literatury. 17

 

Długa historia refleksji nad światłem w zachodnioeuropejskich deliberacjach wytworzyła szereg opozycji, które mają charakter archetypowy. Punkt pomiędzy opozycjami zajmuje człowiek – patrząc w stronę ziemi, obserwuje światło odbite – lux (na razie przyjmujemy taką definicję lux; przy takiej zatrzymał się Heuckelom). Do strefy ziemskiej (profanum) należą kolory, światło niepochodzące ze źródła, drugorzędne. Patrząc w kierunku słońca, oko percypuje światło idei, światło, które nie tylko służy obserwacji, ale spekulacji.18 Dla francuskiego mistyka – Oskara Miłosza (który wywarł znaczący wpływ na kształt wyobraźni poetyckiej Czesława Miłosza), światło duchowe (według teorii tzw. transmutacji Oskara Miłosza – lumen) i światło fizykalne (tu: lux) złączą się. 19 Ponieważ noblista uważał, że poeta jest przede wszystkim „kimś, kto widzi”, ma wrodzoną predyspozycję w postaci „chciwości oczu”, dlatego na podstawie światła dostępnego oczom, powinien wnioskować o świetle wyższym; krótko zawarł to w imperatywie: „patrzeć w promień od ziemi odbity”.20 „Błyszczą przedmioty, odsłaniane refleksami światła. Blask rzeczy układających się w wizję świata - i idei ten świat porządkujących - wydobywa i utrwala obraz słońca, które "nie ma żadnej osobnej barwy, bo ma wszystkie". I jest to słońce, nie tylko (jak chce Miłosz) św. Tomasza, ale też św. Augustyna, Pseudo-Dionizego Areopagity, Eriugeny czy średniowiecznych metafizyków światła.”21

 

Schemat zasadzający się na antynomiach światła i cienia oraz typach-piętrach światła: słońce (światło wysokie) – ogień - światło odbite (światło niskie) - światło oczu, jest zbieżny z metaforycznym obrazem platońskiej jaskini. Platon jest pierwszym filozofem, który rozważał metafizyczne, symboliczne i ontologiczne znaczenie światła. Najsłynniejsze są rzecz jasna refleksje zawarte we fragmentach księgi VII Państwa. 22

 

Rozważając modele wizualno-przestrzenne u Lema, z pewnością daje się dostrzec jeszcze jeden rodzaj światła – nie tylko służącego obserwacji, czy spekulacji, ale również niszczeniu: światło ognia (Heraklitowe), katastroficzne, destrukcyjne, technologiczne. Wracając do Platona: wartododać, że o ile światło Słońca było dla filozofa symbolem idei Dobra, o tyle ogień funkcjonuje zawsze w ramach przedmiotów matematyki.23 W światach Lema to przedmioty technologiczne sprowadzają zagładę.24 Kiedy potraktujemy obraz jaskini jako pierwszy model wizualny, łączący typy światła z określoną strukturą przestrzenną (przez światło wyznaczoną) ogień jawi się jako pośrednik, jest na granicy świata zmysłowego i idealnego, oświetla przedmioty i wywołuje przez to iluzję (symulację). W perspektywie wertykalnej znajduje się wyżej niż człowiek-więzień, niżej niż słońce – kosmos. Będąc efektem działań technicznych i intencjonalnych (w przeciwieństwie do słońca, którego jest w założeniu imitacją) wyznacza jednocześnie w jaskini koncentryczną strukturę zarówno światła jak i przestrzeni. Samo palenisko zaś (koło z pionowym słupem w środku) to pierwsza i pierwotna struktura geometryczno-przestrzenna, wizualny model przenoszony dzięki światłu ognia z wymiaru przedmiotowego do symbolicznego. Potraktowanie powyższego modelu jako spacjalnego archetypu powiązanego ze światłem uruchamia wyobraźnię unerwioną ideami Junga, który głosił, że nieświadomość zbiorowa skrywa pierwotne, ogólne dziedzictwo wzorów doświadczeń realizowanych w obrazach wyobraźni. 25

Ogień w wykładni psychoanalitycznej stanowi symbol libido – wg Junga najczęściej realizuje się ono w literaturze w obrazach słońca, ognia i światła.26 Rozpalanie ognia lub jego przenoszenie w mitycznych opowieściach współwystępuje niekiedy z motywem orania Ziemi – symbolem połączenia libido i materii 27 (ciekawe w tej perspektywie wydaje się np. lądowanie, a potem użycie siły w Edenie czy w Niezwyciężonym). Postać Prometeusza „uczłowiecza” ogień, odtąd stanie się on łącznikiem między psychiką i materią. Jung nazwie ów most między tymi dwiema kategoriami psychoidem - skojarzenie z mimoidem i Solaris może być uzasadnione tym bardziej, że „libido” ujęte jest przez Junga jako system rzek energii płynący po swoich łożyskach. U Lema żywioł ognia (łac. ignis – ogień, blask, światło) przybywa wraz z bohaterami; na ogół zostaje też wykorzystany jako broń; będąc symbolem człowieczeństwa niesie zarazem zagładę.

Ciekawe, że postać Prometeusza funkcjonuje jako łącznik dwóch ważnych dzieł Lema – Solaris i Powrotu z gwiazd. „Ognionośca” przywołany zostaje w formie nazwy statku, który dostarcza Krisa Kelvina w pobliże planety Solaris, jak i Hala Bregga na Ziemię. Lem – pesymista - nie mógł wybrać innej postaci – Prometeusz cierpi za to, że daje ludziom kulturę, jest „idealnym przedstawicielem twórczej techne28. „Cierpienia Ajschylosowego Prometeusza ukazują się jako cierpienia samego człowieka, strąconego z niebios na padół nieszczęścia i śmierci, lecz przeznaczonego do tego, by podnieść się znowu.”29

 

Na bazie starożytnych refleksji o świetle, a zwłaszcza w oparciu o myśl Platona wyrosła w średniowieczu osobna gałąź myślowa, którą można by określić jako metafizykę światła. Kontynuując opozycyjne podziały Platona (światło wysokie, duchowe – niskie, odbite), pojawiły się urozmaicone koncepcje rodzajów światła: claritas, splendor, resplendentia, lux, lumen, refulgentia, color, fulgor.30 Ostatnie z pojęć odnoszą się już do światła odbitego. 31

 

Przyznać trzeba, że pojęcia lumen i lux nie są precyzyjnie określone; w historii kulturowej refleksji dochodzi do odwracania znaczeń. Jak powiedzieliśmy, Kris Van Heuckelom, analizując motyw światła u Czesława Miłosza (i u Oskara Miłosza) przyjmuje, że światłem wyższym jest lumen. U  Hegla zaś lumen wiąże się z lustrem i odblaskiem. 32 Opat katedry Saint-Denis – Suger również używa formuły vera lux, dla określenia światłości Boga. 33 W podobnym duchu o czystym świetle (lux pura) mówi św. Augustyn. 34 W kolejnych rozdziałach pozostaniemy przy takim – pochodzącym ze średniowiecza opozycjonowaniu pojęć.

Najsłynniejszym tekstem średniowiecznym, w którym pojawiają się kategorie luxlumen jest średniowieczny traktat angielskiego filozofa, profesora uniwersytetu w Oxfordzie - Roberta Grosseteste’a. 35 Teolog ten to pierwszy uczony, który przeniósł refleksje o świetle na teren badań naukowych. Paulina Tendera wspomina, że Grosseteste podsumował całą dotychczasową myśl o świetle – koncepcje kosmologii platońskich i neoplatońskich, idee Ps. Dionizego Areopagity, arabską filozofię światła będącą próbą połączenia idei biblijnych z pierwszymi teoriami fizykalnymi. 36 Angielski filozof jako pra-światło, to, które było „na początku” uznaje lux. Co ciekawe dla rozważań w niniejszej pracy, Grosseteste jako pierwszy łączy w naukowej refleksji metafizyczny charakter światła z geometrią – światło wyznacza struktury przestrzeni (linie i kąty); jego myśl stoi więc u podstaw optyki.

 

Szukanie źródeł refleksji o świetle i pierwsze jego typologie prowadzą w stronę mitu, a raczej mitopoetyki. To, że Stanisław Lem inkrustuje światy przedstawione odwołaniami do mitów, da się łatwo zauważyć chociażby w nazwach zaawansowanych urządzeń i pojazdów (statków kosmicznych). 37 Mityczne presupozycje są jednak w dziełach autora Fiaska rodzajem endostruktury, przestrzennym archetypem. Choć mityczność u Lema jest poddawana ciągłej reinterpretacji (np. w dalekiej, zaawansowanej technologicznie przyszłości), to jednak brak możliwości porozumienia z różną formą inności redukuje przedstawioną sytuację do czasów przedpiśmiennych, kiedy funkcjonowały jedynie narracje obrzędowe. Bohater Lema pozostaje często w sytuacji znaczeniowej deprywacji, mapa „jaskini” nie zmienia się, ale „więzień” gubi się w labiryncie odbić.

 

Ponieważ w rozprawie pojawią się odniesienia do idei Mircei Eliadego, który jest także uważany za przedstawiciela badań mitograficznych, warto zarysować ogólne tendencje w obrębie tej dziedziny. Jak pisze – powołując się na Stabryłę i Podbielskiego – Marta Kładź-Kocot, dzisiejsza mitografia realizowana jest w perspektywach: psychologicznej (Freud, Jung, Kereny), socjologicznej (Durheim, Malinowski), fenomenologicznej (Levy-Bruhl, Cassirer, Eliade) oraz strukturalistycznej (Levi-Strauss). 38 Dla Eliadego istotnym wyróżnikiem myślenia archetypowego i mitycznego jest traktowanie czasu jako kategorii cyklicznej, rytualnej. Tak pojęty czas pozwala uciekać wciąż do mitycznego in illo tempore przed „tyranią historii”. 39 Teza ta zyskuje intrygującą interpretację w kontekście odczytania dzieł Lema dokonanych przez Agnieszkę Gajewską – Lem ucieka przed traumą Zagłady w światy fantastyczne, które są literackim obrzędem, cyklicznie powracającym do czasu utraconego. Warto dodać, że koncepcja czasu linearnego, historii postępowej zwycięża dopiero na początku XVIII wieku głównie za sprawą Leibniza. 40 W epoce sztucznego światła (lumen) bardziej przekonujące stają się idee ewolucjonistyczne i czas progresywny. Dla duchowego lux zaś, czas nadal zapętla się koliście i cyklicznie. Lem pisze w Przyjacielu:

 

„(…) Wirowanie spiralnych mgławic, planetarne porody gwiazd, powstawanie życia na planetach – to tylko kolejne fazy powtarzającego się wiekuiście cyklu, którego każdorazowym kresem jest jedna, rozsadzająca wszystko myśl.” 41

 

Zapętlanie czasu, spiralne, temporalne repetycje to częsty motyw w twórczości Lema, zazwyczaj połączony z tkwieniem bohatera w figurze labiryntowej. Marta Kładź-Kocot dodaje, że motyw cyklu i kołowego powrotu, podobnie jak kosmos i światostwórstwo to jedne z obsesji Lema. Aspekty związane z czasem są z pewnością wyróżniającym się motywem mitopoetycznym.42 Nas interesuje coś jeszcze głębszego – prymarna struktura tego typu wyobraźni: zmodyfikowana forma paleniska z platońskiej metafory. Nawet w powyżej opisanych ujęciach czasu kołowość i odśrodkowość to rudymenty Lemowej architektury. Krystalizuje się ona zaś za sprawą światła.

 

Jak wiadomo Stanisław Lem miał ambiwalentny stosunek do literatury science fiction. Z jednej strony wyśmiewał tę konwencję, wyrzucając jej sztampowość – dowodem na to jest chociażby dołączony do Fantastyki i futurologii „Kieszonkowy komputer dreszczowców” – narysowany przez Lema model możliwie najczęstszych układów fabularnych zauważalnych głównie w s-f pod znakiem pulp-fiction.43 Z drugiej jednak strony Lem korzysta z tych układów, choćby w utworach należących do hard s-f, takich jak Niezwyciężony.

Andrzej Stoff, badając metody obrazowania w gatunku science fiction wymienił cztery podstawowe wzorce modelowania świata. Są one widoczne w twórczości Lema głównie z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Po pierwsze Lem wykorzystywał literaturę marynistyczną (w tym twórczość Josepha Conrada) w celu opisania statków kosmicznych i nawigacji. Krążowniki po wylądowaniu – oświetlone sztucznym światłem – przywodzą na myśl latarnie morskie, zaś bohaterowie stopniowo docierają do jądra (serca) ciemności – koncentrycznie kształtują doświadczenie wchodzenia w metaforycznie i dosłownie pojęty mrok. Po drugie Lem i wielu innych mistrzów gatunku sięga – co oczywiste – po terminologię astronomiczną i łączy ją z poetyckim opisem przestrzeni komicznej. Dokonuje swoistych – literackich – fotografii obszarów nieba, powiększając niektóre obiekty. Po trzecie Lem – aby oddać inność przestrzeni (np. na planecie Solaris) wykorzystuje (literacko przetransponowane rzecz jasna) techniki malarzy abstrakcjonistów. Czwarty model dotyczy natury – rozbudowane opisy trzymają się głównie zasad realizmu. Stoff wyróżnia również m.in. adiekcję (dodawanie, rozszerzanie), hiperbolizację (np. gmachów-labiryntów), transmutację (zamianę miejsca) i prymat funkcji impresywnej nad poznawczą. 44

 

Niniejsza rozprawa dodaje jeszcze kolejną zasadę mówiącą o archetypowym kształtowaniu przestrzeni i wizualności. Dokonuje się to w oparciu o częste opisy rodzajów świateł oraz dośrodkową konstrukcję zdarzeń. Zarówno bohater literacki jak i sam Lem (np. w pierwszych słowach przedmowy do I wydania Summy technologiae) – metaforycznie mówiąc – wchodzą na wieżę i zataczają wzrokiem krąg.

 

Książka ta powstała trzy razy i za trzecim dopiero udało mi się zakreślić jej granice, a przez to i zamknąć, aby – zamierzona jako „wieża rozumu”, z której rozpościera się bezkresny widok – nie podzieliła losu swej biblijnej poprzedniczki. 45

 

Warto jeszcze we wstępie wspomnieć, że motywy konstrukcyjne, na których skupiają się te badania mają bogatą tradycję w historii gatunku science fiction. I nie chodzi tu o zachodnich klasyków takich jak Herbert George Wells czy Juliusz Verne, ale o bardzo urozmaicone i intrygujące ujęcia polskiej literatury. Ciekawego przeglądu dziejów polskiej fantastyki dokonują Antoni Smuszkiewicz i Andrzej Niewiadomski.46 Rezonują u Lema modele wyobrażeniowe zaproponowane chociażby przez Stefana Grabińskiego 47 (np. zainteresowanie normą psychiczną, rozdwojeniem jaźni, somnambulizmem i snem), wizje technologiczne Wojciecha Gutkowskiego, homunculusy Jerzego Hulewicza, motywy śmiercionośnych broni („niebieskich promieni” i Wieży Eota) u Tadeusza Kończyńskiego. Wielkie zasługi dla polskiej „przedlemowej” fantastyki ma Antoni Lange (połączenia wizji mikro- i makrokosmicznych, narracje archeologiczne, itp.). Fantastyczne futurystyczne wizje budował już w romantyzmie Adam Mickiewicz – intrygują (opisane w niezachowanej w całości Historii przyszłości) obrazy „Archimedesowych zwierciadeł”, które odbijają na ogromne odległości ogniste litery. Podwaliny polskiego gatunku s-f fundują ponadto Bolesław Prus (fragmenty Lalki, ale również Sława i Przemiany), Władysław Reymont (Wampir), Teodor Parnicki (np. Nowa baśń). Szczególne miejsce w polskiej fantastyce zajął Mieczysław Smolarski (autor antyutopii Miasto Światłości. Powieść z dni przyszłych): przykuwają uwagę wizje wielkich gmachów – Wież Milczenia, autonomiczne roboty, obrazy społeczeństw przypominających zbetryzowaną cywilizację z Powrotu z gwiazd). Pionierem rodzimej fantastyki, konstruktorem labiryntowej wyobraźni jest na pewno Jan Potocki (Rękopis znaleziony w Saragossie). W tym krótkim przeglądzie nie sposób ominąć Jerzego Żuławskiego, autora słynnej „trylogii księżycowej” (Na srebrnym globie. Rękopis z księżyca, Zwycięzca i Stara Ziemia). To właśnie w tych dziełach – w 1903 roku - znaleźć można wątki kosmicznych wędrówek górskich, czy obecne np. w Obłoku Magellana i Solaris motywy izolowanej grupy społecznej. 48

Już na podstawie tego pobieżnego przeglądu widać, że twórczość Stanisława Lema stanowi kontynuację formującego się od końca XVIII wieku języka polskiej fantastyki. Kiedy autor Szpitala Przemienienia pisze w 1946 roku – wydawałoby się pionierskiego Człowieka z Marsa, czy pięć lat później Astronautów wcalenie sytuuje tych dzieł w próżni gatunkowej. Istnieje już ponad stupięćdziesięcioletnia tradycja kształtowania gatunkowych formuł.

 

Powyżej określono podstawowe tezy i konteksty rozwijanego w pracy problemu, przedstawiono również rys historyczny związany z kluczowymi pojęciami i  motywami. Kolejny rozdział stanowić będzie rozwinięcie refleksji o świetle i  przestrzeni w odniesieniu do dzieł Stanisława Lema. Zaakcentowane zostaną przy tym współczesne refleksje kulturowe i naukowe związane z  wizualnością i  spacjalnością. W dalszych rozdziałach rozważania skupią się na konkretnych realizacjach modeli wizualnych w prozie Stanisława Lema.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ I

 

 

WSPÓŁCZESNE REFLEKSJE

NAD WIZUALNOŚCIĄ W KONTEKŚCIE

TEKSTÓW STANISŁAWA LEMA

I 1. Światło

Kto nazbyt patrzy, traci.49

Michael Foucault stwierdził: „Oko staje się depozytariuszem i źródłem jasności (…). Otwierając się, odsłania pierwotną prawdę50.” Założyć można więc za francuskim filozofem, że zmysł wzroku stwarza aksjologiczny fundament naszego bytu, pod warunkiem jednak, iż myślimy tutaj bardziej o istocie widzenia, a nie patrzenia. Pierwszy z wymienionych procesów zakłada bowiem pewną refleksyjność; można wszak widzieć we śnie, być dobrze, mile, źle widzianym, itp. Patrzenie zaś oznacza jedynie kierowanie na kogoś wzroku51. Widzenie oczywiście wiąże się także z narzuceniem perspektywy podmiotowości.

Badając utwory Stanisława Lema, ciekawe staje się, w jaki sposób określony rodzaj widzenia świata oraz typ światła wpływają na kształt prezentowanej idei. Warto wspomnieć, że w artykule poświęconym Lemowi Andrzej Stoff skonstatował, iż refleksja nad problemem, w jaki sposób „idee wchodzą do literatury” jest wyraźnie zaniedbana.52

Czytelnikowi utworów autora Solaris oferuje się jednak na ogół perspektywę widzenia bohatera, o czym wspomina m.in. pisząca o mimetyzmie w utworach Lema Iwona Pięta53. Bohater u Lema jest „figurą obrazującą myśl”54, „umysłem próbującym znaleźć formułę określającą rzeczywistość.55

Szczególnie interesujące w tym kontekście wydają się te teksty, w których przedstawione są wizualne eksperymenty, obrazujące na ogół, czy też obnażające fałsz antropocentrycznej perspektywy. Intrygujące jest to, w jaki sposób przedstawiony świat zamienia się w obraz. Warto też spróbować zdefiniować funkcje, jakie odgrywa w wybranych utworach tzw. „czysta widzialność”, tzn. taka, która może, ale nie musi być znakiem – chodzi głównie o produkowanie obrazów asemantycznych56. Wydaje się, że właśnie z takim typem widzialności mamy do czynienia w symulacjach prezentowanych w Powrocie z gwiazd.

Niniejsza praca, jak widać, będzie wpisywać się w popularny obecnie nurt iconic turn koncentrujący się wokół samodzielnej subdyscypliny filozoficznej, jaką jest teoria obrazu57, przy czym punktem wyjścia rozważań badawczych stanie się rozróżnienie pojęć lumen i lux. Komplementarnie zostanie potraktowany inny ze zwrotów humanistycznych, mianowicie zwrot przestrzenny lub topograficzny58 – wrócimy jeszcze do tego w tym rozdziale. W kolejnych częściach rozprawy analizie poddane zostaną głównie pewne kategorie wyobrażeniowe Lema pozwalające spojrzeć na jego beletrystykę w sposób kompleksowy, główną zaś osią wokół której skoncentrują się wnioski wydaje się być antropologia kulturowa.

Ponieważ wielokrotnie pojawi się w tekście odwołanie do myśli Eliadego, warto tu wspomnieć, że inspirujące dla tej pracy jest utożsamienie modelu (paradygmatu)59 z mitem w takim sensie, że – jak wspomina Eliade – „funkcja mitu polega na ustaleniu egzemplarycznych modeli dla wszystkich obrzędów i do wszelkich istotnych działań człowieka”.60

Wspomniane wyżej typy światła, obok których pojawia się też dodatkowo światło określone jako claritas, występują uzupełniająco, a ich znaczenia opalizują. Pod pierwszym z pojęć rozumie się w tej pracy światło sztuczne, światło będące wynikiem pewnej technologii, takie, które interesowało również Waltera Benjamina badającego ontyczny status oświetlonego miasta.61 Francuski pisarz zwrócił uwagę na fakt, że poprzednie epoki historyczne były oświetlane przez światło naturalne – słońce, księżyc, ogień. Dopiero obecna epoka jest zdominowana przez światło sztuczne. Tym bardziej dzieje się tak w społeczeństwach zdolnych eksplorować kosmos.

 

 

Lux to światło boskie, będące emanacją transcendencji, światło które w średniowieczu opisywali już – o czym wspominaliśmy w poprzednim rozdziale m.in. Grosseteste, św. Augustyn, czy opat i kronikarz katedry Saint-Denis - Suger. Mimo wyczuwalnej areligijności lemowych światów, często – głównie przez efekt fabularnego zawieszenia – otwierana jest perspektywa imponderabiliów, lub, co najwyżej, sfery niemożliwej do zwerbalizowania. Hall Bregg patrzący na słońce, Kelvin siedzący nad brzegiem oceanu, wschód słońca po „grobowych zaślubinach” w Masce i wiele innych fragmentów to doskonałe egzemplifikacje omawianego zagadnienia. Z pewnością swoistym symbolem światła boskiego, będącego jednocześnie wyzwaniem dla człowieka jest światło gwiazd. To ono sugeruje transcendencję62. Ukazanie człowieka wobec światła lux uprawnia także badacza, aby wykorzystać pojęcie epifanii63.

Intrygująco opozycję lumen i lux ujął Andrzej Gwóźdź, podkreślając jednocześnie za Virilliem, że światło jest najważniejszym interwałem współczesnej kultury64. Gwóźdź wywodzi typologię świateł z analizy filmu Niebo nad Berlinem Wima Wendersa. Zauważa, że lumen to „oświetlacz”, światło prędkości, zsekularyzowane i stechnicyzowane – światło Lucyfera. Ono jedynie designuje przestrzeń, nie kreuje jej. Lux zaś to nie tyle światło, co światłość – rozpatrywana może być zatem w kategoriach filozoficznych i ewangelicznych, jej głównym celem jest powoływanie do życia65.

Lem między lumen i lux to podstawowy kontekst badawczy, który wydaje się – nomen omen – w nowym świetle pokazać twórczość pisarza wobec ujęć socjologii wiedzy naukowej, esencjalizmu i antyesencjalizmu, referencjalności i jej braku. W końcu zaproponowany problem pozwala wpisać twórczość Lema w różne nurty tzw. „nowej estetytki”, przy czym określenie „wpisać” nie jest być może ścisłe, ponieważ Lema trudno się klasyfikuje, pozostaje on raczej zawsze „wobec” czegoś.

Wspomniano wcześniej, iż Lem w swych futurystycznych wizjach reprezentuje modele rzeczywistości symulowanej, które można by określić „czystą widzialnością” bez referencji. Tak dzieje się na płaszczyźnie świata przedstawionego. Z drugiej jednak strony to właśnie percepcja narratora – najczęściej pierwszoosobowego – poprzez działanie presupozycji takową referencję jednak konstytuuje. Kripke pisał, że referencja jest ustanowiona w akcie chrztu przez percepcję66. Światło, a tym bardziej jego typizacja: lumenlux to czynnik nadawania referencyjności.

Po pierwsze samo założenie, że istnieje światło rozumiane jako lux powoduje, że to właśnie ono wyznacza myśl esencjalistyczną Lema. Dzieje się tak tym bardziej, jeśli przyjmiemy, że pisarz stosuje – używając słów Sulikowskiego – ujęcia kryptoteologiczne67. Jest jeszcze jeden bardzo ważny aspekt świadczący o Lemowym esencjalizmie, mianowicie przekonanie, że istoty rzeczy tkwią w oglądanych przedmiotach. Fenomenologiczna – bo istotę tego nurtu sugeruje ostatnie zdanie – definicja świadomości pojawia się również w – jak to wyraził Rothfork – „ostatecznej strukturze epistemologicznej” postaci Lema68. Chodzi oczywiście o takie momenty, jak chociażby spoglądanie na mimoid w ostatniej scenie Solaris.

Z drugiej strony jednak Lem jako naukowiec i pisarz wykorzystujący grę słowem wpisuje się jednocześnie swą twórczością w nurty antyesencjalistyczne. Nie zawsze odkrywa przecież „wieczne esencje”, lecz stosuje „deskrypcję kulturowych gier lingwistycznych” 69. Zatrzymuje się więc niejako na poziomie języka właśnie, a on z kolei odnosi się jedynie do innego języka innych tekstów. Metaforyczny obraz tego zagadnienia spotkać można w Pamiętniku znalezionym w wannie, czy też w opisach rozwoju solarystyki w Solaris.

Wracając do problemu referencji, dodać można jeszcze, że lingwistyczne zabiegi Lema powodują, iż z jednej strony sugeruje on istnienie referencji stanowiącej (performatywnej, w której słowa stają się rzeczywistością, a ponadto w sferze recepcji dzieła konstruują presupozycje), z drugiej zaś referencji pustej, w której słowo staje się jedynie znakiem.

Meandrowanie między lumen a lux przypomina relacje, nad którymi zastanawiał się już Arystoteles, a mianowicie związki między Logos a Techne. Oczywiście lux kojarzyć się będzie z Logosem – odwiecznym słowem, rozumem, myślą, natomiast lumen z Techne, które dla Arystotelesa tożsame było z pojęciem sztuki70. Widać więc, że artyzm był dla myśliciela greckiego rzemiosłem. Jednakże sztuka – niezależnie jak będzie opisywana – potrzebuje siatki pojęć z zakresu estetyki. Skoro światłem sztucznym są u Lema np. symulacje, hologramy, fantomy, ale również, obrazy powstałe przez użycie maszyn będących ekstensjami zmysłów, np. LEM-y w Pokoju na Ziemi, tym samym autor Cyberiady wprowadza czytelnika na teren „nowej estetyki”. Staje się przez to pisarzem awangardy, której jedną z cech jest przejście od mimesis do simulacrum71. Sztucznie stworzone obrazy, będąc dziełami sztuki – odsyłają same do siebie, choć jednocześnie inspirują, aby poszukiwać ontologii ich elektronicznego bytu.

Technicznie wytworzone obrazy – sfera zdominowana przez lumen – odsłaniają prawdy o charakterze metafizycznym, gdzie otwarte zostaje z kolei pole do działania transcendentnego lux. Theodore Roszak, odwołując się do myśli Abrahama Maslowa ułożył teorię, w myśl której rozwój technologii jest objawem patologii kognitywnej, jaka powstała z lęku przed istnieniem rzeczywistości niezrozumiałej dla człowieka, rzeczywistości metafizycznej72. Technologicznie generowana sztuka to również – nawiązując do powyższej myśli – sposób sublimacji frustracji wynikającej z przeczuwania istnienia czegoś ponadracjonalnego. Czymś takim w światach Lema może być oczywiście spotkanie z obcymi.

Warto dodać, że przedstawiona tu teoria koresponduje ciekawie z ideą Vico i McLuhana mówiącą o tym, że mity zrodziły się jako swego rodzaju szok spowodowany przełomem technologicznym73.

 

McLuhan, rozwijając myśl autora Nauki nowej przedstawia ciekawą historiozoficzną tezę mówiącą o silnym rozwoju kultury popularnej jako reakcji na rewolucję elektroniczną. Ta zaś jest przecież mocno związana z „nową estetyką”, o której już wspomniano, a której dominującą cechą jest obraz, przekazywanie treści za pomocą określonego typu światła.

McLuhan twierdzi, że zmiany w zachowaniach społecznych, przewartościowywanie archetypów, spowodowane są nowymi środkami przekazu, przy czym posługiwanie się obrazem lub przekazami audiowizualnymi jako podstawowym językiem współczesnej kultury deprecjonuje człowieka.74 Nieco karykaturalną wizję człowieka otoczonego obrazem medialnym, sztucznie wykreowanym, przedstawia Lem w Powrocie z gwiazd. Temat ten zostanie jeszcze rozwinięty. McLuhan krytykuje model nauki nowożytnej, która spowodowała kryzys kultury szczególnie w sferze budowania wspólnoty.75 Dobrym obrazem tego, o czym mówi McLuhan są słowa Noela Howarda funkcjonujące już jako aforyzm: „Telewizja zmieniła kółko rodzinne w półkola.” Jednocześnie globalnie rozumiana kultura popularna jest sposobem budowania jakiejś płaszczyzny porozumienia, ale – dodajmy - na poziomie „plemiennego mroku”. Kondensując tę myśl: Obraz rozumiany jako lumen rozbija wspólnotę, ponieważ poprzez swą technologiczną proweniencję wywołuje szok poznawczy, jednakowoż doprowadza do wytworzenia mitu jednoczącej ikonicznej kultury. Światło-lumen będące formą sztuki zamienia się w lux.

Dla ścisłości trzeba w tym miejscu dodać, iż w utworach Lema płaszczyzną nadrzędną wobec jakkolwiek funkcjonującej widzialności jest sfera językowa. Jak wiadomo leksyka Lema, style, frazeologia połączona z terminologią wielu dziedzin staje się dla czytelnika podstawą kojarzenia faktów i powstających w procesie interpretacji idei76. Na dominację wypowiadalności nad widzialnością – w kontekście kognitywizmu - zwrócił również uwagę Foucault: „Swe poznanie człowiek strukturuje w myśl i zyskuje do niego dostęp na drodze wchodzenia niemyślanego w to, co myślane, widzialnego w to, co wypowiadalne77”. Tylko zwerbalizowany obraz zyskuje określoną kategorię widzialności – np. poprzez nazwanie jej widzialnością „czystą”. Lem, opisując nawet najbardziej nieziemskie scenerie korzysta z ziemskich wzorców obrazowania. Stoff zwraca uwagę, że pisarz odwołuje się przy tym do rozległych pól semantycznych poszczególnych leksemów78.

Określając wstępnie pola badawcze, warto zauważyć, na jakich płaszczyznach eksplikacji tekstów będą widoczne różne formy widzialności. Warto zacząć od tej, której najbliżej do widzialności „czystej”.

Autor Maski głównie w Powrocie z gwiazd oraz w Fiasku opisuje symulacje będące formą technik immersyjnych, czyli takich, które powodują pełne zanurzenie zmysłowe. Symulacje to quasi-realne, wirtualne79 obrazy, narzucające człowiekowi odmienny od naturalnego paradygmat rzeczywistości.

Wyróżnić można symulację rozpoznawalną – taką, w której mamy świadomość procesu symulowania rzeczywistości, istnieje otoczenie nieobrazowe (np. rama przedstawienia) oraz nierozpoznawalną, w której pozór staje się rzeczywistością80. W czasie symulacji estetyka ciążenia zostaje zastąpiona przez „estetykę znikania”, co oczywiście związane jest z faktem, że świat symulacji komputerowej nie podlega na przykład prawom ciążenia81. Modyfikacji ulegają także inne kategorie: nad trwaniem dominuje przetwarzanie – potencjalność performacji.82 Wobec - czy raczej w - symulowanej rzeczywistości staje zarówno Hal Bregg w Powrocie z gwiazd jak i bohater Fiaska. Symulacja – patrząc na zagadnienie konwencji literackiej – grawituje w stronę oniryzmu. Widać to z pewnością w Fiasku – kompozycyjnym odpowiednikiem symulacji staje się sen o kopcach termitów (motyw ten pojawił się w 1948 roku w Szpitalu Przemienienia – choć dotyczył mrówek), warto dodać – będący jednocześnie antycypacją zakończenia powieści. Porządek symulacji jest także związany ze śmiercią wszelkiej referencji; nie ma już relacji z rzeczywistością, pozostaje autonomia obrazu. Dla bohatera literackiego w świecie wirtualnym, czy symulowanym obraz wyzbywa się swojego semiotycznego charakteru83 jakiekolwiek interpretacje fantomowych kreacji stają się dla Hala Bregga zbędne; warto jedynie dodać, że kosmonauta, uczestnicząc w symulacjach (np. w „pałacu Merlina”) bezwiednie staje się „użytkownikiem” – elementem znanej nam z dzisiejszych realiów „kultury uczestnictwa” jak i cyberkultury.

Wykorzystanie w powieściach motywu symulacji sytuuje ten rodzaj obrazu w Baudrillardowskiej typologii: symulacja nie odsyła do żadnej rzeczywistości, ponieważ sama nią się staje. Już Platon zasugerował, iż jeśli udałoby się stworzyć kopię nieodróżnialną od oryginału, można by mówić w takim wypadku o dwóch niezależnych bytach.

Virillio i Flusser mówili, iż zwycięstwo obrazu nad rzeczywistością to przerażająca perspektywa z nieprzewidywalnym konsekwencjami84. Taki sam ton pobrzmiewa w wielu tekstach Lema: technologia – również ta związana z tworzeniem światów wirtualnych – może doprowadzić do katastrofy. Największym jednak jej powodem okazuje się człowiek i jego atawizmy. Taka wizja świata bliska jest również tezom, które głosił Oswald Spengler. W dziele Człowiek i technika. Przyczynek do filozofii życia autor Zmierzchu Zachodu sformułował myśl, że kultura musi wejść w fazę obumierania i śmierci. Powód? Człowiek to drapieżnik pojmujący świat jako obraz.85 Technologie widzenia, również tworzenia symulacji, byłyby więc jedynie ekstensjami zmysłów inteligentnego drapieżnika, który dlatego skoncentrował kierunek obu patrzących oczu, aby zawładnąć światem.

W perspektywie relacji hipotekstowo-hipertekstowych rodzaj widzenia wyzwala różne pola semantyczne, np. kontekst mitu prometejskiego i motyw solaryjny. Wojciech Michera mówi wprost, że główne postacie utworów autora Solaris mają hipotekstową tożsamość, co oznacza, iż ich kreacja odwołuje się do kulturowych archetypów86. Świat przedstawiony utworu, opisywany często z punktu widzenia bohatera jest więc w recepcji czytelniczej hipertekstem; sposób percepcji – głównie wzrokowej – staje się zaś nośnikiem idei, czy też, używając terminu Andrzeja Stoffa, narzędziem ekspozycji idei87. Odpowiednie zabarwienie i nasycenie świetlne na ogół hiperbolizuje i przeobraża struktury znane czytelnikowi.

Wydaje się, że najbardziej wyrazisty paradygmat współczesnej kultury jest budowany przez tzw. „nową audiowizualność” 88. Obraz – kształtowany przede wszystkim przez technologię - staje się prymarnym sposobem opisywania treści kulturowych. Fakt ten oczywiście wpływa znacząco na zachowania społeczne. Zdaniem Feenberga, Ellula i Heideggera technologia tworzy nowy typ systemu kulturowego zmieniającego fundament społecznego porządku oraz wprowadza nowy typ kontroli i nadzoru89. Żyjemy w świecie światła lumen – technicznie wytworzonych obrazów – fotograficznych, multimedialnych, a przede wszystkim multiplikowanych. Kopia to jedno z kluczowych pojęć w filozofii prezentowanej przez Jeana Baudrillarda. Idee filozofa w odniesieniu do myśli Stanisława Lema zostaną omówione, jednak już teraz warto nakreślić tło badawcze: Bohater Lema często musi określić swoją tożsamość wobec kopii czegoś lub kogoś. Najbardziej jest to chyba w widoczne w Solaris. Harey to stworzony przez ocean fantom – forma na podobieństwo „ziemskiej” kobiety. Jednocześnie jej obraz – upostaciowanie wyobrażeń Kelvina – staje się sposobem na porozumienie z obca cywilizacją. Obraz rozumiany jako płaszczyzna porozumienia funkcjonuje także w Edenie - dubelci i ludzie próbują porozumieć się, analizując mapę nieba. Wracając do Harey: w powieści funkcjonuje ona w kilku wcieleniach, staje się coraz doskonalszą kopią człowieka. Kelvin stopniowo przekonuje się do jej uczłowieczającej się tożsamości. Na początku jest ona formą, wytworem technicznym – podobnie jak Pandora ulepiona przez Hefajstosa90. Później – mimo iż wciąż pozostaje kopią, fantomem – staje się obiektem uczuć Kelvina. Idea bytu neutrinowo wskrzeszonego wspomnienia pokrywa się z tezą, którą w odniesieniu do idei obrazu formułuje Wiesing: „Obraz jest pomyślany jako technika produkcyjna szczególnego rodzaju przedmiotowości, nie chodzi o wytwarzanie pozoru, ale o wytworzenie bytu91.” Ciekawe, że Wiesing – powołując się na Gunthera Andersa - również używa pojęcia fantom, który jest dla niego obiektem pozbawionym materialnego nośnika idei (chodzi np. o płótno obrazu)92. Trudno oczywiście orzec w stosunku do Harey, że jest „czystą widzialnością”, tzn. jedynie światłem, jednak neutronowa materia, z której jest wykonana „kobieta”, z pewnością pozostaje nie do końca zdefiniowana93. Widzialność Harey przenosi też rozważania na grunt moralny – tym, co zaczyna kochać Kelvin jest bowiem istota niezależna od materii, to właśnie obraz – widzialność - wyzwala w Kelvinie silny resentyment.

Warto nadmienić, że temat odbić, kopii jest w Solaris spotęgowany przez motyw lustra. W wypowiedzi Snauta: „Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster” brzmi przekonanie, że aby człowiek lepiej rozpoznał samego siebie – musi uważniej analizować odbicia, obrazy. Prymat kategorii widzialności nabiera znaczenia ideowego. Lumen – światło sztuczne, refleks świetlny zbliża się - po refleksji na temat jego istoty – do światła lux, symbolu transcendencji.

Niezwykłość wyglądów świata przedstawionego w powieściach Lema zderzona z obrazem społeczeństwa drugiej połowy XX wieku determinuje często koncepcję świata przedstawionego94. Warto jednak dodać, że autor Powrotu z gwiazd opisuje rzeczy w sposób antropocentryczny, korzysta z ziemskich wzorców obrazowania. Co przy tym istotne, bohater Lema to na ogół człowiek nauki, próbuje opisywać wrażenia wizualne, przyjmując często kartezjański perspektywizm. Ogrom bodźców wzrokowych powoduje jednakże, że wielokroć Lem popada w iście barokowe szaleństwo wzroku – np. w opisie przywoływanego już terminalu w Powrocie z gwiazd.95

Powyższe rozróżnienia sposobów widzenia i wynikających z nich problemów badawczych dają się zredukować do antynomii tkwiącej w dziełach Lema, o której wspominał już Jerzy Jarzębski. Chodzi mianowicie o kształt wyobraźni estetyczno-filozoficznej Stanisława Lema, która z jednej strony dąży do ujęcia pozycji człowieka wobec totalności wszechświata, z drugiej strony skupia się na poziomie molekularnym96. Warto by dodać, że przejawia się to w fakcie pisania zarówno o przestrzeni międzyplanetarnej jak i prozaicznych domowych obowiązkach np. Iona Tichego. Lem nie kreśli przy tym cezury między „myślącym piaskiem” a ogromem słońc na Solaris. Świat w skali mikro i makro współistnieją, technologia, czy też biotechnologia łączy świat pragmatyki ze światem kosmicznej egzystencji. Sposób widzenia świata we wspomnianych dwóch skalach, rozmaite sposoby percypowania rzeczywistości, używanie „wielu luster”, operowanie różnymi rodzajami światła – to wszystko pozwala na ewokowanie w procesie czytania poczucia transcendencji.97 W takim świetle lektura utworów Lema zyskuje charakter fenomenologiczny98, sytuuje swą problematykę na skraju metafizyki99 a przy okazji pozwala spojrzeć na twórczość autora Filozofii przypadku na tle, jakże typowych dla kultury współczesnej, cech – kategorii widzialności, obrazu i szybkości.

 

 

I 2. Przestrzeń

Jednym z lemologów, który szukał modeli konstytuujących twórczość Stanisława Lema był Istvan Csicsery-Ronay, Jr..100 Nie interesował go przy tym aspekt wizualny ukształtowania przestrzeni w powieści, a raczej pewne schematy prowadzenia dyskursu i idei, szablony rozmaitego wykorzystania logiki włącznie z jej deprecjacją. Wyróżnił więc „rozumowanie karuzelowe”, które określić można jako „prowadzenie wnioskowania wewnątrz logicznego systemu aż do punktu, w którym przesłanki i konkluzje zamieniają się miejscami.”101 Podstawowy błąd przy takim typie rozumowania – krytykowany zarówno przez Hogartha z Głosu Pana jak i samego Lema – jest taki, że stosujący go filozofowie „starają się określić pozycję intelektu ludzkiego pośród rzeczy przez uznanie siebie za <<wzorzec absolutny całego gatunku>>”.102 Teoretyczne modele zdobywania wiedzy o świecie na ogół prowadzą u Lema do labiryntowych sytuacjach poznawczych. Dobrym tego obrazem jest np. biblioteka w Solaris. Kolejny model to singularyzacja systemów myślowych przejawiająca się m.in. w kreacji Konstruktorów „personetyki”, „fantomatyki” i „imitologii”. Dalej Csicsery-Ronay tworzy kategorię poszukiwania „dziur w Absolucie”, co przejawia się w modelowaniu światów poddanych przypadkowi i statystyce – np. w Śledztwie czy Katarze. Streszczając: lemolog wspomina jeszcze o antropomorficznej projekcji siebie samego, o „modelu ludzkim” w odniesieniu do Solaris, a konkretnie do Harey, modelu czystym na podstawie Głosu Pana i „listu z gwiazd”, czy w końcu o modelu infernalnym w Fiasku.103

Charakterystyka widzianego przez bohatera świata wiąże się także bezpośrednio z kwestią przestrzeni w świecie przedstawionym. Odpowiednie nasycenie światła w zamkniętym pomieszczeniu, w którym bohater Lema jest często umieszczany, to jeden ze sposobów zakorzenienia w opisanej rzeczywistości presupozycji. Feerie barw terminalu, do którego wchodzi Hal Bregg po powrocie na Ziemię stają się podstawowym sposobem obrazowania „szoku przyszłości” (współgrają zatem również z kategorią czasu), jakiego doznaje bohater usiłujący przede wszystkim wydostać się z budynku. Niemalże schizofreniczne stany wzbudzane są w Kelvinie przebywającym na stacji solaryjskiej głównie w momentach spoglądania przez okrągłe okna i opisywaniu bądź to mroku, bądź barw poświaty słońc. Kształt okien koreluje - tworząc sui generis przestrzeń mentalną - z kształtem samej stacji104. Forma odpowiednio oświetlonej przestrzeni pozwala czytelnikowi na odczytanie pewnych wizualnych kodów ukrywających prawdę o granicach świata – zarówno fizycznego, topograficznego jak i mentalnego głównego bohatera. Jerzy Jarzębski pisze, że przestrzeń w utworach Lema na ogół ukazuje ograniczenia biologiczne, ontyczne lub technologiczne, zawsze staje się też jakimś wariantem świata – miejscem ekspansji lub ograniczeń rozumu105. Parafrazując przywołaną na początku tekstu myśl Foucaulta – obrazuje prawdę naszych atawizmów.

Modele wizualne – konstytuowane m.in. przez rozmaity charakter światła, kształtujące świat przedstawiony – wiążą się zarówno z kategorią przestrzeni jak i  określonymi układami fabularnymi. To właśnie te układy, co w przypadku Lema bardzo ważne, autor inkrustował ideami i co ciekawe robił to niejako intuicyjnie. Sam przyznał, że najbardziej dojrzałe powieści powstały w sposób spontaniczny, bez uprzedniego konspektu z tezami naukowymi, które miałyby domagać się literackiego stroju. 106 Autor Solaris stawiał się, pisząc znane powieści, w roli czytelnika, sam nie był do końca pewien, jak potoczą się losy bohatera.

Tym bardziej ciekawe staje się śledzenie struktur, których powtarzalność świadczyłaby o istnieniu rdzenia wyobrażeniowego pisarza. Być może taką rudymentarną osnową dzieł są na przykład konstrukcje określonej przestrzeni, stałych motywów wyobrażeniowych i trajektorii bohatera rozpiętej między lumenlux – światłem technologii i transcendencją, która w przypadku Lema równoznaczna byłaby z kryptoteologią. Konstatacja, że to właśnie w przestrzennych kreacjach znaleźć można jeden z kluczy do odczytania głównych schematów myślowych mistrza zakrawałoby na truizm, ale w przypadku interpretacji dzieł autora Solaris jest to kwestia bardzo istotna.

Zauważył to Jerzy Jarzębski, poświęcając tej sprawie kilka stron we Wszechświecie Lema: „Lem ze swoich kreacji przestrzennych, czyni bardziej wyszukany użytek. (…) Opozycja ograniczoności i otwartości scenerii pełni [w utworach Lema] naprawdę istotną rolę.”107 Mamy więc do czynienia wielokrotnie z przestrzenią paraboliczną, która sama w sobie staje się jakimś modelem, traktowanym w ujęciu Poppera.108 Nie idzie tu jednak o aspiracje, by stworzyć kolejne modele – klucze do tekstów Lema; raczej o coś, co Burzyńska i Markowski określili jako najważniejszą powinność literaturoznawców w czasach obecnych – wszystko, czym zajmujemy się w tej pracy ma stanowić jedynie pogłębioną interpretację dzieł.109

Jarzębski stara się ustalić granice Lemowych przestrzeni – jedną z nich są zatem granice Kosmosu – warto dodać - percypowane z antropologicznej (bo jakże inaczej) perspektywy. Druga granica ma charakter ontyczny – przykładem są tutaj skrzynie doktora Corcorana z Podróży XXI Iona Tichego, których mieszkańcom wydawało się, że ich świat jest światem jedynym. W końcu są też światy uwarunkowane technologicznie – wytworzone bądź to wirtualnie, jak na przykład w opowiadaniu Materac, czy też technologicznie lub chemicznie jak w Kongresie futurologicznym. Uwidacznia się zatem antynomia światów zewnętrznych i wewnętrznych.

Warto uporządkować postacie przestrzeni, którymi będziemy się zajmować. W skrótowej formie zrobił to Krzysztof Korżyk:

Zajmując się przestrzenią, warto pamiętać o jej wielopostaciowości. Klasycznie – filozoficznie i fizycznie – może być realnie istniejącym obiektem, rozciągłym tworem, medium, sensorium bądź czymś podobnym „zawierającym” różnorodne byty. Matematycznie – aspektem pierwotnej, dynamicznie pojmowanej czasoprzestrzeni, kontinuum o strukturze metrycznej i własnościach zgodnych z aksjomatyką którejś z geometrii. Psychologicznie i poznawczo – nieobecnym w bezpośrednim doświadczeniu konstruktem neurokognitywnym organizującym dane dotyczące postrzeganych obiektów w całości dające się percepcyjnie uchwycić i pojęciowo opracować. Zdroworozsądkowo – trójwymiarową „sceną”, pierwotną w stosunku do pojawiających się na niej obiektów i niezależną zarówno od nich, jak i od zachodzących na niej zdarzeń. Archaicznie i mitopoetycko – przestworem otwierającym się wokół rzeczy-miejsc umożliwiających „istotowo myślane ludzkie zamieszkiwanie”. 110

W kontekście przywoływanej już książki Agnieszki Gajewskiej trzeba oczywiście dodać „przestrzeń biograficzną” Lema – Lwów. Nas najbardziej interesować będzie ten rodzaj spacjalności, który związany jest – jak się wydaje – z typem umysłowości myślącej wzorami, strukturami, modelami.111

W przypadku paraboli będziemy mieli do czynienia z hybrydami przestrzennymi, bowiem wnętrze gmachu w Pamiętniku znalezionym w wannie może być odczytane zarówno jako przestrzeń materialna jak i wnętrze umysłu. Symboliczną przestrzenią jest również stacja solaryjska. U Lema – szczególnie we wczesnym etapie twórczości – wiele także materialnych przestrzeni ograniczających człowieka, choć niekiedy jednocześnie dających schronienie dla przykładu będą to rakiety w Astronautach, Obłoku Magellana, Edenie, Niezwyciężonym, oraz statki Tichego i Pirxa. Izolowany a jednocześnie uwięziony i chroniony jest też Tichy w podziemiach hotelu Hilton. Powołując się na poetykę Gastona Bachelarda, można by mówić w tym przypadku o fakcie budowaniu „przestrzeni chronionej”, intymnego gniazda. Jarzębski przywołuje porównania rakiet z „domem na niby”, wigwamem i fortecą.112

Na antynomiczne kategorie przestrzenne w Solaris Lema zwrócił też uwagę Andrzej Stoff. W swym artykule Semantyzacja przestrzeni w powieści Stanisława Lema „Solaris” wymienił takie opozycje jak bliskie-dalekie, naturalne-sztuczne, swojskie-obce, zamknięte-otwarte, zewnętrzne-wewnętrzne, materialne-duchowe, fizyczne-metafizyczne.113

Warto rozszerzyć i uporządkować sprawę modeli przestrzeni w prozie Lema, gdyż wydaje się, że istnieją w sferze tej problematyki konsekwencje, które świadczą o niezwykle spójnej a jednocześnie wręcz obsesyjnej, wizualnej wyobraźni Lema, którą jednocześnie można określićwyobraźnią inżynieryjną. Koncentruje się ona na kilku, powtarzających się i rozmaicie modyfikowanych szablonach wyobrażeniowych. Gdyby szukać ich wspólnego mianownika, byłyby nim geometryczność i koncentryczność.

Warto w tym miejscu wrócić do zapowiadanej kwestii zwrotu przestrzennego lub topograficznego w humanistyce.

Być może jedną z przyczyn braku szerokich analiz przestrzennych struktur w prozie Lema był fakt narzucony przez myśl Bachtina. Badacz ten – twórca pojęcia chronotopu – zasugerował tezę, iż dominująca rola przestrzeni eksponowana jest bardziej w poezji niż prozie (dla której domeną staje się czas).114 Innym powodem jest to, że twórczość Lema – mimo niezgody samego autora i chęci deprecjonowania gatunku – kojarzono z science fiction, a przecież wiadomo, że to konwencja, która łatwo popada w schematyzm i kalkowanie modeli przestrzeni. W końcu nie bez znaczenia jest fakt, iż orientacje badawcze skupione na przestrzeni dopiero się rozwijają, choć już w 1978 roku Janusz Sławiński zapowiedział, że badania przestrzeni literackiej będzie stopniowo zyskiwać na popularności.115 Dopiero skodyfikowana w ostatnich latach geopoetyka zaproponowała narzędzia terminologiczne do badania prozy w interesującym nas aspekcie. Duża w tym zasługa Elżbiety Rybickiej i jej książki Geopoetyka. Przestrzeń i miejsce we współczesnych teoriach i praktykach literackich.116

Bezpośrednią inspiracją dla Rybickiej stał się esej Kennetha White'a – o którym za chwilę szerzej – natomiast geopoetyka w polskich badaniach literackich jest de facto efektem czterdziestu lat tradycji naukowych. Zostały one zapoczątkowane w 1977, kiedy to Pracownia Poetyki Historycznej Instytutu Badań Literackich zorganizowała konferencję, z której materiały wydano w formie książkowej w 1978 roku.117 Później istotną pozycją stało się opracowanie Henryka Markiewicza z 1984 roku, publikującego w tomie Wymiary dzieła literackiego artykuł Czas i przestrzeń w utworach narracyjnych.118 Tomasz Gęsina wymienia jeszcze trzy znaczące prace w badaniach nad przestrzenią – chodzi o wydaną w 1996 roku książkę Ewy Rewers Język i przestrzeń w poststrukturalistycznej filozofii kultury, pozycję Tadeusza Sławka Wnętrze. Z problemów doświadczenia przestrzeni w poezji (1984), oraz Stefana Symotiuka Filozofia i „genius loci” z roku 1997.

Pierwsze rozważania na temat geopoetyki pisze Kenneth White w 1994 roku (Le Plateau de l’albatros: Introduction à la géopoétique. Paris: Grasset. 1994). Minie dwadzieścia do momentu, gdy Elżbieta Rybicka potraktuje geopoetykę jako orientację badawczą i zaproponuje siatkę metodycznych pojęć. Myśl badaczki ewoluuje, np. jeszcze w 2005 roku Rybicka skupiała się głównie na topografiach rozumianych jako zapisy miejsc w tekstach kultury.119

Eseje Kennetha White'a na temat geopoetyki mają jeszcze powab nauki połączonej z mistycyzmem i wyraźną tendencję ekologiczną. Budują jednak fundamenty geopoetyki we współczesnym rozumieniu i – co istotne – White wskazuje – ważnych dla rozważań o prozie Lema – prekursorów myślicieli skupionych m.in. na kategorii przestrzeni. Są to: Aleksander von Humboldt, Albert Einstein, Francisco Varela, Humberto Maturana, Gustave Guillaume, Martin Heidegger, poza tym Novalis, Whitman, Thoreau, Rilke, Ezra Pound, Charles Olson, William Carlos Williams, Hugh McDiarmid, Saint-John Perse. 120

Wiele z tych postaci ma istotny wpływ na formację intelektualną Stanisława Lema. Widać też, że geopoetyka to dziedzina bardzo interdyscyplinarna, co zdecydowanie ułatwia spojrzenie na prozę autora Powrotu z gwiazd.

Elżbieta Rybicka nadaje geopoetyce cechy metody badawczej, choć mówi – co już wybrzmiało – o orientacji naukowej. Wprowadza szereg bardzo pomocnych przy analizie dzieła pojęć, oto niektóre z nich: mapy narracyjne, literatura idiolokalności, tropy toponomastyczne, auto/bio/geo/grafie, lieux d’imagination, literatura i lektura jako wydarzenie geograficzne, podróże lekturowe, topografie emotywne, sonotopografie i osmotopografie, literatura jako miejsce pamięci.121 Badaczka osadza swoje rozważania na kategorii zwrotu przestrzennego w badaniach humanistycznych i stawia tezę, iż nie jest ów zwrot jedynie tematyczną koncepcją, ale proponuje bardzo konkretne instrumentarium i metody. Innymi słowy skupia się m.in. na kategoriach przestrzennych takich jak centrum – peryferie, opozycji przestrzeni prywatnych i przestrzeni publicznych, granicach i pograniczach, przestrzeniach lokalnych, regionalnych, narodowych, transnarodowych, globalnych, de- i reterytorializacji, miejscach i heterotopiach, geografii wyobrażonej i kartografii oraz wielu innych.122 Jedną (z ośmiu) tendencji dostrzeganych we współczesnych badaniach nad przestrzenią w literaturze jest skupienie się na przestrzeni hybrydycznej, pogranicznej i heterotopijnej123 – Lem jawi się w tym obszarze jako prekursor. Rybicka kładzie nacisk na traktowanie geopoetyki jako praktyki a nie teorii – w tym znaczeniu ostatnia praca Agnieszki Gajewskiej o kontekstach Zagłady u Lema, jej podróż do Lwowa i tropienie tam śladów pisarza wpisuje się w ten postulat bardzo dobrze. Trudno jednak zgodzić się, że współczesny zwrot przestrzenny odchodzi od szukania uniwersalnej mityzacji przestrzeni – sfera mitu trwa w „wiecznym teraz”, porzucenie „starych” kategorii przestrzennych grozi zawężeniem badania dzieła literackiego np. jedynie do aspektów biograficznych.124

W niniejszej pracy zostanie wykorzystane instrumentarium badawcze oferowane przez geopoetykę, głównie w zakresie terminologicznym. Z drugiej jednak strony powstanie szereg pytań dotyczących modeli przestrzennych stosowanych przez Lema w praktyce pisarskiej. Z pomocą przyjdą zarówno ustalenia prekursorów nad badaniami przestrzeni w literaturze, jak i np. myśl Mircei Eliadego (mit archaiczny, jego współczesne warianty, rekonstrukcje pierwotnej religijności), który przez Elżbietę Rybicką nie został wspomniany. Warto też zaznaczyć, że o modelowaniu przestrzennym po raz pierwszy mówi Łotman125, kategoria koncentryczności zaś pojawia się u Pouletta126. Od myśli Eliadego blisko też do wyobraźni Bachelarda127.

Chęć ustalenia pewnej geografii wyobrażonej w powieściach, jej powtarzalnych konfiguracji, konstelacji (często stosowane pojęcie w geopoetyce) i map, wyrazistych punktów i sfer, kategorii wyobraźni przestrzennej, nacechuje tę rozprawę nie tylko geopoetycko, ale strukturalnie i hermeneutycznie.

Modele przestrzenne u Lema wpisują się w prace fenomenologów w tym zakresie (mimo że Lem raczej fenomenologię krytykował) z Bachelardem na czele. Foucault, zastanawiając się nad współczesnymi dominacjami spacjalności pisze o powrocie do przestrzeni pierwotnej percepcji: przestrzeni snów, namiętności, przestrzeni lekkiej, eterycznej, przezroczystej lub przestrzeni ciemnej, nierównej, zatłoczonej; przestrzeni z góry, przestrzeni szczytów albo przeciwnie – przestrzeni z dołu, przestrzeni błota; przestrzeni, która może płynąć jak żywa woda, lub przestrzeni zatrzymanej, zakrzepłej, jak kamień czy kryształ.128 Powyższe określenia to jednocześnie warianty lemowych koncentrycznych światów. Miejsca takie jak więzienie, sanatorium, szpital dla psychicznie chorych, cmentarze – często konstruowane w powieściach i opowiadaniach Lema – odpowiadają również kategorii heterotopii Foucaulta.129

Lem w Szpitalu Przemienienia – w pierwszym rozdziale powieści – sytuuje bohatera, który przed chwilą wysiadł z pociągu, na cmentarzu. Zarówno pociąg jak i cmentarz eksponowane są w rozważaniach Foucaulta. Pociąg z uwagi na to, że związany jest ze szczególną wiązką relacji z postaciami – (przywozi, odwozi, mija, łączy metalową trasą szyn, itp.), zaś cmentarz, bo pełni wyjątkową rolę zarówno w kulturach pierwotnych jak i współcześnie. W epokach archaicznych jego funkcja nabierała cech magicznych, metafizycznych, głównie z uwagi na powszechną wiarę w zmartwychwstanie ciała; dziś – w epoce laicyzacji i ateizacji – jest jedynym miejscem (śladem, znakiem) symbolizującym i utrwalającym (w kamiennej formie) nasz byt. Sfera sepulklarna (i heterotopijna) jest w każdej powieści Lema – niezależnie czy chodzi o „cmentarz” ludzi/maszyn, czy nekropolia znajduje się na Ziemi czy innej planecie, w końcu niezależnie czy chodzi o tradycyjny grób (Szpital Przemienienia), czy kapsułę kosmiczną i kostnicę (Solaris), a nawet wannę (Pamiętnik znaleziony w wannie). Wchodząc do wnętrza Kondora (Niezwyciężony), astronauci symbolicznie wchodzą do krypty, do wnętrza kamienia. W światach Lema ludzie nie dostają się jednak nigdy do przestrzeni zaadresowanej, a przez to zrozumianej, nie jest to miejsce przeznaczenia – domicilium.130 Często jest to nekrosfera lub przestrzeń w jakiś sposób zwielokrotniona, polirytmiczna, symfoniczna, iluzyjna – jak w Kongresie futurologicznym. Postawiony na obcym lądzie statek kosmiczny jest symbolicznie przedłużeniem naturalnej ziemskiej skały. To konstruowanie geomodeli, powtarzający się cykl oswajania obcej przestrzeni w antropocentrycznej perspektywie.

Jako inne niż cmentarz przykłady heterotopii wymienia Foucault: ogród (u Lema np. w Powrocie z gwiazd, Ogrodzie ciemności), kino/teatr (również w Powrocie...), biblioteki i muzea (niemal w każdej powieści – formą muzeum są też „gabinety osobliwości np. w Pamiętniku znalezionym w wannie, Szpitalu Przemienienia), jarmarki, place zabaw131 (tu: znów Powrót z gwiazd). Co ciekawe Foucault jako szczególne przykłady heterotopii podaje odbicie w lustrze (również liczne u autora Cyberiady) i statek.132 133 Wszystkie te przestrzenie są kontr-miejscami, afektywnymi utopiami, są jakby poza miejscami realnymi, choć posiadają lokalizację; heterotopie reprezentują, kontestują i odwracają miejsca rzeczywiste.134 Heterotopijny charakter mają więc też obrazy obcych planet – wszak odczytuje się je na ogół parabolicznie, są odniesieniem, analogią, stanowią jakieś exemplum. „Innymi” przestrzeniami są również Lemowe gmachy-labirynty. 135

 

 

 

 

 

 

 

 

I 3. Zarastające zwrotki. Wizualne struktury liryki Stanisława Lema

Nie wiem, czy ręka ślepca i czułek ślimaczy

Kiedy rzecz w sobie zamkną, czują tak jak ja

Kiedy palce i pięść mą zaciskam, gdy znaczy

W niej istnienia spoistość nagły kształt i trwa.

Nie wiem, jakie atomów obroty i loty

Powrozami unerwień rozpędzają dzwon

Lany z gwiazd, lotu ptaków, żelaza tęsknoty

I z wielkiego spokoju. Jestem jego sercem.136

Temu wierszowi z roku 1948 Stanisław Lem nie dał tytułu. Wymowny przez to staje się refrenowo brzmiący incipit. Jego ekspozycja jest tym ostrzejsza, im bardziej kontrapunktowo uświadomimy sobie skalę podejmowanych w latach późniejszych - przez ukształtowanego już prozaika – zagadnień, gatunków, paradygmatów problematyki; w końcu - im bardziej zdamy sobie sprawę z rozległości wiedzy Lema.

Nie przez przypadek rozprawę poświęconą prozie autora Edenu paradoksalnie rozpoczęto od bardzo skromnej, w świecie lemologów prawie niezauważalnej liryki. To prawda – wiersze te giną w cieniu monumentalnego dorobku prozatorskiego. Ale to w nich zawarty jest wstępny rysopis wyobraźni pisarza-filozofa; trzon tej wyobraźni nie zmieni się przez następnych kilkadziesiąt lat twórczości. „Zwrotki zarastały w moich książkach” - napisał Lem w wierszu Miłość.137 To bardzo wymowne, świadczy bowiem o tym, że wielka epicka ornamentyka Lema u swych podstaw ma wyobraźnię poetycką. Rzec można – wracając do przywołanego na wstępie tekstu – iż poezja stanowi serce dzwonu.

W [Nie wiem...] kluczową czynnością jest zaciśnięcie, ujęcie czegoś, wewnętrzne odczucie i próba opisu skrywanej kwintesencji Rzeczy. Metafory grawitują dośrodkowo – zaciśnięcie przedmiotu w dłoni znajduje analogię do serca dzwonu. Przedmiot ten zrobiony jest zaś zarówno z materii występującej w całym kosmosie (skala makro) jak i z atomów (skala mikro). Lem uruchamia już tutaj wyobraźnię skoncentrowaną na strukturach - „powrozach unerwień”. Zauważa się też połączenie metaforyki organicznej, biologicznej z techniczną („żelazo”). To wyobraźnia kondygnacyjna, piętrowa – obraz gwiazd transponowany jest do kadru „lotu ptaków”, potem do kontrastowego i związanego zziemią żelaza. Wyznaczony jest wyraźnie wertykalny kierunek, dodatkowo ewokowany, kojarzącą się dzwonem, wieżą. Kontrasty i analogie budowane są w różnych konstelacjach – rozpędzony dzwon zostaje wyhamowany przez spokój, odpowiednikiem dzwonnego serca jest przedmiot trzymany w pięści, delikatność czułka ślimaczego znajduje kontrapunkt w skali gwiazd i kosmosu. Z dzwonem i pięścią koresponduje serce, zarówno jeśli chodzi o kształt jak i skojarzenie z dźwiękiem, pulsem, rytmem.

Połączenie umysłu lekarskiego i artystycznego stało się akceleratorem typowej dla Lema estetyki somatycznej – w wierszu sugerują to zarówno wspomniane „powrozy unerwień” jak i próba „czucia wewnętrznego”.

 

Owo wejście w ciało ciekawie będzie u Lema ewoluować – od medycznych eksperymentów na mózgu w Szpitalu Przemienienia poprzez sny o nowym (medycznie osiągniętym) wcieleniu w Kongresie futurologicznym, aż do sterowanych zmysłowo (właściwie będących ekstensją zmysłów) machin w Pokoju na ZiemiFiasku.

Lema fascynuje świat ożywiony – sporo w jego wczesnych tekstach wyobraźni zoomorficznej, która później przekształci się np. w opisy kształtów solaryjskich. W wierszu Ćma z cyklu Owady w krótkim czterowersie pojawia się obraz świata widzianego z perspektywy nocnego stworzenia:

Świat to ciemność nizana na słodkie kule światła.

To góra liliowego powietrza.138

 

Kula, przestrzenie sferyczne, ciemność i różne rodzaje światła na stałe zagoszczą wśród motywów – najważniejszych konstruktów światów przedstawionych.

W wierszach Lema poza modelami wizualnymi - zasilającymi później w rozbudowanej formie powieści i opowiadania - przebija też niewątpliwie świadomość pogromowa, której ostatnio książkę poświęciła Agnieszka Gajewska, koncentrując się głównie na freudowskiej analizie dzieł.139 O ile w późniejszej prozie autora Solaris tę traumę genocydu trzeba dekodować, o tyle w liryce z lat czterdziestych – wierszach pisanych zaledwie kilka lat po lwowskiej tragedii – podmiot liryczny zasłania się jedynie cienką warstwą metafory. W krótkim wierszu Cmentarz polny czytamy:

Na grobach wschodzi miedź i mięta.

Kwiaty unoszą pusty wzrok ponad powłoki już niczyje

I kędykolwiek stąpnę, śmierć. I ciemność. Nie wiem, za co żyję.140

Poczucie przypadkowości ocalenia dojmująco brzmi szczególnie w ostatnich słowach. Już wkrótce przypadek urośnie w systemie myślowym Lema do nadrzędnej kategorii filozoficznej – znów „zwrotka zarośnie w książkach”.

Doszukując się w pierwszych tekstach Lema kontekstów filozoficznych, które stanowić będą podbudowę jego swoistej antropologii wizualnej i kulturowej, być może należałoby szukać inspiracji w katastrofizmie ewolucyjnym, a więc u myślicieli romantycznych, czy też panromantycznych.141 Analizy tego nurtu podjął się m.in. Max Scheller.142 Istotne są dla niego (choć występuje jako krytyk) dwie teorie - formalno-mechaniczna i witalistyczna. Teorie te znajdują odbicie m.in. w dziele La Mettriego Człowiek – maszyna. Bazą idei jest założenie, że duchowość to efekt pracy aparatu fizjologicznego i cielesnego, zaś struktura psychiczna człowieka buduje się poprzez organizowanie wrażeń zgodnie z zasadami asocjacji 143, a także przez normowanie popędu, pracę i działania przystosowawcze.

Inaczej niż w myśli tzw. panromantyków, Lem – również przekonany o katastrofizmie ewolucyjnym – nie ucieka w światach przedstawionych w sferę duchowości. Alienuje raczej bohaterów poprzez coraz mocniejsze zamknięcie w świecie technologii epoki kosmicznej. Pamięć o przeszłości będzie kamuflowana w geometrii stożka. Możliwe, że ten właśnie model wizualnomatematyczny czyni Lem algorytmem konstrukcyjnym literackich struktur.

Wyraża to w zawiłej treści opowiadania Pamiętnik144, zawierającego pomysły, które w wariantywnej formie pojawią się i w Solaris, i – przede wszystkim Golemie XIV. Ekspedycja dociera do reliktów Książyca-mózgu – genialnego kreatora potrafiącego tworzyć spójne modele światów i kosmosów. W geometrycznej formie sprowadzają się one do kombinacji wielowarstwowego stożka i koła. Światy z jednej strony powstają w sposób hierarchiczny – od elementów najmniejszych (szczyt stożka) do największych; po drugie zaś model przestrzenny takich światów przypomina bardziej koło – tzn. nie tylko elementy większe chowają w sobie mniejsze. „Dowcip” Kreatora polega na tym, że rzeczy te są ze sobą spojone:

Gdy mieszkańcy jakiejś Rzeczy, odkrywając kolejno jej prawidłowości, dochodzą do najmniejszego, pewni, że za chwilę dotkną jej sprawczego dna, że ujmą i uwiężą nierozdzielną dalej cząstkę kosmicznego budulca, naraz granice tych „ostatecznych” ziaren tym gwałtowniej zaczynają się im rozmywać i ulatniać, im bardziej są zaciekli w ich wykrywaniu i określaniu.145

Słowo „dowcip” nad cytatem zostało użyte celowo – tak bowiem Lem nazywa koncept genialnego mózgu. Mamy więc do czynienia z groteskową grą, której końca nie ma. Powyższy model dotyczy też - niestety - samej lemologii – można udowodnić, że „ostateczne” ziarna istnieją, jednak ich znalezienie nie wyznaczy finalnie granic problemu.

Kolejne rozdziały są napisane z pełną świadomością, że można wskazać na istnienie modelu Lemowej Rzeczy przy jednoczesnej świadomości jej wielowymiarowości.

Jak echo powracać będą (m.in. w mottach rozdziałów) wybrane fragmenty liryki Stanisława Lema – pozwoli to podkreślić poetycką imaginację stojącą u podstaw myśli genialnego prozaika, nada też spójność monograficznemu ujęciu.

 

Warto teraz przyjrzeć się tekstowi z 1947 roku, w którym żywioły – poetycki i prozatorski – wyraźnie przeplatają się.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I 4. Początek „czasu okrutnych cudów”.

Ogród ciemności” Stanisława Lema jako literacki obrzęd inicjacyjny

 

 

 

 

W 2017 roku ukazał się nakładem Wydawnictwa Literackiego kolejny zbiór opowiadań Stanisława Lema. Tym razem wyboru tekstów dokonał syn autora Edenu – Tomasz Lem.146 Nowością wydawniczą w tej publikacji jest m. in. otwierające książkę opowiadanie pt. Ogród ciemności, które wcześniej ukazało się w czternastym i piętnastym numerze „Tygodnika Powszechnego” w roku 1947.147

Jerzy Jarzębski w posłowiu do zbioru poświęca opowiadaniu zaledwie kilka słów, wspominając, że jest prawie zupełnie nieznane, młodzieńcze, naiwne, oraz że stanowi „romantyczny wyraz tęsknoty za miłością i marzeń o odsłonięciu tajemnic świata”.148

Dowiedzieć można się również, iż w opinii Tomasza Lema, to dzięki temu opowiadaniu jego matka – Barbara, zainteresowała się Stanisławem. 149

 

Warto jednak dokonać dokładnej analizy tekstu, gdyż w kontekście wcześniejszych interpretacji wiersza młodego autora Szpitala przemienienia, a także w perspektywie najważniejszych dla tej rozprawy zagadnień – Ogród ciemności ma znaczenie fundamentalne. Lem powołuje tu do życia prototypy najważniejszych w późniejszej twórczości motywów literackich, a – co dla mnie szczególnie istotne – konstruuje modele: narracyjny, wizualny, epistemologiczny i estetyczny. W opowiadaniu tym „zwrotki zaczynają zarastać w książkach”, ale doskonale widać jeszcze, że wyobraźnia Lema to imaginacja poetycka mająca u podstaw konsekwentnie rozwijane później wyznaczniki wizualno-przestrzenne.

 

Poetą jest główny bohater opowiadania - Krzysztof. Wiemy, że pracuje fizycznie w warsztacie – wśród „łomotu blach, płomieni i woni spalonego żelaza”. Zapewne kryje się tutaj odniesienie do wojennych doświadczeń Lema, kiedy w latach 1941-1942 zatrudniony był w firmie Rohstofferfassung zajmującej się odzyskiwaniem surowców.150 Wieczorami, po godzinach pracy szuka wytchnienia w pobliskim parku. Ma ulubione miejsce - „okrągłe poletko niskiej trawy”, gdzie lubi spoglądać w gwiazdy. W centrum polany stoi deszczówka – wykonana z drewna beczka. I nie byłoby w tym niczego niezwykłego, gdyby nie fakt, że jest to schemat przestrzenny znajdujący wielokrotnie modyfikacje w późniejszej twórczości – chociażby w obrazach umieszczonych w koncentrycznej przestrzeni rakiet – wątek ten zostanie jeszcze mocno rozszerzony. Spójrzmy dokładniej na przestrzeń i światło w Ogrodzie ciemności.

 

Już w pierwszym – bardzo poetyckim opisie jesiennej przyrody (w podobnym stylu pisać będzie Lem o naturze w rok późniejszym Szpitalu przemienienia) – podkreśla narrator, romantyczne w swej istocie, wtłoczenie świata w głąb szklanej kuli. Motyw jest ciekawie w opowiadaniu rozwinięty – obraz kuli-świata wraca w bajce opowiadanej przez Krzysztofa, pojawia się w niej również rekwizyt – znów, kryształowa tym razem, sfera. Zresztą – omawiany tu model wizualny wydaje się funkcjonować w wielu płaszczyznach, np. ontologicznej, wizualnej, kompozycyjnej

W opisie zapadającego zmierzchu uruchamia się typowe dla Lema myślenie kategoriami struktur, sieci, niewidocznej inżynierii świata. Aby to zobrazować, trzeba zacytować dłuższy fragment z pierwszych stron opowiadania:

 

Zmierzch jest to chwila szczególna, w której międzyludzki świat zaczyna się rozszczepiać. Wspólne dotąd przedmioty i ich cienie rozłączają się, podążając indywidualnie za każdą parą oczu. Horyzont wyzwolony spod prawa perspektywy, która zamyka go niewidzialną konstrukcją znika, a bliskie otoczenie dowolnieje, powiela się i przekształca, zmieniając jednolitą panoramę dnia na korowód przechodzących przez siebie obrazów. Ciemność nie jest jedyną sprawczynią tej odmiany: ona wsuwa tylko kliny w szczeliny sztywnej architektury, rozprowadza spojrzenia pełnym sepii pędzlem, przesuwa dekoracje tak długo, aż niebo rozpada się na poszczególne dzwona, należące do ludzi tak, jak muszle należą do ogrodowych ślimaków. (…) Aby świat nie rozchwiał się zbytnio, rozpędzany na osiach obrotów wiatrami nocy, aby móc choć częściowo wstrzymać poczynania ciemności, rozwieszono nad ulicami lampy, w których kręgu przedmioty trzeźwiały, cienie kładły się na płask, a oślepione gwiazdozbiory nieba cofały się w pustkę.

 

Autorem tego fragmentu nie jest Bruno Schulz. Lem daje się porwać wizualno-poetyckiemu żywiołowi. Intrygujące jest owo „rozszczepianie międzyludzkiego świata” - ciemność pozostawia tylko jednostki, dekonstruuje wspólnotę wizualnego doświadczenia. Percepcja świata dośrodkowo zamyka formę dnia – pochłania ją kalejdoskopowy wir zwijający się jak muszla ślimaka. Warto zauważyć to powtórzenie motywu – w poprzedniej części pracy mówiliśmy o „czułkach ślimaczych” i wewnętrznym odczuwaniu. Ogrodowe ślimaki przywołane w tekście to kolejna wariacja na temat interpretowanego modelu wizualnego.

Na razie fascynacja maszynami („osie obrotów wiatrów nocy”, „szczeliny sztywnej architektury”) ukryta jest pod warstwą poezji i służy opisowi świata imponderabilnego. W najbardziej znanych powieściach Lema ta relacja się odwróci. Z innej perspektywy bohater spojrzy na gwiazdy, choć wciąż wizualnie wydzielone podobną okrągłą przestrzenią. Dla porównania dwa fragmenty – Ogrodu ciemności i Solaris (1961):

 

Krzysztof rozglądał się dokoła, po czym omijał świecącą jasno tablicę ostrzegawczą, jak strach na wróble, uchylał furtkę i wchodził do środka. Krzaki grupowały się ciemnymi kłębami, ograniczając okrągłą przestrzeń. Pośrodku stał zbiornik o oślizgłych , grubych ścianach z zawsze mokrego drzewa. Obok znajdowała się malutka ławeczka. Siedząc na niej i unosząc głowę, można było patrzeć w wielką studnię gwiazd. Dosyć zaś było przechylić się przez obręb beki, aby ujrzeć drugie niebo – rozgwiażdżone jeszcze zimniej i ostrzej. Najlżejsze drżenie wody łączyło się z drżeniem gwiazd.

 

Solaris zaś rozpoczyna się tak:

 

O dziewiętnastej czasu pokładowego zszedłem, mijając stojących wokół studni, po metalowych szczeblach do wnętrza zasobnika. (…) Wzrok przywykał do ciemności. Widziałem już seledynowy kontur jedynego wskaźnika. (…) Zanim w to uwierzyłem, na wprost mojej twarzy rozwarła się szeroka szczelina, przez którą zobaczyłem gwiazdy. Na próżno usiłowałem odszukać alfę Wodnika,  ku której odlatywał Prometeusz. Niebo tych stron Galaktyki nic mi nie mówiło,  nie  znałem  ani  jednej  konstelacji, w wąskim okienku trwał roziskrzony kurz. Czekałem, kiedy pierwsza gwiazda zafiluje.

 

Porównania między tekstami są zdumiewające – dotyczą nawet takich detali jak świecąca jasno tablica (w Solaris – seledynowy kontur wskaźnika). Krzysztof z Ogrodu ciemności staje się Krisem z Solaris – tożsamość imion chyba nie jest przypadkowa. Obaj przechodzą obrzęd inicjacyjny – są pomiędzy przestrzeniami. Kris żyje już w świecie technologicznym – studnia korpusu statku jest metalowa, deszczówka w Ogrodzie... – była drewniana i mokra. Drzewo i woda – jakże archetypowe symbole ziemskie – zamienią się z czasem w konstrukty techniczne. Matryca ludzkiego doświadczania świata pozostanie jednak niezmienna, wyznaczona przez tę samą geometrię przestrzeni i typologię światła.

Lem przyznawał, że pisał Solaris dość spontanicznie, bez uprzedniego planu, iż fabuła wyłaniała się w trakcie pisania. Zapewne jest to prawda, choć dokładna analiza Ogrodu ciemności zdradza jednak, iż jest to swoisty – nieubrany jeszcze w konwencję i bardzo skrótowy – szkic najsłynniejszej powieści Lema. Powyżej wskazano na podobieństwo szczegółowych opisowych konceptów, omówmy jednak ogólnie dalszą część fabuły opowiadania, śledząc jednocześnie analogie. Krzysztof dociera do koncentrycznej przestrzeni (Kris – okrągłej stacji solaryjskiej, później, po rozpoznaniu terenu i osób, do nieoświetlonej – najbardziej izolowanej od reszty korpusu - biblioteki). Siada na ławeczce pośrodku polany i odpoczywa, być może zapada w sen. w Solaris Kris opowiada:

 

„Usiadłem na metalowym krzesełku pośrodku pustej przestrzeni, z dala od wszystkich rzeczy. Chciałem być sam. (...) Wskazówki na dwudziestoczterogodzinnej tarczy zegara stały na siódmej. Słońce zachodziło. (…)

Zamknąłem oczy. Panowała zupełna cisza, (...) Pełen byłem oczekiwania, napięcie narastało do tego stopnia, że w końcu nie chciałem mieć za sobą pustej przestrzeni.”

Po pewnym czasie w ogrodzie (zwanym w opowiadaniu również obserwatorium) pojawiają się ogrodnicy (w powieści astronauci – Snaut i Sartorius). Ważny szczegół: ogrodnicy po posprzątaniu polany i powrocie do domków (czytamy, że chowają się w nich) zasuwają szczelnie zielone firanki. Wiemy doskonale, dlaczego Snaut i Sartorius zamykali panicznie drzwi swych kajut. Zmęczony pracą Krzysztof daje się uciszyć ciemności – spada ona na niego „niby łapa obitego aksamitem tłumika” - inżynieryjne asocjacje znów przebijają się przez warstwę poezji. Czy zasypia? Nie wiadomo – ale wykażemy w późniejszych rozdziałach, że ten charakterystyczny moment liminalny – wejście w ciemność, sen i następujący potem kontakt z innym światem – to stały model narracyjny przybierający rozmaite warianty. Analogii ciąg dalszy: odpoczywającemu Krzysztofowi ukazuje się („w obramowaniu czarnych liści”) sylwetka dziewczyny. Sama do końca nie wie, jaki jest cel jej wizyty („przyszłam...przyszłam”). Krzysztof zauważa, że jej głowa rysuje się na tle nieba, iż zakrywa sobą gwiazdy. Harey również przychodzi w trakcie snu, jej status ontologiczny jest zakłócony – trudno z pewnością powiedzieć, czy jest realna, oniryczna, sztuczna? Na pewno na początku niejako wyłania się ze światła, jej rysy stopniowo uwidaczniają się. Tę cechę posiada również towarzyszka Krzysztofa – tylko raz światło gwiazd umożliwia określenie fizjonomii nieznajomej – jest jasna i spokojna. Tajemnica tożsamości nieznajomej wyjaśnia się przy trzecim spotkaniu (trzeciej nocy). Okazuje się być jedynie wizją Krzysztofa, jego mentalną projekcją, kreacją wyobraźni. Zmysłowe odczucie bliskości kobiety było iluzją, schizofrenicznym rozdwojeniem, chwilowym psychicznym oddzieleniem animusa i animy. Harey nadaje Lem też trzy życia – pierwsze, najbardziej nieświadome – kończy się wysłaniem „gościa” w przestrzeń kosmiczną. Drugie wcielenie - po uświadomieniu sobie własnego dramatu - próbuje się zniszczyć. Ostatnia inkarnacja – w czasie dziwnego letargu Krisa - podlega anihilacyjnej destrukcji, później funkcjonować zaczyna jako wspomnienie, miłosny sentyment. Badanie struktury Harey nie doprowadza w efekcie do konkluzywnych tez; nie można określić materii fantomu, to nicość w „masce”. Snaut sugeruje, że Harey jest jedynie lustrem wyobrażeń Kelvina.

Lem już w tej wczesnej prozie wpada w obsesję dotarcia poza zmysły, obnażenia algorytmu fundującego świat widzialny, wejścia pod podszewkę zdarzeń. Metodą jest poezja, ale – niestety – efektem - dojmująca pustka. Wymowny pod tym względem jest wiersz, który włącza Lem w ostatnie akapity opowiadania:

 

Słyszałem gdzieś, nie wiem, może to u Priestleya,

O dwu takich biednych, zmęczonych złodziejach,

Którzy całą noc wytrychem otwierali drzwi do nieba.

 

A kiedy otworzyli, była tylko pustka,

Podobna do ram rozbitego lustra,

Nicość bez jednej nawet gwiazdy spadającej.

 

Ta metafizyka Lema jest skrajnie pesymistyczna i frapująca zarazem. Kiedy uda się – na drodze jakiegoś eksperymentu myślowego, filozoficznego – dojść do granicy widzialnego świata, to, co pozostaje to pełna melancholii obserwacja ruin potężnych konstrukcji Absolutu, których geneza jest nieznana. To obraz metafizycznego rusztowania, „ramy rozbitego lustra”. Równie niemy wobec tajemnicy pozostaje Kris w finale powieści. Z tego typu refleksji wyłania się Lem – metafizyczny archeolog, który siłą poetyckiej inżynierii wprowadza najpierw w jakieś teatralne misterium, po czym pozostawia czytelnika – wyłączając prąd i burząc spektakl iluzji – w opustoszałym i wiejącym chłodem gmachu-kolosie.

W finale Ogrodu... czytamy:

 

Wiatr odarł resztę liści z wysokich klonów i teraz stały proste i smukłe, łącząc ciemność nieba i ziemi, jak szkielety zapomnianych okrętów.

 

Jedyne, co pozostało w ciemnej przestrzeni oceanu przyrody to kłącza, koncentryczna sieć suchych gałęzi, zbrojenie konstrukcji nocy. Nieredukowalny jest też fundamentalny model geometryczny – na środku okrągłej przestrzeni pozostaje axis mundi prywatnej sfery – beczka na deszczówkę, która jest jednocześnie lustrem – ponieważ w wodzie odbija się nieboskłon. Narrator często wspomina o dwóch niebach (w Solaris o dwóch słońcach).

 

Zastanawia bajka opowiedziana przez Krzysztofa. Nosi tytuł Astronauta, co stanowi intrygującą antycypację pierwszej powieści Lema (1951). Co ciekawe, Astronauta niekoniecznie tożsamy ma być z gwiezdnym podróżnikiem (Krzysztof uznaje to dookreślenie za zbędne). To raczej typ filozofa, który doświadcza wtajemniczenia. Jednocześnie jest człowiekiem przepełnionym samotnością, tęsknotą (sen o domu) i poczuciem niespełnienia, jak astronauta – wyobcowanym, przebywającym poza własnym domem. Wnioski te płyną z motta, które poprzedza opowiadanie.151 Prototyp Krisa Kelvina nosi też cechy faustyczne – może i chce posiąść najtajniejszą wiedzę – jej atrybutem jest kryształowa kula, przez którą widać inne światy. Warunkiem korzystania z daru jest milczenie, niedzielenie się wiedzą. Złamanie tego przykazania wywoła katastrofę i zmieni obraz świata. Astronauta łamie przysięgę – pomaga kobiecie, dla której szansą stało się spojrzenie w kulę. Niczym Adam, postanawia być lojalnym wobec Ewy, a nie Boga – Ogrodnika. Glob zamknięty zostaje w ciemnej łupinie – wnętrze może rozświetlić jedynie słońce, a nocą przez szczeliny wpada światło innych światów (gwiazd). To znów rudymentarna konstrukcja wizualna, tym razem ubrana w szaty kosmogonii, mitu, baśni. Dodatkowo miesza tę historię Lem z mitem prometejskim i biblijną historią genezyjską.

 

Ziemia powiększała się gwałtowanie i rosła, smutek wstąpił w ciała ludzkie, a przyszłość stała się tak ciemna, że nikt już nie mógł wiedzieć, czy będzie szczęśliwy. A tych dwoje stało przy źródle i była noc.

 

Konkretna historia spotkań Krzysztofa i nieznajomej, refleksje bohatera nad poezją i światem są więc powieleniem mitu. Chwilowa ucieczka od cywilizacji, od lamp świateł miejskich (lumen) do światła gwiazd (lux), wejście w mrok, który wywołuje jakąś formę deprywacji sensorycznej są przeniesieniem się do bezczasowego i mitycznego „wiecznego teraz”. Dla Krzysztofa wizyta w parku, którego kształt odpowiada przestrzeni mitu założycielskiego jest podróżą do sytuacji ab origine, in illo tempore. Lem szkicuje przy okazji symboliczną wizualizację aktu twórczego – kreowanie poezji to zawsze umowne docieranie do źródła, ucieczka w głąb siebie, operacja na tkance pierwotnych mitów, próba zajrzenia za światło nadające formę rzeczom i za słowo funkcjonujące jedynie na powierzchni sensu. Krzysztof wyraża ten fenomen w takiej oto myśli:

 

Wiersze boją się słów i chowają w taką ciemność, w którą nie można zwyczajnie sięgnąć. (…) Wiersze są, proszę pani, są, tylko trzeba je znaleźć. Dobry wiersz można bardzo łatwo poznać: po tym mianowicie, że niezupełnie jest w słowach.

 

Eksploracja kosmosu dokonywana przez bohaterów Lema stanowi więc próbę sięgania do tej ciemności, w której kryje się wiersz, a jednocześnie do ciemności, która jest w środku ciała, kryje się za fałszerstwem oka. Oko jest jednakże głównym buforem sensu, to organiczny odpowiednik owej bajkowej kryształowej kuli:

 

Spojrzał jej w oczy i wyszeptał ze zdumieniem: widzę – widzę cień tego blasku, który oglądałem w kuli z kryształu.

- I ja go widzę odparła kobieta.

- A na wschodzie świtało.

 

Okrągła polana z wodnym zwierciadłem pośrodku, ciemna łupina otoczona nieboskłonem, kryształowa kula pozwalająca rozumieć i w końcu metafora-klucz – oko ludzkie – wszystko to efekty tego samego modelowania przestrzennego i narracyjnego. Energia tych sfer galwanizowana jest przez światło. Ich ukształtowanie determinuje poczynania bohaterów – można by rzec za Heideggerem, iż przestrzeń doskonale i nieograniczenie ogarnia bycie człowieka w świecie.152

Lem symboliczne analogie rozciąga między kosmosem a mikrokosmosem, między detalicznie ukazywanym światem przyrody a obserwacją konstelacji. Ogród ciemności rozpoczyna się od poetycko ujętych szczegółów przyrodniczych:

 

Gąsienice ogryzały gorączkowo ostatnie zielone ogonki. Liście furkotały na przegubach gałęzi jak szczątki żagli. Odrywały się i leciały przez wiatr: wielkie spłoszone ćmy, unoszące się na zeschłych skrzydłach pełnych plam zagadkowych oczu, pędziły po pustych alejach w wirach zmąconego powietrza i padały na dno. Nie było już widać trawy, tylko pospieszny szelest, sypki szmer, drobne mrowienie w lekkich stertach, żyłkowanych cienkim rysunkiem.

 

Niezwykłe są: precyzyjność opisu, rozrzut spostrzeżeniowy, chęć całościowej impresji, umiejętność budowania piętra szczegółów, które później zyskują odpowiedniki na innych kondygnacjach prozy, wraz z rozwojem wydarzeń. Uderza dążność Lema do tego, aby dotrzeć do granicy zmysłowych możliwości, dostrzec barwy i dźwięki mieszczące się na skrajach gam i spektrum. Jest to o tyle ważne, gdyż pozwala uświadomić, iż człowiek w swej zawężonej (i wykreowanej bardzo praktycznie przez ewolucję) percepcji – wobec ogromu i kosmosu, i makrokosmosu – jest jak ślepiec; przebywa w ogrodzie ciemności. W przywołanym fragmencie moment wchodzenia w tę tajemniczą ciemność jest wyraźnie zaznaczony – wizualne doświadczenie ustępuje miejsca recepcji dźwięków, potem pozostaje już tylko ruch wyobraźni i przeczucie istnienia „żyłkowanej” Konstrukcji. Chciałoby się powiedzieć w tym miejscu jak Andrew Wyeth: „Wolę jesień i zimę, gdy wyczuwa się szkieletową strukturę krajobrazu. Coś czai się pod spodem, opowieść nie odsłania się do końca”.153 Wygasające stopniowo światło zewnętrzne powołuje do życia światło wewnętrzne; następuje dotarcie do źródła – tożsamościowa interioryzacja. Zapalone zostają światła snu, światła pochodzące ze światów przedstawionych opowiadanych bajek. Lem kształtuje koncentryczną strukturę zarówno w sferze wizualno-przestrzennej, ale także epistemologicznej. Dotyczy to też kompozycji - rozpoczyna opowiadanie od zwrócenia uwagi na zawieszone nad bohaterem liście – „szczątki żagli”, kończy tym samym kadrem – gałęzie stają się „szkieletami zapomnianych okrętów”. To ostatnie spostrzeżenie jest o tyle istotne, gdyż buduje topikę marynistyczną – pobrzmiewa w niej nie tylko inspiracja Conradem, ale również następuje wyznaczenie kondycji bohaterów późniejszych powieści Lema – w jakimś sensie wszyscy oni będą podróżnikami na statkach. Tutaj statkiem kosmicznym jest po prostu Ziemia, oknem krążownika – okrągłe „okno” wyznaczone przez układ drzew nad Krzysztofem.

 

W odniesieniu do ostatnich konstatacji zauważyć trzeba jeszcze jedną warstwę symboliki opowiadania. Wspomniane przed chwilą „szkielety okrętów” (drzewa) łączą ciemność nieba i ziemi. Krzysztof zauważa, iż podczas trzeciego spotkania nieznajomej wzejdzie księżyc, a noce będą jaśniejsze. Pojawia się również informacja, że niebo zostanie zasłonięte chmurami (to przy okazji ciekawa analogia wobec tego co opisywano w bajce o Astronaucie). Wszystkie te procesy ewokują poczucie jakiegoś misterium rozgrywającego się wśród bóstw solarnych (słońce odgrywa ogromną rolę w opowiadanych bajkach), lunarnych (symbol kobiety - nieznajomej), uranicznych (władających nieboskłonem), tellurycznych (odpowiadających za to co rozgrywa się w ziemskiej sferze) i chtonicznych (rządzących ciemnością, ale też płodnością ziemi – odpowiadają za to tajemniczy ogrodnicy). Warto dorzucić, iż Krzysztof w jakimś stopniu kojarzy się też z bóstwem wulkanu i ognia – przychodzi odpocząć przy drewnianym zbiorniku wodnym, ale głowę ma „pełną łomotu blach, płomieni i woni spalonego żelaza” - kontrasty są wymowne. W ogrodzie pojawia się również tajemniczy starzec (ten motyw będzie się powtarzał w późniejszej twórczości 154), który w takiej przestrzeni lepiej „przyzwyczaja się do śmierci”. Polana ma więc przypisaną symbolikę życia (głównie przez akwatyczne centrum), ale i funkcje tantryczne.

 

Ogród ciemności to opowiadanie stworzone w zgodzie z paradygmatem mitu, modelem inicjacji, z wzorcem odkrywania wiedzy tajemnej; zaprojektowane przez Lema historie zbliżają się w ten sposób do obrzędów. Ich fundamentem jest przekonanie – co zbliża Lema do filozofów pitagorejskich – iż wszechświat-kosmos prezentuje najbardziej wyrafinowany model prawidłowości strukturalnych.155 Idąc dalej, kontemplacja kosmosu jest refleksją nad naturą bytu, również człowieka. Brzydota to naruszenie tego ładu – i może w tym kontekście należałoby spojrzeć na pewien szczegół w dialogu:

 

- Chętnie to pani opowiem. Ale proszę usiąść – na ławce jest dosyć miejsca – a beczka jest cała mokra i pokryta pleśnią.

- To nie jest pleśń, ale mech, bardzo mięciutki i suchy – odparła.

 

Nie ma miejsca na brzydotę w rajskim azylu. Ogrodnicy posprzątali teren. Zło pozostało za usankcjonowanym kręgiem. Pojawi się dopiero w drugiej historii opowiedzianej przez Krzysztofa. Dotyczy ona dojrzewania kobiecej świadomości, również pierwszych błędów – nieuświadomionego zła, które tu przyjęło obraz krzywdy, jaką czteroletnie dziecko wyrządza szczeniakom. Enigmatyczna opowieść opisuje dziewczynę, która „żyła w snach”. Stopniowo dochodzi do wniosku, iż „Aby jednak być w porządku ze snem, trzeba było najpierw zrobić ład z jawą” - to jej definicja dobra. Wyrasta ono z uporządkowania przestrzeni wokół siebie, Conrad powiedziałby – wymierzenia sprawiedliwości widzialnemu światu. Po fazie chaosu i rozczłonkowania osobowości następuje powtórne scalenie – kolejne narodziny. Ma to z wszech miar cechy inicjacji szamańskiej.156 Do tego wątku za chwilę wrócimy.

 

Autor Edenu synchronizować próbuje idee materialistyczne z – trudno powiedzieć na ile świadomie – archaicznymi formami religii. I choć w efekcie rozważań na ogół Lem dochodzi do pojęcia nicości, pustki, to jednak jego eksperymenty myślowe są typowe dla koncepcji sakralnych, misteryjnych, inicjacyjnych. Eliade pisze, iż tendencja do penetrowania i „odszyfrowywania wewnętrznych struktur Materii, fascynacja Naturą i początkami życia były w drugiej połowie XIX wynikiem nieokreślonej tęsknoty za pierwotną, oryginalną, uniwersalną matrycą.”157 To, co pisze Eliade dalej w W poszukiwaniu historii i znaczenia religii, koresponduje z ideą ukrytą w Ogrodzie ciemności:

 

Istnieje nieodparte pragnienie wniknięcia w głąb czasu i przestrzeni, żeby dotrzeć do granic i początków widzialnego Uniwersum, a przede wszystkim odkryć ostateczne podłoże Substancji i zarodkowy stan Materii żywej. 158

 

Dodaje jeszcze Eliade jedną frapującą rzecz. Otóż jego zdaniem fascynacja absolutnym Początkiem, ontogenezą, uczynienie z mitu kosmogonicznego centralnej opowieści w danej kulturze to podstawowe wyznaczniki umysłowości archaicznej. Niech wybrzmi ta teza: Stanisław Lem reprezentuje archaiczny typ wyobraźni artystycznej i być może jedną z podstawowych perspektyw metodycznych w rozumieniu jego dzieł powinna być ta, która zakorzeniona jest w tezach historyków religii – oczywiście rzadko podejmuje się ten trop, ponieważ Lem deklarował ateizm. Deklaracja ta stoi jednak często w sprzeczności z doświadczeniem bohaterów prozy – i nie chodzi tu na pewno o kontakt z Absolutem, ale z faktem, że - po pierwsze - doświadczali oni misteryjnej siły natury, po drugie o permanentną obecność swego rodzaju ramy rzeczywistości, formy rdzennej, rudymentarnego konstruktu, nawet jeśli miałaby to być „rama rozbitego lustra”, w końcu po trzecie – bohaterowie powtarzają gesty zaprojektowane w mitycznej przeszłości.

A więc: mit, rytuał, inicjacja, śmierć rytualna, herosi, odrodzenie duchowe, drugie narodziny 159– powinny zbudować siatkę pojęć przy analizie światów przedstawionych Stanisława Lema.

 

Zbiornik z wodą odbijającą gwiazdy umiejscowiony na środku polany przypomina miejsce kultu, wtajemniczenia. Strefa ta poprzez swój kształt, oddalenie od miasta wpisuje się w model „uprzestrzennionej” pamięci kulturowej, w której wszystkie przedmioty ze świata ożywionego i nieożywionego podniesione zostają do rangi znaku; następuje – również przez obecność „świętego słowa” - bajki (mitu) – semiotyzacja terenu.160 Zapewne w praktyce obrzędowej miejsce takie ma być otwarte na kontakt z duchami. Pełni te same funkcje, co kościół. Lem uprzywilejowuje jednak nie obrzędowość, a twórczość poetycką. Szukanie referencji słowa, drążenie przestrzeni między wersami, drenowanie ciemności pod każdym z wyrazów wiersza staje się głównym celem Krzysztofa, w ten sposób powołuje do życia nieznajomą. Prawa sztuki – forma, konwencja, kompozycja, itp. są tymi samymi prawami, które rządzą przestrzenią naturalną, ba, całym wszechświatem. Powiedzieć można więcej – wyobraźnia artystyczna, typ kreacyjnej umysłowości doprowadziły do idei pomiaru. „Pra-ustanowienie geometrii nastąpiło dzięki aktywności twórczej, uogólniającej jednostkowe zjawisko”161. Sprecyzował to też Herbert Read:

 

To co nazywamy życiem naturalnym, jest w rezultacie związkiem między formami, tak niezbędnym, że bez niego nie istniałoby owo życie naturalne. To samo dotyczy sztuki. Związki formalne istniejące w jednym dziele sztuki i między różnymi dziełami sztuki stanowią porządek i metaforę całego wszechświata.162

 

Prawa formy uobecniane w sytuacji głównego bohatera emanują na to, co rozgrywa się w opowiedzianej bajce o charakterze kosmogonicznym i odwrotnie: rozstrzygnięcia fabularne w bajce wpływają na obraz świata rzeczywistego (choć to określenie wydaje się nie do końca precyzyjne). Nie tylko relacja: forma rzeczywistości – forma literackiego świata przedstawionego wytwarza strukturę rzeczywistości. Istotne są też zależności pomiędzy opowieściami wkomponowanymi w opowiadanie, trójdzielna kompozycja tekstu, dominacja kołowych i kulistych przestrzeni, kręgi świateł sztucznych i naturalnych – ciał niebieskich.

 

Druga wojna zdesakralizowała przestrzeń cywilizacyjną. Bohaterowie Lema uciekają w inne światy, powołując przy tym uniwersa wyobraźniowe, które poczucie istnienia sacrum przywracają. Pojawia się nostalgia za „próbami i scenariuszami inicjacyjnymi”, za odnową poprzez doświadczenie tajemnicy163. Ogród ciemności pełni tu szczególną rolę. Lem wyraźnie podkreśla archaiczny „symbolizm środka”, gdzie spotykają się Ziemia i Niebo – mężczyzna i kobieta – Krzysztof i nieznajoma, (w Solaris - Kris i Harey, której imię to wariacja imienia bogini płodności – Rei). O połączeniu nieba i ziemi mówi się w ostatnich wersach opowiadania. Tekst jest prozatorskim prototypem rozwiązań przestrzennych i wybranych motywów z dojrzałej twórczości Lema. W 1947 roku zdecydowanie dominuje jeszcze żywioł poetycki: Krzysztof-poeta wprost wyznaje, że naukowy ogląd rzeczywistości nie jest prymarny:

 

Krzysztof nie przeprowadzał badań astronomicznych. Przychodził do ciemnego wnętrza, siadał, oparty głową o brzeg beczki, wiejący chłodem, której ściany pokrywał gładki mech, i niebo zalewało go rojem bladych roziskrzeń i ciemniejszych niż noc blasków.

 

Jak widać dociera do centrum, do omfalosa tej przestrzeni najbliżej jak się da – dotyka głową brzegu beczki i analizuje niebo. Nie jest to jednak namysł naukowy, ale kontemplacja. Trochę inaczej będzie już nie z Krzysztofem, ale Krisem. Bohater Solaris, choć psycholog, potrafi przeprowadzić podstawowe wyliczenia astronomiczne. Nosi znaczące nazwisko – Kelvin. LordKelvin (William Thomas) to przecież jeden z najpotężniejszych umysłów naukowych drugiej połowy XIX wieku. Rozwój osobowości bohaterów Lema podąża więc od typów umysłowości poetyckiej do filozoficzno-naukowej: cel poznania pozostaje niezmienny – to zaproponowanie modelu konstrukcji świata. Świadomie pojawia się tu słowo „zaproponowanie”, ponieważ wiemy, że Lem odrzuca myśl platoników, iż człowiek jedynie odkrywa prawidła naukowe i matematyczne, które już istnieją – pisarz nie wierzy w przedustawność takich reguł, jest konstruktywistą.

 

Epistemologia poetycka ustąpi z czasem dociekaniom bardziej matematycznym.164 To prawa tej dziedziny są prymarnymi zasadami budującymi wszelkie konstrukty rzeczywistości. Jest jednak poziom wyższy - informacja. Oddajmy głos Lemowi:

 

»Świat«, czyli »wszystko istniejące«, składa się z »rzeczy«, o których można się dowiedzieć dzięki »informacji«. Tę »informację«, rzecz wprost mogą »wysyłać« (jak człowiek mówiący, jak książka czytana, jak pejzaż oglądany), albo poprzez łańcuchy »zmysłowo-umysłowych rozumowań« (...). Język etniczny jako szerokopasmowy, polisemantyczny nośnik informacji, oraz matematyka, jako z tego języka (z tych języków) wiwiedlny język wąskopasmowy o silnie wzmożonej »precyzacyjnej« ostrości, stanowią tu nasze »macki«, nasze kule (»inwalidzkie«), nasze »protezy«. Jednak podobnie jak ślepiec, postukując o kamienną posadzkę swoją białą laską, słuchem stara się rozpoznać, czy znajduje się w pokoju, czy na ulicy, czy w nawie świątyni, tak i my owymi (matematycznymi) protezami, »wystukujemy« sobie to, co znajduje się poza obszarem naszego sensorium”165

 

Nadrzędnym więc celem rzeczywistości jest wysyłanie informacji – to destylat, który pozostaje po wszelkich innych działaniach. Krzysztof przebywający w ciemnym ogrodzie próbuje przekroczyć ludzkie sensorium, „zobaczyć”, jak ciemność znajduje się za rzeczywistością zmysłów. Narzędziem staje się tu jeszcze medytacyjny namysł i szukanie odpowiedzi w świecie mitu, nie matematyki. Niemniej celem przebywania w ogrodzie jest zbudowanie sensu, informacji – wiersza (Kris będzie szukać informacji – wobec tajemnicy oceanu – w bibliotece). Geometria inicjacyjna i świetlna też temu służą. Archaiczny – koncentryczny model przestrzenny to tak naprawdę fundamentalny kod matematyczny, który inicjuje informację. Ogród ciemności – ogród ślepca, jawi się więc jako literackie ujęcie podstawowych dla naukowej analizy świata wzorów, paradygmatów. Materią literatury nie jest jednak wzór matematyczny, a symbol, topos, archetyp.

Krzysztof – jak ów ślepiec z zacytowanej wcześniej wypowiedzi Lema słuchem i słowem stara się rozpoznać, gdzie jest. Z pomocą przychodzi paradoksalnie nikłe światło gwiazd, których nie widać za chmurami, ale wiadomo, że są. Jedynie poetycką intuicją i świadomością istnienia ogrodu, można domyślić się, jakie prawa nim rządzą. Deistyczny Ogrodnik finalnie nie pojawia się, nie dochodzi do spotkania z tym, który zna zasady funkcjonowania przestrzeni. Można przekroczyć furtkę i zbliżyć do „źródła”, ale jest to jednocześnie otwarcie świata lustrzanych odbić i labiryntu własnej wyobraźni. Do sterylnego i w gruncie rzeczy martwego terytorium wokół deszczówki (nie pojawia się tam już nawet wiewiórka) wstęp mają tylko archetypy – kobiety i starca. Ten drugi – czekający na śmierć – jest jednak bardziej realny. Metaforycznie dodać jeszcze można, że życie – symbolizowane przez wodę – przychodzi z góry, jednak po pierwsze jest to woda stojąca, po drugie – jak już powiedzieliśmy – przypomina ona krzywe zwierciadło. Krzysztof spoglądający narozgwieżdżony firmament na górze i odbicie (ale ostre, precyzyjne) na dole, jest uwięziony w kuli. W perspektywie horyzontalnej granice kuli wyznacza okrągła polana, w perspektywie wertykalnej „dwa nieba”.

W ciekawym kontekście o uwięzieniu w kuli wypowiedział się Lem:

 

„Co jest jego największym kłopotem? (...). Podstawowy jego kłopot tkwi w tym, aby istoty, których ów kosmos będzie siedzibą, nie poznały się na jego »sztuczności«. Należy się bowiem obawiać, że samo domniemywanie, jakoby istniało cokolwiek poza ich »wszystkością«, zapaliłoby je natychmiast do poszukiwania wyjścia z tej ich »wszystkości«. Mając się za jej więźniów, szturmowałyby zatem otoczenie, szukając drogi na zewnątrz – z prostej ciekawości, jeśli nie dla innych przyczyn. Udaremnić im tylko odnalezienie wyjścia, to obdarzyć je wiedzą o uwięzieniu z jednoczesnym odebraniem kluczy. Nie wolno więc wyjścia zamaskować ani zabarykadować. Istnienie jego należy uczynić niemożliwym do odgadnięcia. W przeciwnym razie poczują się więźniami, choćby to ich »więzienie« naprawdę było równe galaktyce. Ratunek tylko w nieskończoności. Najlepiej będzie, jeśli jakaś siła uniwersalna zamknie ich świat tak, że będzie analogiem kuli, dzięki czemu można go przewędrować wszerz i wzdłuż, a nigdy nie natrafi się na jakiś »koniec«.(...) Tak więc, doświadczają oni swojego świata jak my – naszego, bo przecież w istocie i to, co my odczuwamy jako zapachy, wonie czy kształty, jest w ostatniej instancji tam, gdzie czuwa odbiorca wszystkiego, świadomość, niczym innym jak tylko krzątaniną bioelektrycznych impulsów w zwojach mózgowych.(...) Nie mogą oni również dojść tego, czy i kto ich stworzył, razem z ich kosmicznym mieszkaniem, które penetrują, jak chcą. Nas przecież nikt (tj. nikt osobowy) nie stworzył, a mimo to nie brak filozofii głoszących, że tak właśnie było, że nasz świat nie jest wszystkim, itp. Itd. A przecież ludzie, którzy to głosili, mieli takie same zmysły i takie same mózgi, jak my, a nieraz były to mózgi wcale sprawne. Zapewne więc i w owym świecie znajdują się różni filozofowie głoszący podobne tezy, z tą różnicą, że będą mieli racje. Ponieważ jednak nie będzie żadnego sposobu przekonania się o dowodności tych racji, empirycy owego świata zakrzyczą ich jako metafizyków i spirytualistów”166

 

Egzystencja człowieka przeniknięta cyklicznością czasu, kolistością i sferycznością przestrzeni, koncentrycznymi zapętleniami energii, powtarzalnością naturalnych i technologicznych rytmów, itp. staje zatem hic et nunc zarówno wobec nieskończoności jak i niewoli. Przełamanie owych czasoprzestrzennych wirów, włożenie kija w szprychy koła rzeczywistości nie jest wykonalne – ogrodnicy szczelnie zasunęli zasłony.

 

To chyba właśnie skojarzenie omawianego wyżej toposu z uwięzieniem odróżnia wyobraźnię Lema od innych poetów (nie waham się przyporządkować autora Solaris do tego grona), u których ów motyw (również w połączeniu z określoną typologią światła) był obecny. Na myśl przychodzi przede wszystkim Julian Przyboś. Koło kojarzyło się autorowi Gmachów z ruchem, nieskończonością i doskonałością, zaś światło nadawało kolistości energię.167

Jerzy Kwiatkowski uznał, że światło było głównym motywem literackim u Przybosia. Kategoryzował je rozmaicie – raz jawił się jako pogański czciciel słońca i pioruna, innym razem światło ujmowano rysem technologicznym – nawet słońce okute było w „metalowy blask”. Często światło miało zabarwienie mocno pejoratywne, agresywne, niszczące, eksplozywne – wiąże się to z faktem, iż siostra Przybosia zginęła w pożarze. Wyobraźnię artystów – Lema i Przybosia – zbliża fakt, że światło jawi się w systemie kół i kręgów. Krzysztof w Ogrodzie ciemności również przechodzi od kręgów światła sztucznego do kręgu, w którym odbija się światło gwiazd, w opowiadanych bajkach pojawia się wizja świata otoczonego kręgami, poza tym symboliczne role pełnią – o czym mówiliśmy – kula i słońce. Przyboś wyraźnie wykorzystuje w swej twórczości fakt, że koło – przez swój związek z tarczą słońca oraz jego pozornym ruchem po nieboskłonie – jest rudymentarnym obrazem w naszej kulturze.168 Kult solarny buduje podwaliny wyobraźni poetyckiej. Współcześnie zaś typologie światła – szczególnie związane z jego eksplozywnym charakterem – dotyczą już ścisłych teorii fizykalnych, które za Kwiatkowskim warto wymienić na potrzeby niniejszego studium, ale ich naukowe analizowanie przekraczałoby kompetencje autora. Pisze więc badacz:

 

Wizja wybuchającego świata może tu jeszcze znaczyć co innego lub — powiedzmy ostrożniej — może być zestawiana z czym innym niż zniszczenie czy zniszczenie-odrodzenie. Mianowicie: z takimi modelami wszechświata, jak model de Sittera, w którym istnieje ruch bez materii, „eksplozyjny” model Gamowa czy — zwłaszcza — model Lemaître’a, nazywany przez samego autora „teorią fajerwerku”. Jest to teoria — by tak rzec — „wybucho-genezy”, teoria „pierwotnego atomu”, która przedstawia obecny wszechświat jako rezultat radioaktywnego rozpadu atomu, która śledzi „pozostałości” tego pra-wydarzenia w takich zjawiskach, jak rozpadanie się uranu, która — wreszcie — implikuje dalsze rozszerzanie się kosmosu. 169

 

Ta ostatnia teoria ciekawie koresponduje z kosmogonicznym mitem opowiedzianym przez Krzysztofa, w którym złe wykorzystanie kryształowej kuli prowadzi do zwielokrotnienia światów i ich rozrostu oraz katastroficznych następstw, na które człowiek nie ma wpływu, może być jedynie świadkiem.

 

Sam fakt opowiadania mitu kosmogonicznego znajduje odpowiednik w najstarszych rytuałach wczesnych kultur, konkretnie mówiąc, chodzi o fakt, że czynność ta była koniecznym elementem aktu uzdrowicielskiego – symbolicznego rozpoczęcia życia na nowo, na bazie doskonałego wzorca, modelu.170 . Eliade wspomina, iż u niektórych plemion recytacja mitu założycielskiego odbywała się w kluczowych momentach – przy narodzinach, małżeństwie, śmierci.171 Wracając do obrzędu uzdrowienia: pozycja, którą przyjmuje Krzysztof w centrum ciemnego ogrodu – tuż przy zbiorniku wodnym – jest w tym kontekście bardzo wymowna. Siada na ławeczce, odchyla głowę – opiera ją brzegu zbiornika i patrzy w gwiazdy („swoje gwiazdy”, a więc los). Jest pomiędzy firmamentem a jego odbiciem. Istotna kwestia: zanim Krzysztof dotrze do zbiornika o „zawsze mokrych ścianach” pokonuje archaiczny rytuał przejścia – najpierw, oddalając się od miejsca pracy, wchodzi w sztuczne kręgi światła lamp, później przebywa „strefę wrogich wpływów” i zaszywa się wśród drzew. To nie koniec – musi bowiem pokonać przegrodę krzaków „nastroszonych kolcami”, później sprawdzić, czy nikt nie chroni furtki i płotu otaczającego beczkę. Znajdują się tam jeszcze tablica ostrzegawcza i krzaki, które „grupowały się ciemnymi kłębami, ograniczając okrągłą przestrzeń”. Dopiero po przebyciu tych niebezpieczeństw może czekać na uzdrowicielski rytuał, dostępuje oczyszczenia; pozycja głowy opartej o brzeg beczki kojarzy się z aktem chrztu. Aby magiczny proces dopełnił się potrzeba jeszcze tego, który uzdrawia. Trudno powiedzieć, czy już w trakcie snu Krzysztofa, czy jeszcze na jawie do magicznego kręgu wchodzi kobieta:

 

Obca, sunąc przed siebie niemal ślepo, ale tak pewnie jak w znanym dobrze otoczeniu, natrafiła rękoma na brzeg beczki, obeszła ją i odnalazłszy oparcie, chciała usiąść, gdy wtem dłoń jej natrafiła na ramię Krzysztofa.

 

Nieznajoma zachowuje się jak starożytna kapłanka strzegąca świątyni – funkcjonuje w jakimś ekstatycznym uniesieniu, zna dobrze swoją sakralną przestrzeń, symbolicznie obchodzi „święty krąg”, na końcu kładzie dłonie na ramieniu tego, który czeka na ławeczce (modlitewniku, miejscu ofiarnym?). Rozpoczyna się kosmiczna liturgia, mistyczny spektakl słowa. Przywołanie w takiej sytuacji „pierwszych słów” ma w kulturach tradycyjnych rozgonić ciemność.172 „Zbiorowe lub indywidualne, periodyczne lub sporadyczne obrzędy odnawiania zawsze zawierają w swej strukturze i swym znaczeniu element odnawiania poprzez powtarzanie aktu archetypowego, najczęściej aktu kosmogonicznego”173. Chodzi w tym również o anulowanie czasu, jego dewaloryzację, usytuowania potrzebującej jednostki lub zbiorowości niejako poza czasem.174 Aspektem tego rodzaju obrzędu jest symbolika lunarna. Dbałość również o opis tej kwestii upewnia, że Lem szkicuje to inicjacyjne misterium świadomie, z zachowaniem niezbędnych literackich i metafizycznych ornamentów. Księżyc wiąże się ze śmiercią, zmartwychwstaniem, płodnością i odnową. W Ogrodzie ciemności bohater informuje, iż księżyc wzejdzie pojutrze.

Tytułem komentarza oddajmy głos Eliademu:

 

Fazy księżyca – pojawienie się wzrost, ubywanie, zniknięcie, po którym następuje ponowne pojawienie się po trzech dniach ciemności – odegrały ogromną rolę w wypracowaniu koncepcji cyklicznych. Analogiczne koncepcje znajdujemy przede wszystkim w apokalipsach i antropogoniach archaicznych; potop lub powódź kładzie kres wyczerpanej i grzesznej ludzkości, z której rodzi się ludzkość nowa, odnowiona, powstająca zwykle z ocalałego z katastrofy „przodka” mitycznego lub ze zwierzęcia lunarnego. (…) „Narodziny” ludzkości, jej wzrost, starzenie się („zużycie”) i zanik są utożsamiane z cyklem lunarnym.175

 

A może Stanisław Lem – ocalały z Zagłady lwowskich Żydów, doświadczywszy koszmaru wojny poszukuje jak Różewicz mistrza, który ponazywa wszystko raz jeszcze i oddzieli światło od ciemności (Ocalony Różewicza i Ogród ciemności powstały w tym samym roku!)? Potrzebne jest więc – wykorzystujące najstarsze tradycje kulturowe – uzdrowienie, dotarcie do praźródła, rajskiej przedegzystencji prarodziców. „W świecie nie dzieje się nic nowego, gdyż wszystko jest powtarzaniem tych samych pierwotnych archetypów; owo powtarzanie, aktualizując moment mityczny, w którym archetypowy gest został objawiony, utrzymuje nieustannie świat w tej samej chwili brzasku początków”176. Pierwsze misterium Lema rozgrywa się w ciemności nocy, pomiędzy pozostawieniem sztucznych świateł miasta, a wschodem słońca i księżyca, pomiędzy chaosem miasta a niemalże świątynną geometrią natury, wśród ornamentów poetyckiej symboliki środka. Ogród ciemności to jeden z najbardziej mistycznych tekstów Lema, literacki akt założycielski późniejszej twórczości. Czytając analizy tekstów w kolejnych rozdziałach, warto niekiedy wrócić myślą do Ogrodu ciemności, aby zobaczyć jak świetną intuicję miał Tomasz Lem, uprzywilejowując właśnie to opowiadanie w subiektywnym wyborze tekstów ojca.

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział II

ŚWIĘTE SŁUPY

II 1. Wertykalizm i koncentryczność

Historia ludzkości nie jest linearna, jest to historia punktu, który staje się sferą.

Georges Poulet

Rozpędził się Kwarcowy, by go jednym ciosem zmiażdżyć, ten jednak ustąpił mu z drogi i pokazał dwa palce wystawione; nie wiedział Kwarcowy, co by to mogło znaczyć, ale zawrócił i — nuże na przeciwnika, lecz Baryon znowu tylko o krok mu się usunął i szybko pokazał jeden palec. Zdziwił się nieco Kwarcowy i zwolnił biegu, chociaż już nawrócił i właśnie miał brać rozpęd. Zamyślił się i woda jęła płynąć z pobliskich domów, ale nie widział tego, bo Baryon ukazał mu kółko z palców złożone i przez nie kciukiem drugiej ręki prędko tam i sam poruszał. Kwarcowy myślał i myślał, co też by te milczące gesty miały wyrażać i otwarła mu się pustka pod nogami, chlusnęło z niej czarną wodą, a on sam poleciał w głąb jak kamień i nim zdążył sobie jeszcze powiedzieć: — Nic to, byle nie myśleć! — już go na świecie nie było.

  1. Lem, Trzej elektrycerze

„Kroczył niepewnie, mrużąc oczy od słońca, zarazem oswobodzony i bezradny, jakby wyrwany z ciężkiego snu.” To jedno z pierwszych zdań Szpitala przemienienia napisanego w 1948 roku. Podobnymi opisami kondycji głównej postaci Lem otworzy wiele swoich powieści. Powrót z dalekiej podróży (z dziwnym poczuciem ocalenia), poczucie przebudzenia, nagłe znalezienie się w nowej, często zaskakującej sytuacji oraz blask światła: to powtarzająca się sekwencja – towarzyszy jej często typowe dla kultur pierwotnych sankcjonowanie przestrzeni: często poprzez koncentryczne wyznaczenie przestrzeni sfery i centralnego punktu wertykalnego – np. wieży, wieżowca, rakiety. U Lema antropocentryczne, spacjalne porządkowanie nie prowadzi jednak do ładu, przeciwnie, uświadamia, że tkwiące w ludzkim umyśle atawistyczne kopiowanie podstaw cywilizacyjnych w zderzeniu z labiryntem inności wywołuje chaos, w najlepszym razie zostawia bohatera z poczuciem niewyjaśnionego misterium.

Już od tekstów z drugiej połowy lat czterdziestych Lem konsekwentnie buduje własną geopoetykę, według podobnych metod wykreśla mapy narracyjne, w podobnych kontekstach umieszcza konkretne tropy i toponimie. Podstawowym żywiołem staje się ziemia (nawet jeśli akcja dzieje się na innej planecie) – w konstruktach przestrzennych często spotkać można warianty żywiołu: podziemia, doły grobowe, kanały, góry labirynty oraz archeologiczne aspekty związane z odkopywaniem i zakopywaniem. Istotny jest też mentalny związek podmiotu z Ziemią: rozumianą zarówno jako planeta jak i będącą parabolą miejsca opuszczonego, pozostawionego. Perypetie bohatera rozpisane są też w wyrazistym modelu wizualnym kształtowanym przez światło – naturalne lub sztuczne. W Szpitalu … niemal każdy epizod z życia bohatera poprzedzony jest opisem (niekiedy poetyckim, niemal impresjonistycznym) naturalnego światła.

Zacytujmy dłuższe fragmenty rozrzucone w powieści, aby uchwycić koncept:

Był maj. Płaskorzeźba lasów, dalekimi półksiężycami obchodzących wzgórza sanatoryjne, płonęła coraz ofiarniejszą zielenią. W głębi każdej nocy otwierały się nowe kwiaty, liście, wczoraj zwisające mokrymi, zwiniętymi skrzydełkami, wstawały do lotu. Brzozy już nie kolumnami łagodnego srebra, ale buszującym biało płomieniem podchodziły do okien. Sercowate listki topól naciągały słonecznym ciepłem, barwiąc się w jasnomiodowych odcieniach. Zwoje dalekiej drogi, rozsypane wśród wzgórz, omijały czarny i prosty krzyż, zagubiony w rozwianych horyzontach. Gdzieniegdzie wydmy ukazywały swoje gliniaste wnętrza niby plastry miodu porzucone w radosnym pejzażu.177

Czerwiec przechylał się w upały. Z okien łagodnie wzgórzysty teren ciemniał zielenią lasów, malachitową i jelenią, srebrną brzóz, podwodną wieczorów i kryształową świtów. Falami szedł miękki nieustanny szum, nakłuwany świergotem ptaków. Pręga pochodu słonecznego dzieliła czaszę nieba na dwie coraz bardziej zrównujące się z sobą części.

Kończył się wrzesień. Na zoranych polach kupy nawozu czerniały jak wielkie kretowiska. Najbliższa oknu Stefana osika chorowała: jej żółknące przedwcześnie liście pokrywała czarna ospa. Nieruchomy, przy oknie, wpatrywał się w niebieszczejący jak ostrze noża horyzont. Opadały go długie godziny zupełnej martwoty: w najniewygodniejszej pozycji, ze wzrokiem utkwionym w niebie, śledził wzory, jakie w pustym blasku rysowały pyłki krążące w limfie okna.

 

Detalicznie obrazowana natura zdradza poetyckie kompetencje Lema 178 i wyobraźnię nie tyle wizualną, co umysłowość myślącą wzorcami i strukturami (ten wątek zostanie naświetlony na końcu rozprawy). Trzyniecki dostrzega geometryczne prawidłowości przypominające plastry miodu, czy wzorce kreślone przez pyłki. Cechy pór roku towarzyszą zmianom w życiu głównego bohatera – stopniowo nadchodzi dosłownie i przenośnie traktowany mrok. Modele wizualne w opisach podporządkowują się początkowo linii wertykalnej i dążą ku ciemności i horyzontowi – natura majowa otwiera się, płonie, wstaje. Czerwiec przechyla się. We wrześniu – gdy osika choruje - horyzont przypomina ostry nóż: „pręga pochodu słonecznego” grawituje w stronę ciemności. Ta gradacja ma swoją dramaturgię, która odpowiada zbliżaniu się nazistów do sanatorium. Kiedy przyjdą – Stefan Trzyniecki będzie akurat spał (to kluczowy moment liminalny w powieściach Lema). Obudzi go mrok rozświetlony już nie świtem naturalnego światła, ale latarkami oprawców (lux-lumen). Warto dodać, że w analizowanych opisach dominują – rozprowadzone w sieci metafor – kształty: płaskorzeźba – wzgórza – kolumny – płomień – sercowate listki – krzyż – plastry miodu – czasza – kretowiska, itd. To wielopłaszczyznowe modele geometryczne.

Kiedy Trzyniecki wydostał się już z ciasnego pociągu (co kojarzy się oczywiście z transportami w bydlęcych wagonach) pierwszym odwiedzonym miejscem stał się cmentarz. Trzyniecki obszedł go dookoła. Centralnym jego punktem punktem był otwarty dół grobowy. Z jednej strony oczywiście Trzyniecki nad grobem, jego pionowa pozycja będąca przedłużeniem wertykalizmu dołu, to symbole ocalenia, z drugiej strony taki obraz ustanawia świat przedstawiony – to symboliczne zakorzenienie, zakotwiczenie. Nad podobnymi dołami staną astronauci w Edenie, grobem jest tytułowy przedmiot w Pamiętniku znalezionym w wannie, Kris Kelvin zejdzie na dolny pokład stacji solaryjskiej, gdzie odkryje ciało, w kanałach skryje się Ijon Tichy w Kongresie futurologicznym. Dla Mircei Eliadego miejsce zetknięcia poziomów to obszar hierofanii – miejsce, w którym następuje „otwarcie” - ku górze (sfera boska) i ku dołowi – w stronę świat umarłych. W pobliżu punktu zetknięcia tych sfer przedstawiciele kultur tradycyjnych wznosili kosmiczną kolumnę – w różnych formach i wariantach. 179

W omawianej scenie Szpitala Przemienienia przestrzennym kontrapunktem dołu jest wieża widziana z daleka:

„Sam o tym nie wiedząc, zaczął iść w stronę wsi, a zarazem wieży kościelnej błyszczącej w słońcu”.

Wieże, słupy, rakiety porządkują świat Lema, są wyznacznikami geograficznego uporządkowania, wyznaczają punkty przecięcia siatki „oszalałego Merkatora” wpisanej przez gołębie w „podniebie”.180 Motyw ten pojawia się już we wczesnych – wspomnianych we wstępie rozprawy – wierszach. W wierszu Piątką przez Kraków osią miasta jest widziana z daleka wieża:

 

 

W dali, na wielkich tarczach czterościennej wieży

W płatkach czarnego złota czas na cyfrach leży

I znaczy długą drogę ziemi, wirującej

Niebem pośród kościołów, jak aleją w słońce.181

Czas ma charakter kolisty – kształt zegara zostaje zestawiony z wirującą ziemią. Koncentryczność czasu i przestrzeni przełamane są przez pion i prostopadłość wskazówek zegara oraz wieży. Symetrii w tak naszkicowanym obrazie dopełnia słońce.

W Szpitalu Przemienienia Trzyniecki przyjeżdża na pogrzeb w zastępstwie ojca, dalsze losy wydają się zbiegiem okoliczności. Mimo iż bohater „sam nie wie”, jednak to światło wyznacza jego trasę. Podąża od ciemnego wagonu i grobu w stronę błyszczącej w słońcu wieży. Ważne dla fabuły powieści postacie pojawiają się blasku słonecznym, tak będzie też np. w momencie spotkania z Harey, którą po przebudzeniu widzi Kelvin w Solaris. W Szpitalu... do dworku, w którym po uroczystości pogrzebowej przebywa Trzyniecki przyjeżdża gość:

Było tam jasno, ale światło padało od oszklonej werandy, tak że nie mógł rozpoznać rysów przybysza, dostrzegł tylko jego czarną sylwetkę na rozsłonecznionym tle.182

Dla porównania, poniżej pierwszy opis spotkania z Harey:

Naprzeciw łóżka pod oknem, które było odsłonięte do połowy, w świetle czerwonego słońca siedział ktoś na krześle. (…) Oświetlona była od tyłu; promień przechodzący przez szparę firanki złocił aksamitny puszek na jej lewym policzku, a rzęsy rzucały na twarz długi cień183

Szpital Przemienienia proponuje więcej modeli fabularnych i przestrzennych, które powielane będą przez Lema. Pozostając przy zestawieniu z Solaris trzeba zwrócić uwagę na początek powieści. W Szpitalu pierwszy rozdział to „Pogrzeb”, w Solaris – „Przybysz”. Rozdział drugi Szpitala nosi tytuł „Gość niespodziewany”, rozdział trzeci Solaris – „Goście”.

Bohaterowie Lema przekraczają progi – za każdym jednak razem znajdują się w miejscu-metaforze, miejscu ukształtowanym symbolicznie, można by rzec – niemiejscu. Często są to przestrzenie – mimo zachowania realistycznej konwencji – na poły oniryczne, archetypowo ustrukturyzowane. Wyjście z pociągów, pojazdów, statków, wkroczenie na teren cmentarza, obcej planety, gmachu, stacji, itp. - wszystkie te przejścia sugerują świadomie wykreowaną heterotopię. I oczywiście zdarzenia ukrywają traumę wojenną samego pisarza, jednak w kreowaniu rzeczywistości literackiej istotniejsze staje się nadanie im pewnej autonomiczności, niezależności od historii i biografii, stworzenie z nich pewnej typowej dla współczesności sieciowej przestrzeni.

Uważam, że znajdujemy się w momencie, w którym doświadczamy świata w mniejszym stopniu jako życiowego rozwoju w czasie, a w większym jako sieci łączącej punkty i przecinającej swoje własne pasma.184

Interesuje nas właśnie owa sieć i punkty przecięcia pasm.

Astronauci w powieściach Lema sankcjonują nową przestrzeń poprzez nadanie jej formy organizacji, wydzielenie sfer. Porównując dzieła, które należą do „twardego” science fiction - zauważa się takie kreowanie przestrzeni, które jest typowe dla kultur tradycyjnych. W minionych wiekach – na pewno od neolitu do średniowiecza obok sfery sacrum istniała sfera tanatologiczna, sepulklarna. Nekropolie powstawały w różnym oddaleniu – przy północnych ścianach kościołów romańskich, wcześniej – np. w kulturach megalitycznych – w wyznaczonych (np. przez warunki hydrograficzno-geologiczne) miejscach. Symbolem śmierci stawał się przy tym kamień. Chowano także zmarłych pod domami, bądź pod progiem domostwa. 185

W Niezwyciężonym sfera śmierci zdaje się otaczać obóz astronautów w dużym promieniu. Trzysta kilometrów od krążownika, którego domeną jest światło (często podkreśla się kształt świetlistego słupa, latarni morskiej) ekipa astronautów odnajduje Kondora – statek, który wylądował wcześniej na Regis III, a którego załoga zginęła w dziwnych okolicznościach. Opuszczony Kondor stał się grobowcem, kryptą; przy opisie tego miejsca Lem posługuje się modelem, którego strukturę wyznacza okrąg, wertykalne centrum rakiety oraz naprzemienność światła i mroku.

„Z daleka rakieta wyglądała jak krzywa wieża (…) Ludzie „Niezwyciężonego” zatrzymali się na brzegu obwałowania. Pojazdy, które ich przywiozły, otoczyły już wielkim kręgiem cały teren i wyrzucone z emitorów pęki siłowe połączyły się w osłaniające pole. (…) Wnętrze statku było oświetlone: technicy uruchomili już awaryjny generator, poruszany sprężonym powietrzem. (…) W małej kajucie nawigacyjnej spoczywały pod ścianą zwinięte w kłębek, wyschłe zwłoki człowieka (…). Była to właściwie mumia o zbrunatniałej skórze, przyschniętej do kości.”

Scena nieodparcie nasuwa skojarzenia z ekipą egiptologów eksplorującyh piramidę, zaś Kondor z obeliskiem. Astronauci szybko zauważają, że poszycie bliźniaczego wobec „Niezwyciężonego” Kondora jest zniszczone drobnymi uderzeniami; obelisk z Luksoru zaś zdobią drobne hieroglify.

Obaj usiłowali przyjrzeć się dokładnie wykutym w pancerzu nierównościom. Wszystkie były drobne, jakby wyżłobione ostrym końcem dłuta, ale Rohan wiedział, że nie ma takiego dłuta, które naruszyłoby cementowaną powierzchnię.

Obeliski łączą kult solarny (w starożytnym Egipcie sądzono, że w obeliskach mieszka sam bóg Ra), jak i funeralny. Odnosząc się do judaistycznej tradycji religijnej: słowo macceba (macewa) etymologicznie odnosi się do pojęcia stawiać, wznosić.186 W tradycji biblijnej obeliski symbolizowały też „domy słońca”. W Niezwyciężonym poprzez zestawienie dwóch lądowników, Lem wyznaczył sferę życia i sferę śmierci („dom grobów” - żydowskie określenie cmentarza).187

Lem tworzy więc w swoich powieściach rodzaj sakralnej geografii. Postępuje podobnie jak Norwid, dla którego środkiem, punktem był zawsze Rzym. „Rzym to owa kolumna na starożytnym forum, na której były zapisane odległości miast państwa, czyli świata.”188 Krzysztof Trybuś pisze, że Norwid w swojej wędrówce ustanawiał świat na nowo, bazując zawsze na mitologicznym wzorcu.189 „Ustanawianie świata” następuje u Lema po traumie II wojny światowej – wokół tkwią jeszcze ruiny, z ziemi wykopywane są czaszki, a ocalony „wygnaniec” próbuje archetypicznie odbudować świat. Wydaje się jednak, że zaprowadzenie nowego ładu wydaje się prawie niewykonalne. Lem postępuje jak rzymski urbanista, który „posługiwał się stałymi obrazami. Chciał stworzyć miasto za jednym zamachem, narzucić rzymską geografię w chwili, gdy armia zdobyła kolejne terytorium”.190 Bohater Lema dociera jednak na ogół do „jądra ciemności”. Oto fragmenty opisu krótkiego snu Rohana:

 

Tląca, śliska czerń otaczała go ze wszystkich tron. Dusił się. Rozpaczliwymi ruchami usiłował odepchnąć niematerialnie jak gdyby okręcające go zwoje (…) Ogłuszający dźwięk wyrwał go ze snu. Rohan wyskoczył z koi na pół przytomny, wiedząc tylko tyle, że otacza go mrok, w którym nieustannie dzwoni alarmowy sygnał. To już nie był koszmar. Zapalił światło (...)191

Niezwyciężony pełni funkcję świątyni, chroni go czasza pola siłowego, który zapewnia niekiedy – np. w trakcie deszczu – widowiska świetlne. Krążownik jest słupem „podtrzymującym” to magnetyczne sklepienie. Technologiczny świat to nowy porządek. Poza okręgiem wyznaczonym przez pole statku są jedynie ruiny - także typowe dla wyobraźni Norwida. Autor Archeologii, przemierzając Rzym z Quidamem, nie znajduje w nim jednak świętego środka – przestrzeń przypomina bardziej labirynt.192 Sugestia w postaci imienia jednego z bohaterów Niezwyciężonego - Jazona – także wprowadza w taką topikę.

Trybuś pisze:

Cechą wyobraźni przestrzennej Norwida jest nieustanne przesuwanie się perspektywy horyzontalnej, przy jednoczesnym odnajdywaniu punktów stałych w perspektywie wertykalnej.193

Tak samo jest w Edenie, Niezwyciężonym, Solaris, Powrocie z gwiazd. To model świata-miasta odpowiadający myśli Mikołaja z Kuzy, który założył, że Bóg jest okręgiem, którego środek można odnaleźć wszędzie, a obwód nigdzie. Z pewnością struktura znakowa świata literackiego determinuje porządek estetyczny i aksjologiczny.194 Czy Lem nadaje światom jakiś porządek? Właściwie pozwala na stopniowe wyłanianie się ładu.

W Niezwyciężonym ekipy astronautów dzielą się eksploracją – ci, którzy badają tajemnicze „miasto ruin” tworzą coraz dokładniejszą mapę terenu. Mapę stacji solaryjskiej ma również Kris Kelvin. Mimo jednak kartograficznego uporządkowania przestrzeni, człowiek nie przestaje się dziwić. Tajemnic nie można nanieść na mapę. Bohaterowie bezustannie próbują ogarnąć nową przestrzeń rozumem, zobaczyć teren z daleka, naszkicować wedutę. Ken-ichi Sasaki właśnie do takiej przestrzeni – widzianej „z lotu ptaka”, z oddalenia gościa, odnosi pojęcie „wizualności”. Przeciwstawia ją „namacalności”, gdy podmiot działań odbiera przestrzeń od wewnątrz, zamieszkując ją. To bardzo współczesne formy konceptualizacji „pejzażu miejskiego”.195 Bohaterowie Lema doświadczają zmysłowo przestrzeni, ale nie są świadomi jej całości. Chcieliby uchwycić spacjalność wokół siebie na wzór kartezjański, tzn. wykluczyć przypadek, uchwycić czytelną geometryczną formę przestrzeni. Poza archetypicznym jednak modelowaniem przestrzeni – tj. koncentrycznowertykalnym – i odśrodkowym ruchem bohaterów, którzy i tak wracają do punktu wyjścia, ściany milczenia, próby wyrażenia niewyrażalnego: nie sposób wyznaczyć sensownej topografii przestrzeni. Podróżnik Lema jest „wrzucony w świat” - to człowiek Heideggerowski – osamotniony, zagubiony, zrozpaczony rozmiarami Zagłady. Alienację pogłębia chłód technologii – to ona wyznacza granice nowego świata, chroni i grodzi, w równym stopni umożliwia poznanie jak i destrukcję; tworzy też maszyniczne obrazy kultury. Zygmunt Bauman właśnie nowoczesne technologie obarcza winą za „produkcję śmierci”196 Jakiekolwiek niszczenie u Lema też uruchamiane jest przez wykorzystanie technologii – jej największa skala zostaje ukazana w Niezwyciężonym.

Platon mówił, że rzeczywistość jest zorganizowana jako odbicie podstawowych figur geometrycznych. Właśnie – odbicie. W światach Lema multiplikują się te same twory wizualne. Często w sposób symetryczny, lustrzany. Terminal – sztuczna góra - z początku Powrotu z gwiazd znajduje odbicie w górze, na którą wdrapuje się Bregg w zakończeniu powieści. Zestawmy te dwa obiekty.

 

„Gąszcz czarnym kręgiem otaczał jezioro. Słyszałem szelest szuwarów i trzcin — a daleko, z drugiej strony, wznosił się — jedynym ogromem — masyw świetliście zeszklonych skał, na pół przejrzysta góra nad równinami nocy, widmowa jasność szła od pionowych zerw, najbledsza, błękitnawa, bastiony na bastionach, kryształ zastygły w blanki, przepaście — i ten jaśniejący kolos, niemożliwy i niewiarygodny, odbijał się długim, bledszym powtórzeniem w czarnych wodach jeziora.”

Drugi:

„Przede mną w ciemności wstępowały góry, widmowe, o szczytach pobielonych śniegiem. Kiedy wpatrzyłem się uważnie we wschodni brzeg horyzontu, dostrzegłem smugę pierwszej szarości — rozmywającej gwiazdy — zaczątek nowego świtu. Rysowała się na niej stroma, rozpękła w połowie grań. (…) Niebo wschodu ledwo szarzało nad pełną ciemności doliną, pogłębiając jeszcze czerń skalnego ramienia, ale potrafiłbym wskazać każdy jego uskok, każdą szczerbę po omacku, wiedziałem, jaki obraz odsłoni mi dzień, bo był wpisany we mnie, na zawsze, i nie na marne. (…) Śniegi szczytu zapaliły się złotem i bielą, stał nad pełną liliowego cienia doliną potężny i bezwietrzny, a ja, nie zamykając oczu, pełnych łez łamiących jego światło, powstałem wolno i zacząłem schodzić po piargach na południe, gdzie był mój dom.”

„Kolos” w pierwszym fragmencie zwielokrotniony zostaje dodatkowo odbiciem w tafli wody. Sztuczne światło - lumen konstruuje wertykalną optykę – „jasność szła od pionowych zerw”. W drugim – korespondującym fragmencie, uwidacznia się podmiotowa perspektywa i – co intrygujące – uaktywnia się romantyczne widzenie wewnętrzne. Owoż wpisane jest w ciało, wynika z jego – jak zapewne ująłby to Belting197 – usytuowania w przestrzeni, jest również zależne od pamięci – Bregg potrafi dokładnie opisać skalne ramię, mimo że go nie widzi. Ciekawe: podobna wędrówka opisana jest w Niezwyciężonym, ma również swoje cybernetyczne ekwiwalenty w Polowaniu i Masce.

Motyw góry, która kryje we wnętrzu skomplikowaną technicznie sztuczną strukturę znajdziemy też w Pamiętniku znalezionym w wannie. Jedną z różnic pomiędzy tą powieścią a Powrotem z gwiazd jest to, że światło pojawiające się przy końcu przygód Hala Bregga ma wymiar zbawczy, sakralny, jest jakąś formą happy endu. W Pamiętniku, mimo że bohaterowi udaje się znaleźć wyjście z labiryntowego gmachu - widzi już Bramę Światła, to jednak zawraca z drogi ku claritas i wraca do łazienki, swoistej „kaspsuły”, „krypty”, grobu, niemiejsca, używając nazewnictwa Foucaulta.198

Gdyby zwrócić uwagę na wertykalne ukształtowanie świata w Edenie rzuca się w oczy, że rakieta ziemskiej załogi znajdzie swój odpowiednik w tajemniczym „kominie” obcych - dubeltów. Zarówno rakieta jak i „komin” to wyraźne punkty w topografii Edenu – oczywiście doświadczanej z perspektywy przybyszów z Ziemi.

„Ujrzeli wówczas wystrzelające ku chmurom cielsko dziwacznie uformowanego komina, odwróconym wodospadem bił z niego brunatny słup stumetrowej chyba grubości, roztrącał niespokojnie falujące mleko chmur i znikał. (…) Zauważyli, że w wykopach tym mniej było wody, im bardziej zbliżali się, jadąc zygzakiem po błotnistym gruncie, ku ścianie oparów, która na przemian to zasnuwała, to ukazywała czarnego kolosa.”

A oto wybór opisów rakiety, która w trakcie rozwoju fabuły coraz bardziej podnosi się. Od upadku na Edenie przygotowywana jest do odlotu – wygnania z „raju”?

„Słońce dotykało horyzontu, kiedy znaleźli się u małego pagórka. Rakieta rzucała długi cień, gubiący się daleko wśród piasków równiny. (…) Rakieta wbiła się wprawdzie w grunt pod bardzo małym kątem, ale dzięki jej długości koniec kadłuba z wylotowymi tulejami wznosił się dobre dwa piętra nad równiną. (…) Rakieta stała pionowo - biała, bielsza od słonecznych obłoków, wśród których zdawał się już wędrować jej daleki, zaostrzony szczyt. (…) Osiemdziesiąt metrów nad ziemią, w otwartym włazie, stało czterech ludzi. (…) Z otwartego włazu, jak z okna strzelistej wieży niespodzianie wzniesionej w pustkowiu, widzieli góry południa, zbłękitniałe, pomieszane z chmurami szczyty, wielką zachodnią pustynię, rozciągniętą na setki kilometrów pasmami rozsłonecznionych wydm, i fioletowy kożuch lasów okrywających wschodnie pogórze. Olbrzymia przestrzeń leżała pod błękitami, z małym, ostrym słońcem u zenitu. Koronkowym szkieletem biegło w dole kolisko muru cień rakiety przesuwał się po nim, jak wskazówka słonecznego zegara tytanów, dochodził już do dwu malutkich figurek.”

Rakieta podobna do wieży otoczonej kolistym murem przywodzi oczywiście na myśl topikę średniowieczną – mentalność ludzi ery kosmicznej, jak widać niewiele, biorąc pod uwagę sprawy kolonizacji i zdobywania terenu, zmieniła się. Ten wizualny schemat Lem stosuje od najwcześniejszych powieści – sanatorium w Bierzyńcu – podobnie jak sanatorium w Czarodziejskiej Górze Tomasza Manna - stoi na wzniesieniu otoczone murem.199 W powyższym fragmencie przykuwają uwagę wrażenia wizualne – z jednej strony Lem doskonale – można powiedzieć w sposób typowy dla operatora filmowego wyczuwa proporcje przedmiotów w przestrzeni (szczyt rakiety jakgdyby wędrujący poprzez wyeksponowanie go na tle chmur) , z drugiej strony świetnie operuje natężeniem barw. Poprzez wykorzystanie odbić słonecznych wyróżnia z krajobrazu rakietę. Podobnie będzie robił, opisując – w zakończeniu późniejszej powieści – krążownika Niezwyciężonego.

Znamionowanie określonej topografii przez pionowe konstrukcje odsyła do koncepcji przywołanego już w rozdziale Mircei Eliadego, który pisał o roli świętych słupów w kulturach pierwotnych. Symbole te oznaczały środek świata – axis mundi.200 Znane są przypadki, że niektóre plemiona, podróżując zabierały ze sobą te słupy, bowiem w ich przekonaniu były one podwaliną nowego świata. Ich upadek, złamanie, były oznaką końca świata. Słup/kolumna jawiły się też jako ślad przerwania ciągłości zastanego świata – tak przecież można rozumieć ingerencję astronautów np. na Regis III.

Rakieta także ustanawia świat w takim sensie, że dla eksploratorów staje się jego osią. Zakotwiczenie statku na obcym terenie jest połączeniem linii horyzontalnej i wertykalnej, jest także odkryciem i ustaleniem punktu oparcia, „środka” nowostworzonego świata, wytrąceniem chaosu jednorodności, zanegowaniem względności przestrzeni świeckiej. 201 Rakieta w takim kontekście jest więc znakiem ludzkiego odczuwania czasoprzestrzeni – doskonale ukazuje to cytowany powyżej fragment, w którym rakieta i krąg wokół niej przypominają zegar słoneczny. Lidia Wiśniewska pisze, że obraz koła to obwód wyrażający czas, a wnętrze i zewnętrze reprezentują przestrzeń.202 Lem, nie tylko wyrażając pewne tezy explicite, ale również konstruując wizualnie światy obrazuje tak naprawdę fakt, że człowiek przyszłości – dysponujący potężną technologią, eksplorując nowe globy zawsze będzie zachowywał się w sposób tradycyjny, by nie rzec pierwotny – na pewno zgodny z jakąś mitologiczną kosmologią i „gramatyką archetypów”203, które funkcjonują w każdej kulturze. Organizacja przestrzeni z wytyczeniem jej symbolicznego środka, często umiejscowionego na świętej – kosmicznej górze, eksplorowanie terenu poprzez koncentryczne rozszerzanie granic poznania to procesy, które są wrodzone; astronauta nie uwalnia się od immanentnych wizualnych konstrukcji postrzeżeniowych, wpisują się one w archetypiczne uniwersalia przestrzenne.

W Niezwyciężonym mimo obecności niesłychanie zaawansowanej technologii, jaką dysponują astronauci na Regis III, zaczynają oni misję od koncentrycznego zakreślenia przestrzeni, której środkiem jest oczywiście „Niezwyciężony”. Tym razem okręg nie jest wyznaczony – jak w Edenie– przez dookolne lustra, ale dzięki stworzonemu przez energoboty polu siłowemu. Sam krążownik porównuje się często do kolumny, ognistego słupa. Także i tu wraca metafora tarczy zegara i cienia – wskazówki.

W finale wielu tekstów Lema bohater udaje się w podróż po obcej planecie – w Edenie jednym z celów jest miasto obcych, w Solaris Kelvin postanawia wylądować na mimoidzie i stanąć „twarzą w twarz” z oceanem, w Niezwyciężonym Rohan wyrusza w górską wyprawę w celu ratowania towarzyszy, zaś Marek Tempe w Fiasku sam ląduje na Kwincie. W czasie tych eskapad istotny staje się kontakt z bazą, widoczność rakiety, obecność czegoś, co będzie sankcjonowało ludzką przestrzeń. W Solaris Kelvin, znajdując się pierwszy raz poza bazą zatacza koło i obserwuje z oddalenia stację:

„Koło, jakie zatoczyłem nie dość wprawnie, wyniosło mnie daleko na podwietrzną, a mimoid został w tyle, jako rozległa, jasna plama, odcinająca się od oceanu nieregularnym konturem. Stracił nadaną mu przez mgły różową barwę, był żółtawy jak zeschła kość, na chwilę znikł mi z oczu, zamiast niego zobaczyłem w oddali Stację, wiszącą pozornie tuż nad samym oceanem, niczym ogromny, staroświecki zeppelin.”

 

Chyba najciekawsze studium psychologiczne człowieka poza „domem” znajdujemy jednak w Niezwyciężonym. Rohan w czasie wielogodzinnej wędrówki po obcym lądzie Regis III bije się w własnymi myślami, wielokrotnie dopada go też niepokój związany z faktem, że nie widzi już Niezwyciężonego, owego „świętego słupa”, który był osią względnie udomowionej przestrzeni.

„Przytroczony na skaczącym stopniu łazika, widział tylko olbrzymią, powoli zmniejszającą się kolumnę „Niezwyciężonego”, niebieski blask, który przez chwilę zatrzepotał na zboczach wydm, powiedział mu, że maszyna przebywa właśnie granicę pola siłowego.”

(...)

Ohydny strach kurczył mu serce. Szedł jednak, wciąż tak samo wymachując rękami, które były przeraźliwie puste. Zatrzymał się raptownie i spojrzał w doliny, ku pustyni, gdzie stał „Niezwyciężony”. Nie mógł go zobaczyć, statek znajdował się poza widnokręgiem. Wiedział o tym, lecz patrzał w rudawe u horyzontów niebo, z wolna wypełniające się kłębiastymi obłokami.”

Człowiek zawsze pozostaje właśnie w jakimś widnokręgu, koliste sygnowanie przestrzeni jest procesem immanentnym dla ludzkiej recepcji przestrzeni. Tak samo jak wyznaczanie środka takiej przestrzeni. Rohan, który stopniowo zdaje sobie sprawę z ogromu samotności na nieznanej planecie szybko konstatuje, że jego uszy przyzwyczajone dotąd do dźwięku maszyn skazane są nagle na przerażającą ciszę; próbują wyłowić dźwięk powietrznej sondy wypuszczonej z bazy, ale ten stopniowo staje się coraz słabszy. Ruchy ciała Rohana automatyzują się z czasem; tego somatycznego odczucia doświadczył pewnie każdy, kto wędrował długo po górach lub wybrał się na długi bieg.204 Terra incognita, jaką dla astronauty staje się Regis jest tak bardzo obca dlatego, że nie zawiera najmniejszego nawet elementu wskazującego na ludzką działalność. Dlatego zapewne Rohan cieszy się, gdy spotyka na drodze robota, który ocalał z walki z czarna chmurą. Szybko jednak, ku zmartwieniu Rohana ich drogi muszą się rozejść.205 Jego wyobraźnia usilnie próbuje naznaczyć teren eksploracji tym, co ludzkie, ziemskie.

„Podobne do groteskowych, zżartych erozją posągów wierzchnie skałki były tuż. (…) Gdzieniegdzie przebijały się poprzez szczotkowate gęstwiny białe, jakby wapienne iglice.”

Posągi i iglice to artefakty, dzieła ludzkich rąk. Gest nazywania rzeczywistości jest znakiem jej ogarnięcia. Znalazłyby tu rację słowa Wittgensteina, że granice mojego języka są granicami mojego świata.

Obraz świetlistej kolumny krążownika zamyka powieść. Rohan po misji ratowniczej i po niemal mistycznym kontakcie z czarną chmurą obcych, ostatkiem sił wraca do statku. Tytanicznym wysiłkiem dobiega do łazika. Już z pojazdu szuka punktu zaczepienia na horyzoncie. To, co zrazu wydaje się gwiazdą okazuje się być widocznym z daleka kadłubem statku.

„Jechał prosto na tę rubinową kropelkę w mrokach, wznosiła się powoli, aż stała się lśniącą mocno kulą, której odblaskiem mienił się wierzchni pancerz. (…)

Rohan, któremu rakietnica wypadła z ręki, ani wiedział, kiedy zesunął się po boku maszyny i chwiejnym, przesadnie dużym krokiem, nienaturalnie wyprostowany, zaciskając pięści, by zdusić nieznośne drżenie palców, szedł prosto na dwudziestopiętrowy statek, który stał w powodzi świateł, na tle blednącego nieba, tak majestatyczny w swym nieruchomym ogromie, jakby naprawdę był niezwyciężony.”

Warto zwrócić uwagę ponownie na rolę światła. To ono uwzniośla dzieło człowieka. Lumen – światło wytworzone technologicznie ratuje Rohana. Wydaje się, że Niezwyciężony jest w ogóle hołdem dla potęgi materii nieożywionej, dla technologii – obojętnie, obcej czy ludzkiej – która potrafi być odbierana jako rzecz cudowna. Żywioł techne dominuje w tej lekturze. Nie można przy tym stwierdzić, że Lem jednoznacznie deprecjonuje człowieka. Przecież Rohan podejmuje tytaniczną walkę, aby odnaleźć towarzyszy, mało tego – ryzykując utratę tlenu, grzebie ich zwłoki pod kamieniami, przy okazji znamionując właśnie w sposób ludzki a jednocześnie archaiczny ludzką przestrzeń. Kamień to też symbol wizualny o bardzo starej kulturowej tradycji. Zwrócił na to uwagę Wojciech Michera w ciekawym, eseistycznym studium o Masce Lema. W odniesieniu do mitycznej opowieści, w której Reja zamiast Zeusa podsuwa Kronosowi kamień, Michera zauważa że przedmiot ten to wizualny znak wprowadzający nieusuwalną szczelinę między signans i signatum.206 Innymi słowy, od tego momentu pośrednikiem wobec sacrum staje się totem, idol. Jedna wizualność zostaje zastąpiona inną – symboliczną. Rohan, chowając zmarłych – jednego z nich zamyka kamieniem w szczelinie – wizualizuje religijne doświadczenie, a ono – jak pisze Michera – ma charakter fantomatyczny, naznaczone jest mistyką fetysza.207 Czyn Rohana to jakby symbolizowanie przestrzeni w najczystszej formie, tworzenie humanistycznego aksjomatu. Przecież Rohan jest świadomy tego, że towarzysze, których chowa nie zostaną nigdy znalezieni przez innych Ziemian. Ale właśnie ten symboliczny kamień zawiera w sobie istotę człowieka, symboliczność Ziemi.208 W tradycji, w przekonaniu, że najważniejsze to ratować innych oraz uszanować ich śmierć, tkwi humanistyczna wartość powieści Lema, zapewne również traumatyczna pamięć przeżyć we Lwowie. Dodać można do tego świadomość własnej małości, pokorę niektórych bohaterów wynikającą z myśli, że – cytując Niezwyciężonego - „Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas”. To uszanowanie śmierci, o którym wcześniej wspomniano zyskuje jeszcze u Lema postać fascynacji martwą materią chmury, której wizualny spektakl określa się jako „mroczne misterium”; słowa o podobnym znaczeniu kończą też Solaris - „czas okrutnych cudów”.

Tak czy inaczej, analizując i porównując ze sobą powieści Lema dochodzi się do wniosku, że trajektoria podróży bohaterów nie tylko związana jest z ukształtowaniem przestrzeni, z określonymi przedmiotami i miejscami, ile właśnie ze światłem. To, że w finale tak wielu tekstów pojawia się światło opalizujące na granicy pojęć lumenlux, claritas – jest symbolem zyskiwania jakiejś świadomości, wewnętrznej iluminacji. Nie jest to jednak oświecenie równoznaczne ze zwycięstwem rozumu – Rohan, po mistycznym spektaklu chmury wie, że naukowcy nigdy nie doświadczą tego samego, co on, że nie będzie potrafił – po powrocie na statek - zwerbalizować własnych transcendentnych uczuć. Ta symbolizowana różnymi światłami przemiana ma w istocie charakter sakralny. Fabuła Niezwyciężonego - rozpięta między lądowaniem statku i wyruszeniem w misje, a powrotem Rohana do rakiety - to historia przemiany; ten świetlny i „święty słup” to obelisk postawiony w miejscu wtajemniczenia.

Interesującą przestrzeń interpretacji odkrywa finał Niezwyciężonego w perspektywie sądów Zygmunta Baumana. Filozof, rozważając istotę ponowoczesności, przywołuje obraz człowieka pustyni – wędrowca.209 Jest on ikoną współczesności. Cały czas zaciera ślady wczorajszych eskapad, a przez to oddycha z ulgą. Ale to tylko złudzenie. Dzisiejszy nomada pocieszyć się może widokiem rozbitych na noc namiotów innych ludzi.

„Widok namiotów rozbitych wczoraj dla zanocowania rozprasza obawy: namioty odsuwają pustynię, zdają się więc nadawać sens wczorajszej wędrówce”.210

Tak wizualizacja kondycji współczesnej – zbieżna przecież z tą proponowaną przez Lema w Niezwyciężonym – ukazuje niepewność i kruchość istnienia. Namiot – rakieta – tylko chwilowo każą zapomnieć człowiekowi o koczowniczym trybie życia. Jak pisze Bauman, namioty ukazują „dom jako takie miejsce, do którego się przybywa, i w którym nadto każde przybycie brzemienne jest odejściem”.211 Człowiek na Regis to „parweniusz”, biedny przybysz z innej przestrzeni, próbujący jakoś symbolicznie oswoić nowy teren. Nie należy do nowego miejsca. Jednocześnie inni – stali mieszkańcy – potęgują poczucie wyobcowania nowego-obcego. „Parweniuszowi” - tylko jemu – każe się nosić plakietkę „właśnie przybyłem”, tak aby wszyscy inni mogli mniemać, że ich domostwa wykute są w skale.”212 Światło rakiety w ostatnim obrazie powieści ma więc paradoksalną naturę – po pierwsze jest oznaką życia, dla Rohana – jeszcze do niedawna „koczownika” na Regis. Po drugie światło wprowadza kategorię efemeryczności, chwilowości. Osiadły jest mrok przebywający w skale – maszyniczne robactwo zasiedlające jaskinie planety.

II 2. Post tenebrarum lux

Wracając jeszcze do roli ciemności i światła w trajektorii losów bohatera: Lem buduje już model przedzierania się bohatera przez ciemność ku światłu we wczesnej powieści Szpital przemienienia. Podobnie jak Bregg w zakończeniu Powrotu, tak i Stefan w finale Szpitala idą przez ciemny las.

 

„Byli już na mrocznej drodze, mijali właśnie pochylony łuk kamienny z zatartym napisem, zarysowany na niebie jak czarny półkrąg. Znowu błysnęło światło: Hutka pożegnał ich długim skinieniem latarki. Potem zapadła ciemność.

Za drugim zakrętem zeszli z traktu i brnąc z trudem w błotnistej ziemi, ruszyli ku lasowi. Wnet otoczyły ich drzewa, coraz gęstsze i wyższe. Pogrążali nogi w zeschłych liściach, szumiących jak woda przy przechodzeniu brodu. Szli długo.”

Ciekawe, że finalne uściski Nosilewskiej i Stefana przypominają nieco to, co wydarzy się w Masce. Oczywiście w zupełnie innej ornamentyce. Narrator podkreśla, że zbliżenie pary miało charakter nietypowy, choć fizyczny.

„Czuł na twarzy jej piersi, jej ręce. Nie było właściwie światła, tylko mętne pełganie dogasającej latarki, która, wtoczywszy się między kłosy, rzucała spośród nich rozczesany smugami cienia blask. (…) Potem zacisnęła ich ciemność.”

W opisie niepodszytego erotyzmem i pożądaniem kontaktu realizującego się w mieszaninie blasku latarki i mroku zastanawia to, że kobieta „w każdej chwili panowała nad sobą i nad nim.” Ostatnie spojrzenie na Nosilewską, jej tajemniczo rozjaśnioną twarz ma w sobie coś mistycznego. Paradoksalnie symbolizować moment przedśmiertny („Leżała na wznak, trochę wyżej, a w ostatnim, świetle jej twarz była taka spokojna”), a zarazem powtórne narodziny, początek - „Wtedy odpadła odeń nawet ciekawość, tak że w ramionach tej obcej kobiety stał się na jedno mgnienie biały i nie zapisany, jak w chwili narodzin.” „Ostatnie światło” i biel „na jedno mgnienie” wprowadzają element transcendencji, z mroku wynurza się lux. Latarka – lumen – gaśnie wcześniej. Zatem pojawiające się rozświetlenie ma wymiar mistyczny, podobnie jak słońce wstające po kontakcie modliszki z kochankiem w Masce, światło Bramy w Pamiętniku, słońce w finale Powrotu, rozbłysk „laserowego słońca” w Fiasku, czy światło Niezwyciężonego ocalające Rohana. W Solaris eksponowane jest światło słońca, naznaczające, wyróżniające i poskramiające rozum. W zakończeniu powieści czytamy:

„Cała ta wyspa—miasto, przechylona ciężko w bok, jak na wpół zatopiony okręt, sunęła przed siebie bezsensownym, nieprzytomnym ruchem, obracając się bardzo powoli, o czym świadczył pozorny ruch słońca na firmamencie, wzniecającego leniwe przeczołgiwanie się cieni pomiędzy zakamarkami ruin; czasem wymykał się spośród nich słoneczny promień sięgając miejsca, w którym stałem.”

Końcowe zbliżenie Krisa i oceanu też – tak jak w przypadku bohaterów Szpitala - ma wymiar miłosny – to swoiste utożsamienie wizji Harey i istoty oceanu. Także tu mężczyzna popada w stan zadumy, refleksji, swego rodzaju mentalnej katalepsji. W ostatnim zdaniu Szpitala czytamy, że ze Stefana „odpadła” nawet ciekawość. Dla porównania w Solaris Kris rozważa:

„Zapatrzony, osłupiały, schodziłem w niedostępne, zdawałoby się, regiony bezwładu i w narastającej intensywności zatraty jednoczyłem się z tym płynnym, ślepym kolosem (...)”

 

 

 

 

 

 

 

II 3. Otwieranie kuli

Oto się odwalają sklepienia pochmurne

Dzień i noc obejmują rękami obiema

Nasz glob: na czarnej kuli wyryty poemat (...)213

Eliade w swych kulturoznawczych badaniach dochodzi do wniosku, że człowiek społeczeństw tradycyjnych dążył też do tego, aby żyć w obszarze „otwartym” ku górze. 214 Czy tak jest w prozie Lema? Zagadnienie zamkniętości i otwartości przestrzeni w ogóle należy do sztandarowych tematów w interpretacjach lemologów.215 I znowu, gdy spojrzeć na to, co dla kosmicznego podróżnika na obcej planecie stanowi gwarancję bezpieczeństwa okaże się, że jest to możliwość odlotu, otwarte niebo. Jest tak m.in. w Edenie. W Niezwyciężonym początkowo astronauci zamykają się w magnetycznych kopułach pól siłowych, jednak finalnie będą musieli tę przestrzeń ochronną otworzyć. Rohan w czasie ostatniej misji na Regis uświadamia sobie, że będzie namawiał Horpacha do odlotu i do zostawienia planety nietkniętą. Warto dodać, że ten uwalniający ruch ku górze poprzedzony jest w sposób oczywisty ruchem dośrodkowym – z większości opresji bohaterowie wracają przecież do rakiety. Najlepiej widać to chyba w Edenie, kiedy grupa zwiadowców po kontakcie z obcą cywilizacją, wioząc jednego z dubeltów szuka w nocy światła rakiety.

Pełni ona funkcję latarni, symbolizuje ocalenie – tym bardziej, że światło lampy przyrównane zostaje do aureoli – lumen przeradza się w lux. Jako latarnia zostaje też określona rakieta w Niezwyciężonym. Jest on punktem centralnym topografii misji. Trzy grupy badają obca planetę (wyznacza to jednocześnie mapę narracyjną) – jedna zajmuje się metalowym „miastem”, kolejna odnalezionym Kondorem, ostatnia labiryntami w piaskach pustyni. Bardzo bliźniaczo – wcześniej – zbudował Lem przestrzeń w Edenie. Także tu astronauci badają „miasto”, tajemnicze labirynty w jaskiniach, które u Lema pełnią – jak to określił Dajnowski – figury lewiataniczne216 oraz teren w pobliżu tajemniczego „komina”. Jednocześnie aktywuje się w takich opisach archeologiczny model wyobraźni Lema.217

Istvan Csicsery-Ronay, Jr., pisze, że modelowanie lemowej chaosfery nie tylko rozwija się „do wewnątrz”, w kierunku coraz lepiej skonstruowanych „skrzyń”, ale także „wzwyż”.218 Metaforyczną figurą geometryczną pionizującą przestrzeń jest wieżowiec hotelu Hilton w Kongresie futurologicznym.219 W kontekście interpretacji omawianych w poprzednim akapicie nasuwa się konstatacja, iż wieżowiec jest swoistym odpowiednikiem rakiety, świętym słupem. Koncentruje akcję i bohaterów, Ion Tichy po początkowym bembardowaniu i ucieczce wraca do budynku i chowa się w jego kanałach. Hilton jest dominującym motywem wizualnym w dwóch znaczeniach – po pierwsze na płaszczyźnie materialnej, realnej. Lem podkreśla jego monumentalność w sposób podobny jak robił to w przypadku Terminalu z początku Powrotu z gwiazd:

„Costaricański Hilton wystrzelał na sto sześć pięter z płaskiego, czteropiętrowego cokołu.”

Po drugie funkcjonuje jako symboliczny obraz psychemicznego snu Ijona Tichego, jego funkcja rozpatrywana być może w perspektywie antropologii wizualnej. Podstawową cechą halucynacji głównego bohatera jest ich wielopiętrowość. W istocie Tichy nie wychodzi z podziemi Hiltona – są one dla niego swoistą „kapsułą”, „kryptą”, a sięgając po nazewnictwo zaczerpnięte z myśli Foucaulta można by stwierdzić, że stanowią miejsce heterogeniczne, są jedną z wersji „nie-miejsc”.220 Oniryczna podróż Tichego kończy się na piętrze budynku Symingtona – osoby odpowiedzialnej za psychemiczne oszustwa. Pobyt w Hiltonie i sen przestrzennie nakładają się – Tichy, kończąc sen wypada przez okno, upadek kończy się w wodach kanału. Hilton znajduje wertykalny kontarpunktowy odpowiednik nie tylko w budynku Symingtona przy końcu powieści. Jego intrygującym odpowiednikiem jest wieżowiec, o którym podczas konferencji futurologów opowiada Hayakawa. Opis tego osiemsetpiętrowego gmachu przyszłości osadzonego na dnie oceanu a sięgającego stratosfery przypomina nieco labiryntowe wnętrza pentagonu w Pamiętniku znalezionym w wannie.

„Projekt uwzględniał pomieszczenia podziemne na popioły zmarłych, telewizję czterdziestokanałową, izby upojeń i wytrzeźwień, sale podobne do gimnastycznych do uprawiania grupowego seksu (wyraz postępowych przekonań projektantów) oraz katakumby dla nieprzystosowanych ugrupowań subkulturowych. (…)”

II 4. Figury labiryntowe

Zarówno Gmach (Antygmach), Terminal jak i Hilton – symbol wielopiętrowego snu – są figurami labiryntowymi. W tradycji literackiej tego typu budowle zapoczątkowuje Dante w Boskiej komedii. Jego spiralne labiryntowe leje przyjmują kształt stożków. Figura ta jest u Dantego kontrastem wobec kuli – sfera symbolizuje niebiańską doskonałość, stożek – sferę profanum.221 Zmultiplikowaną formę stożków Dantego zaproponuje Giovanni Battista Piranesi. Na jego miedziorytach przestrzenie będą zwielokrotnione a ich zagmatwaną formę skomplikują jeszcze odbicia, mosty, półki i drzwi.222 Z pewnością wpływ na wyobraźnię Piranesiego miały włoskie miasta (często z archeologicznymi tajemnicami) i szczególnie Wenecja. Podobne połączenie – technicznie skomplikowanej formy z poetyką ruin widać również u Lema.

Gdyby przyjąć typologię Umberto Eco zakładającego, że albo mamy do czynienia z labiryntem greckim, manierystycznym bądź labiryntem siecią, kłączem, (inaczej: labirynt linearny, gmatwanina bądź sieć) gmachy Lema przypominałyby raczej drugi z nich.223 Przede wszystkim dlatego, że istnieje wyjście, choć bardzo trudno się do niego dostać. Gmach i Hilton są labiryntami jednocześnie paradoksalnymi, a sytuacja głównego bohatera przypomina nieco tę, którą dobrze przedstawili twórcy takich fimów jak Sześcian (1969) i wzorowany na nim Cube (1997). Mimo że wyjście z uwięzienia istnieje, jednak bohater nie może się uwolnić – nawet w przypadku wybudzenia Tichego nie ma jednoznacznej pewności, że sen się zakończył. Podobnie dzieje się w filmie Incepcja. Wszystkie te utwory są dobrą ilustracją słów, które padają w Fiasku:

 

„Kosmos to labirynt zbudowany z labiryntów. W każdym otwiera się następny”.

Interpretując dzieła Lema, łatwo zauważyć, że jego bohaterowie są zawsze w jakimś sensie więźniami. Zniewala ich właśnie to, co kulturowe, logika myślenia. Aby nie być gołosłownym: Hal Bregg jest ofiarą czasu – kultura przeszłości, która go ukształtowała jest trudna do zaakceptowania przez społeczeństwo przyszłości. Jest też więźniem własnego ciała – muskulatura astronauty to oznaka, najoględniej mówiąc, degradującego anachronizmu. Wielokrotnie wspomina Bregg, że czuje się jak małpa. Ion Tichy w Kongresie utknął w wielopiętrowym śnie, ale także w podziemiach Hiltona. Sytuacja tego bohatera dobrze obrazuje też, jak samozniewalającym systemem jest kultura. Jeden narkotyczny sen implikuje kolejny sen. Kultura kopiuje samą siebie, do tego jest ciągle w stanie czynnym, bo zależy od nieprzewidywalności umysłu. To jednocześnie cecha kultury współczesnej, w której nie chodzi o to, aby coś stworzyć, ale żeby stwarzać, rozwinąć możliwości multiplikacji.224

Kris Kelvin jest więźniem własnych wspomnień, poniekąd też stacji solaryjskiej. W tej powieści – co stanowi bardzo ważną płaszczyznę interpretacji – uwięzieniem w labiryncie–kłączu staje się sama solarystyka wyrażona materialnie i wizualnie biblioteką. Warto przypomnieć sytuację uwięzienia w Edenie, gdzie astronauci nie mogą odlecieć na skutek awarii; więźniami są też mieszkańcy Edenu – raz, ponieważ żyją w opresyjnym systemie, dwa – kryją się w swoistych organicznych kadłubach. Bohaterów zniewalają czarne chmury na Regis siejące spustoszenie w umysłach. W końcu warto jeszcze wspomnieć o więzieniu fikcji, które u Lema pojawia się wielokrotnie, a najpełniej rezonuje w Kongresie futurologicznym. Chodzi o uwięzienie w sztucznie wykreowanej rzeczywistości – o realizację idei Stanisława Lema, która w szóstym rozdziale jego Summy została określona jako fantomatyka. Oczywiście w Kongresie wykreowany zostaje psychemiczny i oniryczny wariant wspomnianej dziedziny. Ciekawą analizę wpływu tych wizji na literaturę polską i światową, oraz film wykorzystujący cyberpunk, napisał Antoni Smuszkiewicz, zwracając jednocześnie baczną uwagę na tematycznie podobną do twórczości Lema frapującą działalność literacką Adama Wiśniewskiego-Snerga.225 Kultura – i mniejsza już o to, czy ludzka, czy obca - stała się źródłem opresji. Humanizm na pewno też już od dawna nie daje odpowiedzi. Sytuacja czekania nie wiadomo na co w finale Solaris zgodna jest ze współczesną diagnozą kultury wyrażoną przez Zygmunta Baumana, który sformułował sąd, że kultura porzuciła marzenia o końcu drogi.226

Kosmos nie da się zawłaszczyć fizycznie jak jakiekolwiek terytorium na Ziemi. Zawsze jest obcy. I chyba trochę podobnie jest z psychiką człowieka. Każda powieść Lema to próba odnalezienia się na nowym terytorium – historycznym, społecznym, topograficznym – również mentalnym. Z analiz sytuacji powieściowych bohaterów wynika jednak dość smutna konstatacja: człowiek stara się albo uciekać od nowych – sztucznych sytuacji, albo je oswajać, czynić naturalnymi. Doprowadza to jednak do redukcji – otóż okazuje się, że naturalnymi dla człowieka są jedynie zachowania archetypiczne lub – idąc dalej – atawizmy, takie jak ucieczka lub niszczenie. Cała więc sztuczniewytworzona kultura jest jedynie skorupą, warstwą, pancerzem, więzieniem, za którymi kryje się biologiczny instynkt samozachowawczy australopiteka bądź pitekantropa. 227

Człowiek, wylatując z Ziemi w kosmos otworzył ją poznawczo; wyruszenie z rakiety w rekonesans na Regis i Edenie jest powieleniem schematu opuszczenia Ziemi. Gdy jednak bohater traci kontakt z Ziemią czy rakietą dopiero w sposób właściwy staje wobec tajemnicy nieznanego. Dlatego Lem każe Rohanowi i Kelvinowi udawać się w samotną podróż. Bez technologii człowiek jest bezbronny, jego sposobem przetrwania staje się bezruch – jak wobec czarnej chmury na Regis. I kryje się tu jeszcze jeden paradoks. Bohater, otwierając swój statek dokądś wyrusza – naturalna dla człowieka jako istoty transgresyjnej jest czynna eksploracja. Niestety rzeczywistość zawsze zaskakuje i onieśmiela – doprowadza do powtórnej stagnacji, zesztywnienia, znieruchomienia. To poznawcze obumarcie często dokonuje się w mistycznym świetle.

Statek Ziemian to też – jak zauważył Andrzej Stoff - streszczenie i symbol cywilizacji, ekstrakt ziemskiego ładu, mikrokosmos, oświetlona sztucznym światłem enklawa swojskości. 228 Korelat przestrzennych hierarchii społecznych.229 Jej porzucenie, przecięcie pępowiny jest niemożliwe – w nowym świecie bohater zachowuje się jak sterowiec na uwięzi. Zatacza koło i nie jest w stanie przewartościować skostniałych szablonów poznawczych.

Kosmos zawsze będzie odległy, a śmierć bliska. Nie można tak naprawdę do końca opuścić rakiety, pozostaje smutne patrzenie na światło kosmosu, zmagając się jednocześnie z ziemskim bólem. Doskonałym tego obrazem jest zakończenie Obłoku Magellana znowu wpisujące się w schemat podróży o lumen do lux:

 

„Chciałem biec na górę, lecz nie śmiałem zostawić Zorina samego. Ruszyłem w stronę schodów powoli, tyłem, patrząc wciąż w jego zastygłą twarz. Wówczas Anna zawołała mnie po imieniu i odwróciłem się od umarłego. Głos jej był coraz bliżej. Wstępując na schody spojrzałem w górę i w otwartym soczewkowym oknie stropu zobaczyłem Krzyż Południa, a niżej bladą mgiełkę: chłodnym, spokojnym światłem jaśniał tam Obłok Magellana.”

Spokojnemu światłu niedostępnej wiedzy zawsze towarzyszy u Lema śmierć.

Wspominaliśmy już o analogicznych wobec Obłoku zakończeniach Maski, Fiaska, Szpitala przemienienia, Pamiętnika znalezionego w wannie, Solaris, Powrotu z gwiazd. Główny bohater w finale albo sam ociera się o śmierć, albo traci kogoś bliskiego. Pisarz ma więc tendencję zamykania fabuł wyrazistym obrazem – tylko on jest w stanie jakoś udźwignąć sytuację egzystencjalnego zawieszenia, iluminacji humanistycznej niemocy. Nie słowo wypowiedziane przez bohatera kończy na ogół powieści tylko ciche spojrzenie narratora. Wizualny akord suspendowy nie pociąga już za sobą epilogu, zaburzyłoby to poznawczą trajektorię postaci. Lem dopuszcza ewentualnie w finale gest postaci, ale efekt jest taki sam – na ogół wyraża coś niewyrażalnego. Tak dzieje się w zakończeniu Pokoju na Ziemi:

„Widziałem go, jak szedł w stronę głównego pawilonu. Nim znikł za żywopłotem, lewa ręka wzięła mnie za prawą i uścisnęła. Nie powiem, że ten wyraz aprobaty mnie uradował. Ale tak czy owak trzeba było dalej żyć.”

Oczywiście powyższy fragment warto umieścić w pierwotnym kontekście. Rozmówcy żegnają się po opisaniu kryzysu komunikacyjnego, do jakiego doszło po działalności wirusa niszczącego systemy informatyczne na świecie.

„Patrzał w ogród, gdzie chorzy w kolorowych szlafrokach i piżamach jakby nigdy nic człapali alejkami. Niebo było błękitne, słońce świeciło, wiatr poruszał koronami wielkich kasztanów, a polewaczki fontannowe obracały się miarowo, grając tęczami w bryzgach rozpraszanej wody. Tymczasem jeden świat zawalił się i odchodził w bezpowrotną przeszłość, a następny nie tkwił nawet w powijakach.”

Owo nowe otwarcie ma charakter metafizyczny, choć najbardziej czuje się to w zakończeniu Solaris. Istnienie metafizyki w rozumienia Arystotelesa udowadnia Andrzej Stoff w przywoływanym już artykule.230 Istotne jest też to, że ostatni akapit Pokoju... Lem rozpoczyna często odmienianym słowem „Patrzał”. Warto w tym miejscu pokusić się o mała dygresję.

Otóż przyznanie prymatu wzrokowi jest co ciekawe związane z samą etymologią słowa teoria, a co za tym idzie - wizualność jest podstawowym sposobem eksplikacji idei. Greckie słowo „theoria” pochodzi od czasownika „theorein” określającego „patrzenie na coś”. Greckie „thea” to „widok”, „wygląd”, „spektakl”. Arystoteles ujmował teorię jako „czyste oglądanie” lub „wnikliwe oglądanie”.231

 

 

 

 

 

II 5. Terra Incognita – góry

 

Stoimy jak mrówki uczepione fałdy oddychającego sklepienia, że widzimy wzlot gigantycznych płaszczyzn, opalizujących szaro w świetle naszych flar.232

Wracając do naszych baranów – poczucie topograficznej symetrii wywołują dwa „święte słupy” pojawiające się w Niezwyciężonym. Są nimi oczywiście rakiety – tytułowy Niezwyciężony i Kondor – statek, który pozostał na Regis po wcześniejszych eksploratorach z Ziemi. Oto wrażenia po wylądowaniu Niezwyciężonego:

„Rakieta stała. (...) Czerwonawa chmura, wzbita na setki metrów, opadała. Wyłonił się z niej tępy wierzchołek „Niezwyciężonego”, jego boki, osmalone tarciem atmosferycznym i podobne przez to barwą do starej skały, chropawy, podwójny pancerz, rudy kurz wciąż jeszcze kłębił się i wirował u rufy, ale sam statek znieruchomiał już na dobre, jakby stał się częścią planety i teraz krążył razem z jej powierzchnią leniwym ruchem, trwającym od wieków, pod fioletowym niebem, w którym widniały najsilniejsze gwiazdy, niknące tylko w bezpośrednim pobliżu czerwonego słońca.”

Ustawienie rakiety na nowym lądzie to pierwotny akt założycielski, symbol oswojenia terenu, który początkowo funkcjonuje jako terra incognita. W symbolice wojskowej podobne znaczenie ma stawianie proporców i podnoszenie flag na zdobytym terenie. To akt erekcyjny, w którym metalową tubę z dokumentami założycielskimi zastępuje rakieta. Ciekawe, że Lem porównuje rakietę do skały, taka asocjacja wydaje się być stałym motywem wyobraźni autora Solaris, czyżby wpływ na to miały Tatry?

Rzeczą oczywistą jest, że wędrówki górskie zainspirowały Lema do budowania przestrzeni literackich odnoszących się do taterniczych i alpejskich doświadczeń. Może dałoby się nawet zaproponować – używając pojęcia z zakresu geopoetyki – podróż lekturową po ścieżkach Lema? Rozpatrywać też można górskie eskapady jako swoistą praktyę artystyczną autora Cyberiady. Większą część Solaris stworzył pisarz w Domu Pracy Twórczej Astoria w Zakopanem. Od strony ogrodu okna wychodziły na Giewont, do którego niczym węże (długonie?) dochodziły masywy porozdzielane dolinami. Lubił też Lem tereny Kasprowego Wierchu i Czarnego Stawu Gąsienicowego. Interesuje nas jednak co innego.

U podstaw literackiego motywu gór tkwi doświadczenie somatyczne i to dwojako rozumiane – po pierwsze z perspektywy wędrowca, czego ślady znaleźć można np. w Astronautach, Niezwyciężonym, Powrocie z gwiazd i Wypadku233; po drugie chodzi o traktowanie gór w konwencjach romantycznych, tzn. patrzenie nań jak na organizm – czego znakomitym przykładem jest opis oceanu solaryjskiego. W wierszu z roku 1947 Lem – (podobnie jak wcześniej Przyboś w wierszu Z Tatr) – opisuje tragiczną śmierć studenta medycyny Wiesława Orłowskiego: rozbudowuje metaforykę ludzkogórską: „Chłodne włosy są jak bezludny las”, „Ścięgna wody dygocą w skrzydlatych murach.”234

Ontolgia ciał w prozie Lema to zagadnienie wymagające osobnych badań. Ciało interesowało pisarza z oczywistych wględów – jego ojciec był lekarzem, sam kształcił się w tym kierunku, pisał pracę naukową o budowie mózgu.235 Już od pierwszych tekstów prozatorskich (Człowiek z Marsa 1946, Szpital Przemienienia 1948) widać obsesyjne dość myślenie kategoriami ciała, układanie struktur przestrzennych na podobieństwo konstruktów somatycznych, chęć dotarcia do środka przedstawionego świata i człowieka. Zapewne na medyczne doświadczenie Lema nałożyła się trauma wojny i częste obserwacje upodlenia ciała, reifikacji ludzi.

Lem kreuje w swoich tekstach estetykę somatyczną. Szczególnie interesują go przypominające góry struktury labiryntowe, modele świata i życia w skali makro i mikro. Przychodzą tu na myśl – kojarzące się z romantyczną filozofią przyrody - rozważania poety Sekułowskiego:

— Niech pan pamięta — ciągnął Sekułowski — że wszystko jest we wszystkim. Najdalsze gwiazdy wpływają na obwolutę kielicha kwiatowego. W rosie dzisiejszego poranka jest wczorajszy obłok. Wszystko splata wszechobecna zależność. Żadna rzecz nie może wyjść spod władzy innych. A tym bardziej rzecz myśląca, człowiek, kamienie i twarze odbijają się w pańskim śnie. Zapachy kwiatów zakrzywiają drogą naszych myśli. Dlaczego więc nie modelować dowolnie tego, co kształtowane jest przypadkowo? 236

Pierwsze zdanie rozmówcy Trzynieckiego znajduje odpowiednik w myśli Salmana Rushdiego: „każde miejsce jest częścią wszystkich innych miejsc” warto dodać, że Rushdi w dużym stopniu zainspirował badaczy spod znaku geopoetyki. W tym kontekście kojarzą się jeszcze inne słowa: „Czuję się tak złączony z całością życia, że wydaje mi się niemożliwe określić, w którym miejscu zaczyna się lub kończy jednostka” - to z kolei myśl wyrażona przez Alberta Einsteina, na kórego autorytet powołuje się pierwszy kodyfikator geopoetyki – Kenneth White.237 Guillaume zaś skonstatował: „człowiek istnieje nie tylko w kontekście ludzkim, ale i w kontekście wszechświata”238.

I jeszcze raz Lem – tym razem w groteskowym stylu:

Oczywiście, że Kosmos to coś potwornego — z tym że on jest wszędzie, w biurku, w ekskremencie, w zębie, w kościach żywego człowieka, a nie tylko w jakichś tam gwiazdach i innych mgławicach. 239

 

Na związek motywów związanych z ciałem i kreowaniem pejzaży przez Lema zwrócił już uwagę Maciej Dajnowski, określając ten typ wyobraźni jako biomorficzną. 240 Warto jednak rozszerzyć wątek w innej perspektywie: otóż, będąc na gruncie szczególnie rozumianej geopoetyki, wspomniane wyżej somatyczne modele świata u Lema związane są z kategorią geografii sakralnej. Ten kierunek badawczy rozumieć należy jako „przestrzenno-geograficzny aspekt systemu religijnego.”241 242 I choć Lem daleki był od deklarowania religijności, jednak – co w niniejszej pracy kilkakrotnie wybrzmiewa – przestrzeń w jego powieściach wielokrotnie kształtowana był zgodnie z ideą sankcjonowania terenu (w myśl teorii Eliadego). Podstawowym założeniem przy takim ujęciu tematu jest potraktowanie świata przedstawionego jako sfery mitu.

Zobrazowanie żywego organizmu przestrzeni jest jednym z najbardziej powszechnych sposobów zarówno mityzowania rzeczywistości jak i jej sakralizacji. Najbardziej spektakularny i monumentalny tego przykładem stanowi ocean solaryjski – gigantyczny twór, mózg, autystyczny geniusz, który wyłania z siebie inne byty. Jego jednoznaczny status jest nieznany, co galwanizujeod wielu lat rozległą dziedzinę – solarystykę. W mitach różnych kultur popularny jest motyw tworzenia rozmaitych bytów z pierwotnego ciała giganta; często na tym wydarzeniu zasadza się kosmogonia danej kultury. Tak jest w mitologii indyjskiej; również w Chinach wierzono, że świat to jakaś istota – ciało-góry, skały-kości, rzeki-arterie, itp. Na mapach tworzonych w średniowiecznej Europie pokazywano często ówczesny obraz świata na tle Chrystusa. 243

Podstawowe konstrukcje wizualne Solaris bazują na topice biblijnej związanej z kreatologią – to ciemność, światło i góry, czy też górotwory. One też – jak w przywołanej przed chwilą chińskiej mitologii – wydają się u Lema być formą biomorficzną. Wojciech Orliński nieśmiało zasugerował, że fascynacja Tatrami to jeden najważniejszych motywów wyobraźni pisarza.244

Góry wyostrzają grę ciemności i światła – zarówno naturalnego jak i sztucznego. Jako motyw literacki u Lema nie tylko są śladem estetycznej fascynacji, ale także faktu, że Lem konstruuje światy, sięgając po bardzo archetypiczne modele rzeczywistości przedstawionej. Z symbolicznym i biblijnym znaczeniem góry musiał się już Lem spotkać na lwowskich zajęciach lekcji religii.245

W Septuagincie góry przedstawione są jako symbol najwcześniejszych elementów stworzenia. Wiążą się ze stałością – w przeciwieństwie do niestałości ludzkiej, pojawiania się człowieka na określony czas – np. czas wykonania misji w kosmosie. Są też przestrzenią próby dla bohaterów, niekiedy ekstremalnym egzaminem wartości. W Księdze Przysłów i Psalmie 119 przeczytać można:

 

„Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce (Ps 119,105)”; „Lampą jest nakaz, a światłem – Prawo, drogą życia – upomnienie, nagana (Prz 6,23)”.246

 

Życie astronautów również określają prawa i nakazy. Prawem człowieka ery kosmicznej jest eksploracja nowej przestrzeni, próba jej poznania - u Lema zawsze nieudana, co najwyżej zatrzymana na odczuciu prawie metafizycznym, misteryjnym, imponderabilnym, niewerbalnym. Słowo – przyrównane w tekście biblijnym do lampy, (a więc dające światło sztuczne, będące imitacją światła naturalnego, o mniejszej mocy i zasięgu) – określa relacje międzyludzkie; zgaszenie lampy – byłoby sygnałem chwilowego zbłądzenia, wejścia w labirynt.247 Nie oznaczałoby jednak, że prawo – oparte na wartościach – przestaje funkcjonować. Lampa to światło gorszej jakości, tak więc posługują się nią ci, którzy są jeszcze grzeszni, szukają; odpowiednikiem jest też światło maszyniczne, technologiczne lub ogień-pochodnia. Murdas z bajki Lema – lękliwy i zakompleksiony król – w ciemności dociera do baszty, w której ukryta jest przepowiednia. Ciekawość króla powoduje, że odczytuje proroctwo – od tej chwili sam staje się jego realizatorem (działa tu raczej czynnik wolicjonalny niż fatum, podobnie jak np. w Makbecie). Ponieważ broni się przed proroczym wyrokiem, wkracza na ścieżkę zbrodni: przekracza prawo – jako rozrośnięty (dosłownie) tyran pogubiony w świecie snu (pobłyskującego sztucznym światłem w ogromnym korpusie robota-króla) – w końcu wybucha, imploduje.

Górska wędrówka – szczególnie nocna (Powrót gwiazd, Wypadek, Maska, Astronauci, Niezwyciężony) zmusza bohatera do posługiwania się światłem sztucznym będącym jedynie śladem pamięci światła naturalnego – boskiego. Skalista i falista przestrzeń to wizualna kondensacja losów bohatera, a przy okazji metafora silnie związana ze światłem. Nie inaczej jest w Solaris – tu jednak góry przedstawione zostają bardzo nietypowo – in statu nascendi, uchwycone w akcie dynamicznego cyklu, jakgdyby geologiczny proces fałdowania odbywał się w przyspieszonym tempie.

Być może górotwór to kolejna (a może pierwotna?) wersja Lemowych molochów? Widać u Lema wyraźne zogniskowanie na obrazach formy rozrośniętej, rozrastającej się, multiplikowalnej. Bajkowy Murdas, ocean solaryjski, Golem XIV – wszystkie te twory stają się w jakimś sensie gigantyczne, niekiełznane żadną zewnętrzną siłą. Ciekawy – i powtarzalny - jest też punkt finalny. Wszystkie molochy – niezależnie: organiczne czy mechaniczne – stopniowo wyobcowują się, popadają w jakś formę autyzmu, rezygnują z kontaktu, gasną, zastygają, kamienieją.

Obrazy ciała i gór znajdują echo w sztuce i architekturze – i odwrotnie: terminologia typowa dla tych dziedzin służy opisowi gór. Tak rozpoczyna się intrygujące opowiadanie Dwaj młodzi ludzie248:

 

Biały dom nad wąwozem wyglądał jak pusty. Słońce nie grzało już, ciężko czerwone wśród obłoków — małych, złotych pożarów stygnących w róż — a niebo aż po widnokrąg naciągało zielenią, bladą, ale o takim odcieniu, że kiedy ucichł wiatr, chwila ta była jakby już gotowa na wieczność. Gdyby ktoś stanął w pokoju przy otwartym oknie, widziałby skały kenionu w ich martwej walce z erozją, odnajdującą cierpliwie milionami burz i zim słabsze, broczące piargiem miejsca, a uparte, granitowe szczyty rzeźbiącą raz romantycznie, raz szyderczo w ruiny baszt i kalekie posągi. Nikt tam jednak nie stał; słońce opuszczało dom, każdy pokój z osobna, po raz ostatni jakby odkrywając sprzęty, które zapalały się nagle, stając w nierealnej łunie, znienacka przeznaczone jakby dla celów, o jakich nikomu się dotąd nie śniło. Zmierzch łagodził ostrość skał, unaoczniał ich podobieństwo do sfinksów i gryfów, bezkształtne za dnia bruzdy zmieniał w oczy, przydawał im wzroku i ta jego niepochwytna, spokojna praca w kamiennej scenerii wydobywała z niej coraz nowe, choć coraz bardziej domyślne tylko efekty, w miarę jak odbierał przedmiotom barwy, wciąż rozrzutniej szafując w głębiach fioletem, a u zenitu zielonością. Całe światło wracało jakby do nieba, a znieruchomiałe skosy obłoków odbierały czarno przekreślonemu słońcu resztkę sił.

Przy okazji Lem w takich właśnie fragmentach zamienia się w poetę – ta tendencja była już widoczna w Szpitalu Przemienienia, gdzie pięknymi opisami dynamicznej natury skontrastowano mroczną stronę człowieka. W powyższym fragmencie widać jak wielką rolę odgrywa – uchwycone tu niemal impresjonistycznie – światło. Oprócz tego znów dostrzec można znany już model geometryczny – koncentryczny widnokrąg, górujący nad wąwozem dom i piony gór. Dom szybko okaże się statkiem kosmicznym z wyraźnym centrum „kolumną Słońca, gwiazdową struną, wibrującą w rezonatorach pól”, a człowiek astronautą, który przemierza galaktykę. Piękno naturalnego światła zastąpione zostaje światłem sztucznym, tysiącem technicznych detali wewnątrz statku, „maszynerią słonecznej inżynierii z ziemską prehistorią”. Górski obraz to być może jedynie projekcja świadcząca o tym, że człowiek nie może funkcjonować bez ziemskiego obrazu: „I przykuty tak bardzo do ziemi, patrząc w ogromne pęknięcie jej starej skorupy, uśmiechnął się czując, jak mocno krąży w nim krew.” Góry są dla Lema najbardziej wymownym symbolem Ziemi, jej kwintesencją, kontrapunktem kosmicznej podróży. Paradoksalnie w górach człowiek nie jest bliżej nieba, ale bliżej Matki-Ziemi, również bliżej światłości niż światła.

Lem anektuje medyczne, biologiczne i geograficzne narzędzia opisu do określenia pewnych detali technicznych. W modelarni lemowych przestrzeni wymieszane zostają styl poetycki z naukowym (typowym dla nauk scisłych).

Ponownie Sekułowski:

— Powiedziałem gdzieś (chyba w „Wieży Babel”), że człowiek nasuwa mi taki obraz: jakby ktoś w ciągu wieluset wieków żmudnej pracy wyrzeźbił najpiękniejszą złotą figurę, każdy centymetr jej powierzchni obdarzając odmienną formą. Milczące melodie, miniaturowe freski, piękno całego świata ujęte w jedną całość, podporządkowane tysiącowi magicznych praw. I tę wysmukłą rzeźbę wmontowano w głąb maszyny, mieszającej gnojówkę. Takie jest mniej więcej miejsce człowieka na świecie. Co za geniusz, co za precyzja wykonania! Piękno narządów. Uparta zmyślność, która z żelazną konsekwencją skupiła rwące atomy, wolne mgły elektronowe, dzikie pierwiastki i, uwięzione w kształt ciała, zmusza do wypełniania obcego im zadania. Z nieskończoną cierpliwością wymodelowane machiny proste stawów, gotyk kości, labirynty krążącej krwi, cudowne systemy optyczne, architektura włókien nerwowych, tysiące i tysiące kiełzających się wzajem aparatów, przewyższających wszystko, co możemy pomyśleć. I wszystko to zupełnie niepotrzebnie!

Podobne opisy funkcjonować będą w Solaris, tyle że w odniesieniu do oceanu rzecz jasna. I również w tej nasłynniejszej powieści Lema interpretatorzy tworów „galarety” zadawać będą sobie sprawy z ich nieefektywności, tak jakby mieli do czynienia z dziełem literackim, którego podstawową funkcją jest jedynie funkcja estetyczna.

 

W powyższej wypowiedzi Sekułowskiego intrygujące jest owo przywołanie wieży Babel. W toposie tym jak w soczewce kumulują się omawiane już modele wizualne. Pion („święty słup”, konstrukcja kosmiczna) połączony z koncentryczną i spiralną/stożkową konstrukcją schodów; ludzka (sztuczna) góra będąca w istocie labiryntem; symbol pomieszania kodów, systemów i języków, heterotopia: wszystkie te zagadnienia łączą się tu i uzupełniają. Wieża pozwala na ogląd z góry, tym samym umożliwia stworzenie struktury i mapy, sama będąc jednocześnie centrum optycznym w przestrzeni – punktem orientacyjnym. Na te ostatnie cechy zwrócił uwagę Roland Barthes, opisując wieżę Eiffle'a – współczesną analogię mitycznego toposu.249

Jak pisze Cembrzyńska wieża Babel – ludzka góra - stanowiła centrum dla kultury obawiającej się otwartej przestrzeni.250 A więc symbolizowała prawo, oznaczała majestat władzy, tym samym określając jej przestrzeń. „Świat to palimpsest i równocześnie wielki plac budowy, zapisywany pismem architektonicznym.”251

Topos Wieży Babel znów każe wrócić do „świętych słupów”:

Na koniec łódź przybiła do gigantycznego drapacza chmur. Fronton jego zdobiły festony, a nad wejściem widniała szmaragdowa tablica: “Swobodna Rybicja Wodna”.252

 

To oczywiście fragment Podróży XIII i opis centralnego gmachu Pinty, w którym przesłuchiwany jest Tichy. Takich – nie tylko groteskowo oświetlonych – centralnych wież jest u Lema naprawdę dużo, to osie geometryczne fabuł; dla porównania kilka zdań z odnalezionego w 2004 roku opowiadania Pan F. 253:

 

Pewien mężczyzna, który niedawno przybył do nieznanego miasta, w pierwszej z brzegu bramie szuka schronienia przed ulewnym deszczem. Widok ruchu ulicznego i wielkomiejskie oberwanie chmury stanowią istotny element tła, choć właściwie nie potrafię powiedzieć, dlaczego. Przypadkowo trafia do olbrzymiego drapacza chmur w samym centrum miasta, w którym mieszczą się siedziby firm i filie banków. Jest jednak sobotnie popołudnie i wszystkie są zamknięte. Przez pomyłkę wchodzi do wielkich pomieszczeń (…).

Opowiadanie to jest o tyle ciekawe, że ma ramę narracyjną konstruowaną przez kogoś, kto próbuje stworzyć jakąś przykładową fabułę, konstruuje niejako jej szkielet, coś w rodzaju uniwersalnej matrycy dobrego fragmentu prozy. Zdradza więc tutaj Lem część tajników swego pisarstwa. Od samego początku tej egzemplarycznej struktury Lem nakreśla typowy dla siebie paradygmat: bliżej nieznany bohater trafia do obcej przestrzeni – dociera do jej centrum „kosmicznej kolumny”- wieżowca a przypadek decyduje o zaangażowaniu w labiryntowy układ zdarzeń. Lem dodaje też sporo rozważań teoretycznych o naturze – tym razem – socjologicznej.

Czy jednak Lem, tworząc swe centralne wieże/gmachy/statki/wieżowce zdradza przyzwyczajenie do śródziemnomorskich modeli przestrzennych? Czy sama wieża Babel odzwierciedla bliskie nam konfiguracje? Barthes, pisząc o koncentryczności zachodnich miast, zwraca uwagę, że centralne punkty w naszej kulturze związane są z tłumem i prawdą.254 Kontrapunktowo przedstawia kulturę Wschodu, np. kulturę Japonii: otóż centralne miejsca oddziela od tłumów pusta (często odgraniczona okręgiem muru) przestrzeń.255 Taka struktura podkreśla różnice, zamknięcie we własnych kręgach, niemożność poznania inności. I tak jest na ogół w powieściach Lema. U autora Bajek robotów dominuje model Biblioteki Babel Jorge Luisa Borgesa – przestrzeni pozbawionej wyraźnego (rozumianego jako siedziba wartości i prawdy) centrum, gdzie w sieni umieszczono lustro, podwajające pozory.256

Wieża Babel stanowi doskonałą metaforę dominujących u Lema problematyk i estetyk, łączących dorobek Schulza, Kafki, Borgesa, Calderona, Szekspira; jak mówi Jerzy Jarzębski w posłowiu do Pamiętnika znalezionego w wannie: „Będąc totalnością wszystkich tekstów, staje się zatem również - literaturą, ale taką, w której pomieszały się języki i kody.”257

Wracając do motywu gór: podobieństwo do skał pojawia się też w opisach Hermesa z Fiaska. Wizualnie łączą się tutaj żywioł ziemi i ognia.

O Kondorze - sobowtórze Niezwyciężonego jak go określa Lem - mówi się też, że wyglądał jak krzywa wieża, choć wrażenie to spowodowane było w dużej mierze otaczająca rakietę przestrzenią.

Zakłócony pion potęguje wrażenie jakiegoś niepokoju. Podobnie jak w Edenie – rakieta przechylona traci swą moc antropomorfizowania przestrzeni, przestaje być kosmiczną osią. Symbolizuje śmierć, funkcjonuje jako grób – astronauci znajdują w jej wnętrzu ludzkie szkielety. W pewnej mierze to też antycypacja tego, co nastąpi w powieści później; nie przez przypadek podkreśla się, że powierzchnia Kondora przypominała skałę. Taką samą bowiem kryptą jak Kondor staje się cała powierzchnia Regis – Rohan w czasie ostatniej ekspedycji grzebie zwłoki odnalezionych astronautów pod kamieniami.

„To, że stał tutaj, wkopany w piasek pustyni, martwo przechylony na jedną stronę, jakby grunt poddał się pod ciśnieniem podpór rufowych, tak otoczony chaosem przedmiotów i kości ludzkich, a równocześnie tak z pozoru nietknięty, ogłuszyło wszystkich.”

Przestrzeń Kondora to nekrosfera. Święte słupy w kulturach pierwotnych miały zaprowadzać porządek, powtarzając akt stworzenia i boską kosmogonię. Tu porządek zamienia się w nieład. Niezwyciężony i Kondor to dwie święte góry, zyskujące antynomiczne odczytania, bieguny wyznaczające fabularną równowagę między życiem i śmiercią, kulturą i naturą, swojskością i obcością, kosmosem i chaosem.

Co ciekawe na podobnej zasadzie jak zestawienie Niezwyciężonego i Kondora, skontrastowane zostają statki w Fiasku: pierwszy lądujący na Tytanie oraz Hermes, którego widzi Marek Tempe na Kwincie. Rakieta z załogą z początku utworu porównywana jest do sterczącej dumnie pośrodku morza mgieł latarni morskiej. Hermes widziany w oddaleniu w finalnym fragmencie jawi się Markowi Tempe jako krzywa wieża. Wiemy, czego to przepowiednia. Główny bohater ginie.

„Z czteropiętrowej wysokości widział ogromną równinę kosmodromu pod chmurnym znów niebem, północne pogórze zginęło we mgłach, w dali z długiej linii niskich studziennych wylotów szły rude i czerwonawe dymy, a na ich tle stała ogromna krzywa wieża, mocniej pochylona od wierzy w Pizie: “Hermes", samotny i niezwykły w pustce, zastygły o jakąś milę.”

Rakiety w światach Lema dominują w przestrzeni nie tylko w EdenieNiezwyciężonym. Eksponowane są także walory mającego sto osiem metrów wysokości Kosmokratora w Astronautach i transgalaktyczna Gea z Obłoku Magellana. Przy opisach pierwszej maszyny żywioł wizualności Lema wyraził się m.in. w rysunkach przedstawiających przekrój statku.

 

Ilustracja 1: Przekrój Kosmokratora.

Rys. S. Lem, w: Tenże, "Astronauci", Kraków 2010.

 

Wyobraźnię czytelnika zdecydowanie bardziej poruszają jednak literackie opisy i to od momentu, kiedy narrator opisuje halę mieszczącą Kosmokratora. Uderza rola sztucznego światła – lumen i wrażeń wzrokowych:

„Przed nimi ziała hala wyłożona zwierciadlanym granitem. Była tak olbrzymia, że kiedy patrzyło się przed siebie, w dalekich światłach strop zdawał się schodzić z podłogą. Sprawiała to perspektywa optyczna, bo podniósłszy głowy przekonali się, że mleczne płyty na stalowej konstrukcji wiszą kilkanaście pięter nad nimi. pt (…) Mimo jasnego dnia przestrzeń zalewał potop sztucznego światła. Pośrodku na dwu rzędach platform spoczywał długi srebrny pocisk.(...) Płonęły setki błękitnych, kłujących wzrok iskier. To pracowali spawacze elektryczni.”258

Pojawia się w tym obrazie tendencja Lema do wyobrażania jakiegoś fabrycznego, industrialnego, technokratycznego aktu stworzenia. Perspektywa optyczna będzie łudziła też – o czym wspomniano – w opisach Kondora. Co do sztucznego światła – bywa, że może paradoksalnie to ono daje poczucie bezpieczeństwa, zaś zimne światło słońca wywołuje jedynie wrażenie obcości i bycia obserwowanym. Oto jak opisuje swe uczucia Hogart przebywający we wnętrzu „Niezwyciężonego”:

„Sam zamknął się w kabinie głównego transportera z uczonymi. Przedmuchawszy miniaturowe pomieszczenie tlenem, zaczęli jeść kanapki, popijając kawą z termosów. Nad ich głowami płonęła okrągła rura świetlna. Rohanowi miłe było jej białe światło. Znielubił już czerwonawy dzień planety.”

Wszystkie powyższe rozważania skłaniają do próby określenia tendencji Lema w zakresie opisu struktur. W adaptacjach filmowych Solaris dokonanych najpierw przez Tarkowskiego a później przez Soderbergha pomija się te fragmenty powieści Lema, które skupiają się na bardzo szczegółowych opisach kreatywności oceanu w zakresie produkowania – choć zdecydowanie lepiej powiedzieć: tworzenia – powtarzalnych form takich jak długonie, mimoidy, chyże, symetriady i asymetriady. Fragmenty te stanowią jak wiadomo nie lada problem dla tłumaczy – w nich bowiem objawia się genialna inwencja leksykalna, słowotwórcza i poetycka autora Kongresu futurologicznego.

W opisach solaryjskich „górotworów” znaleźć też można typową dla Lema tendencję do myślenia o przestrzeni kategoriami struktur, wyrafinowanych krystalizacji materii, matematycznie multiplikowanych kubatur, polifonicznych symfonii kształtów, przebogatej i i tajemniczej maestrii materii. Literackie realizacje tego genialnego myślenia strukturami widać w opisach tajemniczych i potężnych pozostałościach „miasta” na Regis w Niezwyciężonym, opisach dziwnej fabryki w Edenie, terminalu w Powrocie z gwiazd, gmachu w Pamiętniku znalezionym w wannie. Stanisław Lem nie stworzył fabuły, w której nie wykorzystywałby wielopiętrościowości, skomplikowanego algorytmu o różnym charakterze: spacjalnym, narracyjnym, kompozycyjnym, filozoficznym, słowotwórczym. Możliwe, że fundamenty wielopiętrowych struktur są proste i powtarzalne. Tak jak u podstaw wykoncypowanej geometrii katedry gotyckiej tkwią podstawowe figury geometryczne, tak, krąg, sfera i stożek oraz gra światła to dominanty wizualnych modeli u Lema. Tak właśnie swój żywot zaczynają najbardziej dla solarystów intrygująca twory – mimoidy oraz – przede wszystkim – symetriady i niewiele się różniące asymetriady. Ich ontologiczne interpretacje nigdy nie będą skończone i jedyne. Ale fundamentalna struktura tak.

 

Jakiegoś dnia głęboko pod powierzchnią oceanu zaczyna ciemnieć płaski, szeroki krąg (…) Ciemny twór zostaje zepchnięty w dół (…). Z góry bezustannie wpadają w coraz wyraźniej zaklęsające kolisko pierścienie fal.259

W kolejnych fazach mimoid zaczyna odtwarzać kształty, które są w pobliżu, eksperymentować z nimi, modyfikować, hybrydyzować, hiperbolizować, wariantyzować, kreolizować, itp. A może – używając jeżyka semiotyków – należałoby powiedzieć, iż kreuje „wtórne systemy modelujące”? Model ludzkiego świata – semiotyczne universum ludzkich doświadczeń, stanowi dla mimoidu konieczny układ odniesienia.260 Tak jak kultura, tak twory w mimoidzie mieszczą się w wymiarze historycznym – „nie poprzestają na przechowywaniu i powielaniu już istniejących informacji.” Nastawione są na tworzenie nowych tekstów. Czy ocean tworzy zatem modele symboliczne? Kluczowe przy odpowiedzi na takie pytanie jest pytanie o tożsamość oceanu, podmiotowość. Jego twór może być odczytywany przez człowieka jako symbol, ale czy dla „twórcy” też jest symbolem? Bogusław Żyłko w symbolu akcentuje trzy cechy – znakowość, archaiczność i giętkość.261 Pierwsza cecha wywołuje skojarzenia z rozmaitymi znaczeniami kulturowymi, ewokuje asocjacje, konteksty. Archaiczność symbolu odnosi się np. do elementarnych form geometrycznych, takich jak: krzyż, koło, kwadrat, trójkąt (również półksiężyc, lotos, arka, itp.). Odnoszą się do pierwotnego okresu formowania kulturowych znaczeń. W końcu trzecia cecha oznacza, że symbol niejako przystosowuje się do zmian w epoce kulturowej, przechodzi transformację.262 Wobec przyjętych tu kryteriów sugerować można tezę, że Lem proponuje modele wizualne bazujące na symbolice. Homo symbolicus na Solaris jest jednak skazany na antropocentryczny fałsz – zawsze będzie projektował widziane kształty – nawet obcego oceanu – przez pryzmat własnego kulturowego universum, podtrzymującego wspólnotę toposów. To jeden z najważniejszych eksperymentów Lema: obnażyć tę prawdę, okazać ludzką niemoc w kontakcie z obcym. Nie tylko bohater nadaje znaczenia ukazywanym przedmiotom: w przypadku np. opisów symetriad również czytelnik szczególnie mocno dekoduje subiektywne odczytanie. „Dzieło fantastyczne, jeszcze nie ustatecznione semantycznie przez odbiorców, może być niejako ekranem, w który rzutuje się takie sensy, jakie czytelnik ma za istotne i palące”.263 Solaris oponuje przeciwko „nieustępliwej manii, która sprowadza nieznane do znanego, do czegoś co jest zaszufladkowane, kołysze mózgi do snu”.264 Interpretowanie „dzieł” oceanu nie ma sensu – robi to już Lem, wskazując na wiekowy dorobek dzieł poświęconych oceanowi w bibliotece na stacji solaryjskiej. Jej zasoby to „walki konkurujących hipotez, teorii i paradygmatów”.265

Szukając naszej „teorii wszystkiego” dociera się jednak permenentnie do elementarnych struktur wizualnych. Symetriady rozpoczynają swój żywot od lśnienia oceanu (lux) i zbiegających się koncentrycznych fal, a potem formacji z wyraźnym spoiwem – kolumną. Finał wszelkich form – jest w ludzkim rozumieniu (celowa tautologia) zawsze tragiczny, destrukcyjny: formy, przechodząc etap gorączkowej kulminacji i szału twórczego, niszczeją.

W modelarni Lema wciąż pokutuje dziedzictwo człowieka z Neandertalu: jego rozwój i funkcjonowanie zależy od podstawowej relacji pionowej pozycji ciała do okręgu globu oraz od zjawisk solarnych związanych z rodzajami światła. Cywilizacja jest jedynie multiplikacją ihybrydyzacją tych podstawowych procesów. Człowiek ery kosmicznej jest zawsze w jakimś stopniu człowiekiem pierwotnym wobec nowej przestrzeni i doświadczeń. Najbardziej bezpośrednio odczuwa to Hal Bregg, wielokrotnie podkreślając poczucie pewnej zwierzęcej natury w nim tkwiącej, wobec świata przyszłości, który zastał.

Obserwator tworów solaryjskich jest w sytuacji zbliżonej do archeologa interpretującego znalezisko. Kiedy patrzy np. na pozostałości kultury neolitycznej w postaci megalitycznych układów, z jednej strony staje wobec obowiązku tworzenia ewidencji pozostałości danej kultury materialnej – organizuje bibliotekę. Odrębnym aspektem jest zrozumienie fundamentalnych struktur wyobrażeniowych, prawideł kultury symbolicznej człowieka minionych epok. Problemem jest kategoryzowanie przy użyciu dzisiejszej perspektywy hic et nunc zamiast in illo temporae. Analogicznie: „dzieje prób wyjaśniania, spisane w tysiącach naukowych dzieł, czyta się jak historię niekończących się walk konkurujących hipotez, teorii i paradygmatów”.266 Nie ma sensu pytać o znaczenie oceanu, podobnie jak o znaczenie np. Galaktyki – one po prostu są. Ale nawet w odniesieniu do obrazu galaktyki nieredukowalny wydaje się wizualny model koncentrycznej struktury rozwartej na linii światła i ciemności.

Podczas tego procesu kolos wydaje głuchy, przeciągły ryk, otacza go wał trzepocącej gwałtowanie śnieżystej, grubokomorowej piany. Potem następują – od centrum ku obwodowi – nad wyraz skomplikowane obroty zgrubiałych płaszczyzn (…). Symetriada usprawiedliwia swą nazwę tym, że każdemu ukształtowaniu krętych przelotów, ciągów i pochylni w obrębie jednego bieguna odpowiada wierny w szczegółach układ u bieguna przeciwnego.

To oczywiście opis tworu solaryjskiego. Badacze na Solaris próbują wymyślić jakiś model wizualny symetriady – ale wpadają w pułapkę ignotum per ignotum. Tworzą asocjacje związane z historią sztuki, porównują aktywność symetriady do czegoś co przypomina dzisiejszą animację trójwymiarową, a streszcza przemiany w estetyce – od starożytnej do sztuki epoki kosmicznej.

Sprawę komplikuje fakt, że symetriada jest zjawiskiem symultanicznym, człowiek patrzy jedynie z jednej perspektywy i „może ogarnąć tak niewiele rzeczy naraz”.267

„Symetriada jest milionem, nie miliardem podniesionym do potęgi, niewyobrażalnością samą (…)

Obserwujemy okruch procesu, drganie jednej struny w orkiestrze symfonicznej naddolbrzymów. (…) 268

Wobec tego co mówiono już o paradoksalnym „braku umiejętności wizualizacji Lema” powyższy fragment – i ogrom mu podobnych – ukazuje, że autor Solaris robi być może rzecz niezwykłą – podobnie jak fizyk czy astronom wyrokują i opisują rzeczywistość kosmosu bardziej w oparciu o matematyczne dane dostarczone przez maszyny, niż na podstawie własnych wrażeń zmysłowych, tak Lem, przekraczając poziom wyrażalności pozostaje przy strukturze samego języka. Opis traci referencjalność.

Jest chyba jeszcze wyższy poziom komunikatu – pozawerbalny, taki, do jakiego dotarł Golem XIV. Ten genialny maszyniczny filozof komunikował się z ludźmi, intencjonalnie ograniczając swą świadomość; operacje myślowe Golema XIV były na ogół na poziomie abstrakcji całkowicie niedostępnej śmiertelnikowi. Komunikował się też symultanicznie – np. przeprowadzał uczone dysputy w różnych miejscach jednocześnie. W pewnym miejscu redukuje nawet swój wykład do prostego modelu rysunkowego ukazującego różnicę między przeciętnym człowiekiem, Einsteinem a sobą. Podstawowym komunikatem staje się okrąg z modyfikowanym w zależności od typu umysłu centrum.

Schematyczne rysunki uznaje Golem XIV za niezbędne.

 

II 6. Drzewo

Drzewa wydarto z tkaniny lasu

Zostały tylko słupy poprzedzielanej przestrzeni

Bezdrzewnie smutne.

(z wiersza Miłość)269

A co sankcjonuje ludzką przestrzeń w Powrocie z gwiazd? Dodajmy przestrzeń Bregga, outsidera, który znalazł się w miejscu heterogenicznym, miejscu, które dla niego straciło tożsamość, w którym – jak sam mówi – nie pozostał kamień na kamieniu. 270 Lem włącza do powieści fragment, ukazujący coś w rodzaju przestrzeni intymnej. Jej ośrodkiem staje się stare drzewo, prawie dwusetletni kasztanowiec. Jedną z wielu płaszczyzn dekodowania tego symbolu jest epizod lwowski Lema, wszak sam w wywiadzie w 1996 roku powiedział: „Jestem wrośnięty we Lwów jak drzewo”.271 Sentyment wywołuje zapach – przekwitłych wprawdzie – kwiatów drzewa. Pustka i cisza miejsca wokół „świętego drzewa” kontrastuje z tym, co dzieje się w tle – wrzawą, falą blasków sztucznych ogni, krzykami ludzi oglądających jakieś widowisko, brzmieniem orkiestr. Lem nadbudowuje tę symbolikę. Bregg spotyka w parku przy drzewie starego naukowca Roemera – syna genialnego matematyka.272 Wydaje się być w tej chwili jedynym człowiekiem oprócz Bregga, który pamięta stary świat – ma sto trzydzieści cztery lata.273 W efekcie relatywizmu czasowego jest teraz starszy od Hala, choć ten pamięta go sprzed odlotu jako siedmioletniego chłopca. Lem tworzy na chwilę enklawę dla innej przestrzeni i innego czasu, wywołuje efekt niezwykłości:

„Milczeliśmy obaj. W tym spotkaniu było coś niesamowitego. Wpatrywałem się, poprzez ciemność, z jakąś zachłanną, bolesną chciwością w jego tak strasznie starą twarz, i gardło mi się ściskało. Chciałem wyjąć z kieszeni papierosa, nie mogłem trafić do niej, tak latały mi palce.” 274

 

W topice Eliadego Bregg z pewnością zostałby określony jako ten, który prezentuje tradycyjność myślenia oraz – co może nieco dziwić – sakralność. Odczuwa potrzebę urządzenia przestrzeni zgodnie ze starą kosmogonią, która ewokowała większość kategorii wyobraźni, wierzy też w siłę starych miejsc. Dla niego nawet nowy świat wyrasta na starych fundamentach, trzyma się dawnej geometrii. To słowa Bregga:

„Powstają nowe drogi, ale stare dalej prowadzą. Nie zarastają. Tam… tam jest wieczność.”

W dość zawoalowany sposób sięga Lem po symbol drzewa w ostatniej swojej powieści, czyli w Fiasku. Zawoalowany, bo pojawiający się na chwilę na obrazie Lucasa Cranacha. Przywołuje się w tej scenie również obraz Hieronima Boscha pt. Kuszenie świętego Antoniego. Duch niderlandzkiego malarza wyczuwalny jest w Fiasku już wcześniej, kiedy trwa proces przywracania pamięci Pirxowi.

„Przywracanie pamięci, zwane jej treningiem, odbywało się w kajucie dość dziwnie urządzonej. Stało w niej kilka staroświeckich sprzętów, istnych okazów muzealnych, w niemal dworskim stylu, foteliki ze złoceniami i wygiętymi nóżkami, każdą ścianę zdobiły obrazy starych Holendrów — te, które wspomniał jako ulubione i zjawiły się potem jakby idąc mu na pomoc. Obrazy zmieniały się kilkakrotnie, a płótno wzięte w rzeźbione ramy nie było żadnym płótnem, choć doskonale naśladowało przędziwo i gruzły olejnej farby.” 275

 

Wróćmy do dzieł, które ma w swoim pokoju ojciec Arago. Obrazy sąsiadują z prywatną biblioteką duchownego i być może ma to znaczenie symboliczne. Biblioteka to oczywiście jedno z kluczowych miejsc w powieściach Lema.276 Wiadomo, że bohaterowie Edenu, Niezwyciężonego, Solaris w bibliotece omawiają najważniejsze problemy. Do biblioteki zagląda też bohater Pamiętnika..., wśród tekstów przebywają też badacze w Głosie Pana. Hal Bregg usilnie stara się zdobyć książki, by zrównoważyć nieco „szok przyszłości”. Przykłady można jeszcze mnożyć. Książka jest tym mistycznym sześcianem, który znajduje się w centrum figury geometrycznej świata.277

Wracając do Fiaska; zobaczmy, w jakiej sytuacji Gerbert widzi obrazy, o których mowa:

„Wszedł do przestronnej kajuty, z wszech stron ujętej w regały z książkami za szkłem. Na dwu przeciwległych ścianach znajdowały się obrazy w jasnych ramach, sięgające od stropu do podłogi. Po prawej widniało Drzewo Wiadomości Cranacha z Adamem, wężem i Ewą, po lewej Kuszenie świętego Antoniego Boscha. Nim przyjrzał się dziwotworom, płynącym po niebie tego Kuszenia, Cranach wessany za biblioteczne półki utworzył przejście, w którym pojawił się Arago w białym habicie, i nim obraz wrócił na swoje miejsce jako drzwi, lekarz dostrzegł za postacią dominikanina czarny krzyż na białym tle.”

To co łączy obrazy, to – poza tematem biblijnym – wertykalna linia będąca ośrodkiem kompozycji. Na pierwszym dziele z korony drzewa w kierunku Ewy schodzi wąż. Adam stoi po prawej stronie. Obraz jest mroczny i utrzymany w jednej tonacji kolorystycznej spajającej błotnistą ziemię, drzewo i ludzkie postacie. Funkcjonować może jako antycypacja zakończenia powieści (już druga, po historii o termitach). Człowiek – nie rozdzielajmy tutaj roli Adama i Ewy – staje wobec jakiejś formy życia. Jego ciekawość i brak pokory sprawiają, że robi coś niewłaściwego – tak jak Marek Tempe. Zerwanie jabłka to wyrażenie braku szacunku wobec Boga; górę bierze chciwość wiedzy. Z góry, korony – sieci – pajęczyny – schodzi wąż, symbolizujący śmierć. Śmiercionośne ognie zstępujące z nieba pojawiają się w Fiasku właśnie w kontekście „niebosiężnej pajęczynowej sieci”.

Wspomniano, że przy spotkaniu z ojcem Arago Gerbert zauważa też obraz Hieronima Boscha. Widniejące na dziele latające stwory sugerują, że chodzi o tryptyk. Przestrzeń w środkowej części tryptyku, a przez to symetrycznie również w części lewej i prawej organizuje centralnie ustawiona wieża ruiny świątyni przed którą modli się święty. Nie tyle jednak ta święta wieża (święty słup) przykuwa uwagę w kontekście fabuły Fiaska, ile to, co się dzieje za nią. A widoczny jest tam pożar wioski leżącej nad potokiem, zakrytej dymem i ginącej w czerni. Podobne porównania towarzyszą Pirxowi – Tempe, kiedy ląduje na Kwincie:

„Otaczały go brzuchate, przysadziste lepianki barwy popiołu z jaśniejszymi smugami tam, gdzie siąpiły strumyki wody. Porzucona we mgle wioska prymitywnego murzyńskiego plemienia. Albo cmentarz z kurhanami. Przez deszcz widział dalsze garby, uformowane z taką samą bylejakością. Niektóre, zbliżone ku sobie, tworzyły kręte uliczki, idące w górę zbocza, gdzie pochłaniała je mgła.”

 

Na obrazie niderlandzkiego mistrza niszczący ogień przychodzi prawdopodobnie z nieba – tak jak w Fiasku. Ciekawe, że porównania do osady stosuje też w podobnej sytuacji Kris Kelvin lądujący na mimoidzie solaryjskim.

Te dwa fragmenty są bardzo zbieżne, choć przynoszą inny finał.

„Podobieństwo do archaicznego, na pół obróconego w gruzy miasta, jakiejś egzotycznej osady marokańskiej sprzed wieków, zwalonej trzęsieniem ziemi czy innym kataklizmem, było zdumiewające. Najwyraźniej widziałem kręte, częściowo zasypane i zatarasowane odłamami wąwozy ulic, ich zawiłe, strome zbiegi ku brzegowi, omywanemu mazistą pianą, wyżej ocalałe blanki, bastiony, ich obłe osady, a w wypukłych i zaklęsłych ścianach czarne otwory podobne do zgruchotanych okien czy fortecznych wylotów.”278

Wielokrotnie w przytaczanych fragmentach pojawiają się zdania opisujące jakieś założenia obronne; używając słownictwa typowego dla sfery militariów i wojskowości Lem jednocześnie obrazuje naturę ludzi jako kolonizatorów, zdobywców, ale i niszczycieli. Przebywając na Edenie, Regis, czy Kwincie ludzie używają siły i to najczęściej w sposób nieuzasadniony. W ciemnym jądrze skłonności człowieka kryją się atawizmy drapieżnika. Zatrzymując się przy tej myśli, znaleźć można w tekstach Lema kolejny wizualno-przestrzenny model.

II 6. W jądrze ciemności

Chodzi o pewne analogie, jakie zachodzą między powieściami, odnoszące się do umieszczenia broni zagłady we wnętrzu statków. W Edenie historia eksploracji planety równoległa jest do naprawy rakiety, ale także odgruzowania Obrońcy – potężnego wozu bojowego, który spoczywa na dnie rakiety przywalony – po upadku statku – blachą i odłamkami maszyn. W końcu udaje się nim wyjechać, no i – niestety – dokonać zniszczeń. Choć ludziom wydaje się, że działają w dobrym celu, później, po przemyśleniu, jak zwykle okazuje się, że użycie radioaktywnej i nuklearnej broni było bezzasadne. Odpowiednikiem Obrońcy z Edenu jest w Niezwyciężonym Cyklop, również spoczywający i czekający na swoją godzinę na dnie krążownika.

„Maszyna ta, zwana pospolicie, choć nieoficjalnie, „Cyklopem”, znajdowała się na samym dnie krążownika, zamocowana na głucho dźwigarami luku towarowego. Zasadniczo nie używano jej na powierzchni planety, a mówiąc prawdę, „Niezwyciężony” w ogóle nigdy dotąd nie uruchomił jeszcze swojego „Cyklopa”. Sytuacje, które wymagały takiej ostateczności, można było — w odniesieniu do całego tonażu latającego bazy — policzyć na palcach jednej ręki. Posłać po coś „Cyklopa” znaczyło w gwarze pokładowej tyle co zlecić zadanie samemu diabłu: o porażce jakiegoś „Cyklopa” nikt dotąd nie słyszał.”

Lem lubuje się w opisach wyposażenia takich maszyn. Nie jest to teraz istotne. Interesuje nas raczej symboliczne umiejscowienie mrocznych mechanizmów. Ukryte są na dnie kosmicznych okrętów, znajdują się w zatem w samym centrum wyznaczonego zawsze przez ludzi układu będącego wielokrotnie w ogóle symbolem cywilizacji.279 Są jednak bliżej ziemi, inaczej niż znajdująca się w statkach biblioteka. Należą do sfery profanum, vulgaris. W przytoczonym wyżej fragmencie nie przez przypadek Lem mówi o diable. Supermaszyny mieszczą się w środku jądra ciemności, a tożsame z niszczycielskim instynktem człowieka ilustrują, że często – mimo rozumu – tego zewnętrznego pancerza chroniącego zło w środku, ono i tak wychodzi. W Niezwyciężonym dodatkowo, co jest bardzo dużym zaskoczeniem dla załogi statku, po walce z chmurą Cyklop zwraca się przeciwko ludziom. Kontrapostem gehenny, jaką wytworzyła maszyna jest dopiero pokojowa misja Rohana w celu znalezienia załogi. W konstrukcji przestrzeni Lem zachowuje wyraźnie tradycyjną, symboliczną opozycję góry i dołu, przy czym z górą można utożsamić obcych – chmurę. Żywiołem człowieka – niszczyciela staje się więc ziemia, żywiołem obcych powietrze. Jest to jednakowoż układ dość paradoksalny, bowiem wiadomo, że chmura mechanicznych insektów na Regis to materia nieożywiona, dodatkowo poprzez swoją barwę i tajemniczość – siła mroczna.

Cyklop jest symbolem tępej mocy. W mitologii cyklopi zostają wtrąceni do Tartaru przez boga nieba Uranosa, bo ten lęka się ich potężnej siły. Po raz pierwszy uwalnia ich Kronos, chcąc zwyciężyć Uranosa. Po zwycięstwie spycha ich znów w czeluście. Drugim wyzwolicielem cyklopów jest Zeus, dla którego robią oni pioruny. W jednej z mitologicznych opowieści Polifem – cyklop drugiego pokolenia, zostaje oślepiony przez Odyseusza, który uwięziony był w jaskini.280

W Niezwyciężonym czarne chmury uwolnione z regijskich jaskiń otaczają Cyklopa i w pewien sposób oślepiają go – zaczyna strzelać do ziemskich sond i staje się wrogiem. Oczywiście można by długo kontynuować śledzenie tego typu mitologicznej wpływologii281, będącej jednym ze sposobów szpikowania tekstu fantastyczno-naukowego presupozycjami. Lem wielokrotnie posługuje się mitycznym nazewnictwem. Trudno jednoznacznie odnaleźć się w tym intertekstualnym wirze. Ważne dla nas, że w modelowaniu przestrzeni niewątpliwie wykorzystywane są archetypowe koncepty.

W Solaris grupa naukowców pracuje bezustannie nad bronią w postaci anihilatora. W efekcie zostaje on użyty przeciwko Harey – ale na prośbę jej samej. Jest to więc forma samobójstwa trochę podobnego do tego, którego dokonał Golem XIV, w tym oczywiście znaczeniu, że zarówno Harey jak i maszyna przeszli w swoistą nirvanę, uzyskawszy wysoki stopień samoświadomości. Jest to też śmierć tajemnicza – o tym, że Harey zniknęła w błysku po użyciu destabilizatora informuje jedynie Snaut, którego wcześniej podejrzewał Kelvin o jakiś spisek. Anihilator, podobnie jak Obrońca i Cyklop umieszczony jest w dolnej części statku, stacji:

„(…) codziennie więc zaglądałem do bezokiennego pomieszczenia tuż pod podłogą głównego laboratorium, w którym znajdował się anihilator.”

 

Pomieszczenia, w którym przechowywana jest broń są zawsze ciemne lub jak w powyższym fragmencie pozbawione okien. Inferna te wychodzą jedynie po to, aby siać spustoszenie.

II 7. Przestrzeń progowa

Tylko ty ocalałaś

Przeprowadzona przez płomień,

Biały profil dziewczęcy

W zwęglonej wyobraźni.

Utrwalony jak czarna pieczęć

Paproci, zakutej w węgiel282

W zebranych powyżej analizach i interpretacjach daje się zauważyć, że szczególne znaczenie w konstrukcjach fabularnych mają momenty przejścia, wykroczenia poza teren sankcjonowany. Lem wnikliwemu czytelnikowi każe się zastanawiać również nad granicami poznania, cezurami porządków materialnego i metafizycznego. Na ogół w jednym porządku dominuje światło sztuczne, w drugim światło określane jako lux lub claritas. Kiedy jednak jedna przestrzeń – np. świecka, zaczyna nabierać cech sakralnych? Rozmyślania tego typu kierują też w stronę ontologii – niekiedy nie wiadomo bowiem, jakimi kategoriami opisać danego bohatera.

W tym miejscu przychodzą na myśl dość ciekawe i nieeksplorowane dotąd wątki związków wyobraźni Lema z romantyzmem, a szczególnie kwestie zbieżności statusu ontolgicznego Harey, Krisa i Gustawa z IV części Dziadów Adama Mickiewicza. Gustaw, ponieważ popełnił w życiu ziemskim samobójstwo musi powracać cyklicznie jako duch, za każdym razem określając od nowa swój miłosny dylemat, swoją też tożsamość. Przechodzi – tym razem również dosłownie – próg życia – domu Księdza. Konstytuowanie się „czyśćcowej” tożsamości zarówno w przypadku Harey jak i Gustawa przebiega trzyetapowo, uwzględniając w tym również kolejne symboliczne samobójstwo – Gustaw wbija w ciało sztylet, Harey wypija ciekły azot. Pierwszy etap to życie miłością, nieświadomą i bolesną przez to, że odrzuconą. Ukochana Gustawa wybiera innego, Kris zamyka Harey w kapsule i wysyła na orbitę. Warto tu zacytować słowa z dramatu, które jednocześnie mogłyby być wypowiedziane przez Krisa. Uderza podobieństwo motywów wyobrażeniowych:

 

 

„Szukałem, ach! Szukałem tej boskiej kochanki,

Której na podsłonecznym nie bywało świecie,

Którą tylko na falach wyobraźnej pianki

Wydęło tchnienie zapału,

A żądza w swoje własne przystroiła kwiecie.283

W kontekście Solaris ten cytat Mickiewicza zyskuje zupełnie nowe życie. Kris – paradoksalnie uciekając w kosmos – szuka wciąż Harey, której już przecież nie ma na Ziemi. „Boska kochanka” jest w wyobraźni Krisa wyidealizowana, ma znamiona sakralne – pojawia się i znika tajemniczo – jak święta. Gustaw kochankę prezentuje jako uwzniośloną i uświęconą, określa ją jako „nadludzką dziewicę”, istotę boską, jako „idealne dopełnienie osobowości młodzieńca”.284 „Wyobraźna pianka” - ocean, wykorzystując emanację wyobraźni Krisa („tchnienie zapału”) konstruuje jej postać (dobrze oddaje to czasownik „wydęło”). Mężczyzna stopniowo przekonuje się do swoistego sobowtóra Harey, przystraja go we własne kwiecie – idealizuje.

Odwróćmy ponownie role: Gustaw = Harey. W Dziadach kolejny etap to godzina rozpaczy. W Solaris Harey, im bardziej świadoma jest swojej tożsamości, paradoksalnie, im bardziej staje się ludzka, tym bardziej cierpi. Zna już przeszłość swojego wzorca i Krisa. Odczucie jakiegoś nieokreślonego fatum i ból istnienia doprowadzają do samobójstwa, z którego jak wiemy Harey wraca do życia. Na tym etapie – analogicznie – Mickiewicz stosuje swoisty anagnoryzm – Gustaw i Ksiądz rozpoznają się. Wspomnienie nieszczęśliwej miłości doprowadza Gustawa – ducha do szaleństwa – przebija pierś sztyletem. Ku zdumieniu Księdza, żyje jednak.

Mickiewicz – co ważne dla niniejszych interpretacji – wzmacnia odczucie dramaturgii i etapowości tragedii poprzez typowo wizualny, ale i symboliczny fakt gaśnięcia poszczególnych świec. „Płomienie uaktywniają wyobraźnię” powiedziałby Gaston Bachelard.285

Następuje w końcu godzina przestrogi. Harey nie chce już - jak Gustaw - być „duchem”, który jest – cytując Mickiewicza - „przyczepiony do lubej postaci,/ jej tylko staje się cieniem.” Słowo „przyczepiony” dobrze oddaje relację Krisa i Harey – wiadomo, że nie do zniesienia było dla niej nawet chwilowe stracenie z oczu ukochanego. Po zgaszeniu ostatniego – sztucznego światła (lampa przy obrazie) – zarówno Harey jak i Gustaw znikają.

Jeśli chodzi o interesujący nas wizualny aspekt przedstawionego dramatu – gaszenie świec i lampy, widać, że dwie kategorie: światłości i światła - często pojawiały się w romantycznej topice. Pierwszy jest ogień świecy, potem światło lampy (wg Bachelarda lampa to płomień zhumanizowany286), w końcu światło słońca. Tego ostatniego nie pokazuje się wprost, co zrozumiałe, biorąc pod uwagę uwarunkowania teatralne i gatunek literacki. Jego obecność sugeruje jednak informacja w tekście pobocznym, że „kur pieje”.

Nie sposób dojść oczywiście, na ile Lem świadomie czerpał z motywiki romantycznej, nie o to zresztą chodzi. W niniejszym wywodzie ważne jest wskazanie na metody – obecne już jak widać w literaturze od wieków – sugerujące istnienie wspomnianych wcześniej progów rzeczywistości, łączenie różnych porządków ontologicznych i poznawczych. Jednocześnie powyższe zestawienia interpretacyjne dowodzą, że Lem wykorzystuje i przetwarza przestrzenie ugruntowane przez mitologię, tradycję literatury, religię, ideologię, stosuje kulturowe wzory doświadczeń przestrzeni.287

Fascynacje tematyczne Lema wchodzą na tereny wyobraźni wyzwolonej.288 I chyba nie jest przypadkiem, że gdyby prześledzić, jacy artyści w dziejach literatury tworzyli światy imaginacji, które znajdują rezonans w twórczości Lema, dotarlibyśmy właśnie do romantyków, a wcześniej do Hieronima Boscha.

Autora Bajek robotów fascynował niderlandzki malarz – jego ekscentryczna, jak na przełom średniowiecza i renesansu, twórczość, kreowanie organiczno-maszynicznych hybryd, barokowy nadmiar. Mimo iż Lem określał siebie nieraz jako spadkobiercę tradycji oświeceniowych, jednak surrealistyczna (czy też pressurealistyczna) wyobraźnia Boscha i jego dojmujący pesymizm intrygowały pisarza. Spośród malarskich motywów średniowiecznego mistrza zafrapował Lema szczególnie Statek głupców.289 Bosch odwoływał się do księgi Das Narrenschiff (łac. Stultifera navis) Sebastiana Branta z Bazylei, który ukazał różnej maści grzeszników i wyrzutków podróżujących do „raju błaznów” (Narragonii). Bosch sprofilował motyw w ujęciu astrologicznym.290 Być może również krążowniki i statki kosmiczne Lema wpisują się w jakimś stopniu w tę groteskową „komedię ludzką” - często załogantami są przedstawiciele różnych dziedzin nauki (np. w Edenie). Zresztą zainteresowanie Lema różnymi formami aberracji i społecznego wykluczenia widać już dobrze w Szpitalu Przemienienia.

Marzenia romantyków kontrastowały ze sobą dwa miejsca przebywania, dwie rzeczywistości – po pierwsze w świecie realnym, po drugie w świecie wspomnień. Lem jeszcze bardziej komplikuje tę kwestię. Harey nie tylko ontologicznie zawieszona jest we wspomnieniach Krisa, co szczególnie wydobył Soderbergh w swej ekranizacji powieści.291 Każe jej jeszcze istnieć w zamkniętej kapsule wysłanej przez Krisa. Kobieta jest więc zmultiplikowanym sobowtórem. Trafiamy tym samym w romantyczny kryzys tożsamości – bohatera: poniekąd nie ma go tu, gdzie jest i jest tam, gdzie go nie ma.292

Na koniec, skoro już powołujemy się na tekst Marii Janion, warto obok Dziadów przywołać inny kontekst literacki Solaris. Podobieństwa są zdumiewające. Janion przywołuje książkę Carla Spittlera pt. Imago. Bohaterowi powieści nie wystarcza żywa kobieta – obiekt miłości i marzeń. Kreuje on wyobrażeniowy ideał, „emanujące z nieświadomości wyobrażenie ukochanej”.293

 

 

 

 

 

Rozdział III

HOLOGRAFIA W POWROCIE Z GWIAZD

III 1. 3 D według Lema i Baudrillarda

Antoni Smuszkiewicz we wstępie książki poświęconej Stanisławowi Lemowi stwierdził, że o autorze Solaris nie można wiedzieć wszystkiego, bowiem jeśli uda się uchwycić jego ideę, ona ucieka i jest już gdzie indziej 294 Poprzez swą niekonkluzywność295 opisy elementów świata przedstawionego stają się interpretacyjnie ponadczasowe, a niekiedy nawet wizjonerskie. Tak jest w przypadku fantomowych kreacji w Powrocie z gwiazd.

Avatar Jamesa Camerona miał być przełomem w kinie, głównie z powodu trójwymiarowej animacji komputerowej. Przełom jednak nie nastąpił 296. Prezentowanie filmów w technologii 3D wydaje się być wciąż zabiegiem jedynie o charakterze ludycznym; nadal mało filmów, które umożliwiłyby potraktowanie hiperrealnego obrazu jako semantycznego kodu wizualnego 297. Semiotyka kinowego trójwymiaru ma na razie niesprecyzowaną funkcję. Potraktowany jako rozwinięcie konturowości obrazu filmowego rości on sobie prawo do bycia podstawowym wizualnym zadaniem strukturalnym, ale na tym jego zadanie wyczerpuje się 298. Rzec co najwyżej można, że semiotycznym fundamentem wszelkich nowych powstających systemów – np. 3D, holografii jest ich wielomedialność 299.

Na fakt wykorzystania technologii 3D we współczesnym kinie, warto spojrzeć w perspektywie zaproponowanej przez Jeana Baudrillarda, który niemalże profetycznie pisał w Symulakrach i symulacjach: „Stworzenie trójwymiarowego kina jest w nie większym stopniu przeznaczeniem hologramu niż przeznaczeniem kina było odtworzenie teatru, a fotografii – podjęcie na nowo tematów malarstwa” 300.

Francuski filozof przewidywał więc, że stworzenie technologii 3D jest efektem naturalnego procesu ewolucji ludzkiej percepcji. Technologia podejmuje wątek biologicznego samodoskonalenia. Arnheim pisał, iż wśród wynalazków technicznych, które mają zmniejszyć dysproporcję pomiędzy zainteresowaniami człowieka, a możliwościami jego zmysłów, jest telewizja, choć myślał – formułując tę konstatację - jedynie o dwuwymiarowym tworzeniu obrazów.301 Trójwymiarowe kino realizuje więc jeszcze bardziej wizualne (celowo brzmi to tautologicznie) marzenia ludzkiego umysłu.

Myślicielem, który – sięgając do konwencji powieści fantastyczno-naukowej – przedstawił społeczeństwo wiecznego karnawału, ludzi traktujących trójwymiarowe artefakty jako przejaw zdewaluowanej sztuki, był Stanisław Lem. Oto obraz trójwymiarowego kina w Powrocie z gwiazd, powieści z 1961 roku:

 

„Odskoczyłem, ukazał się wtedy właściciel głosu, ten gruby w czapce — chciałem go chwycić za ramię, palce przeszły na wylot i zamknęły się w powietrzu. Stałem jak ogłuszony, a oni gadali dalej; naraz wydało mi się, że z ciemności ponad autami, z góry, ktoś na mnie patrzy, zbliżyłem się do granicy światła i zobaczyłem blade plamy twarzy, był tam, w górze, jak gdyby balkon. Oślepiony, nie widziałem dokładnie, dość jednak, aby pojąć, jak okropnie się zbłaźniłem. Uciekłem, jakby mnie kto gonił” 302.

Holografia wywołuje u Hala Bregga – astronauty, głównego bohatera powieści, ofiary relatywizmu czasowego - „szok przyszłości”. Mówi on wielokrotnie, że czuje się w społeczeństwie przyszłości jak barbarzyńca. Najbardziej szokuje go jednak widzialna strona rzeczywistości. Można by tu zacytować McLuhana, który interpretując wiersz Wallace'a Stevensa stwierdził, że najmniejsza metamorfoza w obrębie świata wizualnego wywołuje delikatną zmianę w naszym odczuciu samych siebie, zarówno osobistym, jak i zbiorowym303. Bregg nie jest świadkiem małej przemiany wokół siebie – jej skala daje szanse na przekroczenie granic adaptacyjnych, a to z kolei – jak pisał autor Szoku przyszłości – może spowodować objawy psychopatologiczne.304 Wracając do Baudrillarda: holografia, która jest podstawową metodą zapisu i odtwarzania trójwymiarowego obrazu, stanowi w ujęciu francuskiego badacza realizację fantazmatu spotkania swojego sobowtóra. Człowiek dąży w istocie do tego, aby uczynić swe odbicie coraz bardziej perfekcyjnym, aby stworzyć swą wizualną kopię, symulację swojego in statu nascendi. „Po fantazmacie ujrzenia samego siebie nadchodzi fantazmat możliwości obejścia samego siebie, a w końcu i przede wszystkim fantazmat przeniknięcia przez samego siebie” 305.

Realizacja fantazmatu, którego źródła sięgają mitu o Narcyzie dokonuje się także w Pałacu Merlina w Powrocie...:

„Naraz moje odbicie spojrzało na mnie. Ten ruch nie był odzwierciedleniem mojego. Zastygłem, a tamten, wielki, barczysty, powoli popatrzał najpierw na ciemnowłosą kobietę, potem na jej towarzysza — żadne z nas nie poruszało się i tylko odbicia, usamodzielnione w jakiś niepojęty sposób, ożyły i rozegrały między sobą milczącą scenę”306.

Ewolucja udoskonalania własnego odbicia związana jest oczywiście ze zmianą percepcji z takiej, która przystosowana była do odbioru druku i dwuwymiarowego obrazu, później zmodyfikowana została do percepcji audiowizualnej, aby wreszcie dostosować się do świata multimediów czy, w końcu, świata wirtualnego. W tym miejscu pojawia się jednak problem, ponieważ funkcjonowanie w świecie wirtualnym wiązać się może z dewaluacją kategorii umowności świata hologramów. Człowiek – jak powiedziano wcześniej – dąży do wytworzenia kopii samego siebie. Jednak paradoksalnie pełną satysfakcję dać mu może jedynie świadomość obcowania z wytworem techniki, z kopią niedoskonałą. Jeśli ktoś schizofrenicznie straciłby poczucie istnienia granicy między światem rzeczywistym a wirtualnym, wkroczyłby na tereny umysłowej aberracji. Dlatego zapewne Baudrillard stwierdził, że „to jest naprawdę uwodzące, co bawi się jednym wymiarem mniej” 307.

Na omawiany problem zwrócił uwagę Stanisław Lem w Summa technologiae: „(...) Jeśli fantomatyka stanie się czymś w rodzaju współczesnego kina, sam fakt udania się do jej przybytku, nabycia biletu, itp. czynności wstępne, których pamięć wszak zachowa fantomatyzowany i podczas seansu, a wreszcie wiedza o tym, kim jest w życiu zwykłym naprawdę, że to wszystko umożliwi mu właściwe, nie całkiem poważne, odnoszenie się do tego, co będzie przeżywał. (…) Głód autentyczności nie musiałby więc być zaspokojony wizją najbardziej nawet doskonałą” 308.

Przejście na drugą stronę lustra, utożsamienie z hologramem – mimo iż człowiek w faustycznym pędzie do tego dąży – jest aktem narcystycznej dewiacji podmiotu o zakłóconym statusie ontologicznym. Percypowanie obrazu z bezpiecznej pozycji fotela kinowego okazuje się ważnym elementem definicji kina przyszłości. Zbyt duża interaktywność może zakłócić magię kina, które bardziej zacznie być symulatorem niż „jaskinią filozofów”. Intrygującą wizję wspomnianej interaktywności widza i przedstawienia zaproponowano w Powrocie z gwiazd:

„Real był czymś więcej niż zdalnym teatrem, bo kiedy wpatrywałem się w jakiś fragment sceny, powiększał się i rozrastał, tak zatem widz sam, własnym wyborem decydował o tym, czy chce widzieć zbliżenie, czy też całość obrazu. Przy tym proporcje tego, co pozostawało na obwodzie pola widzenia, nie ulegały zniekształceniu. Była to jakaś diabelnie dowcipna kombinacja optyczna — dająca złudzenie nadnaturalnie wyrazistej, jak gdyby spotęgowanej jawy” 309.

Kino intersubiektywne? Fantomatyczne, indywidualne, hiperrealne? Z pewnością przypominające sposób odbierania przekazu internetowego, który percypowany jest według potrzeb każdego z użytkowników.

III 2. Prometeusz przezwyciężony prawami fizyki

Pierwsze spotkanie z holograficznym odbiciem własnej fizjonomii jest zaskakujące. Hall Bregg doświadczył tego w Terminalu:

„Chciałem wyjść, przez pomyłkę wszedłem do ciemnego wnętrza, nim zdążyłem się cofnąć, coś zabrzęczało, błysk, jak gdyby fotograficznej lampy, i ze szczeliny obrzeżonej metalem, jak z listownika, wysunął się we dwoje złożony arkusik błyszczącego papieru. Ująłem go, otwarłem, wychynęła z niego ludzka głowa, o nie domkniętych, skrzywionych lekko cienkich wargach, patrzała na mnie przymrużonymi oczami: to byłem ja sam! Złożyłem na dwoje papier i plastyczne widmo znikło. Rozchyliłem powoli brzegi, nic, szerzej, pojawiło się znów, jak gdyby wyskoczyło znikąd, odcięta od tułowia, zawieszona nad kartką papieru głowa z niezbyt rozumnym wyrazem. Spoglądałem chwilę we własną twarz — co to było, trójwymiarowa fotografia?” 310.

 

Holograficzne zdjęcie jest z pewnością formą realizacji fantazmatu, o którym wspominał Baudrillard. Dla człowieka starej epoki, astronauty, wyruszającego do gwiazd, aby – metaforycznie oczywiście – przybliżyć ludzkości ich blask, zastana rzeczywistość, przepełniona światłem sztucznym – holograficznym, jest nieprzyjazna. Status ontologiczny bohatera zaczyna podlegać dwóm perspektywom czasowym. Spowodowane jest to relatywizacją czasu, czy też mówiąc inaczej tzw. „paradoksem bliźniąt”. Hall Bregg to bohater wyalienowany przez prawa fizyki. Jako astronauta mógł po powrocie z gwiazd oczekiwać splendorów i przywitania godnego bohatera, tym bardziej, że w momencie, kiedy wylatywał z Ziemi, jego zawód cieszył się olbrzymim prestiżem. Staje się odwrotnie. Społeczeństwo, które sztucznie pozbawione zostało chęci podejmowania ryzyka, traktuje przybysza z kosmosu jak szaleńca. Jego deheroizacja staje się tym bardziej dojmująca z powodu – niemal groteskowego w odbiorze – wyglądu. Bohater posiada wszelkie tzw. cnoty wojenne – jest odważny, inteligentny, męski i honorowy; jest także muskularnie zbudowany. Cechy te powodują, że społeczeństwo futurystycznego „giant-city” 311 odbiera go jak dziwaka. Staje się postacią bardziej tragiczną niż Prometeusz (nomen omen imię Tytana nosił statek kosmiczny, którym podróżował Bregg). Bohater Powrotu z gwiazd to Prometeusz Ajschylosa, tragicznie przezwyciężony negatywną reakcją społeczeństwa. Na dodatek wartość jego daru dla ludzkości – ognia, została zdeprecjonowana.

 

III 3. Marzenia surrealistów

Stanisław Lem, opisując w światach przedstawionych swoich dzieł fantomy, nie robił tego jedynie z myślą o intrygującym sposobie wzbogacenia fabuły. Trójwymiarowe projekcje wpisują się w jego dziełach w szerszy kontekst filozoficzny. Oczywiście spowodowane jest to m.in. konwencją science-fiction, która posługuje się tzw. presupozycją 312. Każdy element świata przyszłości – ponieważ nie ma odpowiedników w języku współczesnym – siłą rzeczy odwołuje się do zastanych kodów kulturowych, funkcjonuje w świecie intertekstualności. Tak samo dzieje się z hologramami, czy też fantomami, w niektórych powieściach autora Solaris.

W Powrocie z gwiazd holografia szokuje Hala Bregga dość często. Wracając na Ziemię, po 30 latach spędzonych w kosmosie, główny bohater szybko uświadamia sobie, że na jego planecie minęło lat 127. Po wyjściu z samolotu, pierwszym miejscem, do którego Bregg trafia, jest Terminal. Astronauta szuka przewodnika i Wewnętrznego Kręgu. To dość wyraźna aluzja do podróży Dantego. Apokaliptyczne wizje futurystycznego i piekielnego dla bohatera miejsca wzmożone zostają przez holograficzne napisy, które nagle pojawiają się nad Breggiem. Oto kilka przykładów:

 

„Ponieważ większość stojących przy mnie przechodziła na pochylnię zmierzającą do góry, zrobiłem tak samo. Już na niej dostrzegłem olbrzymi, nieruchomo płonący w powietrzu napis DUKT CENTR (…). Stałem długo, aż zauważyłem, na tle następnych jakichś hal — nie wiedziałem zresztą, czy są lustrzanym odbiciem tej, czy rzeczywistością — miarowo sunące powietrzem ogniste litery SOAMO SOAMO SOAMO (…)” 313.

„Trafiane światłem olbrzymich liter, które jak szeregi płonących linoskoczków mknęły nad morzem głów, metaliczne tkaniny kobiecych sukien filowały nagłymi płomykami” 314.

Ogniste i płonące holograficzne litery (o czymś takim marzyli surrealiści!315) zdają się wpisywać w metaforykę znaną z przekazów biblijnych: Mojżeszowi ukazuje się Anioł Pański w płomieniu ognia, podczas podróży Izraelitów towarzyszy im w nocy ognisty słup (Księga Wyścia), w Apokalipsie św. Jana ogniste lampy palą się przed tronem Zasiadającego, nogi anioła są jak słupy ognia, bestia każe ogniowi zstępować na ziemię na oczach ludzi, itp.

W tekście biblijnym przeczytać też można – i mógłby to być czytelny komentarz do sytuacji, w której znalazł się astronauta – że „Jeśli się ktoś nie znalazł zapisany w księdze życia, został wrzucony do jeziora ognia” 316. Egzystencjalny niepokój Bregga spowodowany jest poczuciem dojmującego wyalienowania, wynikającego z ewolucyjnych zmian percepcji świata, jakie dokonały się w społeczeństwie. Podczas nieobecności Bregga kultura werbalna oparta na piśmie i druku zmieniła się w kulturę audiowizualną i multimedialną. Kategorie, które wyznaczały wektory życia bohatera, tzn. stabilność, ciągłość, statyczność, powtarzalność, ograniczoność, umiarkowany stopień bodźców słuchowych i dźwiękowych, po upływie ponad wieku zmieniły się w te, które charakteryzują warunki postindustrialne – rozpowszechniła się elektronika, miniaturyzacja, destandaryzacja produkcji i konsumpcji, rozwinęły się środki masowego przekazu, wymuszające szybkość przetwarzania informacji 317.

Bregg, któremu – używając słów McLuhana – bliska była „Galaktyka Guttenberga”318– pojawił się nagle w społeczeństwie posiadającym percepcję elektroniczną, multimedialną i holograficzną. Ponadto dokonano przełomu w wykorzystaniu i modyfikacji siły ciążenia. Przestrzeń, w której przebywa astronauta, jest przestrzenią „syntetyczną”, pełną lekkości bytu 319, podobną do tej, jaka dana była - w wirtualnej projekcji - Neo – bohaterowi filmu Matrix. Osobowość Hala Bregga to doskonałe studium człowieka wobec sui generis percepcyjnej ewolucji współczesnego nam społeczeństwa. W takiej perspektywie kultura masowa jest świadectwem gwałtownego przełomu technologicznego 320.

 

III 4. Od światła mediów do plemiennego mroku

Hologram staje się nośnikiem kodu kulturowego także w intrygującej (futurystycznej) rekonstrukcji jaskini filozofów – metafory znanej z Republiki Platona. W wizji Lema „cienie” to hologramy, jaskinia zaś to miejsce rozrywki poddanych betryzacji 321 ludzi przyszłości:

„Przez świetlną zasłonę wszedłem do środka, ujrzałem się w skalnej grocie. Jak gdyby dziesięć czy pięćdziesiąt gotyckich naw wzniesionych ze stalaktytów, żyłowate nacieki perlistych minerałów obejmowały wyloty jaskiń, siedzieli w nich ludzie, nogi zwieszali w pustkę, między ich kolanami płonęły chwiejne płomyki, a w dole rozpościerała się niezmącenie czarna tafla podziemnego jeziora, odbijając w sobie zbiegi skał. […] Zszedłem nad samą wodę i zobaczyłem po drugiej stronie, na piasku, tancerkę. [...] Była może o trzydzieści kroków ode mnie. kiedy coś się z nią stało. Przed chwilą widziałem jeszcze jej uśmiechniętą wyczerpaną twarz, nagle jakby ją coś przesłoniło, sylwetka jej zadrżała i znikła” 322.

Słowa „jak gdyby dziesięć czy pięćdziesiąt gotyckich naw” świadczą o tym, że odbieramy subiektywny obraz percypowanej przestrzeni; okazuje się, że Bregg opisuje zastaną, epatującą go przestrzeń kategoriami, które zaczerpnął ze znanej mu – zamierzchłej dla ludzi, z którymi teraz musi przebywać – przestrzeni i historii. Lem – co typowe dla wielu pisarzy s-f - sytuuje swój tekst wobec uniwersum tekstów cudzych. Nieznane opisane zostaje przez znane 323. Wizualizacja określonej przestrzeni przyszłości dokonuje się na drodze budowania intertekstualnej aproksymacji 324. Grota, czarna tafla jeziora, płomyki, zejście w dół – wszystkie te elementy stają się integralnymi składnikami przestrzeni archetypicznej, być może – przestrzeni podświadomości. Dopełnia je holografia, będąca – w korespondencji z wizją Platona – cieniem, ułudą, obiciem idei, prawdziwej rzeczywistości. Ta ułuda uwodzi. Efemeryczność fantomu, potencjalność nagłego nieistnienia, w końcu wierność wobec rzeczywistości, to te elementy, które czynią z niego produkt rozrywkowy. W Powrocie z gwiazd holograf opanowuje terytorium sztuki. Jest to jednak sztuka prosta, niewymagająca, nie ma cech ani dydaktycznych, ani demiurgicznych 325. Pozostaje też daleka od prawdy. Hologram śpiewaczki spotkany w ogrodzie (znów przypomina się tu Ogród ciemności) uświadamia Halowi obłudę technicznie spreparowanej wizji sztuki:

„Zamilkła, a ja słyszałem jeszcze jej głos, nagle zatupotały za mną lekkie kroki, jakaś dziewczyna biegła ku stojącej, gonił ją ktoś, z krótkim gardłowym śmiechem przemknęła po stopniach i przebiegła przez tamtą na wylot […], nie istniejąca śpiewaczka zanuciła coś cicho. Nie chciałem słuchać. Odszedłem w ciemność, ze zmartwiałą twarzą, jak dziecko, któremu udowodniono kłamliwość bajki. To było jak profanacja” 326.

Granice rzeczywistego i odbitego – nieważne, czy holograficznie, czy zwierciadlanie – w Lemowym „giant-city” zamazują się. Może cała percypowana przez Bregga rzeczywistość to jakiś gigantyczny fantom? Za taką hipotezą interpretacyjną przemawiałby fakt, że nad miastem rozpościerają się gigantyczne ekrany, które ukazują obrazy nieba, domy zaś są przedłużane wertykalnie zwierciadlanymi odbiciami. W takiej rzeczywistości bardzo łatwo stracić poczucie prawdy, w takiej przestrzeni – cytując Baudrillarda – „już nigdy więcej rzeczywistość nie będzie miała okazji, by zaistnieć” 327.

Zastane przez Bregga miasto, kreuje swe kształty w lustrzanych odbiciach – podobnie wyglądają podziemne miasta Arageny przedstawione w bajce Biała śmierć:

 

„[...] Lustrzany był cały ich świat; mieli pojazdy kryształowe, […] i podróżując widzieli samych siebie, odzwierciadlanych przez czoła pałaców i świątyń, jako przedziwne wielokrotne odbicia poślizgowe, styczne i tęczujące. Mieli nawet własne niebo […] 328.”

W takiej rzeczywistości to odbicie zaczyna władać przedmiotem odzwierciedlenia. W Powrocie z gwiazd obraz-hologram nie tyle staje się obiektem rozrywki, co zaczyna być nadzorcą. Odczuwa to Hal Bregg kilkakrotnie, pierwszy raz w mieszkaniu Nais:

„Kiedy wszedłem, wydało mi się, że ściana naprzeciw drzwi jest ze szkła i widzę przez nią drugi pokój, z jakimiś ludźmi, jakby się tam odbywało przyjęcie, ale ci ludzie byli nadnaturalnego wzrostu — i pojąłem naraz, że mam przed sobą całościenny ekran telewizyjny. Głos był wyłączony; teraz, siedząc, widziałem ogromną kobiecą twarz, zupełnie jakby ciemnoskóra olbrzymka zaglądała przez szybę do pokoju [...]” 329.

Rozmowa z kobietą odbywa się przy uruchomionym telewizorze, wydaje się, że nie jest on w ogóle wyłączany. Ściany – ekrany powodują, że Hal odczuwa osaczenie: „Wodziła za mną oczami, jakbym był… jakby stała w klatce…” 330.

Warto podkreślić, że paraliżujący jest sam obraz, głos wszak wyłączono. Dla Bregga wizualna inwazyjność wielkoformatowego obrazu telewizyjnego odbierana jest jako inwigilacja, fantom zakłóca intymność: „Głowa olbrzyma przewracała oczami, zataczała się, patrzyła na mnie, jakby się doskonale bawił obserwowaniem tej sceny” 331.

Całościenny telewizor, który początkowo Hal Bregg bierze za okno, znajduje się też w pokoju hotelowym, wynajętym przez bohatera po wyczerpującej wędrówce po mieście. Hologram wkracza w życie mężczyzny przed zaśnięciem, cała sytuacja przypomina działalność wielkiego brata w 1984 Orwella.

„Położyłem się na pianowym dywanie i zasnąłem natychmiast w sztucznym świetle tego bezokiennego pokoju, bo to, co wziąłem zrazu za okno, było naturalnie telewizorem, jak że straciłem przytomność ze świadomością, że stamtąd, zza szklanej płyty, wykrzywia się ku mnie jakaś olbrzymia twarz, medytuje nade mną, śmieje się, gada, ględzi… Wyzwolił mnie sen jak śmierć; nawet czas w nim stanął” 332

„Wychodzące” z ekranu kształty znamy dobrze z kina 3D. Gadające, pochodzące ze świata mediów głowy są inwazyjne i przerażające – przynajmniej dla Bregga. Wyzwolenie przez sen-śmierć oznacza, że przebywanie w świecie permanentnie rozświetlonym przez sztuczne światło hologramów jawi się jako niewola, poddanie holograficznej „Policji Myśli”.

Warto wspomnieć, że podobną – tyle że utrzymaną w groteskowym świetle – inwazyjność wizualizacji ukazał Lem także w Kongresie futurologicznym:

„IX 2039. Niemiła przygoda. Gdy wyłączyłem po południu rewizor, by się przyszykować na spotkanie z Aileen, dwumetrowy drab, nie pasujący mi od początku do oglądanej sztuki (Ospanka mutangd), pół–wierzba, pół–atleta z sękatą, powykręcaną gębą buroseledynowej barwy, zamiast zniknąć jak cały obraz, podszedł do mego fotela, wziął ze stolika kwiaty, którem przygotował dla Aileen, i zmiażdżył je na mojej głowie. […]

Aileen zorientowała się natychmiast. — Boże, miałeś interferenta! — krzyknęła na mój widok. Jeśli dwa programy, nadawane przez dwie różne stacje satelitarne, interferują ze sobą długo, powstać może interferent, to jest mieszaniec, hybryd szeregu postaci scenicznych czy innych osób występujących w rewizji[...] Energia, jaką żywi się taki fantom, jest pono z tej samej parafii, co energia kulistych piorunów. [...] Postanowiłem odtąd oglądać rewizję z grubą pałką w ręku” 333.

Fantom - hologram, jak widać, może się usamodzielnić, staje się przez to niebezpieczny. Jest też – w zaproponowanej w Kongresie wizji – efektem ubocznym naporu obrazów płynących z mediów. Interferent to groteskowy symbol negatywnego wpływu zmultiplikowanych obrazów, jakie docierają do nas na każdym kroku. Świat symulakrów ogłupia, deprecjonuje wartość człowieka – oglądanie telewizji (czy też „rewizji”) z pałką w ręku – jakkolwiek satyrycznie by to brzmiało - to świadectwo uwstecznienia, wskrzeszenia atawizmów epoki kamienia łupanego, to sięgnięcie do plemiennego mroku.

III 5. Wirtualny karnawał

W opinii przywoływanego już w artykule Baudrillarda symbolem infantylnej pogoni człowieka za pozorną rozkoszą symulacji jest Disneyland 334. Jego sukces polega na wyobrażeniowym charakterze przedsięwzięcia, stworzeniu – głównie dzięki gadżetom – poczucia ciepła, podsycanego przez kontrolowany atawizm tłumu. Poczucie społecznego mikrokosmosu, fałszywej afiliacji boleśnie kontrastuje niestety z samotnością po opuszczeniu miejsca zabawy.

20 lat przed pierwszym wydaniem Symulakrów i symulacji Stanisław Lem zaprojektował w Powrocie z gwiazd miejsce, które wydaje się być paralelą wobec Disneylandu. Hal Bregg, przebywając w obcym sobie mieście przyszłości, całkiem przypadkowo zostaje wmieszany w tłum podążający do Pałacu Merlina – gdzie główną atrakcją jest możliwość uczestniczenia w wirtualnych przygodach i holograficznych efektach specjalnych. Wejście do przybytku rozrywki wygląda groteskowo:

„Tłum, który mnie tu doprowadził, zmierzał w bok, ku szkarłatnej ścianie pawilonu, niezwykłej przez to, że przypominała ludzką twarz; jej okna były płonącymi oczami, a pełna zębów, olbrzymia, wykrzywiona gęba otwierała się, aby połknąć następną porcję tłoczących się, przy akompaniamencie powszechnej wesołości” 335

 

Warto zauważyć, że olbrzymie głowy pojawiają się w Powrocie z gwiazd kilkakrotnie: epatują swoim ogromem z ekranu w Terminalu i w mieszkaniu Nais, trójwymiarowo wyłaniają się z telewizora w hotelu oraz w analizowanym właśnie fragmencie. W swojej powtarzalności konstytuują się jako symbol kontroli mediów, technologii i kultury masowej nad ludźmi.

Kiedy Hal Bregg dostaje się do środka, bierze udział w fantomowej, wirtualnej podróży łodzią. Dla nieprzystosowanego do innej percepcji człowieka to przeżycie traumatyczne, szczególnie w momencie, kiedy zostaje zdemaskowana utrata poczucia umowności trójwymiarowego świata iluzji. Hal staje się ofiarą własnych instynktów:

„W gruncie rzeczy wiedziałem, że wodospad i napowietrzna przeprawa są złudzeniem, poza wszystkimi innymi dowodem był ów pień, przez który na wylot przeszła moja ręka. Mimo to skoczyłem, jakby naprawdę mogła zginąć, a nawet, pamiętam, że zupełnie odruchowo przygotowałem się na lodowate uderzenie wody, której bryzgi leciały wciąż na nasze twarze i ubrania.

Nie poczułem jednak nic oprócz silnego podmuchu powietrza i wylądowałem w przestronnej sali, na ugiętych lekko nogach, jakbym skoczył z wysokości metra najwyżej. Usłyszałem chóralny śmiech” 336.

Sytuacja bohatera przypomina nieco położenie Trumana z filmu Truman Show Petera Weira. Rzeczywistość, która otacza filmowego bohatera jest sztucznie, teatralnie stworzona, zachowuje jednak wszelkie pozory autentyczności. Truman początkowo nie wie, że jego życie jest obserwowane. Wiedzy takiej – w analizowanej scenie Powrotu z gwiazd - nie ma także Hal Bregg. Nie posiada on predyspozycji, aby z odpowiednim dystansem, bez niepotrzebnych emocji, poddać się dość infantylnej, acz ciekawej wizualnie rozrywce. Brak betryzacji spowodował, że reakcja astronauty wynika z instynktu przetrwania, zdeprecjonowanego w społeczeństwie przyszłości. Bregg z pewnością nie spełnia warunku komunikacyjnej wspólnoty – nie jest w nawet minimalnym stopniu przygotowany do uczestnictwa w zastanej na Ziemi kulturze 337.

Bohater Powrotu z gwiazd, „zagubiony podróżnik”338 określa swoją tożsamość, stając wobec rozmaitych typów światła. Od poszukiwania Wewnętrznego Kręgu w infernalnie wykreowanym Terminalu, podąża w stronę epifanii światła naturalnego. Odnalezienie swojego miejsca na Ziemi, uwolnienie – być może chwilowe – od fantomów własnych odbić, od holograficznych zafałszowań i luster na niebie odnajduje Bregg dopiero w kontakcie z naturą i światłem słońca.

„(…) przez cały czas usiłowałem znaleźć w sobie zgodę na to, z czym nie mogłem się pogodzić. Ale to było przedtem, właśnie jak sen. Teraz, trzeźwy i czujny, oczekujący dnia, w powietrzu aż srebrnym od szarości, wobec powolnego wyłaniania się surowych ścian górskich, żlebów, osypisk, które wynurzały się z nocy jako milczące potwierdzenie realności powrotu, po raz pierwszy sam, ale nie obcy na Ziemi, już poddany jej i jej prawom, mogłem — bez buntu, bez żalu — myśleć o odlatujących po złote runo gwiazd…

Śniegi szczytu zapaliły się złotem i bielą, stał nad pełną liliowego cienia doliną potężny i bezwietrzny, a ja, nie zamykając oczu, pełnych łez łamiących jego światło, powstałem wolno i zacząłem schodzić po piargach na południe, gdzie był mój dom” 339.

Światło, które otaczało Bregga w „giant-city” – światło mediów, reklam, holografów – funkcjonuje w kontekście ostatniej sceny jako światło snu, sztucznie odtworzone, skopiowane, odbite. Katartyczna perspektywa łez kończy podróż Bregga, pielgrzymkę od lumen do lux.

Miasta w powieściach Lema mają często charakter spektaklowy i przypominają współczesne Las Vegas. Sprzężone są z dominacją świateł sztucznych – dominują one np. w mieście, do którego przylatuje Hal Bregg, ale też miasto z powieści, za którą Lem nie przepadał, bo otarła się o socrealistyczną tendencyjność. Nie zmienia to jednak faktu, że inspiruje rozwiązaniami i fomalnymi i estetycznymi. Chodzi o Obłok Magellana. Oto tylko fragmenty jednego z wielu opisów miasta:

„Nad bezkresnym morzem świateł górowały dwa jego źródła potężne. W centrum starej dzielnicy naukowej jaśniał gmach Uniwersytetu (…). Naprzeciw tego tysiącletniego kolosa, urągającego grawitacji, jakby w niebo wystrzelonego ze wszystkich naraz kryształowych kolumnad, stoi drugi, nowożytny już bastion Pałacu Mechaneurystyki. Wobec jego skupionej prostoty, która jest samym światłem zastygłym w nieważką konstrukcję promieni, Uniwersytet zdaje się prymitywny i burzliwy gwałtownością kształtów (…). Nad Pałacem Mechaneurystyki rozwijały się w powietrzu ogniste draperie, gasząc światło gwiazd: sztuczna zorza polarna wstępowała z ziemi w niebo odwróconym wodospadem srebra, a na jej falującym tle niewidzialna dłoń pisała płomieniem:

BAL SIĘ ROZPOCZYNA!

Wtedy rozgwieżdżone czeluście miasta drgnęły, wyrzucając z siebie setki, tysiące, dziesiątki tysięcy iskromiotów, rac, ogni bengalskich łopocących światłem ponad najwyższymi wieżami, a z parków wznosiły się, jakby na ich spotkanie, balony o groteskowych kształtach pajaców i fantastycznych maszkar; zarazem w wypełnionej srebrna wy m półmrokiem przestrzeni między Pałacem i Uniwersytetem zadrżało mrowie szkarłatnych, liliowych i szmaragdowych pierścionków — to szykował się kulig studencki, a śmigła helikopterów, zakończone lampkami, wirując tworzyły świetliste obrączki. Patrzałem na to wszystko niechętnie, mrużąc oczy od natarczywych świateł, urażony: gdybyż Ziemia, już daleka i obojętna, zostawiła mnie rozważaniom G nieskończoności — ale ona zapraszała na tę karnawałową, błazeńską zabawę w takiej chwili!”

Podobnie jak w Powrocie, tak i tu sztuczne światło – lumen związane jest z karnawałem. W obu powieściach bohaterowie czują się przez ten festyn światła wyobcowani. Wszak, jak mówi Turner: „karnawał jest czasem poza czasem, miejscem poza miejscem.”340 Przypomina to sytuację dra Rieux z Dżumy Alberta Camusa, który z dala sceptycznie oberwował dziki tłum cieszący się z zażegania epidemii. Światła miasta są „natarczywe”, nie mają w sobie nic z mistycyzmu jakie będzie niósł blask gwieździstego krzyża w Obłoku Magellana w finale.

Używając języka sytuacjonistów, miasto jest feerią przedstawień – spektaklem.341 Takie obrazy miasta dają też wiedzę o społeczeństwie – bez zagłębiania się w ten temat można stwierdzić, że żywioł lumen wyznacza ślepą fascynację technologią, kult materii, który Lem zawsze kontrastuje ze spokojem i tajemnicą kosmosu, ze światłem innego typu.

Teatralność, ludyczność życia miast, którą Lem antycypował już w latach sześćdziesiątych realizuje się na naszych oczach głównie za sprawą fotografii. Życie jednostek jest coraz częściej życiem na pokaz, życiem z wykadrowanymi elementami rzeczywistości multiplikowanymi w sieci internetowej. Jak w Powrocie... ekrany zarówno mitologizują rzeczywistość jak i nią manipulują. Lem jest tutaj preksursorem – kreując wizualne atrybuty miejskiej ikonosfery stymuluje rozważania o związkach socjologii obrazu ze sztuką wizualną, relacjach między społecznymi konstrukcjami a wyborem, ujęciem, percepcją, rozpoznaniem i kreacją obrazowego przedstawienia. Autor Filozofii przypadku, opisując nie tylko budynki, ale i np. stroje w społeczeństwach przyszłości (np. w Kongresie futurologicznym i Powrocie z gwiazd), zachowania tłumów miejskich (również we wspomnianych tekstach) określa tym samym wizualne wymiary interakcji społecznych – dotyka więc takich gałęzi wiedzy jak proksemika czy kinezyka342 oraz zupełnie już współczesne visual culture studies.343

W cytowanym wyżej fragmencie Obłoku Magellana intryguje wyobraźnia geometryczna skupiająca się np. na kubaturach budynków. Po liniach geometrii porusza się wyobraźnia Lema bardzo często – można by tutaj podawać przykłady z niemal każdego dzieła beletrystycznego. Co jednak zastanawiające, są momenty, w których wizualność geometryczna przeżywa kryzys, przestrzenie Euklidesowe i Newtonowskie nie sprawdzają się, chcą się uwolnić, jak będące czystym tworzeniem eksplozje kształtów na oceanie solaryjskim. Są to chwile, kiedy doświadczenie świeckie zamienia się w doświadczenie obszaru świętego, waloryzowanego już nie geometrycznie i logicznie a religijnie.344 Używając nazewnictwa Eliadego, można by rzec iż są to „obrazy otwarcia”, które z kolei wywołują hierofanię. Mamy do czynienia z chwilami, kiedy kody konstruujące do tej pory fizykalnie odczuwaną codzienność nie funkcjonują, następuje przejście – mówiąc romantycznie – z egzystencji zamkniętej do otwartej. W miejsce geometrycznej obiektywności świata wstępuje koncepcja „punktów widzenia” 345, uzależnianie od podmiotowości, a może raczej od czegoś co jest transcendentnie nad nią. Owa hierofania znajduje też oddźwięk w fakcie, który dobrze ujął Ryszard Handke: „Unaoczniająca moc słowa poczyna konkurować z bezpośrednim przestrzennym spostrzeganiem rzeczywistości”.346

Nie można pominąć faktu, że dla Hala Bregga konstruktem rzeczywistości, a raczej sposobem na odnalezienie się w przestrzeni jest pamięć: „motywacja i budulec architektoniki rzeczywistości przedstawionej (czyli konceptem literaturoznawczy)”.347 Lem buduje ślady memoratywne: pamięć umysłu, pamięć jako magazyn, świątynię, bibliotekę, archiwum, teatr, ruiny – dodajmy jeszcze kino, miejsce rozrywki, punkt przybycia, góry. Pierwsze wyliczenie nie jest przypadkowe – to kategorie pamięci przestrzeni, o której wspomina św. Augustyn (później jako heterotopie potraktuje je Foucault). Przestrzeń zarysowana przez Lema w Powrocie wpisuje się w formy literackiej metaforyki pamięci (tropologii)348, a także odpowiada wariantom przestrzennym opisywanym przez Aleidę Assman – pochyla się ona szczególnie nad : archiwami, „śmietnikami” pamięci, miejscami-widmami będącymi obszarem gier wyobraźni i powrotu wypartych wspomnień.349

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział IV

PANOPTICON

Niebo tkwi w czarnej ziemi. Tak pęcherz błękitu

W bryle lawy tym tylko jest, że jej tam nie ma.350

IV 1. Lustrzany mur

W 2012 roku Marcin Gładych wyreżyserował film p.t. Panopticon.351 Reżyser połączył historię z ideą architektoniczną Jeremiego Benthama, która częściowo została zrealizowana w formie słynnego „okrąglaka”, czyli toruńskiego więzienia. Mało kto wie, że budynek ten wyrósł z planów, które stanowiły opus magnum francuskiego filozofa. Bentham rozmyślał nad stworzeniem doskonałego więzienia.352 Nie miejsce, aby szczegółowo ten temat analizować, wypada jedynie podkreślić, iż realizacja idei władzy i nadzoru w panopticonie zależała w dużej mierze od określonego modelu architektonicznego. W dużym skrócie: pomysł polegał na tym, aby obserwować, ale nie być widzianym w budynku o kształcie walca, w którym pomiędzy wieżą strażniczą znajdującą się na środku, a celami jest pusta przestrzeń. Okna strażników zrobione są z weneckich luster. Więźniowie nigdy nie wiedzą, czy są obserwowani. Problem władzy wynikający z analizy panopticonu zanalizował dokładnie Michael Foucault.353

Marcin Gładych skonstatował, że Bentham chciał stworzyć idealne więzienie, a rozrysował model idealnego świata.354 Panopticon jest figurą uniwersalną.

Rolę strażnika, którego nie widzimy, a który wywiera na nas wpływ jest dziś np. Internet.

W odniesieniu do struktur światów Lema, panopticon interesuje nas jako pewien model wizualny, w myśl którego – jak się okaże – konstruowanych jest wiele obrazów powieściowych. Zacząć warto od tych, które zostały już przywołane wcześniej.

W Edenie ludzie zaskoczeni są reakcją obcych, którzy postanawiają odgrodzić Ziemian lustrzanym, kolistym murem – w centrum tak stworzonego terenu pozostaje – na wzgórzu, co symboliczne - rakieta. Prawdopodobnie intencją dubeltów jest odizolowanie obcego dla nich czynnika. Astronauci zostają więc zamknięci w systemie własnych odbić. Przedsmak tego faktu odczuć już można, kiedy bohaterowie napotykają w czasie podróży po nieznanym terytorium na fatamorganę, odbicie własnego łazika. Ludzie chcący obserwować obcą cywilizację w efekcie mają obserwować samych siebie. Wniosek z takich okoliczności dobrze formułuje Snaut w Solaris:

 

„Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi.

Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster.”

I mimo że ziemianie robią wyłom w lustrzanym żywopłocie i wyjeżdżają Obrońcą na ekspedycję mającą poznać miasto dubeltów, i tak misja kończy się poznawczym fiaskiem. Barierą okazuje się niemożność poprawnego odczytania zapisu filmowego „miasta”. To że widzialności medialne zakrzywiają się w obraz rzeczywistości jedynie w punkcie ześrodkowania to prawda, która nabiera tutaj nie tylko – nazwijmy to – fotograficznego znaczenia.355 Rzeczywistość Edenu mogłaby zostać prawidłowo „odczytana” w momencie, gdyby ludzie potrafili ześrodkować własne interpretacje z kategorią inności. Niestety w sieci nieuświadamianych atawizmów nie potrafią tego zrobić. Nie jakość filmu jest chyba najważniejszym kłopotem – przybysze z Ziemi nie mogą – interpretując zachowania obcych – wyjść poza stereotypowe kategorie myślowe, dostrzeżone gesty; ruchy dubeltów mogą być tylko dekodowane w ziemskich paradygmatach. To błąd. Egocentryzm. W Filozofii przypadku Lem tak to tłumaczy:

Oko i mózg, nastawione stale na odbiór „ładów”, aktywnie „starają się” dostrzegać pewne ukształtowania całościowe, gdzie się tylko da.356

 

Rozrasta się w tym miejscu w ogóle problem uzależnienia i właśnie swoistego uwięzienia od przekazu medialnego. W Niezwyciężonym o wiele częściej niż w lustro spoglądają w – używając określenia Virillio – obrazy maszyniczne, w interfejsy i ekrany. Związane jest to głównie z wysyłaniem na obcy teren machin, z którymi astronauci zachowują pośredni kontakt wizualny. W Edenie pod koniec misji kosmonauci wyjeżdżają na zwiad niszczycielskim Obrońcą.

Jest to jednak pojazd załogowy, a ludzie sami muszą nagrywać film z wypadu. W napisanym pięć lat po Edenie Niezwyciężonym przedostatnim etapem działań jest wypuszczenie (warto zwrócić uwagę na podobieństwo fabuł) śmiercionośnego Cyklopa, który nie musi już mieć załogi, rejestruje zdalnie obraz, mało tego – jest obserwowany drugim mechanicznym „okiem” zawieszonym w powietrznej sondzie (dziś pomysł zrealizowany w postaci dronów). Ci, którzy ocaleli z poprzednich misji, siedzą w „świętym słupie”-strażnicy iobserwują na ekranach rozgrywającą się za sprawą użycia miotacza antymaterii hekatombę. Choć są, a może roszczą sobie prawo do bycia strażnikami w tak skonstruowanym panopticonie, nie udaje im się zapanować nad obserwowanymi.

Otoczenie lustrzanym, magnetycznym, elektronicznym kręgiem jest parabolicznym zawężeniem egzystencji uwięzionej, przypomina romantyczne uwięzienie w „kole czarów tajemniczem”.357 Bohaterowie – podobnie jak ich dziewiętnastowieczni poprzednicy dążą od egzystencji zamkniętej do otwartej.

Przy analizowaniu powieści Lema lepiej w ogóle używać wyrażenia kręgi przestrzeni a nie miejsce wydarzeń. 358 Model panopticonu chyba najbardziej wprost wyobrażony został w Pamiętniku znalezionym w wannie, powieści o Gmachu odczytywanym jako metafora widzialnego, ale niepojętego świata. 359

Abstrahując na razie od wizualnej struktury przestrzennej - realizuje się w Pamiętniku idea władzy, która permanentnie inwigiluje, nie gwarantując jednocześnie transparencji. Jest niejako ukryta za fenickim lustrem, nie pokazuje prawdziwej twarzy a jedynie atrapy, odbicia, zająknięte procedury, których nie obejmuje logika. Umiejscowienie bohatera w takiej przestrzeni nie jest żadnym novum. Już Borges pisał, iż mistycy w trakcie ekstazy często widzą kolistą salę.360 Autor Biblioteki Babel zakładał, iż w środku takiej zwizualizowanej przestrzeni musi znajdować się jakiś sześciobok.361 Archeolodzy w ruinach tzw. Trzeciego Pentagonu odnajdują wannę, a w niej pamiętnik. Powstaje szczególna hybryda wizualnego modelu Borgesa, więzienia Benthama i modeli kosmologicznych pitagorejczyków.362 Co ciekawe, Lem sięga po podobne modele szczególnie często w swoim tzw. złotym okresie. Bohater Pamiętnika porusza się w Pentagonie, zaś Kris Kelvin (Solaris) dociera do stacji, w której – jak czytamy – znajduje się okrągłe pomieszczenie o pięciu drzwiach z napisami nazwisk.363 W przypadku obu powieści przedstawione konstrukcje spacjalne znajdują analogie w idei Benthama. Czytamy w Solaris:

„Zbliżałem się do okrągłej komory, z której rozchodziły się korytarze na kształt szprych koła (…).”

Plany architektoniczne panopticonu śmiało mogłyby posłużyć jako schemat stacji solaryjskiej. Instancją obserwującą i inwigilującą stałby się oczywiście ocean. Panopticon jawi się jako obraz – klucz, rama, idea nadająca spójność semantyczną wielu utworom Lema.

Kołowość wpisana w przestrzeń Solaris znajduje swoje ekwiwalenty na płaszczyźnie ontycznej – szczególnie w odniesieniu do Harey. Zanim wyjaśnimy tę kwestię trzeba przytoczyć myśl Deluze – otóż odpowiadające paradygmatowi kołowemu bycie określa on jako powtarzanie oraz stawanie się.364 Fantomowe kopie Harey to nie tylko multiplikacje. Neutrinowe dzieło ewoluuje, zyskuje coraz większą świadomość samego siebie. Również stosunek Krisa do Harey w sposób oczywisty zmienia się – ich losy układają się na kształt spirali – nie tylko bowiem aktualizują się poprzez trzykrotne spotkanie w tej samej formie materialnej, ale wstępują na szczeblach topografii humanistycznego wtajemniczenia, w efekcie Kris jest przecież w stanie pokochać Harey, fantazmatyczno-technologiczne dzieło oceanu.365 Przestrzennym podkreśleniem tej przemiany jest nie tylko kolistość Solaris, ale także przemieszczenie się Kelvina z zamkniętej stacji na zewnątrz – ku spotkaniu z tajemnicą oceanu. Sztuczne światło wnętrza zostaje zastąpione – percypowanym bez filtru szyb światłem słońc.

IV 2. Więzienia luster

Wróćmy do Pamiętnika i idei panopticonu. Z sukcesem szukać można w powieści fragmentów, które dotyczą lustrzanych pomieszczeń gmachu będącego de facto nietypowym, labiryntowym więzieniem.

„Centrum sali osaczył półmrok, z którego wyłaniały się widmowo ku środkowi pochylone lustra. Cofnął się poza granicę światła, lecz tak było całkiem źle. (…)

Czasem ze szklistego mroku wypływało wzgardą tryskające oko, wielkie jak gałka głębinowej ryby, lustra podawały sobie i mnożyły fragmenty z mięsem sukna wyrwanych epoletów i naszywek, a w największych, skrajnych, w nieskończoność zmierzała aleja hańby (…).”

 

Bohater właściwie permanentnie znajduje się w sytuacji osaczenia, mimo że pentagon nie jest więzieniem, sprawia jednak, że podróżujący w nim flaneur czuje się jak skazaniec. Pomysł Benthama koncentrował się w dużej mierze na ewokowaniu poczucia zniewolenia psychicznego, zakładano, że więzień nie powinien uciekać, gdyż powstała w nim niewygasająca świadomość bycia obserwowanym przez niewidocznych strażników (już w Ogrodzie ciemności z 1947 roku pojawiają się ogrodnicy - obserwatorzy). Bohater Pamiętnika znajduje w końcu wyjście, jednak – mimo iż nie jest strzeżone – nie wykorzystuje okazji ucieczki. Sądzi, że jest śledzony i celowo wystawiono go na próbę. Dlatego postanawia wrócić do swojej łazienki. Światło bramy wolności jest jedynym naturalnym światłem pojawiającym się w trakcie fabuły. Pojawia się na końcu powieści, jak m.in. w Powrocie z gwiazd i w Masce. Jednak podobnie jak w opowieści o kobiecym robocie zwiastuje śmierć, nie ratuje bohatera. Po kontakcie ze światłem sakralnym uświadamia on sobie, że musi pozostać w świetle sztucznym, z jakichś dziwnych powodów uznaje, że w nim będzie lepiej - „Cofnął się poza granicę światła, lecz tak było całkiem źle.”

Gest spoglądania w lustro przy jednoczesnym poczuciu bycia obserwowanym to dojmujące uczucie, które na stałe wpisało się w spektrum doświadczeń bohaterów Lema. Bardzo często to właśnie lustro jest przedmiotem, przed którym zatrzymuje się bohater Pamiętnika.

 

„Z lustra, jak z ciemnego okna, spojrzała na mnie własna twarz, rozłamana w przepływające płaszczyzny - było to spowodowane falistością szkła, ale mnie się wydało, że widzę ją w lodowatych płomieniach strachu. Tak patrzyliśmy na siebie - ja i ja (...)”

Nawet w momencie odpoczynku po bieganinie labiryntowymi korytarzami Gmachu bohater nie znajduje wytchnienia – jest więźniem własnego spojrzenia, oddają to oksymoroniczne „lodowate płomienie”. W idei Benthama również mieściła się myśl, że więźniowie czują się zniewoleni nie tyle obecnością lustrzanej strażnicy, która odbija jedynie ich własne oblicza (ale nie zdradza, czy ktoś ze strażników jest w środku), ile obserwacją jednego więźnia przez drugiego. W istocie czymś, co obserwuje staje się podświadomość; schizofreniczne rozdwojenie osobowości przejawia się w projektowaniu sobowtóra, psychicznego fantomu.

„Ciemne okno” lustra koresponduje mocno z obrazem spotkanym w Solaris.

„Pokój był pusty. Przede mną ziało tylko czernią wielkie półkoliste okno. Wrażenie nie ustępowało. Ciemność patrzała na mnie, bezpostaciowa, olbrzymia, bezoka, pozbawiona granic.”

W lustrzanej przestrzeni przebywa też Hal Bregg. Lustra potęgują „szok przyszłości” w terminalu, astronauta nie wie, czy część hali, w której przebywa jest rzeczywistością czy odbiciem. W pewnym momencie patrzy nawet na własne trójwymiarowe odbicie, które powstaje przed nim ze specjalnego arkusza. Celem załoganta Prometeusza jest skontaktować się z przewodnikiem – co oczywiście przywodzi na myśl Boską komedię. Znaleźć tez musi wewnętrzny krąg tego swoistego futurystycznego panopticonu. W przestrzeni, w której blask i chaos sztucznych świateł wygasza gwiazdy, Bregg z trudem znajduje optyczne punkty zawieszenia.

IV 3. Zwierciadlane misteria

Jednym z bardziej oryginalnych ujęć człowieka wobec własnego lustrzanego oblicza jest to, które wykreowane zostało prawie w finale Niezwyciężonego. Rohan, szukając swoich towarzyszy w skrajnie nieprzyjaznych górskich warunkach, musi liczyć się z zagrożeniem życia w sytuacji pojawienia się czarnej chmury metalowych owadów. Wiadomo, że mogą one – poprzez wywołanie specjalnego pola magnetycznego - spowodować całkowitą amnezję i infantylną bezradność. Swoiście resetują umysł. Z martwymi mieszkańcami Regis III Rohan spotyka się bezpośrednio trzykrotnie. Za pierwszym razem – w czasie walki – ocala siebie przypadkowo. Drugie spotkanie – już w trakcie opisanych wyżej poszukiwań – to eksperyment, w którym udaje się potwierdzić hipotezę pozwalającą przetrwać. Trzecie spotkanie ma już charakter wtajemniczenia i przypomina bardzo kontakt z oceanem solaryjskim. W czasie tego niesamowitego kontaktu z czarną chmurą jest moment, który daje dużo do myślenia:

„A tymczasem owe lustra powietrzne pod pułapem chmury falowały i rozprężały się; aż naraz ujrzał olbrzymią, sięgającą szczytem głowy mroków, postać ludzką, która patrzała nań nieruchomo, chociaż sam obraz drgał i tańczył bezustannie, jakby wciąż gasnący i wciąż na nowo wzniecany tajemniczym rytmem. I znów upłynęły sekundy, zanim poznał w nim własne odbicie, zawieszone w pustce między bocznymi zwisami chmury.”

Podobnie jak w powyższym przykładzie wygląda kontakt z obcym w Solaris. W zakończeniu powieści Kris postanawia stanąć „oko w oko” z oceanem. W spotkaniu tym przeważa język wizualny, niewerbalny. Ocean w pewien sposób też odbija zachowania Kelvina, przez moment staje się negatywowym lustrem:

„Wyglądało to, jak gdyby z oceanu wyrósł ciągliwy kwiat, którego kielich otoczył moje palce, stając się dokładnym, choć nie dotykającym ich negatywem. Cofnąłem się. Łodyga zadrżała i jakby niechętnie wróciła w dół, elastyczna, chwiejna, niepewna, fala wezbrała wciągając ją w siebie i znikła za krawędzią brzegu.”

A może jednak ocean to gigantyczne lustro odbijające ludzkie kompleksy? Kelvin, rozważając powrót do domu na Ziemię stwierdza: „utonę w ludziach”. Czyż nie następuje tu metonimiczne przerzucenie właściwości oceanu na człowieczeństwo? Badając ocean, solaryści badają samych siebie. Harey niekiedy wydaje się wychodzić z lustrzanego odbicia, jest więc może projekcją Krisa:

„Za rozpłomienionymi szybami rodził się martwy, błękitny upał. Osłaniając oczy ręką poszukałem okularów. Leżały na stole. Ukląkłem na łóżku, nałożyłem je i zobaczyłem je; odbicie w lustrze.

Oczekiwała czegoś.”

Założenie okularów wygląda jak założenie fantomatycznego urządzenia, jest rodzajem filtru pomiędzy światłem słońca, a sztucznym światłem stacji. W tym przypadku naturalne światło słoneczne nabiera raczej cech pejoratywnych, odstrasza, oślepia, wpisuje się w kategorię światła, o której wspominali ojcowie pustyni – światła demonicznego, jawiącego się jako tzw. demon południa.366

Zwierciadlana multiplikacja rzeczywistości następuje też we wnętrzach szybu na Edenie. Bohaterowie dostają się do wnętrza góry (jeden z ulubionych motywów przestrzennych Lema), gdzie napotykają na labirynt dziwnych zdeformowanych form biologicznych. Z jednej strony tworzenie makabreskowych dziwadeł potęguje efekt strachu, z drugiej – dobrze wpisuje się w repertuar różnie modyfikowanych labiryntów Lema.

 

„Koordynator zapaliłszerokokątny reflektor obok kierownicy i uniósłszy jego wylot, wodził nim wkoło – Strumień blasku, słabnąc u końca drogi, przejechał, jak po szczeblach, po białych, klatkowatych tworach, które, wyrwane z mroku, zajarzyły się kościanym blaskiem i znikły, zarazem tysiące lustrzanych odbić uderzyły ich w twarz oślepiającymi łyśnięciami.

(…)

Niezliczone szpalery bielały pozamykane jak gdyby w szklanych jajach, kołując wielopiętrowymi spiralami, coraz dalej i wyżej, tysiące pęcherzastych ścianek powielały i rozszczepiały blask, tak że niepodobna było odróżnić rzeczywistych kształtów od ich zwierciadlanych odbić.”

 

Przywołaliśmy dłuższy fragment, ponieważ mieści on te cechy, które stanowią wyróżnik stylu Lema. Sztuczne światło, podlegając słownictwu deiktycznemu (wkoło, u końca, coraz dalej i wyżej) buduje tajemnicę nieznanej przestrzeni i struktur (klatkowane twory, szpalery, szklane jaja, pęcherzaste ścianki, strumień

blasku, wielopiętrowe spirale). Całość wrażeń zostaje dodatkowo zwielokrotniona lustrzanymi efektami i opisem charakteru światła („wyrwane z mroku, zajarzyły się kościanym blaskiem i znikły”, tysiące lustrzanych odbić, oślepiające łyśnienia, powielanie i rozszczepianie blasku, zwierciadlane odbicia).

Podobną strukturę przestrzeni do wyżej zaprezentowanej odnaleźć można też w Pamiętniku... Labirynt, światło i lustro konstytuują wizualność sceny, poza tym znajdują się tu zaklatkowane twory – w tym przypadku ludzkie dłonie:

„Ujrzałem się jakby w odnodze wielkiego muzeum. W półmroku, nad woskowaną posadzką, stały rzędem długie, oszklone witryny, buchające światłem. Uliczka, jaką tworzyły, zakręcała, lecz plamy blasku na ciemnych ścianach świadczyły, że biegnie dalej. Za szybami leżały dłonie, same dłonie, ucięte u przegubów, na przezroczystych półkach, najczęściej po dwie, naturalnej wielkości i barwy, może zbyt naturalnej, bo udana była nie tylko matowość skóry i połysk paznokci, ale i włoski na grzbietach. Zastygłe w niewyobrażalnej wielkości póz, stanowiły jakby znieruchomiałe raz na zawsze role odgrywającego się za szkłem martwego teatru.”

No i znów lustrzane odbicie:

„Naraz z ciemności wynurzył się pędzący wprost na mnie człowiek z łopocącymi łatami świateł i cieni na czole, na twarzy, z gębą otwartą jak do histerycznego krzyku, bez oczu, w ostatniej chwili zdołałem się zatrzymać, uderzając rękami o zimną, gładką, pionową taflę lustra.”

 

W labiryncie korytarzy i świateł futurystycznego dworca w Powrocie z gwiazd Lem potęguje wrażenie zgubienia bohatera podobnie jak w wyżej przytoczonym fragmencie:

„Byłem już prawie pewny, że nie trafię tędy do wyjścia i (oceniłem to po trwaniu jazdy w górę) że znajduję się w napowietrznej części dworca, wciąż jednak zachowywałem ten sam kierunek. Niespodziana pustka, płyty malinowych okładzin z iskrzącymi się gwiazdkami, szeregi drzwi. Najbliższe były nie domknięte. Zajrzałem do środka. Jakiś wielki, barczysty człowiek zrobił w tejże chwili to samo z przeciwnej strony. Ja sam w całościennym lustrze.”

Bregg – podobnie jak bohater Pamiętnika... wśród wielu drzwi spotyka te prowadzące do toalety i napotyka na własne odbicie. Później w hotelu także przed lustrem przybysz uświadamia sobie jak bardzo nie pasuje do zastanej rzeczywistości. Wprawdzie pod lustrem nie pojawia się nagle brzytwa, tak jak w Pamiętniku, ale nie zmniejsza to alienacji człowieka, który czuje się jak „neandertalczyk przyprowadzony do miasta.” Chyba najbardziej niespotykanego spotkania z lustrzanym odbiciem doświadcza Bregg w Pałacu Merlina:

 

„Znaleźliśmy się w pokoju niezbyt wielkim, bardzo wysokim, o jednej ścianie lustrzanej od stropu po kamienną podłogę z czarnych i białych tafli. Wrażenie było takie, jakby pokój, dwa razy większy niż w rzeczywistości, zawierał w sobie sześcioro ludzi stojących na kamiennej szachownicy. (…) Naraz moje odbicie spojrzało na mnie. Ten ruch nie był odzwierciedleniem mojego. Zastygłem, a tamten, wielki, barczysty, powoli popatrzał najpierw na ciemnowłosą kobietę, potem na jej towarzysza — żadne z nas nie poruszało się i tylko odbicia, usamodzielnione w jakiś niepojęty sposób, ożyły i rozegrały między sobą milczącą scenę.”

Tutaj oczywiście w grę wchodzą prawdopodobnie eksperymenty fantomatyczne. Atmosfera klaustrofobiczności lustrzanych sal unosząca się nad wieloma tekstami Lema skłania do podobnej refleksji, do której doszedł Juliusz Słowacki. Poeta, zastanawiając się nad rzeczywistością użył metafory gobelinu. Człowiek widzi jedynie zewnętrzny efekt wizualny, nie dostrzega „szwów rzeczywistości”. Lustra zamykają człowieka w fantazmatycznej rzeczywistości. Każąc spoglądać w samego siebie jednocześnie oszukują, bo celowo odwodzą od poznania tajemnicy, czegoś, co jest za lustrem. Wymuszają, aby widzieć konstrukcję, a nie strukturę. U Lema zwierciadła ewokują dodatkowo poczucie obserwacji i inwigilacji, to oczy lub okna dla tego świata, który nas kontroluje, choć najczęściej nie wyraża tego Lem wprost. Jeśli spojrzeć na tych wszystkich bohaterów, którzy stają u Lema przed lustrami przychodzi na myśl znów Corcoran ze swoimi skrzyniami. To chyba najbardziej pojemny model przestrzenny i problemowy jednocześnie. Brnąc konsekwentnie w analizie metafory skrzyń, można by rzec, że lustra to wnętrze skrzyń. Zwierciadło utrzymuje jedynie, a nawet zwielokrotnia złudę zmysłów. Corcoran twierdził:

„Bo nasze mózgi - uważaj pan! - podłączone są, że tak powiem, do świata zewnętrznego – za pośrednictwem zmysłowych odbiorników: oczu, uszu, nosa, skóry i tak dalej.

(…)

Skąd wiemy o tym, że mamy ciało takie, a nie inne, taką właśnie twarz, że stoimy, że trzymamy w ręku książkę, że pachną kwiaty? Stąd, że pewne bodźce działają na nasze zmysły i nerwami płyną do mózgu podniety.”

Odbicia luster powodują, że wszelka myśl, spojrzenie i gest próbujący przebić rzeczywistość wraca do podmiotu, każąc mu egzystować w panoptikalnym theatrum mundi. Nie sposób zobaczyć strażnika po drugiej stronie. Wprawdzie w Pamiętniku lustro okazuje się w efekcie wyjściem z koszmarnego muzeum; jednak jak w kreacjonistycznych wizjach Kafki bohater trafia nagle do pomieszczenia, którego się nie spodziewał, do przestrzeni za lustrem, w którym każe mu się podpisać obciążające go zeznania. Krótko potem znajduje nawet wyjście z labiryntu, jednak i tak wraca przed lustro, do swej zanurzeniowej paranoi. 367

Gmach ukryty w Górze św. Jana to panopticon labiryntowy zwielokrotniony. Dokonajmy jeszcze powieściowego rekonesansu i wskażmy, które fragmenty dobitnie świadczą o zastosowaniu takiego modelu kreacji przestrzeni. Już prawie na samym początku bohater odczuwa niemą obecność jakichś obserwatorów, czuje się podobnie jak obserwowany przez ocean Kris Kelvin.

 

„Była to sala iście tronowa, ale i żałobna zarazem - ściany okrywał kunsztownie sfałdowany kir, na czarnych sznurach zwisały z wysoka lustra najcięższego kalibru - ciężkie owale weneckiego szkła, półślepe, ponure zwierciadła z rozprowadzonej ołowiem rtęci, spijającej całe światło otoczenia.”

Użycie przymiotnika „półślepe” może sugerować, że chodzi Lemowi o lustra fenickie służące do obserwacji przy jednoczesnym zapewnieniu niewidoczności.

Pisarz często w swych opisach wykorzystuje także barwę rtęci, bowiem umożliwia ona powstawanie różnych efektów świetlnych, łącznie ze skupieniem światła w sobie. Dla porównania kilka fragmentów Solaris. Warto zwrócić szczególna uwagę na grę świateł i kolorów szczególnie w drugim fragmencie:

„Nim zdążyłem się odezwać, krótkie uderzenie przywróciło zasobnikowi pionową pozycję, w przezierniku roziskrzył się rtęciowym światłem sfalowany, aż po dymny horyzont,ocean.

(…)

Czarny ogrom oceanu i puste niebo nad nim wypełniała wówczas oślepiająca swą gwałtownością walka kolorów twardych, metalicznie rozżarzonych, łyskających jadowitą zielenią — ze stłumionymi, głuchymi płomieniami purpury, a sam ocean przerzynały odblaski dwu przeciwstawnych tarcz, dwu gwałtownych ognisk, rtęciowego i szkarłatnego; trzeba było wówczas najmniejszego obłoku w zenicie, aby światła spływające wraz z ciężką pianą po skosach fal wzbogaciły się o nieprawdopodobne, tęczowe migotania.

(…)

Ten oczywisty znak końca dostrzeżonej symetriady, w połowie gorejąc krwawo, w drugiej jaśniejąc jak słup rtęci, rozrósł się w dwubarwne drzewo.

(…)

Kiedy niebawem wzeszło słońce, pusta, martwa płaszczyzna, ledwo zaznaczona zmarszczkami fal posyłających rtęciowe łyśnięcia w okna Stacji, rozpościerała się znowu we wszystkich kierunkach.”

I jeszcze zdanie z Niezwyciężonego:

„Chmura, która dostała się w promień odrzutu, rozsrebrzyła się wybuchem rtęci.”

Ciekawe studium kolorów u Lema i problemów translatorskich przynosi tekst Elżbiety Skibińskiej z książki Lem i tłumacze.368 Podobnie jak rtęć także opal umożliwia grę świateł. Astronauci odlatujący z Edenu zwracają uwagę – patrząc w ekran – że planeta Eden przypomina kroplę opalu i daje niespotykany wśród planet blask. Kojarzy się to z czystością, co zbliża z kolei do pojęcia claritas – blasku i lśnienia – utożsamianych z kategorią piękna.369 Dopiero wysokość i pośrednictwo ekranu zmieniły odbiór planety, na której przecież dokonuje się okrutnej – z ludzkiego punktu widzenia – inżynierii biologicznej.

Obcy w Edenie, w pewnym sensie ocean w Solaris oraz czarna chmura w Niezwyciężonym – wszystkie te formy obcości niejako każą człowiekowi spojrzeć najpierw najpierw na swoje odbicie. Po co? Aby zrozumieć, że kosmiczna eksploracja i technologiczny rozwój ludzkości powinny zedrzeć przede wszystkim fałsz antropocentryzmu. Ogrom luster, które pojawiają się na kartach powieści Lema każą też spojrzeć na świat jako na teatr w myśl słów Genneta: „Świat i teatr mają budowę lustrzaną. Jest ciągiem odbić, różnych i zawsze takich samych.” 370

Zarówno Kelvin jak i Rohan doświadczają swoistego misterium, które każe im przewartościować nagle sposób myślenia, doprowadza nawet do zafascynowania pięknem obcej formy. I trudno tu nawet powiedzieć formy życia w rozumieniu biologicznym. W tym kontekście dokonuje humanistycznego zwrotu, staje się posthumanistą. Chwila lustrzanej kontemplacji uzmysławia jeszcze jedno. Największym wrogiem człowieka, jednocześnie jego panoptikalnym nadzorcą jest on sam. Czarna chmura de facto nie zabija – powoduje jedynie sprowadzenie człowieka do stadium dziecka, jak powiedziałby Gombrowicz dokonuje procesu infantylizacji. Niestety dorośli zamienieni nagle w dzieci sami zaczynają do siebie strzelać. Używają antymaterii i anihilatorów, są w stanie nawet doprowadzić do armagedonu jak w Fiasku. Rohan zostaje przez chmurę „ocalony”, w czasie wędrówki prawdziwe zagrożenie nie pojawia się ze strony „obych”, ale w chwili, kiedy Rohan dostaje się w sferę działania promieniowania wywołanego atakiem przysłanego tu wcześniej Cyklopa.

 

IV 4. Ruch dośrodkowy

Panopticon koncentrycznie modeluje przestrzeń, jednocześnie też widzi i więzi. Podobne założenia widać w większości powieści Lema. Często, śledząc na przykład trajektorię bohatera, odnosi się wrażenie, że przypomina ona bieg po bieżni z wyznaczonymi torami – ruch rozpoczyna się po zewnętrznej, by po kolejnych etapach – okrążeniach przenosić się na coraz bardziej wewnętrzne tory. Podobne modele zyskują u Lema rozmaite metafory. Dla przykładu w Fiasku znajdziemy taki fragment:

„Podobnie jak środek cebuli otacza warstwami miąższ, widoczny na przekroju niby słoje drzewa, tak kollapsar w rezonansie otacza się giętym grawitacją czasem, a raczej zawiłym uwarstwieniem czasoprzestrzeni.”

Taką wirtualną strukturę przybiera docieranie do prawdy, wypełnianie rozmaitych misji, tak też – analogicznie - zbudowane są postacie obcych. Żeby nie być gołosłownym warto przypomnieć budowę dubelta, sławetnych kurdli, Kwintan, mechanicznych insektów na Regis III, czy też wspomnianej mechanicznej modliszki z Maski.

Anegdotycznym i kwintesencjonalnym oddaniem konstrukcji przestrzennoobrazowych, o których piszemy jest koncept bajki Biała śmierć. Lem przedstawia w niej Aragenę, na której wybudowano państwo zbudowane do środka. Na lądzie nie ruszono „choćby najmniejszego kamyka”. Głazy z eksploracji wnętrza wyrzucono w próżnię, dzięki czemu utworzono – co ważne – zewnętrzny krąg. W środku, pod lądami domy budowano dachami w kierunku jądra, w efekcie centrum planety otoczone zostało kopulastymi lustrami. W jądrze przechowywano czarny kryształ zawierający pamięć powstania ludu. W bajce pojawia się także motyw znany ze starożytnego eposu – koń trojański, tu w postaci obcego statku, który spadł na skorupę. Nie przez przypadek chyba Lem przyrównuje go do kielicha. Kojarzy się to z Graalem. Jerzy Jarzębski pisze, że motyw ten funkcjonuje u Lema dość często.371 Statek zostaje zabrany do wnętrza planety, po czym Enteryci (nomen omen) – w głównej pustelni badawczej - starają się dostać do jego wnętrza. Niczego nie znajdują. W statku jest jednak śmiercionośna broń – pleśń (motyw znów antycypowany już w Ogrodzie ciemności), która z czasem sprowadza zagładę na lud Arageny. U Lema katastrofisty odkrycie prawdy, dotarcie do źródła, nasiona – niesie zgubę. W najlepszym razie obojętność lub agresję. Podobny schemat znajdujemy w Niezwyciężonym: po przedstawieniu koncepcji Laudy i odkryciu budowy mechanicznych owadów budujących czarne chmury, których istotę starała się zgłębić załoga krążownika okazuje się, że pojedyncze „owady” są całkowicie niegroźne – podobnie jak izolowany zarodek pleśni. Groźne stają się wtedy, gdy zaczynają się łączyć. Dowiadujemy się, że insekty te mają też, bo jakże by inaczej, szkatułkową budowę:

„Twory te, o dokładnej troistej symetrii, przypominające kształtem literę Y (…) mieściły w swoim wnętrzu mikroskopijną, a zawsze taką samą konstrukcję.”

IV 5. Strażnik panopticonu

Widzenie – to kluczowe słowo przy omawianych porównaniach i interpretacjach. Ważne jest kto widzi, jak widzi oraz pytanie czy w ogóle ktoś widzi, wizualizuje.372 Problem ten eksponowany jest w Kongresie futurologicznym, szczególnie na końcu opowiadania. Kiedy po zażyciu ocykanów różnej generacji rzeczywistość zdziera przed Tichym kolejne przesłony i okazuje się, że utopia zamienia się w dystopię, znany podróżnik zastanawia się, czy istnieje konstruktor globalnego psychemicznego fałszu.

 

„Ściskając w ręku framugę, patrzałem w perspektywę ulicy, z jej ruchem, cwałem, krzepą, jako jedyny świadek, jedyna para oczu widzących — czy na pewno jedyna para oczu widzących — czy na pewno jedyna? Okrucieństwo tego spektaklu zdawało się domagać innego obserwatora, jego twórcy, bo, nie ujmując niczego tym rodzajowym scenkom, nadawałby im sens jako patron błogiego strupieszenia, więc makabryczny — ale jakiś.”

Przypomina to poszukiwania Architekta w Matriksie Wachowskich. Do nielicznych „widzących” należy tez z pewnością Hal Bregg w Powrocie. Jest anachronicznym, bo posiadającym wojenne cnoty astronautą z przeszłości. Też zastanawia się, kto odpowiada za proces betryzacji i co lub kto wywołał tak diametralne zmiany społeczne. W Kongresie odpowiedzialnym okazuje się Symington, który określa siebie jako jedynego – poza Tichym – widzącego. Wypełnia funkcję strażnika panopticonu. Siedząc na piątym lub szóstym piętrze swojej strażnicy (tak samo wysoki jest panopticon na projekcie Benthama z 1791 roku!) - widzi wszystko, ale nikt nie widzi jego. Podkreślają to dodatkowo jego czarne okulary. Funkcję fenickich luster z panopticonu pełnią psychemiczne halucynacje. Symington to w jakimś sensie wcielenie Corcorana patrzącego na swoje skrzynie, instancji projektującej trasę bohatera Pamiętnika, czy obserwatora w Solaris (choć w tym przypadku zasadne jest pytanie kto kogo tak naprawdę obserwuje?). Analiza aspektu widzenia w Kongresie doprowadza do konstatacji Paula Virillo:

 

„Wytwarzanie widzenia bez patrzenia samo stanowi jedynie reprodukcję intensywnej ślepoty, ślepoty, która staje się nową i ostatnią formą industrializacji: industrializacji braku spojrzenia.373

Oczywiście myśl Virilio w macierzystym kontekście należałoby odnieść do dominacji maszyn widzenia, do faktu, że człowiek coraz częściej myśli np. kategorią kadru fotograficznego, ale z powodzeniem rozciągnąć ją można także na świat zaprezentowany w Kongresie. W społeczeństwie przyszłości wszyscy widzą przecież wykreowany przez maskony świat, a jednak nikt naprawdę nie patrzy, gdyż realnie ma zmysły niejako odłączone. Tichy jako jedyny próbuje dokonywać prób „wyczucia” prawdy. Taka próba właśnie buduje podstawową dla wspomnianego już reżysera Marcina Gładycha interpretację panopticonu. Dla twórcy filmowego panopticon to konfiguracja ludzkiej podmiotowości zmuszonej do dokonywania rozstrzygnięć i negocjacji pomiędzy tym co rzeczywiste, a co wirtualne.374

Najbardziej chronionym punktem więzienia Benthama jest strażnica, jej niezależność i bezpieczeństwo – co dość oczywiste – nadaje sens funkcji kompleksu. Czy będzie to strażnik, władca czy drogocenny przedmiot – w wielu konstrukcjach fabularnych, aby do niego dojść trzeba pokonać szereg niebezpieczeństw. Do jądra ciemności dociera bohater powieści czytanej przez Marka Tempe – wskrzeszonego Pirxa w Fiasku. Lektura zaproponowana przez Gerberta opowiada o losach wyprawy mającej na celu dotarcie do centrum potężnej kolonii termitów. Podróż, w finale której pozostają dwaj uczestnicy – główny bohater i jego czarnoskóry pomocnik przedziera się przez coraz gęściej rozmieszczone kopce owadów (podobna scena z Sekułowskim i Trzynieckim pojawia się już w Szpitalu Przemienienia). Konstrukcje są coraz wyższe, z czasem przedzieranie się wśród nich przypomina podróż przez labirynt. To typowe dla Lema – labiryntowe struktury są w większości powieści autora Filozofii przypadku. Finał podróży? Podróżnicy docierają do czarnego kopca – różniącego się od innych. Niszczą go.

„(…) Mój panie, rozwaliłem ten kopiec. Była tam najpierw warstwa włókien, cienkiego przędziwa niezwykłej gładkości i mocy. We wnętrzu — centralna komora, otoczona grubą warstwą termitów. (…). Wydobyłem ów przedmiot z komory, zamknąłem w kasetce z blachy stalowej i natychmiast razem z moim Uagadu ruszyłem w drogę powrotną. (…)

Na pierwszym postoju uważnie obejrzałem tę rzecz porwaną z czarnego kopca. Kiedy oczyściłem ją z nalotów, ukazała się idealnie regularna kula z substancji ciężkiej, przejrzystej jak szkło, ale nieporównanie silniej załamującej światło.”

Tajemnicza kula zamknięta w sejfie ginie, ulatnia się jak kamfora. Lem demaskuje ludzką, dość paradoksalna ułomność – człowiek nie może przestać doszukiwać się celowości, kierując się logiką oczekuje zawsze sensu percypowanego i rozumianego z przyjęciem antropologicznej perspektywy.

Tymczasem inność, którą odkrywa pod warstwami innych sensów, innej materii, innej rzeczywistości jest całkowicie niezrozumiała, oderwana od ludzkich intelektualnych schematów. A może przezroczysta kula oznacza po prostu, że żadnego sensu człowiek nigdy znaleźć nie może, że na końcu wszelkich działań, jak w Dziewczynie Leśmiana pozostaje egzystencjalna pustka? Może w centralnej strażnicy, jadrze ciemności osłoniętym weneckimi lustrami nikogo tak naprawdę nie ma, a człowiek jest jedynie niewolnikiem własnych atawizmów, niezaspokojonej ciekawości i przynoszącej w istocie zgubę transgresyjności? W najlepszym wypadku szklana kula – metafora sensu ostatecznego jest osobnym światem, do którego człowiek nie ma wstępu. Realizowałaby się w takim kontekście model poliwersum, wedle którego różne światy egzystują obok siebie jak mydlane bańki.375 Czytając do końca Fiasko łatwo zauważyć, że historia o wyprawie do centrum państwa termitów funkcjonuje jako antycypacja finału powieści, w której Tempe, poszukując cywilizacji na Kwincie staje przed dziwnie wyglądającymi kurhanami. Niewiele zastanawiając się, niszczy kopiec, myśląc, że znajdzie tam żywą istotę.

„Zamachnął się trzymanym oburącz biometrem i uderzył w chropawą skorupę, kuł ją i kuł, aż pękła i z rozrywu buchnął żółtobiały kurz jak z purchawki — ukazując nie ślepia istot skrytych w wewnętrznej komorze, lecz lite powierzchnie głęboko ziejącego rozcięcia z tysięcznymi drobnymi porami — jak rozwalony siekierą na dwoje chlebowy bochen z ciągliwą surowizną zakalcowatego ciasta w środku.”

 

I na nic zdaje się to, że biosensor Pirxa-Parvisa pokazuje, że ma do czynienia z tworami żywymi. Jego wyobraźnia, staje się jego wrogiem. Oczekuje istoty antropomorfizowanej, dlatego zawiedziony, instynktownie wpada w gniew. Do tytułowego fiaska przyczynia się emocjonalny afekt i paroksyzm. Lem również i teraz sięga po utarty chwyt – w zakończeniu powieści używasymbolu światła. Jest to światło niszczące – Hermes otwiera ogień. Wschodzące słońce nie jest już złotem i bielą jak w Powrocie z gwiazd. To słońce laserowe. Nie załamuje się we łzach, ale - wywołując termiczny udar, od którego znika woda, przynosi jedynie śmierć.

 

 

 

 

Rozdział V

ŚWIAT NA KRAWĘDZI

V 1. Światła snu

Oniryczny charakter u Lema ma przestrzeń np.: narkotyczna, fantomatyczna, będąca technologicznie wyprodukowanym solipsyzmem, czy też poddana sensorycznej derywacji i restytucji pod wpływem programu symulacyjnego. Tych ostatnich określeń używa Lem w opowiadaniu Materac.376 Wydaje się, że za kreację takich światów odpowiada ten sam model wyobrażeniowy, który służył do zbudowania przestrzeni koncentrycznej kumulującej się niejako albo wokół środka hipotetycznego panopticonu, „świętych słupów” i każdego innego modelu opartego na kontraście wnętrza i zewnętrzności.

Przy światach będących wytworem symulacyjnej technologii, halucynacji bądź po prostu snu intrygującą, acz chyba jednoznacznie nierozstrzygalną kwestią pozostaje określenie rodzaju światła. Skoro śnimy o słońcu, to czy mamy do czynienia z blaskiem naturalnym czy sztucznym? Nawet przebywając na jawie widzimy przecież w jakiś sposób zniekształconą rzeczywistość. Lem już w Summie zastanawiał się nad różnymi eksperymentami technicznymi projektującymi przed człowiekiem, albo raczej w człowieku doskonałe imitacje świata. Projektował np. „antyoko” rodzaj okularu, który w ciągu dnia zapisywałby dane odbierane okiem naturalnym, aby później wytwarzać imitacje rzeczywistości:

„Kiedy więc nasz człowiek spoczywa w mroku, a wszystkimi jego nerwami domózgowo biegną serie bodźców, zupełnie takich samych jak te, które biegły nimi, gdy siedział na werandzie z różą, znajdzie się, subiektywnie, w tamtej sytuacji. Będzie widział niebo, różę we własnej ręce, w głębi za werandą ogród, trawniki, bawiące się dzieci itp.”

Nad różnymi fenomenami widzenia i ślepoty zastanawia się też Lem w aspekcie biologicznym. W wywiadzie z Fiałkowskim zdradza swoje fascynacje:

„Co do ślepoty: mówiło się o zastąpieniu siatkówki przez urządzenia w rodzaju siatki z, mówiąc grubo, drucikami. Chodziło o bezpośrednie drażnienie kory mózgowej w okolicy potylicznej. W takim wypadku o żadnym czytaniu nie ma mowy, choć można odróżnić światło od ciemności, ale byłoby to postrzeganie pozawizualne.

— „Trzecie oko”?

— Raczej nie to; w mózgu mamy jakby kolejne stacje widzenia. Siatkówki obojga oczu to są właściwie części mózgu, nie tylko ontogenetycznie, płodowo należą do mózgu. Potem one się krzyżują w tak zwane chiasma opticum i przy wzgórkach czworaczych dochodzi po raz pierwszy do widzenia, jeszcze nieświadomego. Jeśli ktoś cierpi na ślepotę korową, można mu rzucić piłkę i on ją chwyci, choć sam nie wie, jak to robi. Nie można powiedzieć, że ten ktoś widzi świadomie — ale coś w jego mózgu widzi.” 377

Jak tego typu zainteresowania odzwierciedliły się w przestrzeni literackiej? Powstały różne wersje światów, których nie można być pewnym, których status istnienia jest lub może być zakłócony. W Kongresie futurologicznym, który zaliczyć można do gatunku inner space 378 - sprawa jest oczywista – świat przyszłości tam ukazany, hibernacja i odkrycie psychemicznego fałszerstwa rozgrywa się w sferze onirycznej. Powstaje jednak pytanie, kiedy tak naprawdę bohater zasypia – czy dopiero wtedy, gdy już znajdzie się w ciemności podziemi Hiltona, czy wcześniej? Zwróćmy uwagę na pewną prawidłowość, którą dostrzec można zarówno w Kongresie jak i Solaris. Często skondensowanie akcji następuje po sytuacji, w której na chwilę gaśnie światło, bohater pozostaje sam i na chwilę zapada w drzemkę. Porównajmy dwa fragmenty – z Solaris i Kongresu, oczywiście nad pierwszym z nich, co wiadome unosi się żywioł groteski:

„Usiadłem na metalowym krzesełku pośrodku pustej przestrzeni, z dala od wszystkich rzeczy. Chciałem być sam. Z zadowoleniem stwierdziłem, że mam jeszcze ponad pół godziny czasu; trudno, skrupulatność w przestrzeganiu wszelkich, wszystko jedno: ważnych czy nieistotnych zobowiązań jest moją naturą. Wskazówki na dwudziestoczterogodzinnej tarczy zegara stały na siódmej. Słońce zachodziło. (…)

Zamknąłem oczy. Panowała zupełna cisza, jeśli nie liczyć rozlegającego się w regularnych odstępach czasu miaukania rur. Woda cykała cicho w łazience, kapiąc na porcelanę. (…) Drgnąłem, bo zapaliło się światło. Oczywiście, fotokomórka, wrażliwa na zapadający zmierzch. Pełen byłem oczekiwania, napięcie narastało do tego stopnia, że w końcu nie chciałem mieć za sobą pustej przestrzeni.”

Jeśli chodzi o sytuację w drugim fragmencie dzieje rozgrywa się ona już po przybyciu na stację i po spotkaniu ze Snautem. Ta chwilowa kontemplacja - „z dala od wszystkich rzeczy” być może, biorąc pod uwagę tylko jedną wersję interpretacyjną Solaris – jest momentem, kiedy zaczynają być niejako skanowane wspomnienia Kelvina. Zapada zmrok, po pewnym czasie światło naturalne ustępuje miejsce światłu sztucznemu. Kapanie wody (Kelvin, co symboliczne chwilę wcześniej wziął prysznic) w takich warunkach jest hipnotyczne. Zamknięcie oczu to jakaś transgresja, od tego momentu tak naprawdę Kelvin zacznie zmagać się z samym sobą, to miejsce inicjacji. Punkt kluczowy wyznaczający dalsze perypetie. Przy pewnych założeniach interpretacyjnych można też przyjąć, że od tego momentu nad powieścią unosi się duch oniryzmu i działania fantazmatów - „Gdy rozum śpi, budzą się demony”. Połączenie wody i mroku jako motywów towarzyszących pojawieniu się istot z innej sfery mieści się w topice romantycznej. Antropologia kulturowa ukazuje, że sobowtór – jako najpierwotniejszy obraz istoty ludzkiej – rozpoznawany jest przez człowieka w swym odbiciu w lustrze wody i we własnym cieniu, pojawiającym się w halucynacjach bądź śnie.379

Jest jeszcze jeden ciekawy szczegół, który umożliwia podbudowanie klarującej się hipotezy. Chwilę przed tym, jak Kelvin odpoczywa – przebiera się (także teatralny gest, zapowiadający jakąś zmianę) i przypadkowo znajduje w notatniku klucz od swojego ziemskiego mieszkania.380 Przedmiot ten w jakiś sposób łączy ziemskie wspomnienia z wyobraźnią kształtująca się na Solaris, jako symbol jednocześnie otwiera, daje dostęp do ziemskich kompleksów, z drugiej strony ogranicza, bo nie pozwala się oderwać od traumy, która rozegrała się w życiu Kelvina – wiadomo przecież, że Harey popełniła samobójstwo.381

Gaston Bachelard otwiera jedną ze swych książek słowami: „Świat rzeczywisty zaciera się przed nami, gdy tylko przenosimy się myślą do domu naszych wspomnień”.382 Klucz – przedmiot nierozerwalnie związany z kategoriami otwartości i zamknięcia, wnętrza i zewnętrza pojawia się jeszcze w Solaris kilkakrotnie, m.in. wtedy gdy Sartorius zatrzaskuje przed Kelvinem drzwi, chroniąc wiedzę o swoich „gościach”. Ważniejszy chyba jest jednak fragment, gdy Kelvin próbuje pozbyć się Harey, zastosować jakąś formę mechanizmu wyparcia. Zamyka ją w kapsule, którą pragnie wystrzelić w przestrzeń kosmiczną, poza krawędź swojego świata.

„Dwoma ruchami wrzuciłem oba rygle do oporu i przygotowanym kluczem zacząłem dokręcać pięć śrub mocujących w wyżłobieniach pancerza. (…) Gdy dokręcałem przedostatnią śrubę, poczułem, że metalowe zastrzały, w których tkwi rakieta, zawieszona tylko na występach z trzech stron, drżą leciutko, ale pomyślałem, że to ja sam, pracując z rozmachem wielkim kluczem, rozhuśtałem niechcący stalową bryłę. (…) Odbicia świateł lotniska w jego [statku – przyp. red.] polerowanej powierzchni mieniły się i drżały. (…) Dociągnąłem ostatnią śrubę trzęsącymi się rękami, cisnąłem klucz i zeskoczyłem z drabinki.”

To oczywiście nie ten sam klucz, który znalazł Kelvin w swoim pokoju, nie zmienia to jednak jego symboliki. Psycholog pragnie zamknąć coś, co wcześniej wyzwolił, nie uwzględnia jednak, że puszki Pandory tak naprawdę zamknąć się nie da. Harey – nawet wysłana w kosmos – nie zostanie przecież zniszczona, więcej – zostanie skopiowana. Pandora – jak wiadomo – została stworzona przez Hefajstosa. Jej materią jest glina – to twór techniczny i tylko przez zaawansowaną technologię może być unicestwiona. 383

Kiedy pojawia się fantomowy sobowtór Harey, Kelvin próbuje rozpoznać, czy nie halucynuje. Początkowo nie jest jednak w stanie tego zrobić. Nie dostajemy zatem jednoznacznej odpowiedzi, jaki status ma rozgrywający się dramat. Przywołajmy cały akapit:

 

„Pomyślałem, że mógłbym zażyć jakieś lekarstwo, jakiś silnie działający środek, na przykład peyotl lub inny preparat, który wywołuje omamy i barwne wizje. Przeżycie takich fenomenów udowodniłoby, że to, co zażyłem, istnieje naprawdę i jest częścią materialnej, otaczającej mnie rzeczywistości. Ale i to — kontynuowałem myśl — nie byłoby pożądanym eksperymentem kluczowym, ponieważ wiedziałem, jak środek (który sam musiałem przecież wybrać) powinien działać, a zatem mogło być tak, że zarówno zażycie tego lekarstwa, jak i spowodowane przez nie efekty stanowić będą jednakowo twory mej wyobraźni.”

Dopiero uporczywe matematyczne badania zestawiające dane Sateloidu i własne pomiary udowadniają Kelvinowi, że nie jest obłąkany. Czy jest to jednak do końca przekonujące jeśli przyjąć, że możliwy jest wielopiętrowy sen? Zaraz po wykonaniu obliczeń Kelvin wypija bulion i kładzie się, nie gasząc ze zmęczenia światła. Kiedy się budzi, naprzeciw łóżka dostrzega znów Harey.

„Pierwszą moją myślą było: „jak to dobrze, że to jest taki sen, w którym się wie, że się śni”. Mimo to wolałbym, żeby znikła. Zamknąłem oczy i zacząłem życzyć sobie tego bardzo intensywnie, ale kiedy je otworzyłem, siedziała tak samo, jak przedtem.”

W jednym z wcześniejszych akapitów zacytowane zostały słowa Gastona Bachelerda dotyczące wspomnienia domu rodzinnego. Kris Kelvin przywozi ze sobą na Solaris obraz postaci, które wywarły na niego wpływ. Przez filtr tych obrazów odbiera rzeczywistość. Jest ona przez to zdeformowana i jakby nierzeczywista. Kelvin wyznaje, że Harey wypełniła go „bez rysów, bez kształtów bez twarzy”. To w gruncie rzeczy kwintesencja romantycznego uczucia, nie mającego w sobie nic ze sfery profanum. Z kolei twarze solarystów – niczym we śnie – przeradzają się w fizjonomie innych ukochanych przez Krisa osób. Patrząc na okładkę monografii Giessego – ojca solarystyki, Kelvin utożsamia ją z twarzą własnego ojca, tracąc jednocześnie poczucie rzeczywistości:

„Widziałem tylko miedzioryt na tytułowej karcie monografii, gęsto zakreskowane tło, którym artysta obwiódł jego głowę, że stała niczego nie podejrzewając prawie w aureoli, tak podobna nie rysami, lecz rzetelną, staroświecką rozwagą do twarzy mego ojca, i w końcu nie wiedziałem, który z nich patrzy na mnie. Obaj nie mieli grobu, rzecz w naszych czasach tak częsta i zwykła, że nie budząca żadnych szczególnych wzruszeń.”

Wnikliwym czytelnikiem Solaris – choć nielubianym przez Lema - musiał być Andrzej Tarkowski. To zapewne ten fragment posłużył filmowemu wizjonerowi do autorskiej adaptacji kinowej. Aureolą obdarza reżyser nie Giessego, ale Matkę Boską na ikonie Rublewa. Jednocześnie ten właśnie przedmiot łączy metaforycznie Krisa z Ziemią. Z kolei postać ojca Krisa zostaje znacznie mocniej wyeksponowana w filmie niż w książce. Psycholog, niczym syn marnotrwany wraca do ojca w ostatniej scenie – kontakt z oceanem równa się kontaktowi z ojcem. Można przypuścić, że Tarkowski zdecydował się na taką komplikację fabuły po interpretacji ostatniego zdania wyżej przywołanego fragmentu.384 Zarówno Giesse jak i ojciec nie mają grobu. Co to oznacza? Giesse zginął w solaryjskiej Ekspedycji Stu Sześciu. Jego grobem jest zatem ocean. Skoro Kris we wspomnieniu utożsamia dwóch mężczyzn może oznacza to, że odlot z Ziemi to pożegnanie z ojcem, a zatem jego grobem również staje się ocean. Intrygująca zatem byłaby interpretacja filmowa Tarkowskiego. Szkoda jedynie, że Lem krytycznie odniósł się do tego filmu, mimo że – jak sam mówi Beresiowi – nie widział go.

Kris Kelvin mógłby powiedzieć za Bachelardem: „Sny moje nie dzieją się w mieszkaniu paryskim, tej geometrycznej bryle (…), komórce z cementu, pokoju o żelaznych żaluzjach.”385 Psycholog ciągnie za sobą ziemskie fantazmaty, które wryły się w mentalność. Po lekturze Solaris czytelnik uprawniony będzie, aby zapytać, czy Harey jest, czy jej nie ma? W końcu przychodzi i finalnie odchodzi właśnie w trakcie snu Kelvina. Czy neutrinowa budowa determinuje w jakiś sposób jej status ontologiczny? Chyba nie, skoro z czasem Kelvin jest w stanie ją pokochać. A może rzeczywistość stoi pod znakiem zapytania i jest tak subiektywna, że trudno mówić o realnym i obiektywnym istnieniu świata? Tego rodzaju problemy, które później w postmodernistycznym duchu spopularyzuje Bachelard były już widoczne w najwcześniejszych utworach Lema. Intrygujący jest fragment Szpitala przemienienia, w którym ksiądz odpowiada Stefanowi sprowadzającemu życie i śmierć do procesów somatycznych, że tego świata w ogóle nie ma. 386

Solaris to powieść o klaustrofobicznej fantazmatyczności rozgrywającej się między jawą a snem. Atmosfera stacji solaryjskiej – jej osobliwa pajęczyna przestrzeni i czasu jak powiedziałby Benjamin, auratyczność387 tego wirującego nad oceanem dysku ewokują odbiór w kategoriach surrealizmu i oniryzmu.

Kelvin nie wie niekiedy, co oddziela sen od czuwania:

„— Czy to już czas na dzień ? — spytała matowym głosem. Był to jakby pół sen, pół jawa.

(…)

W okolicznościach właściwie niewyrażalnych, w przestrzeniach pozbawionych nieba, ziemi, podłóg, stropów czy ścian, przebywałem jak gdyby pokurczony czy uwięziony w substancji zewnętrznie mi obcej, jak gdybym całe ciało miał wrośnięte w na pół martwą, nieruchawą, bezkształtną bryłę albo raczej jakbym nią był, pozbawiony ciała, otoczony niewyraźnymi zrazu plamami o bladoróżowej barwie, zawieszonymi w ośrodku o innych własnościach optycznych od powietrza, tak że dopiero zupełnie z bliska rzeczy stawały się wyraźne, a nawet nadmiernie i nadnaturalnie wyraźne, bo w tych snach moje bezpośrednie otoczenie przewyższało konkretnością i materialnością wrażenia jawy. Budząc się, miałem paradoksalne uczucie, że jawą, prawdziwą jawą było właśnie tamto, a to, co widzę po otwarciu oczu, jest tylko jakimś jej wyschłym cieniem.”

Benjamin, pisząc o auratyczności danego miejsca wspominał o transendentnym wymiarze doświadczenia, podobnie jest tutaj - „w okolicznościach właściwie niewyrażalnych”. Niepowtarzalny klimat Solaris udaje się osiągnąć Lemowi właśnie poprzez tę próbę wyrażenia niewyrażalnego przy jednoczesnym balansowaniu między jawą a snem. W przytoczonym fragmencie wykorzystuje pisarz pewien model podmiotowej percepcji, który funkcjonuje też w innych dziełach. Chodzi o celowo dokładnie nieokreślony stan zawieszenia między życiem i śmiercią przy somatycznym poczuciu przebywania w substancji o „innych własnościach optycznych od powietrza”.

Tego rodzaju stan odczuwa też Tichy w trakcie swojej sennej perygrynacji – chodzi o moment, kiedy po którejś z rzędu transplantacji budzi się w substancji przypominającej kisiel oraz doświadczenie wybudzania z hibernacji. W Fiasku podobnych zjawisk doświadcza wskrzeszany Pirx – Marek Tempe. Także bohaterka Maski znajduje się w miejscu – poza miejscem, w czasie jakiegoś transcendentnego aktu tworzenia a później zamykania w ciemności. Lem zmaga się w takich opisach z oddaniem wrażeń w czasie wyłączonego aparatu zmysłowego, w momencie powtórzonego trwania prenatalnego bądź anamnetycznego. Jakąś formą zobrazowania tego typu doświadczenia jest też umieszczanie ciała w maszynach proponujących daleko idącą ekstensję zmysłów i somatyczności. Idzie tu o LEM-y w Pokoju na Ziemi i diglatory w Fiasku. To kolejne wersje lemowych matrioszek. Różnica między nimi polega na tym, że LEM-y to maszyny, które działają w parze, tzn. w jednym urządzeniu, stacjonującym np. na orbicie siedzi człowiek, a drugi LEM będący zdalnikem wykonuje zadania na planecie. Człowiek ma przez to wrażenie bycia na tej planecie, choć tkwi tak naprawdę bez ruchu. Diglator zaś bądź wielkochód jest typowym przedłużeniem człowieka jego kończyn i korpusu - maszyną fantomatyczną.

 

 

V 2. Chwile liminalne – wejście w mrok

Świetliki gasły jak słońca

Snęły sny księżyca

Topniały ostatnie obłoki

Woda mieszała się z ziemią

Światło mieszało się z mrokiem

Schodząc w przedświetlną ciemność388

Płynność, cykliczność, zanurzenie, immersja – wieloma słowami można by próbować oddać te dziwne narkotyczne stany bohaterów powieści. Dotyczą one z wszech miar uczestnika Ósmego Światowego Kongresu futurologicznego. Od którego momentu śledzić jego sen? Przy pierwszej lekturze może się wydawać, że dziwność świata przedstawionego zaczyna się kondensować, kiedy Tichy zasypia w kanale Hiltona:

„Morzyła nas senność; żeby nie powpadać do kanału, przywiązaliśmy się, czym kto mogł, do żelaznej drabinki pod klapą. Z niespokojnej drzemki wyrwał mnie odgłos wybuchu silniejszego niż wszystkie dotąd; rozejrzałem się w panującym półmroku, bo przez oszczędność wszystkie latarki prócz jednej zgaszono. Na brzeg kanału właziły wielkie, grube szczury.”

Podobnie jak w Solaris wydaje się, że bohater tylko na moment zamyka oczy. Gdy budzi się jest już jakby w innej sferze, która zaczyna kumulować coraz szybciej niecodzienne przypadki. 389 Probierzem oniryczności świata są szczury – ich nietypowe zachowania zaświadczają o głębokiej halucynacji. O kluczowości tego momentu w fabule zaświadczałby jeszcze fakt, że po upadku Tichego z Symingtonem w ostatnich scenach opowieści bohater wpada do wody w kanału – tworzyłoby to pewną klamrę. Warto by jednak zaryzykować tezę, że sen – halucynacja Tichego rozpoczyna się wcześniej. Sygnałem tego momentu jest wypicie wody i zgaszenie światła w Hiltonie. Ijon znajduje się – podobnie jak Kris Kelvin – sam w swoim pokoju. Na setnym piętrze hotelu Hilton.

„(…) zadowoliłem się szklanką wody z kranu. Ledwom ją wychylił, zgasło światło w łazience i obu pokojach, telefon zaś, bez względu na to, jaki nakręcałem numer, łączył mnie wciąż tylko z automatem opowiadającym bajkę o Kopciuszku.

(…) wetknąłem w krążek masła strzęp papieru, wyrwany z foldera kongresowego, i gdym go zapalił zapałką, uzyskałem kopcącą wprawdzie, ale jednak świeczkę, w której blasku zasiadłem na fotelu, bo miałem wszak jeszcze ponad dwie godziny wolnego czasu (…).”

Stosując psychoanalityczne narzędzia mona by dojść do wniosku, że woda i/lub ciemność oznaczają jakąś transgresję, moment liminalny, zwiastują krawędź rzeczywistości. Kris Kelvin przed drzemką bierze prysznic, potem słyszy, w mroku kapanie wody, dziwna falista „kurtyna” w Edenie to także zwiastun przejścia w inny świat. Rohan chmurę określa jako czarne morze – po spotkaniu z nim jest już innym człowiekiem. Z kolei jako „krwawoczarny” określany jest ocean solaryjski. Oczywiście nie zapominajmy o czarnych wodach kanałów Hiltona czy czarnej wodzie w deszczówce w Ogrodzie ciemności. Krypty – jaskinie - kryjówki znajdziemy jeszcze w Powrocie (w dziwnej formie restauracji), wczesnych Astronautach (zejście do wenusjańskich podziemi), Niezwyciężonym (wspomnieliśmy już o kontraście trwałości mrocznych jaskiń i efemeryczności świetlanej rakiety), Pokoju na Ziemi (kiedy Tichy wchodzi do pomieszczenia przechowującego kadłuby – zwłoki robotów). Z pewnością nie jest to zestaw kompletny. Nie chodzi jednak tu o zestawienie wszystkich analogicznych obrazów, a o wniosek. Zejście w mrok to jeden z częściej wykorzystywanych przez Lema modeli wizualnych, zakorzenionych oczywiście dość mocno w kulturze.390 Oczywiście motyw ten pojawia się też szablonowo w wielu powieściach, czy filmach science-fiction. U Lema nabiera on jednak bardziej parabolicznego sensu.

Owo gaszenie światła, którym się teraz zajmujemy jest w istocie fabularnym detalem, który odsłonić może bardzo głęboką płaszczyznę ontologiczną.

Wszystko wynika z pytania, kto gasi światło i dlaczego to się dzieje? Sugerowane jest przecież w ten sposób istnienie jakiejś płaszczyzny nadrzędnej, kreatora, kontrolera, władcy, a może jak w powieści Adama WiśniewskiegoSnerga Mechanizmu lub jak chciałby Gibson czy Wachowscy Matrixu, wielkiego konstruktora, czy inżyniera. Byłożeby życie bohaterów światów Lema jedynie „przechodnim półcieniem”, a oni sami aktorami w spektaklu? Na pewno tak. W wielu światach przedstawionych autora Dzienników gwiazdowych