UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

1 1 1 1 1 Rating 4.57 (7 Votes)

Image1. Przeglądając „Odry” ostatnich lat, skonstatowałem, że moje sylwy wywodziły się na ogół z bieżących zajść, przez co polityki było w nich więcej aniżeli długowiecznej myśli. Z czasem jednak, gdzieś koło 1993 roku, jęło się stawać przemożne ciążenie ku nauce, pomieszanej z filozoficzną refleksją. Grawitacji takiej ulegałem zresztą „zawsze”, to znaczy, wedle rozmiarów ludzkiego życia, od jakichś bez mała trzydziestu lat. Człowiek piszący (homo scriptor) może jako tako panować nad tekstem doraźnie koncypowanym, ale im tekst obszerniejszy, tym jawniej wymykają mu się z rąk cugle. Konspekt konspektem, plan planem, ale predyspozycje z wolna biorą górę i na koniec inklinacje uzewnętrzniają się niczym bieg koni, co zagryzły wędzidła. Nie mówię tego ani żeby wyjaśniać i podkreślać powiększającą się „głębię” tych sylw, to jest, aby się wynosić bądź na odwrót, poniżać. Staram się po prostu powiedzieć, jak to jest, szczególnie ze mną, albowiem już dawno przekonałem się, że znam początki tego, co pisane przeze mnie, ale dokąd mnie to pisanie poniesie, na ogół raczej nie wiem i nie dotyczy to wyłącznie beletrystyki: z tym, co dyskursywne, było zazwyczaj tak samo. Sypię mąkę, dodaję tego, co mące się należy, a kiedy już wraz z drożdżami ciasto idzie do wypieku, jak w miarę doświadczona gospodyni domowa, nie wiem, czy to, co urośnie, będzie apetycznie lekkie i dorodne, czy też się zakalec ulęgnie i wszystko mi oklapnie.

Jest w tym procederze sporo podobieństwa ze snem, który śniąc się, wysnuwa się w kierunkach dla śpiącego-śniącego niewiadomych poza chwilą doraźną. Gombrowicz zalecał poddawanie się takim śnionym, a może na wpół śnionym przewodnikom: ja muszę — czy raczej winienem — być ostrożny, ponieważ jestem dywagacjonistą-dygresjonerem zwłaszcza w zakresie pozabeletrystycznym: nie powożę mym zaprzęgiem, to on wodzi mną, kędy zachce i tylko co nieco potrafię ukrócać odskoki od przewodniego tematu wewnątrz tej konnej metafory. Może to zresztą porządna metafora wcale nie jest. Jest natomiast faktem stopniowe odchodzenie od spraw bieżących, niezamierzone, skoro ogarnia nie tylko to, co zostało przelane na papier, lecz i to, co przelane będzie. „Przelane” bierze się niechybnie od ciekłej fazy środka, jakim się pisało ongiś: inkaustu. Zresztą poddając się lubej chętce dygresyjnej, szybko dodam, że w języku odciskają się podstawowe prawa fizyki z grawitacją na czele. To widać już w parze „wynosić — poniżać”. Kto „wywyższa”, „podnosi”, „wzbija się na wyżyny”, ten się grawitacji przeciwstawia i ją pokonuje, a kto „poniża”, „spada”, ulega jej i w ten sposób przemożne ciążenie językowi także się daje we znaki: moc jego wszędzie się ujawnia, przecież, jak pisałem gdzieś, „walka biustów z ciążeniem” kończy się ich bezapelacyjną klęską i nie dotyczy to wcale płci żeńskiej; starzejącym się „wszystko z wolna obwisa”, policzki, podgardle, i mniej więcej cała reszta. Zgarbieni do grobu zmierzamy.

Z matematyką w tych jej czyhających podstępnie wnykach i zakusach, o których powstający gdzieś kilkaset tysięcy lat temu język ludzi-praludzi nic nie mógł wiedzieć świadomie, ale jakoś owe pułapki przeczuwał czy, skromniej, omijał, radzi sobie zarówno małomówność, jak elokwencja w ten trudny do uchwycenia sposób, że się wypowiedzi nie dają złapać i tym samym skompromitować okrutnym ułomnościom, odkrytym w arytmetyce przez Goedla.

Język swoją szerokoznacznością, swoją względną „mglistością” jako konotacyjną dookreślonością znaczeń poszczególnych na Goedlowską zarazę (chcę rzec: zarazę, tak odkrytą przez tego wielkiego matematyka, jak Leeuwenhoek odkrył bakterie) odpornością panlingwistyczną reaguje. Ma to, naturalnie, swoje koszty: omijanie zapaści udaje się, ale ceną tego zabiegu jest właśnie wielowykładalność zdania, sentencji, orzeczenia, książki, ba, nawet wcale prostego predykatu. Derrida nie jest lwem filozoficznym, który z wrodzoną wielkim drapieżcom wprawą za kark chwyta, kręgosłup przetrąca ofierze językowej, ponieważ dowodu Goedlowskiego nie dosiadł w sposób rokujący pewną zabójczość ukąszenia i ciosu. Mnie jego robota przypomina raczej to, czym się parają sępy o nagich szyjach, ale nie zamierzam wdawać się w kontynuowanie diatryby, ponieważ głos mój z półwsi podkrakowskiej nie donosi do Paryża. Uważam tylko, że o tym, co językowe, trzeba nie po prostu językiem mówić, lecz tu matematyczne sidła wymagają bezustannego zastawiania, a dopiero potem wolno się brać do sekcji także semantycznej. Zresztą w demokratycznie usposobionych społeczeństwach ględzić wolno niestety każdemu: tylko w totalitaryzmie prawo ględzenia zawłaszczone jest przez tyrana (lub oligokratów). Jak widać, znowuż mnie nie całkiem tam zaniosło, dokąd zrazu chciałem.

2. Zamiar mój dzisiaj jest z najzupełniej innej strefy, której ani beczką, ani parafią nie nazwę. Jest wręcz kosmiczny i na kwestiach zawartych w kosmosie może się skończy, zacząć muszę jednak pomału i skromnie. Otóż wielokrotnie jak na pustyni bezludnej nawoływałem i radziłem, ażeby Nauka wzięła się do naśladowania, przez kroki badawcze, Życia jako Technologii. W zakończeniu Summy technologicznej pisałem, że aminokwasowy, białkowo-nukleotydowy język tworzy baobaby, wirusy, małpy, krokodyle, glony, filozofów, nasz ludzki język natomiast tylko filozofie. Nieźle to może i było powiedziane, ale bardzo ogólnikowo i żadnych wniosków konkretnych nie wyprowadziłem z takich apeli na jaw, może tylko proponowaną w tejże książce „hodowlę informacji”, niejakie technobiotyczne „odwrócenie do góry nogami” tych miliardoletnich walk i klęsk, którymi posługując się, Darwinowska ewolucja naturalna gromadziła coraz więcej informacji sprawczo-twórczej. Z tego jej zbieractwa selekcjonującego wyrosło na koniec Drzewo Linneuszowe Gatunków zarówno roślinnych, jak zwierzęcych (oba się wzajem wspierają, żywią i bronią, bez żadnych żartów).

Ta moja „hodowla informacji”, przeflancowana jako superplagiat z naturalnej technologii Życia w sferę Poznania, miała nam jak gdyby zautomatyzować procesy wszelkiej epistemy akurat jakoś tak, jak siew pszenicy, to jest sypanie w glebę ziarna, „automatyzuje” pszenicy wzrost i dojrzewanie aż do bochenków chleba, ponieważ nie musimy się przecież wcale troszczyć o to, skąd takie ziarno „wie”, jak kiełkować i rosnąć należy i w jaki sposób niezbędne środki („budulcowe”) ekstrahować z gruntu i jak wykorzystywać przy tym energię słońca i właściwości chemiczne wody. Ziarno ma ten ładunek informacji, ładunek potężny gigabajtowo, zawarty już na dobre pod łuską i to samo dotyczy wszelkich przetrwalników, ziaren, jajek, jajeczek torbaczy i ssaków z ludzkimi jajeczkami i plemnikami na czele. Jeszcze ściślejszej kompresji wiedzy sprawczej, czyli słów, co stają się Ciałem, nie można już w warunkach ziemskich sprokurować i dlatego właśnie do przejęcia tej metody od biologii namawiałem.

Dobrze, ale w jaki sposób konkretny miałoby to przejmowanie wpływać na cywilizację, do aktów przejęcia już zdolną, nie potrafiłem powiedzieć. Prawdę mówiąc, potrafiłem połowicznie, po trosze, co nieco, lecz ponieważ efekty cywilizacyjnego przejęcia wydawały się (pewno) mnie samemu wręcz nie do wiary, odważyłem się je pokazać niepoważnie, na niby, sub summis auspiciis licentiae poeticae: w SF. A tam brzmiało to następująco (cytuję z Dzienników gwiazdowych):

 

3. „Koszmarne wizje, jakie roztaczają niekiedy futurologowie o świecie przyszłości, zatrutym spalinami, zadymionym, ugrzęzłym w barierze energetycznej, termicznej itd., są bowiem nonsensem: w postindustrialnej fazie rozwoju powstaje inżynieria biotyczna, likwidująca problemy tego typu. Opanowanie zjawisk życia pozwala produkować syntetyczne plemniki, które zasadzasz w byle czym, skrapiasz garścią wody i wnet wyrasta potrzebny obiekt. O to, skąd taki plemnik bierze wiadomości i energię dla radio- czy szafogenezy, nie trzeba się troszczyć tak samo, jak nie interesujemy się tym, skąd ziarno chwastu czerpie siłę i wiedzę dla wzejścia”.

Może nie całkiem od rzeczy będzie tu najpierw taka uwaga: łączny nakład Dzienników gwiazdowych, z których Podróż XXI cytowałem, we wszystkich językach (koło trzydziestu) wielomilionowo rozszedł się po świecie, ale czy ktoś jakiś, jeden jedyny, spróbował przez jedno mgnienie wziąć powyższy passus serio? Nie darmo napisałem gdzie indziej, że ten, kto chce uchronić przed kradzieżą, plagiatem, porwaniem najbardziej sekretny zamysł, winien go nie w kasach pancernych chować, lecz ogłosić w wielkich nakładach jako „sajens fikszn”. Wtedy niczyjej uwagi najmniejszej nawet na mgnienie oka nie zwróci. Nie byłoby ostatecznie nic dziwnego w tym, że tak zwana blaga SF nie zasługuje na poważne rozpatrzenie: dziwne jest jednak to, iż samemu autorowi również wydaje się rzecz wyzbyta wszelkiego sensu, który by można przeszczepić w rzeczywistość niewirtualną...

4. Lecz oto, jak słowa pieśni:

„Daedalus interea Creten longumque perosus Exilio tactusque loci natalis amore Clausus erat pelago...” wiodą dalej aż do bajecznego szykowania piór i wosku dla lotu. Po czym mija lat paręset i mamy machy, czyli jednostki równe szybkości dźwięku w powietrzu, i odrzutowce latające z licznymi machami, i jumbo jety przewożące do 400 pasażerów, i projekty budowy znacznie większych, takich, ażeby się w nich wieluset ludzi naraz pomieściło: jak w transatlantyku, nie przymierzając, a ponadto już odbywały się ponadpowietrzne wyprawy na Księżyc i dalej. Także, kiedy żadnej sajens fikszn nie było, Bacon (ten pierwszy, sprzed 400 lat), prozą, nie wierszem, i poważnie, nie w bajce, głosił w średniowieczu, że człowiek zbuduje machiny, które będą chodziły po dnie morskim, szły po lądzie i wzbijały się w powietrze: też nikt tego nie potrafił uznać za godną rozważenia możliwość. Zarazem pionierzy kosmonautyki, jak Oberth, a zwłaszcza jak Rosjanin Ciołkowski, myśleli, iż ziszczenie szczytnej idei kosmodromii ludzkość zjednoczy, ułagodzi, do Bractwa Rozumnej Współpracy wprowadzi itede itepe, po czym bardziej realistycznie nastrojony H.G. Wells pisał w książeczce o Przyszłości, że raczej jedne państwa będą, prowadząc z innymi państwami powietrzne wojny, stosowały w atakach balony sterowne, wyposażone w ostrogi do rozrywania powłok wrażym balonom (zeppelinów jeszcze wtedy, kiedy Wells to pisał, nie było). A gdy wybuchły pierwsze atomówki, napisał u schyłku wizjonerskiego żywota, że ludzkość już jest „at the end of its tether”. Ale znów zaniosło mnie w dygresję. Ten krytyczny, zacytowany tu Dziennik, groteskę, pisałem jakieś dwadzieścia lat temu, dokładniej kiedy, już nie pomnę, a obecnie wieści z obszaru nauki sypią się i kilka fragmentów dorzecznie się teraz przyda. Z podtytułów w „Scientific American”: „Obecnie badacze potrafią tworzyć myszy, ujawniające wybrane dowolnie mutacje każdego znanego genu. Technologia ta rewolucjonizuje studium biologii ssaków”.

 

Chodzi o to, że każda komórka każdego (więc i ludzkiego) ciała jest „podręcznikiem” budowy całości, że ten „podręcznik” jest „zapisany” nukleotydami, przy czym ich cztery stanowią cały alfabet, sekwencje zaś tych nukleotydów w genomie odpowiadają sekwencjom liter w słowach, niosących sens, czyli znaczenie. O nadzwyczajnym podobieństwie kodu genetycznego do pisma jużem krzyczał w nazwanej Summie, nie całkiem pierwszy zresztą na świecie, ale ekstrahując z tego podobieństwa konsekwencje, jakich na serio podówczas nie brała nauka, w zrozumiały sposób bardziej od mieszkańca półwsi pod Krakowem ostrożna. Zresztą nie wiem, czy ostrożna, czy nie: „o hodowli informacji” nie pisał nikt, a o ile mi wiadomo, o całym przetworzeniu cywilizacji wysokoenergetycznej na biocenotyczną też nikt nie napisał dotąd, mój referacik zaś z 1981 roku (dla PAN-u na jego zamówienie pisany) znikł pod nawarstwieniami kurzu i milczenia. (W RFN jako mój „wkład” do antologii SF ukazał się po niemiecku ze skutkiem jak wyżej). Gdyby, powiada biolog, litery-nukleotydy wydrukowano po 3000 na każdej stronie, to ten „podręcznik” zająłby tysiąc tomów, o tysiącu stronic w każdym. Czy to mysz, czy krowa, czy człowiek, encyklopedia nukleotydowa zawsze musi się znaleźć na starcie embriogenezy, skomprymowana molekularnie do mikroskopijnych rozmiarów podmilimetrowych...

Poziom uzyskany w „nokautowaniu” (termin z „Scientific American”) genów jest taki, jaki był poziom roboty Champolliona, kiedy pierwsze „litery” hieroglificznego napisu udało mu się „na nasze” dekodować. A właściwie to wiemy nawet mniej niż on na wstępie swojego dekodowania: prace nad dekodowaniem całego genomu ludzkiego, czyli naszej mapy dziedziczności, są wprawdzie w pełnym toku, ale poszłyby szybciej, gdyby było więcej pieniędzy. Centre d’Etude du Polymorphisme Humain w Paryżu opublikował już mapę z górą 90 procent ludzkiego genomu. Jednak rozdzielczość na tej mapie widoczna jest raczej nikła. Elementami mapy są MILIONY par nukleotydów, genetyk zaś potrzebuje około 100 tys. takich par, żeby wykryć porządnie wyosobniony gen. W nadchodzącym roku (1995) ma powstać mapa z rozdzielczością rzędu już 300 tys. Lecz naprawdę poznamy tę mapę, dopiero kiedy trzy miliardy par nukleotydów człowieczego genomu ulegną rozpoznaniu... Proces dekodowania „mapy” jest żmudny. „Pismo genów” jest molekularne, znajduje się w fazie płynnej, zabiegi umożliwiające rozpoznawanie każdej pary są kłopotliwe, dotychczas robota była ręcznie prowadzona, najświetniejsze laboratorium mogło „wyczytać” sekwencję złożoną z jakichś dwu milionów nukleotydowych par rocznie. Ledwie kilka takich laboratoriów jest na świecie, zwłaszcza w USA. Przy takim tempie trzeba by gdzieś 300 lat dla precyzacji odczytu całej mapy. Spodziewane przyspieszenie tempa odczytywań aż wykładnicze okazało się na razie (pieniądze!) zbyt optymistyczną oceną. Teraz elektroforezę odczytywań przyspieszy zastosowanie automatyzacji (więc znów wesprą nas komputery).

Największym zaskoczeniem okazała się nikłość liczby genów w całym genomie: gdzieś ledwie trzy procent to geny, resztę stanowią tak zwane sekwencje regulacyjne, niektórzy zwą je morfogenami, a sporo jest też „śmiecia”, które niczego nie koduje, czyli jest „bełkotem pseudogenetycznym”, który po prostu „korzysta” z replikacyjnej tężyzny dziedziczności niczym „pasażer na gapę” nie będący ani członkiem załogi, ani uczciwie płacącym pasażerem, ani nawet pożytecznie przewożonym „ładunkiem”. Jednym słowem, podobieństwo genowego kodu do naszego pisma jest dość nieciągłe: genom przypomina raczej pisarstwo dzikich awangardystów, którzy „hcą szczać we fszystkih kolorah”, zatapiać „nuż w bżuhu” dadaistów, aniżeli dzieła precyzyjnej poetyki. Tak jakoś jest.

 

5. W tym miejscu opuszczam frantów-deszyfrantów, dochodzę bowiem do miejsca, w którym domagają się po 200 milionów dolarów rokrocznie na dalszą robotę. A kiedy mapa powstanie, dopieroż się rozpoczną nad nią ciężkie boje, walki o to, co wolno naprawić, co można ulepszyć w sensie organizmowym i w osobnym sensie etyczno-moralnym. Lecz ja tu właściwie owo pole bitwy omijam, ponieważ chcę nareszcie dotrzeć do serca tematu: mianowicie do tej krainy, tej nowej cywilizacji, która może zaświtać po solennym opanowaniu inżynierii genowej, już nie odczytującej pismo ułożone w Przyrodzie przez Darwinowską dwójcę (doboru i mutacji), lecz układającej z liter tego pisma to, czego na Ziemi nigdy nie było w sferze biologii, a potem, wykraczając poza sferę biologii, budującej z pozabiologicznych nienukleotydów twory zwieńczone powstaniem globalnego zbioru biocenotycznego. Nie śmiem pakować do „Odry” w końcu dosyć fachowego wykładu, który posłałem ongiś PAN-owi, nie jest ona bowiem właściwym theatrum prezentacji całej sprawy. Powiem, o ile się da, i zwięźlej, i prościej, i wyraźniej, ponieważ teraz wiem już (nie dzięki sobie) więcej niż przed 14–15 laty. Roi mi się następująca wizja we wstępie. Cywilizacje powstające zaczynają wchodzić w fazę industrialną, która odznacza się rosnącą w wykładniczym tempie energetyczną żarłocznością, i jak obliczano, jeżeliby (niemożliwe do utrzymania) przyrosty energetycznych mocy globalnych trwały lat czterysta, to by się nam oceany zagotowały. Stąd i ze zbioru wszystkich kryzysów ekologiczno-atomowo-demograficzno-klimatycznych i motoryzacyjnych i tym podobnych wznosi się widmo planetarnego apokaliptycznie czarnowidztwa. Gdybyśmy jednak — gdyby cywilizacja przestawiła się w sposób tak radykalny, jak radykalnie przestawił się małpolud na technoluda — rezygnując z owych żarłoczności termiczno-nuklidowo-energetycznych oraz konsumpcyjno-produkcyjnych przeszli nie na jakąś ci tam wymyśloną przez Bella et consortes „postindustrialną cywilizację usługową”, ale na cywilizację pantechnobiotyczną (do niej to odnosi się na wpół żartobliwy cytat z Dzienników gwiazdowych), toby się od jednego zamachu rozjaśniła i przyszłość ziemska gdzieś w głębinie trzeciego tysiąclecia i jednocześnie zagadka silentium universi... Wtedy bowiem nie obowiązuje już ów schemat, wedle którego cywilizacja najpierw dysponuje mocami żywiołów (wody, wichrów), potem pobieranymi z kopalin (ropa, węgiel), które są „wkładami oszczędnościowymi”, jakie słoneczna moc na Ziemi utworzyła i nagromadziła, następnie mocami wyrywanymi atomom z nieuchronnym wypuszczeniem radioaktywnych demonów i dżinów z nuklidowej butelki, ale w końcu przerzucamy zwrotnicę w stronę wyjściowej biologicznej bazy, kolebki życia. Cokolwiek powstanie, powstanie niby przedłużenie i przekształcenie radykalnie metamorficzne wszelkiego „produktu”. Nie gramofony oczywiście poczną jak zboża rosnąć na areałach gleby, lecz twory, które tak można by zwać, jak dziś zmyślę, albowiem nazw ich nie ma w żadnym słowniku tak samo, jak nazw aut, rowerów, maszyn do szycia, komputerów, poduszkowców, spawarek nie było w słownictwie ani Greków Sofoklesa, ani Karolingów.

 

Cywilizacja taka, następnik technocywilizacji, jak gdyby „biolizacja”, nie musi się uganiać za wciąż eksponencjalnie wyczerpywanymi zasobami kopalin albo nuklidów, albowiem ona żyje-produkuje dzięki temu, że wprawdzie w znacznej mierze zniweczyła biologię Natury, tę od trawy i od dżungli, tę fotosyntezy i wzrostów drzew Linneuszowych botaniczno-animalnych, lecz zastąpiła ją takim samotworzeniem „sztucznym”, które nie naśladuje już plagiatowo funkcjonowania genów-nukleotydowych matryc i replikatorów, ale w ich miejsce wprowadza samorództwo własnych „produktów”, własnych zarodzi, własnych, przez siebie zaprojektowanych jako ściśniętych molekularnie i molekularnie rozprężonych, „ziaren”, które i homeostat planetarny utrzymują w zbawiennej stateczności, i rozumnym mieszkańcom dostarczają tego, czego im potrzeba. Byłby to zapewne jakiś kres „rynku” może, czy i „kapitalizmu”, nie wiem tu nic, ponieważ patrzę w ową dal, jakbym z Babilonu chciał dojrzeć cały, kontynentalny wiek co najmniej dwudziesty. Brak mi pojęć, nazw, terminów, brak słownictwa i słowników. Wiem tylko, że całość masy żywych organizmów planety Ziemi mniej więcej równa się masie całego wolnego tlenu w atmosferze. Czy inne cywilizacje też z wody powstają, też tlen uwalniają, także na budulcach proteinowych stoją, ponieważ budulcem proteinowym potrafią zawiadywać architekci nukleotydowogenowi, tego także nie wiem. Wiem jedynie, że ów rozziew dotąd nieprzekraczalny, owa przepaść, jaka dzieli Martwe od Żywego, zaczęła się po trosze i powolutku zapełniać. Powstają nie mosty jeszcze, lecz kładki. Mianowicie („New Scientisť’ z lutego 1994) jako „molekuły, które same siebie budują”, jako cegieł- ki cząsteczkowe, zdolne do układania się symetrycznego lub inaczej architektonicznego. Na razie wykryto „katenaty” i „rotaksany”. Pierwsze (od łacińskiego catena: łańcuch) to są jakby kółeczka łączące się ogniwami w łańcuchy, drugie, rotaksany, tworzyć umieją spirale dubeltowo „w siebie wkręcone” i tym, tą szkieletową budową podobne do spirali nukleotydowych każdego wyższego genomu! Fizykochemia, uczestnicząca w tych syntezach, skierowanych ku „sterowanym autosyntezom” poniekąd autokatalitycznym, jest raczej dość skomplikowana: i o niej milczeć tu przyjdzie. Ja zresztą wiedziałem na ogół, co będzie za lat sto, trzysta, ale o tym, co może nastąpić za rok, za dziesięć lat, nigdy nie miałem pojęcia w przeciwieństwie do członków klanu futurologów, którzy bywali wprawdzie wedle komparatystyki ich scenariuszy z gołą realnością permanentnie przegrani, lecz jakoś to reputacji nie szkodziło. Mr. A. Toffler dał wyżej nazwanemu pismu Anglików-sawantów wywiad, z którego się dowiedziałem, że bardzo zostrożniał, ponieważ na kilka stron mówiąc, nie powiedział konkretnego nic. Będąc na ten raz daleko mniej ostrożny i niezapobiegliwy, przedstawiłem powyżej przyczynę (albo jej część) silentium universi. Jeżeli po industrii przychodzą „samorośle” diligentissime służące „do wszelkiego potrzeb zaspokajania”, inaczej zaś, prymitywniej, jakby dla dzieci, „trawy-potrawy” gotowe i „wszystko inne samowschodzące” na lądach i w powietrzu, to takiej bezkrwawej, „postpredatorycznej”, nie mięsożernej, gdyż „botanicznie” przekształconej cywilizacji nikt w dystansie kosmicznym nie zdoła spostrzec, ona zaś kontaktami z prymitywizmem zwierzożerców w najmniejszej już mierze się nie zainteresuje.

 

Czy zarazem „przy okazji” dojdzie do autoewolucji Hominis sapientis: tego tematu, choć mu w książkach sporo poświęciłem uwagi, tutaj rozmyślnie już nie poruszę. To są te wieki, których dziś żyjący nie obaczą na pewno. Czy niewiedza nasza stanowi ślepotę korzystną czy niekorzystną — i tego dylematu tknąć nie chcę. W największym skrócie nazwałem w pasztecie dla PAN-u cywilizacje na dwoje od siekiery rozdzielone tak: cis-biologiczna (ta się tylko przetwarzaniem danego ewolucją naturalną kodu para i jego ontogenetycznymi, rozrosłymi w biosferę „konsekwencjami”); po niej zaś przychodzić może trans-biologiczna, która metod molekularnego budownictwa używa już poza obszarami jakiegokolwiek życiowego, żywego, do życia redukowalnego procesu. W informatyce przeciwstawieniem obu tych typów jest metoda konstruowania albo zwana „bottom–up” — albo „top–down” (o tym pisałem już zresztą w „PC Computermagazine”), „Top-down” to „z góry w dół”, z wielkich rozmiarów do możliwie małych: to co większe — narzędzia nasze, laserowe nawet, rytami tworzą „bramki” logiczne na płatkach krzemu (chipy). Natura w biologii działa na odwrót: „z dołu” (molekuł) w górę — ku ludziom, mamutom, dinozaurom i innym baobabim słoniom. Od najmaciupeńszego do najolbrzymiejszego. I ta metoda, przed miliardoleciami wynaleziona w łonie Natury nieskończenie cierpliwej, wydaje mi się nie tylko początkiem wszelkich początków, ale też szansą przyszłości, przez Rozum przejętą tam, gdzie już Głupoty złej, drapieżnej, krwawej mniej będzie. Na razie jednak na tę ostatnią jesteśmy wciąż skazani: a nawet, jak powiadają „cognoscenti”, tej barbaryzacji postrzegamy coraz więcej, atawizmy nam zagrażają, ale wróćcie, proszę, do jaśniejszej, aczkolwiek, zgodę dam, dzisiaj mniej, najmniej prawdopodobnej perspektywy dziejowej, powyżej bardzo grubo naszkicowanej. Żyjącym to, co po stuleciach nastąpi, jest zazwyczaj na nic, lecz przecież człowiek bez przyszłości to tyle samo, co przyszłość bez człowieka. A reszta jest milczeniem.

 pisałem w niedzielę Wielkanocną 1994

 Sex Wars, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004, str. 107-117