UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

lemNie zamierzam trzymać się kanonu tekstów pisanych „w rocznicę śmierci". Po pierwsze, nie potrafię; po drugie, rocznicę urodzin uważam za godniejszą upamiętnienia niż rocznicę śmierci; po trzecie zaś dlatego, iż przypuszczam, że nie życzyłby sobie tego mój Ojciec. Przed laty, na wiele lat przed moim urodzeniem, wybrał się na cmentarz, żeby towarzyszyć mojej przyszłej matce przy porządkach na grobie teścia. Z pewną zgrozą, ale i śmiechem opowiadała mi po latach, że rozsiadł się na sąsiednim grobie i spokojnie zajął lekturą „Szpilek", od czasu do czasu wybuchając śmiechem. Nie czynił tego z braku szacunku dla zmarłych – Ojciec po prostu nie uznawał konwenansów. Z perspektywy czasu nabrałem przekonania, że niekiedy w ogóle nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia.

Nie czuję się kompetentny, jeśli chodzi o określenie miejsca zajmowanego przez Ojca w świecie literatury czy filozofii. Posiadam natomiast wiedzę niedostępną badaczom literatury, która pozwala spojrzeć na Stanisława Lema z innej perspektywy: nie jako na autora powieści science fiction dla młodzieży (taki pogląd niekiedy pokutuje w Polsce), nie jako na filozofa (tak widzą Lema w Niemczech), nie jako na wybitnego prozaika (w Rosji) lub na zapoznanego autora science fiction (w USA) czy też kilkuosobową komórkę KGB wyspecjalizowaną w sianiu zniszczenia wśród amerykańskiej sf (pogląd raczej odosobniony, wyrażany przed laty przez amerykańskiego pisarza Philipa K. Dicka). Dla mnie Stanisław Lem jest po prostu Ojcem, i zabrzmi to może bluźnierczo, ale z żabiej perspektywy siedmiolatka, którym byłem, nie miało większego znaczenia, czy był on literatem, czy urzędnikiem państwowym (po cichu życzyłem sobie zapewne, żeby był górnikiem).

***

Mieszkaliśmy w Krakowie, na osiedlu Kliny, w domku jednorodzinnym, w czwórkę – babcia (od strony matki), ojciec, matka i ja. Do ówczesnych domowników należy jeszcze zaliczyć dwa psy: żółtawo-burego kundelka Dikusia oraz prześlicznego jamnika Pegaza, którego widać na wielu rodzinnych zdjęciach. Była tam również kotka Smolucha, która umilała nam życie regularnie przyprowadzając wciąż nowe, ale już odchowane kocięta.

Ojciec wstawał codziennie około czwartej rano, niekiedy nawet wcześniej. Od świtu dom wypełniał stukot maszyny do pisania. W gabinecie, którego wszystkie ściany były zastawione regałami z książkami, znajdowały się liczne sterty maszynopisów. Zdarzało się, że za domem, na łące, matka paliła teksty, które zdaniem Ojca zabrnęły w ślepą uliczkę – toteż dziś w domowym archiwum niestety próżno szukać niedokończonych manuskryptów.

Nie dysponując materiałem porównawczym, nie zdawałem sobie sprawy, że owo stukanie zza ściany nie jest chlebem powszednim innych polskich dzieci. Przeciwnie, wiedziałem przecież, że na naszym osiedlu dwa domy dalej mieszka Jan Błoński, profesor literatury, który dla mnie był po prostu wysokim panem o nieco piskliwym głosie, panem zupełnie nieszkodliwym, w przeciwieństwie do swojej żony, która kilkakrotnie udowadniała mojej matce, że odpowiednie zatkanie malcowi nosa połączone z żelaznym uściskiem za głowę pozwala wlać w niego każde, nawet najbardziej paskudne lekarstwo.

Wiedziałem zatem, że na świecie istnieją literaci, profesorowie literatury, sąsiad złota rączka zajmujący się naprawą samochodu ojca (postać w PRL-u nieodzowna) oraz górnicy. O tych ostatnich uczyłem się tylko w szkole, na podkrakowskim osiedlu próżno było ich szukać, niemniej wiedziałem, że byli ważni dla kraju, bo czytaliśmy o nich wiersze, rysowaliśmy ich w strojach galowych i nuciliśmy o nich piosenki. I wprawdzie wychowawczyni nie powiedziała tego nigdy wprost, ale szkoła peerelowska nie pozostawiała najmniejszych wątpliwości, że byli oni ważniejsi niż przedstawiciele tzw. inteligencji pracującej – i to wszyscy razem wzięci. Ojca z pewnością martwił mój ówczesny światopogląd, a przede wszystkim docelowe, domniemane, lecz zapewne rychłe włączenie mnie do komunistycznych janczarów – o czym wiem z jego korespondencji z tamtych czasów – ale wówczas nie podejmował prób „naprostowania" mojego światopoglądu i nie wyrażał swojego niezadowolenia w taki sposób, abym coś o tym wiedział.


***

Ojciec w czasach PRL-u „nigdy do niczego nie należał" i zasadniczo unikał angażowania się w politykę, choć np. w 1976 roku podpisał protest przeciwko wpisaniu w konstytucję „wiodącej roli" PZPR oraz „przyjaźni z ZSRR", a później regularnie pisywał do paryskiej „Kultury". I to właśnie dzięki niemu niemalże otarłem się o wielką politykę – wyjątkowo wcześnie, bowiem miałem wówczas około trzech lat.Któregoś dnia zadzwonił telefon, który niezwłocznie odebrałem. – Tu mówi sekretarz KC Franciszek Szlachcic – w słuchawce rozległ się silny, męski głos. – A tu mówi Tomek – odpowiedziałem rezolutnie.

Na początku lat 70., w czasie „desantu" na Warszawę katowickiej kliki Gierka, nowi włodarze obsadzili już swoimi ludźmi stanowiska po poprzedniej ekipie. Oprócz „swoich" ministrów, wojewodów, sekretarzy oraz dyrektorów kluczowych przedsiębiorstw państwowych warto było również posiadać „swoich" twórców, między innymi literatów. I stąd wziął się telefon Szlachcica, który Lema postrzegał jako „pisarza niezagospodarowanego" i chciał temu jak najszybciej zaradzić, aby wetknąć Ojcu w dłoń sztandar na pochodzie pierwszomajowym lub w inny sposób uczynić z niego „żyranta systemu". Ojciec rzecz jasna nie zgodził się na odgrywanie takiej roli; później Szlachcic miał powiedzieć, że „nie pomagaliśmy Lemowi" (w sukcesach za granicą), po czym dodał: „a nawet przeszkadzaliśmy trochę". Nawiasem mówiąc, miałem wówczas pretensje do rodziców, że nie biorą udziału w pochodach pierwszomajowych – wobec czego i ja nie mogłem uczestniczyć w wydarzeniu tak miłym i przyjemnym (o czym zapewniała mnie szkoła). I tak już zostało do dzisiaj: pomimo że jako trzylatek konwersowałem z sekretarzem KC, nigdy nie byłem na pochodzie pierwszomajowym – a wszystko przez Ojca.

***

Najczęstszym gościem Ojca, oprócz Jana Błońskiego, bywał jego najbliższy przyjaciel Jan Józef Szczepański, mój ojciec chrzestny. Kiedy przyjeżdżał do nas, zazwyczaj wpraszałem się do gabinetu Ojca. Muszę ze skruchą wyznać, że czyniłem to z niskich pobudek. Nie chodziło o prowadzone przez panów rozmowy (przypuszczam, że dotyczyły głównie kondycji literatury polskiej zakutej w dyby gierkowskiej „małej stabilizacji"), lecz o fakt, że częstowano mnie wodą mineralną. Największą zaś atrakcją była fajka Jana Józefa Szczepańskiego. Fajka była w naszym domu czymś egzotycznym, rodzice palili tylko papierosy.

W dzieciństwie byłem przez Ojca dosłownie obsypywany zabawkami. I nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Ojciec zabawki te kupował także na wiele lat przed moim urodzeniem. Podczas pobytu w Rosji na przykład, w latach 60., kupił model samolotu, złożył go w pokoju hotelowym, a nie mogąc go stamtąd zabrać z uwagi na znaczne gabaryty – czym prędzej podarował koledze literatowi, z którym dzielił pokój, a który to kolega zostawał w Moskwie nieco dłużej. Kiedy dorosłem i zostałem nastolatkiem, skarżył się, że syn nie chce bawić się kupowanymi przez niego zabawkami. Odtąd kupował ich znacznie mniej, ale kiedy napotkał jakiś szczególnie piękny model statku lub parowozu – nie mógł się powstrzymać.

Składając Ojcu wizyty, zawsze zaczynałem od sakramentalnego pytania: „Czy Tata ma czas?". Zazwyczaj miał. Zajmowaliśmy się geofizyką (Ojciec rysował wulkany), oglądaliśmy atlasy anatomiczne lub astronomiczne, sporo mówiło się o planetach, których nazwy potrafiłem wyrecytować jeszcze zanim poszedłem do szkoły. Ojciec nie skrytykował mojej sugestii, że pierścienie Saturna kręcą się coraz wolniej, a przecież zachowanie milczenia w obliczu poglądu stanowiącego tak bluźniercze pogwałcenie fundamentalnych zasad mechaniki musiało go sporo kosztować. Specjalnie na mój użytek zaprojektował pojazd napędzany psami i kotami (zamiast silnikiem). Jego bardziej zaawansowany model Ojciec wyposażył w dodatkowego psa i kota biegu wstecznego. Oba pojazdy naturalnie pozostały w fazie „projektów na deskach kreślarskich", natomiast miarą poświęcenia dla syna niechaj będzie fakt, że napędzany korbką model kolejki na Kasprowy jego autorstwa kursował przez pewien czas pomiędzy stolikiem nocnym a regałem – po przekątnej gabinetu, niemal bezpośrednio nad biurkiem.

Wydzielaniu słodyczy – marcepanu w czekoladzie, zwanego przez Ojca „chlebkami marcepanowymi" – towarzyszył specjalny rytuał. Ojciec otwierał szafę, wyjmował scyzoryk, wycierał jego ostrze o chusteczkę do nosa, a następnie w ciszy i skupieniu odwijał kawałek marcepanu i odkrawał dwie porcje – dla mnie i dla siebie. Po chwili błogiej ciszy, pełnej kontemplacji, ojciec zamaszystym ruchem strącał okruszki do szpary pod klapą – z czasem zebrało się ich tam całkiem sporo. Owym marcepanowym ucztom towarzyszyła konspiracyjna atmosfera, ponieważ – choć się o tym nie mówiło – obydwaj zdawaliśmy sobie sprawę, że matka nie pochwaliłaby sposobu, w jaki pozbywaliśmy się okruszków, a i sposób czyszczenia scyzoryka mógł wzbudzać wątpliwości.

Do sukcesów konstruktorskich Ojca zaliczyć należy własnoręcznie wykonany silnik elektryczny, włącznie z cewką, do której nawinięcia Ojciec zbudował specjalną, napędzaną korbą maszynę. Z punktu widzenia bezpieczeństwa siedmiolatka nie była to konstrukcja idealna. Silnik wprawdzie się kręcił, jednak wiele jego niczym nieosłoniętych elementów pozostawało pod napięciem 110 voltów. Z kronikarskiego obowiązku wypada dodać, że już w początkowej fazie budowy owego silnika Ojciec, pochłonięty konstruktorską pracą twórczą, całkowicie zapomniał o mojej obecności.

***

Bardzo silnie w pamięć zapadł mi tragiczny, przesycony rezygnacją ostatni pobyt w szpitalu, z którego Ojcu nie było już dane powrócić do domu. Żywię jednak nadzieję, że z czasem na pierwszy plan wybije się tamten obraz: Ojca siedzącego o świcie za ulubionym czarnym biurkiem, pokrytym zielonym materiałem, co chwila sięgającego po papierosa, skupionego nad maszyną do pisania, robiącego dłuższe pauzy na przeczytanie już napisanego akapitu, aby potem przystąpić do dalszego, jeszcze szybszego stukania w klawisze.

Ojciec, kiedy pisał – a jeśli akurat nie czytał, to zazwyczaj pisał – palił niemal bez przerwy. Kiedy wchodziło się do jego pokoju, pod sufitem unosiła się chmura mentolowego dymu Salemów. Atmosfera, na którą składał się dym papierosowy, zapach zakurzonych książek, stukot maszyny do pisania, przy której siedział nieobecny, zatopiony w myślach, miała w sobie coś, od czego mogło się zakręcić w głowie – coś głębokiego, nieuchwytnego, magicznego i podniosłego zarazem. Kiedy zamykam oczy, bez trudu przywołuję obraz Ojca za biurkiem, zaciągającego się kolejnym papierosem, odkładającego go na kanciastą, szklaną popielniczkę i szybko stukającego w klawisze. I mam nadzieję, że przede wszystkim takim właśnie go zapamiętam.

Tomasz Lem

(Average rating 5 on 1 rating)