|
Strona 1 z 4 cykl: "Moje Dwudziestolecie"
tygodnik "Polityka", lata sześćdziesiąte
Doszło więc do takiej mikrominiaturyzacji wyobraźni, do takiego skarlenia tematyki, że wszystkie możliwości zostały w zarodku zdławione, wypalone ogniem, nie, ogienkiem, na którym można było upiec jakiś befsztyczek. Styl? Tam nie ma stylu. Konstrukcja? Sceneria? Charaktery? Bohaterowie? Wszystko z trzeciej ręki, przechodzone i takie wspólne, jak emerytowany wamp w bankrutującej szajce gangsterskiej.
 Moje dwudziestolecie równa się bez reszty mojej pracy pisarskiej, bo przed wojną chodziłem do gimnazjum i literaturą interesowałem się — aby użyć eufemizmu — mało. Tak więc niniejsza wypowiedź, do której zostałem sprowokowany, musi, siłą rzeczy, objąć całą moją karierę literacką. Skądinąd sądy pisarzy o ich własnej twórczości mało są wiarygodne, choć mogą być interesujące. Każdy z nas, i to chyba bez względu na rangę, jakiej się dosłużył, liczy na życie pozagrobowe, a niejeden pewno i na nieśmiertelność. Otóż, aczkolwiek wcale nie zabieram się jeszcze do umierania, z konieczności niejako muszę o moich dwudziestu (bez mała) latach pisania mówić, jak o czymś zamkniętym, bo przyszłość jest nieodgadniona. Rola krytyka własnych dzieł jest i niezbyt doniosła i mało wdzięczna. Najlepiej, tak sobie myślę, powiedzieć to, czego poza mną chyba nikt i nigdy nie mógłby powiedzieć, rozumie się o mnie, inaczej niż pod postacią domysłu lub hipotezy. Ja natomiast mogę złożyć zeznania jako tako wiarygodne, bo przystępuję do nich ze szczerą chęcią mówienia prawdy. Prawdomówność, rozumie się, to coś w rodzaju labiryntu, wypełnionego dobrymi intencjami, ale rozważanie takie zaprowadziłoby nas w zupełnie inną stronę, a więc należy zacząć opowieść o tym, co się działo z tej, to znaczy z mojej, strony maszyny do pisania przez dwadzieścia lat.
Oprócz pisarskich klęsk i sukcesów jednoznacznych zdarzają się różne hybrydy, między innymi sukcesy oparte na nieporozumieniu; o jednym z nich — o własnym — chciałbym mówić. Z mego punktu widzenia przypomina on raczej klęskę. Nieporozumienie, o którym rzecz (to dodatkowo, aby nie było nieporozumienia), przypisuję samemu sobie. Innymi słowy, żywiłem przekonania, które, jak teraz myślę, były fałszywe. Sądziłem, aby wejść wreszcie w meritum sprawy, że fantastyka naukowa, to gałąź literatury o niezwykłych wprost możliwościach, która, jeśli nie pochłonie i nie przeżyje nawet innych literackich (epickich) nurtów, jak to uczynił romans XIX-wieczny z eposem rycerskim, to w każdym razie stanie w jednym rzędzie z każdym rodzajem literatury całą gębą, literatury przez największe L, i że na tym właśnie polu będzie się odbywało intensywne eksperymentowanie wielowarsztatowe.
Przekonaniu temu dawałem niejednokrotnie wyraz. Zapewne, można by uznać, że dźwigając intencjami ową ukochaną Science-Fiction na olimpijskie wyżyny, w gruncie rzeczy zmierzałem do wywyższenia samego siebie, przez zakłamanie, które powstrzymuje od chwalenia się wprost; daleko zręczniej i bardziej przyzwoicie jest czynić to w sposób pośredni. Jeśli uprawiam określony gatunek literacki, to zamiast zachwycać się sobą, trzeba raczej sławić ów gatunek. Może tak i było: nie powiadam, że nie, bo zobowiązałem się do mówienia prawdy. Ale jeśli i było, to nic o tym nie wiem.
Czyha tu, za krawędzią ostatniego zdania, kolejne niebezpieczeństwo. Czy bowiem mam rzecz przedstawić tak, jak gdybym był młodą gąską, wychowaną wśród kurcząt, która namawia je do wysokich lotów, a kiedy przyjdzie czas rozwinięcia skrzydeł, musi ta gęś wspaniała wzbić się na orle wyżyny, pozostawiając kury ich losowi, tj. grzebaniu, jakże przyziemnemu? Takie porównanie nasuwa się samo, skoro z apologety Science-Fiction zmienić się mam w jej potępiacza. Nie powiem tego wprost, lecz na to będzie kroiło: rzecz o orlej karierze gąsiątka, które — żyjąc wśród kurcząt — samo się miało za kurczę. Jednakże, już bardziej serio, nie o to chodzi. Mniejsza o rangę, mniejsza i o życie pozagrobowe. Jest faktem, że artystyczną słabość i karzełkowatość intelektualną światowej fantastyki dostrzegałem, zresztą mówiłem o tym, wciąż jednak żywiłem wiarę w prowizoryczność tej sytuacji, w jej tymczasowość. Bóg wie, czemu. Może motywy, podane wyżej, są prawdziwe. Jakkolwiek było, oczekiwałem na przestrzeni całych lat dzieł tego gatunku wybitnych i fenomenalnych, za ich zapowiedź brałem każdą nowalię, w rodzaju pisarstwa Borgesa na przykład. Ale właściwie życzyłem sobie jakiegoś wtopienia tego nurtu w nurt "normalnej" literatury, tak, aby stał się dominującym kierunkiem poszukiwań, dwudziestowieczną nadzieją naszą, drogowskazem. Bo najgorsze i najsmutniejsze w eksperymencie literackim współczesności wydawało mi się — i wciąż się jeszcze wydaje — to jego zapamiętanie w przyzgonności. Jak gdyby należało poopiewać jeszcze paręnaście, czy raczej, ze względu na sporą liczbę piszących, parę tysięcy razy, agonię, i taką encyklopedią artystycznie zobrazowanego konania zamknąć w ogóle losy powieści.
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 następna > ostatnia >>
|