Korzenie – drrama wieloaktowe

lem korzenie sztuka o stalinieGroteskowa jednoaktówka w stylu Witkacego, prześmiewcza i szydercza, napisana pod koniec lat czterdziestych. Pisarz odczytywał dramat w prywatnym gronie, wcielając się w poszczególne postacie. Była to forma odreagowania socrealizmu oraz literackiej rozrywki, ale w czasach Stalinowskich taka zabawa mogła być śmiertelnie niebezpieczna. Tekst sztuki został przez Stanisława Lema tak skutecznie ukryty, że przez następne pięćdziesiąt lat – pomimo intensywnych prac poszukiwawczych – nie udało się go odnaleźć. „Korzenie” wypłynęły dopiero w dwa lata po śmierci pisarza, schowane głęboko na dnie maszynopisu innego niewydanego utworu, zatytułowanego „Sknocony kryminał”. Lem miał zwyczaj starannego palenia wszystkich tekstów, z których nie był zadowolony. „Sknocony kryminał” uniknął tego losu tylko dlatego, że pełnił rolę kamuflażu dla sztuki o Stalinie.

Osoby:

Dementij Psichow Bartułychtimuszenko lat 42, dyrektor fabryki sody kiszonej, bolszewik z odchyleniem

Awdotia Niedonogina-Praksywcichina żona takowego

Jegor Niedowłazow lat 49, sprzedawca lodówek

Warfałamotwiej Niedorozwojkin lat 25, literat

Tryzad Drumliszyn-Miczurenko biolog radziecki, uczeń Łysiurina

Wazelinary Kupow prawdziwy robotnik

Anichwili Tegonieradze sekretarz organizacji partyjnej w fabryce sody

Josif Wissarionowicz właśnie

Kurtyna czerwona, przyjemne

Ciż i inni.


Akt 1

Psichow (chodzi po swym gabinecie z zakrętasami): Żona moja, wiesz co? Socjalizm to wielka rzecz a komunizm jeszcze większa, ale wczoraj wróciłem wszak z Ameryki. Pomyśl, partia i rząd wysłali mnie, abym podglądnął imperialistyczno-kosmopolityczne metody robienia sody kiszonej, co mi się też udało. Miałem wprawdzie przykrość, bo gdy podglądałem jednego starego imperialistę przez dziurkę od klucza, jego sekretarz wraził mi w oko drut do robienia pończoch, ale czymże jest jedno oko wobec komunizmu? No, co ty tak milczysz, Praksywcichino moja, towarzyszko i poniekąd żono? Jak tak milczysz, to ci powiem, że istotnie wąż jakby mnie ugryzł w serce.

Wiesz, (zniża głos do kosmopolitycznego szeptu) – to jednak musi być fajnie, mieć prawdziwe auto i lodówkę, a nawet willę.

Awdotia (tragicznie): Nie spodziewałam się tego po was, towarzyszu mężu. To natośmy zrobili w 1917 rewolucję, żeby się rozjeżdżać w jakichś autach? Żeby mieć zafajdane lodówki? Co ci się jeszcze zachciewa? Może szczoteczki do zębów? A palcem nie łaska? Opamiętajże się, co robisz? Już nie łaska tyrać dla rewolucji? Już nic cię nie obchodzi plan produkcji, nasza radość, nasz pot, nasza krew…

Psichow: Krew i pot, niewątpliwie, ale dlaczego nie mam mieć lodówki?

Awdotia: Mężu, rzuć to korzenie, to plugawe korzenie się przed zachodem. Na co ci lodówka? Co będziesz w niej trzymał, gacie? Przestań, bo pójdę do towarzysza Tegonieradze, on ci już wybije lodówkę z głowy (żegna się).

Psichow: A ty co się żegnasz, komunistko?

Awdotia: Już wolno od 22 listopada 1942. Och, Demiuszka, Bartułychtimuszeniemiuszkin, co się z tobą stało… Byłeś niepokalany, zawsze pierwszy szedłeś do sody i ostatni wracałeś, nie można cię było odmyć, a teraz…

(pukanie)

Psichow: Wlazł, czyli proszę.

Wazelinary (wchodząc): Witajcie, Awdotio Praksywcichina i wy, Dementiuszu, inżynierze radziecki nasz. Otrząsnęliście już pył amerykański z butów? No, jak tam, kapitalizm, gnije?

Psichow: Gnije. Aż tu śmierdzi, nie czujesz?

Awdotia: Któżby nie czuł? (wszyscy się śmieją socjalistycznie, tj. nie dla własnej korzyści).

Wazelinary: Dobrze żeście wrócili. Przynoszę wam krzepkie socpozdrowienie od partorganizacji, NKWD, socrewtrybunału i ukrrajzdrawpomdiłhospamtaderewospitki. A tu są papiery i plan.

Awdotia: Mówcie, mówcie, Wazelinary drogi: przekroczony?

Wazelinary: Plan niby?

Chórem: Plan.

Wazelinary: Plan przekroczony, ale z sodą gorzej. Ostatnio pojawiły się w niej okruszki.

Chórem (ze zgrozą): Okruszki…

Wazelinary: Przypisują to naszemu sockotowi, Marfaszy. Kocisko ześlizgnęło się do kotliszcza i na amen je wyparzyło. Rozłożyło się na kocian sody.

Psichow: I co wy na to?

Wazelinary: A nic. Bolszewika to nie przestraszy. Zaraz się machnęło posiedzenie produkcyjne.

Awdotia: No i co?

Wazelinary: Wasz zastępca, drogi Dementiuszu, Synogarlicow, dostał parę lat.

Psichow: a… a…

Wazelinary: No, muszę iść. Czeka na mnie piec z kiszoną sódką i jeszcze mam dokończyć rozdział mojej książki: Jak się wywabia plamy na schody i tam pierze po mordzie, czyli Młody Sodowiec-Stachanowiec. Życzę wam, żebyście doczekali komunizmu. (śpiewa): Zdrawstwuj Sasza, zdrawstwuj Masza, żyźń horosza trallala (wychodzi).

Akt 2

Warfałamotwiej: Oj, bracie.. ja sam byłem w Paryżu… Oj ta Moulin Rouge, oj, te kobietki sprzedajne, oj kochany gnijący kapitalizm, kapcio, pipcio, talcio, złoty mój imperialuncio, a my, co?

Psichow: A może my się mylimy Warfałamotwieju Iwanowiczu, hę? A może tobie, któremu władza radziecka ładuje brzucho kawiorem, nie godzi się pyszczyska oblizywać na myśl o upadku ciała? Alboż to nie napisałeś sonetów o Stalinie, poematu o Wodzu, powieści o Młodym Józefie, Księgi aforyzmów o Słońcu Mas pracujących itepe? Co? hę?

Warfałamotwiej: Niby, że korzenie? Że ja się korzę? A kiedy to tak przyjemnie… można dychać… robić co się chce…

(wchodzi Anichwili)

Tegonieradze: Dokatilis, sukinyje syny. Wot wam koroboczku. Nu, towarzysze-kapitulanci. Słyszałem ja o waszym odchyleniu od linii generalnej. Myślę tak ja: ostatnia godzina wrogom wybija. No, bratcy, trzebaż wam było się odchylać? Zła linia, nie nrawi się, ha? (bawi się nerwowo naganem).

Kapitulanci: A… a… litości, Anichwili Tegonieradze… drogi szanowny sekretarzu nasz… my jak w słoneczko w was… my wam i to… i owo… i jeszcze coś… tylko dajcie nam błąd odkupić. Już nie będziemy.

Tegonieradze: Splugawiliście się korzeniem, co? Czułem to, jak tylko wszedłem.

(wchodzi kłusem Miczurenko, do Dementija):

Miczurenko: Wuju Psichowie, wiecie, że zrobiłem wielki wynalazek? Wyhodowałem wśród snów jak limbę gdzieś nadwodną nowy rodzaj kaktusa, skrzyżowany z krową, który ma sutki zamiast kolców. Właśnie go doją tu na dole w bramie.

Tegonieradze: Nie może być, a co doją?

Miczurenko: Soczek kaktusiany.

Tegonieradze: A pić się daje?

Miczurenko: No, jeszcze trochę śmierdzi, ale pić można. Zresztą to jest dopiero socjalizm. Zobaczycie, co to będzie się działo przy komunizmie.

Tegonieradze: A o kogo się opieraliście, towarzyszu pracowniku naukowy? Czy nie o zgniłą naukę burżuazyjną?

Miczurenko: Fe, fe. Oparłem się o Łysiurina. O, my agrobiolodzy radzieccy możemy wszystko. Wszystko można, co nie można, tylko z Marksem i Engelsem (huczne brawa).

A ty co tak wuju Psichowie smętnie spozierasz? Ach, może ty wątpisz w postępowego kaktusa?

Tegonieradze: Wuj wasz splamił się korzeniem.

Miczurenko: Ha? Co? Korzeniem? Kaktusa? Co? Korzeniem? Jaki wuj? Kto?

Tegonieradze: Oto ten tutaj Dem Psichow Bartułychtimuszenko, do dziś dyrektor fabryki sody kiszonej.

Miczurenko: Żarty: Jaki wuj? Czyj wuj? Mój może? Nie znam tego pana, tj. tego towarzysza. W ogóle tylko dla żartów nazywałem czasem tego typa wujem, ale zawsze myślałem, że coś mu źle z oczu patrzy taką kosmopolitą, reakcją i niech Bóg broni, kontrrewolucją. To ja już pójdę, żeby kaktus nie osłabł.

Tegonieradze: Tak, tak, ale adresik zostawicie.

Miczurenko: Ja? Adresik? A… adresik? A… a po co? Chcecie może soczku kaktusianego… o ja wam lepiej… mleczka… może…

Tegonieradze: Kaktus kaktusem, a mnie wasza adressa nużna.

Miczurenko: Aha (powoli daje adres słaniając się ze swobody odchodzi).

Tegonieradze: No, co będzie?

Warfałamotwiej i Psichow (patrzą na siebie, podnoszą prawe ręce i mówią do widowni:

O, ohydne są auta, wstrętne czyste koszule, plugawe mydła pachnące, zbyteczne, szkodliwe i wszeteczne pasty do zębów. Precz ze zgniłym komfortem, z ohydnymi fotelami i tapczanami. Chcemy tyrać bardzo długo i bardzo ciężko. Chcemy robić 560 procent normy, chcemy wyłazić ze spodni i pluć krwią, bo tak i już. A teraz ślubujemy zrobić taką masę sody, że imperialiści zmiękną w niej i rozlezą się ze szczętem wraz z paktem atlantyckim i głosem Ameryki.

Tegonieradze: Chyba że tak. No, ale nie wiem czy mogę wam przebaczyć.

(trąby, czynele, pałki i fanfary. Robi się socjalistyczniej. Pachnie komunizmem. Drzwi się nadludzko otwierają, nieludzko wchodzi Stalin. Nadludzko dobry, nieludzko życzliwy, genialnie uśmiechnięty).

Stalin (głosem nieludzko dobrym): No czegój tam towarzysze? Jak tam? Zechciało się zrobić maleńki korzenie, hę?

Tegonieradze (wyprężony): Tak jest Towastalinie.

Stalin: Przeszło wam, co? No to niechaj.

Wszyscy unisono: wy wszystko wiecie TowStalinie.

Stalin: A to dzięki marksistowsko-leninowskiej analizie sytuacji. A ty Dementij lodówkę chciałeś mieć, co? (z nadludzkim uśmiechem) O, właśnie ci ją niosą.

(Jegor Niedowłazow wnosi lodówkę. Za nim wpada Awdotia. Z klęczek.)

Psichow i Awdotia: O dzięki ci Stalinie Wielki.

Wszyscy: Stalinie Wielki.

Psichow: Stalinie Wyborny.

Wszyscy: Stalinie wyborny

Psichow: I w ogóle.

Wszyscy: I w ogóle.

Awdotia: Dzięki żeś mi męża usztywnił ideowo i do linii przyklepał. Błagam was, TowStalinie, róbcie dalej ten komunizm. Dychać bez niego nie mogę. O rób.

Wszyscy: O rób z nami co chcesz, bo to tak przyjemnie.

Tegonieradze: Aby do komunizmu.

Psichow: Ino do komuny.

Wszyscy: Tak toczno tak jest.

Psichow: (drżąco szeptem): A co będziemy robić wtedy? Jak już będzie komunizm?

Stalin (głosem nieludzko życzliwym): Będziemy bardzo, bardzo harować. Tylko nie róbcie korzenia. Ja wam to mówię (bęben, puzon, wychodzi).

(Psichow załącza lodówkę).

Psichow: Oj, ona nie ziębi. Oj, toż ona grzeje. Oj, ona parzy, co to jest? (lodówka wybucha z hukiem, robi się dziura parzysta: w suficie i podłodze. Resztki lodówki dogorywają na twarzach obecnych).

Wazelinary: A bo myśmy się spieszyli, bo to ponad normę, to montaż szedł w pospiechu.

Psichow: Jak to?

Tegonieradze: Milczeć, komunizm nie może czekać.

Psichow: Stalinowska lodówka.

Wszyscy: Wariat, to już nie jest socrealizm. Bij, kto w nogę wierzy (rwą go na sztuki – kurtyna).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *