|
Strona 1 z 6 "Kultura", 10 listopada 1974 Ponieważ prawa fizyki spełniają się tylko statystycznie, to takie przeniknięcie kartki papieru przez ołówek, które nie pozostawia w niej śladu (więc dziury), jest nad wyraz nieprawdopodobne, lecz nie jest całkowicie niemożliwe. Inna rzecz, że szanse takiego zajścia, to jest wystąpienia efektu kwantowo-tunelowego w skali makroskopowej, są horrendalnie nikłe. Kosmos musiałby zapewne trwać miliard razy dłużej, niż będzie trwał w istocie po to, żeby taki jeden wypadek mógł się zdarzyć. Niemniej chodzi o mikroskopijne, lecz nie o ZEROWE prawdopodobieństwo. 1.
Ostatnio okultyzm powraca do łask na całym niemal świecie. Przybywa w nowym wcieleniu, poddany nowej klasyfikacji, odrzekając się od miana wiedzy tajemnej, tak że sama nazwa "okultyzm" może w wielu uszach zabrzmieć dziś głucho. To, co w nim na pewno nieoswajalne naukowo, więc jego rozkorzenienia w "tamtym świecie", uległo dyskretnie amputacji. Odrąbany człon, razem ze swym obszarem źródłowym, nie został jednak wyrzucony na śmietnik, a tylko przejęty przez sztukę — bo znalazł sobie azyl w wytwórniach filmowych. Tam może sobie straszyć i tumanić, dostarczając silnych wzruszeń publiczności, wyzbytej zażenowania, boż to nie na serio. Natomiast odpreparowana reszta pospiesznie się na naszych oczach racjonalizuje. Formy zmieniły się gruntownie: żadnych transów, mediów, ektoplazmy, uchowaj Boże duchów i spirytyzmu, a tylko jasnowidzenie w oparciu o dowody rzeczowe i zawartą w zdjęciach informację, przesył telepatyczny, telekineza, czyli powodowanie myślą zmian materialnych, kryptestezja, albo wreszcie psychotronika.
Zabieram głos w tych sprawach wiecznie grząskich i wiecznie powracających niechętnie. Jednakowoż w podjazdowym sporze felietonistów, toczonym wokół pamiętników jasnowidza, jakie ogłaszała "Literatura", padło moje nazwisko, przywołane na odsiecz kwestionowanym zjawiskom pozazmysłowym. Powstała stąd sugestia, jakobym nie tylko nie wątpił w owe zjawiska, lecz miał za złe ich kategoryczne oddalanie. W tak poruszonej kwestii mogę tylko powiedzieć, że problem się do felietonowych starć nie nadaje. Cz. Klimuszki nie znam, jego pamiętników nie czytałem i nie sądzę też, by uchodziło zbywać je (a też inne teksty podobnozakresowe) drwinami, gdyż od tego zwiększa się tylko polemiczny zamęt. Ale skoro mnie już przywołano — uznałem dalsze milczenie za rzecz niewłaściwą.
2. Nie będę skrywał tego, że piszę te słowa przede wszystkim z uczuciem znużenia. Prawdziwie jest okultyzm wańką-wstańką historii, albo jej niepozbywalnym współczynnikiem, jakby to modniej, bo bardziej po filozoficznemu dało się powiedzieć. Gorączkę tę przeszedłem, mam ją za sobą a pozostały mi po niej grube tomiska fachowych dzieł w bibliotece i paczki kart Zenera w szufladzie, bo się sam tymi sprawami zajmowałem w powojennym Krakowie, bez mała trzydzieści lat temu. Literatury tej ani nie ogarnąć ani nie streścić w próbie tak skromnej jak niniejsza, więc ograniczę się do anegdoty.
Na przełomie wieku święcił triumfy mediumizm. Były media tak sławne jak Eusapia Palladino, z pochodzenia wieśniaczka włoska, która na seansach skupiała wokół siebie naukowe sławy czasu i doprowadziła do konwersji na okultystyczne przekonania paru bodaj świetnych uczonych. Potem zdemaskowano ją w oszustwach, lecz nie straciła od tego wszystkich zwolenników, wierni utrzymywali bowiem, że oszukiwała tylko, gdy słabły jej przyrodzone umiejętności, ażeby nie rozczarować uczestników seansu. Jak widać, volenti non fit iniuria. Ale nie w tym pointa anegdoty. Media życzyły sobie gęstego mroku, a właściwie były tu jedynie rzecznikami zjaw i fenomenów ektoplazmatycznych, które nie chciały przy świetle doprowadzać stolików do wirowania ani wykonywać tysiąca innych zagadkowych czynności, dokładnie skatalogowanych w bezliku protokołów. Na argumentację racjonalną — że światło jest wąskim wycinkiem widma elektromagnetycznego, i jeśli nie szkodzą zjawiskom promienie podczerwone byle kaflowego pieca, to nie mogą im też zaszkodzić promienie wysyłane przez lampę — fenomeny nie odpowiadały, uparcie tkwiąc na zajętych pozycjach. Cóż się z nimi stało w końcu? To i były ich, jak powiedziałem, literalnie tysiące, a przy tym większości tajemniczych objawów seansowych nie udało się rozszyfrować jako mistyfikacji. Zaszła rzecz dość trywialnie śmieszna: wynaleziono mianowicie noktowizory oraz inne urządzenia do widzenia w mroku i od tego wynalazku wszystkim mediom ich dar jakby ręką odjął.
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 następna > ostatnia >>
|