Małpa w podróży
( głosowano 18 razy )

Ze Stanisławem Lemem rozmawia Jacek Żakowski


Cała sztuka życia w takim świecie, w jakim teraz żyjemy, polega na rezygnowaniu z 99 proc. tego, co możliwe, żeby się skoncentrować na tym jednym procencie, który dla nas jest ważny. Nie można mieć wszystkiego naraz.


Jacek Żakowski: Czy ja się mylę, czy z tego, co Pan napisał w „Okamgnieniu”, wynika, że Stanisław Lem, entuzjasta i piewca technologicznego rozwoju, zniechęcił się do świata realizującego jego własne wizje?
Stanisław Lem: - Raczej się pan nie myli. Konfrontacja moich futurologicznych wyobrażeń z rzeczywistością trochę przypomina kraksę. Nie to powstało, co było moim marzeniem. Z możliwości, które stwarza nam wiedza i technologia, zawsze wybieramy tylko niewielką część i ta niewielka wykorzystana część naszych możliwości determinuje paletę naszych następnych wyborów. Otóż kryteria wyboru, jakie stosowaliśmy przez ostatnie pół wieku, i zwłaszcza ostatnio, były inne, niż sobie wyobrażałem. Z tego, co przewidywałem, ziściło się to, co okazało się dochodowe, co dało się dobrze sprzedać. Nie to wzięliśmy z przyszłości, co było piękniejsze, sensowniejsze, bardziej ekscytujące, co mogło uczynić każdego z nas lepszym, ale to, co ludziom dysponującym pieniędzmi wydało się bardziej komercyjne, na co młodzież z wielkich agencji reklamowych miała lepsze marketingowe pomysły.
Czterdzieści lat temu próbowałem wyobrazić sobie świat roku 2000. W tym wyobrażonym świecie ludzie wiedzieli z grubsza tyle, ile my teraz, mieli z grubsza takie techniczne możliwości, jakie my teraz mamy, umieli zrobić z grubsza to, co my umiemy. Ale robili jednak trochę co innego.

Trochę?
- Ale bardzo ważne trochę.
To znaczy?
- Że nie wybieraliśmy tego, co piękniejsze i bardziej użyteczne, tylko to, co przynosiło szybszy zwrot kapitału.
Na przykład?
- Na przykład dużo więcej wysiłku włożyliśmy w to, żeby zmiany były jak najszybsze, niż w to, żeby istotnie poprawiały nasze życie. Niech się pan przyjrzy temu, co się dzieje na rynku księgarskim. Książka żyje dziś dwa albo trzy miesiące - i koniec. Kto trzyma w księgarni książkę sprzed roku? Przecież to starocie. Księgarze na całym świecie mówią, że jest za dużo nowych tytułów, żeby mogli sobie pozwolić na trzymanie starych. Że tytułów będzie coraz więcej, wiedzieliśmy od dawna. Ale to nie musiało prowadzić do niszczenia kultury - mogło ją wzbogacać. Można było sobie wyobrazić, że kiedy będzie coraz więcej wydawanych książek, kultura na tym zyska, bo większa będzie szansa wydania dzieła wybitnego. A jest przeciwnie. Dzieła wybitne - nawet jeżeli powstają - giną w nieogarnionej produkcji, a przebija się dobrze reklamowana szmira.
Ale Pana książki...
- O mnie nie rozmawiajmy. Ale największe dzieła w ogóle giną z kultury. Czy ma pan jakiegoś znajomego, który z czerwonymi oczami siedzi nocą pod lampą i czyta „Gilgamesza” albo „Odyseję”? Nikt dziś nie czyta najwybitniejszych książek światowej literatury. Ludzie czytają Grishama, a nie znają Homera. To się stało w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. Rynek literacki zabił literaturę.
A może to nie rynek zabił literaturę, tylko my zmieniliśmy się na tyle, że stare arcydzieła do nas nie trafiają. Może „Odyseja” i „Gilgamesz” należą do kultury, która pół wieku temu była żywa, a dziś jest już martwa? Może my tylko pozornie jesteśmy tacy sami i należymy do tej samej kultury, ale w środku jesteśmy już inni?
- Może.
Może nam się mózgi zmieniły? Może tylko wyglądamy podobnie, a w środku mamy co innego?
- Być może.



 
yaskier.pl