UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Serwis lem.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies (tzw. „ciasteczek”) w celach statystycznych oraz w celu dostosowania do indywidualnych potrzeb użytkowników. Ustawienia dotyczące cookies można zmienić w Twojej przeglądarce internetowej. Korzystanie z niniejszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci końcowego urządzenia. Pliki cookies stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika i przeznaczone są do korzystania z serwisu lem.pl

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 


Jakich my mieliśmy wtedy oczytanych budowlańców...

Nie wiem, czy akurat te książki czytali ci, którzy przyjmowali je w rozliczeniu. PRL to było takie dziwne państwo, w którym za pieniądze załatwić można było niewiele. Liczył się za to dostęp do towaru. Nieważne, czy ktoś lubił kawę czy nie, paczka kawy miała dla niego wartość o tyle, że można było ją potem wymienić na coś innego. Książki Lema trudno było dostać, więc same w sobie były wartościowe, a podpisane - tym bardziej.

Zawsze mnie fascynowała przenikliwość analizy ustroju PRL pokazana w aluzyjnej humoresce „Profesor A. Dońda” z 1970 r. Jeszcze przez kilka lat polscy autorzy sf snuli pesymistyczne wizje totalitaryzmu z dwudziestego pierwszego wieku, Lem zaś zdawał się być przekonany, że skoro kupienie łańcucha do roweru wymaga jakichś szamańskich rytuałów i rozbudowanych znajomości, ten świat po prostu musi się zawalić. Taką wiedzę mógł mieć chyba tylko człowiek, który jednak stał w kolejkach i latał po urzędach?

Od kiedy sięgam pamięcią, ojciec pełnił w naszej rodzinie funkcję naczelnego aprowizatora. To niekoniecznie musiało oznaczać stanie w kolejkach, ojciec miał dostęp do dewiz, więc dużo kupował w peweksach. Tylko że robienie zakupów w Peweksie wbrew pozorom też było sztuką. Kiedyś ojciec miał do wyboru dwa rodzaje szynki, tańszą i droższą. Kupił droższą, bo się spodziewał, że będzie lepsza. Ale ponieważ wszyscy kupowali tańszą, więc była w miarę świeża, bo regularnie uzupełniano zapasy. Droższej nikt nie kupował, leżała i gdy w końcu ojciec ją wziął - okazała się kompletnie zielona. Bo w PRL zawsze trzeba było wiedzieć, co gdzie kupić, nawet z dolarami w kieszeni nie miało się gwarancji sukcesu. Ojciec był więc zawsze bardzo dumny z tego, co udało mu się dobrego w Krakowie upolować i jak każdy myśliwy, miał swoje sprawdzone miejsca, na przykład cukiernię w hotelu Cracovia.

W książce opisuje pan wspaniałą anegdotę o tym, jak zaproszonym na poczęstunek krakowskim literatom z Szymborską na czele, pański ojciec zaczął wyliczać, które ciastko ile go kosztowało...

...po czym ze zdumieniem spojrzał na moją matkę i spytał: „Basiu, dlaczego mnie kopiesz?”. Dzisiaj wspominamy takie historie z rozrzewnieniem, ale moja matka musiała chyba wtedy czuć nie najmilej. Żeby opisać jak stresujące były te wyprawy do Krakowa w poszukiwaniu jedzenia, dodam anegdotę, której nie ma w książce. Otóż mój ojciec niezbyt się lubił z kotką swojej teściowej. Szanowali się, ale raczej na odległość. Pewnego razu nie wiadomo po co kotka ukryła się w bagażniku. Mój ojciec kupił swoje ulubione ciastka i gdy je chował do bagażnika - kotka wyskoczyła i dała drapaka. Podobno - znam to tylko z opowieści - taksówkarze pod Cracovią najpierw ze stoickim spokojem obserwowali Stanisława Lema biegającego po błoniach i rozpaczliwie wołającego „kici kici kici”, a potem ruszyli na odsiecz i zorganizowali polowanie. Ojciec pognał z kotem do przychodni, w której pracowała moja mama i na oczach zdumionych pacjentów zawołał „Basiu! Smolucha jest ze mną!”.

 

 

(Average rating 5 on 2 rating)