Szanse science-fiction

Jan Błoński

"Życie Literackie" nr 497, rok 1961

    Stanisław Lem dotknął wszystkich prawie możliwości, jakie daje pisarzowi współczesna science-fiction. Można nawet powiedzieć, że w swojej - chronologicznie zwięzłej, lecz ilościowo obfitej - twórczości powtórzył niejako ewolucję gatunku: w istocie, rozpoczął od powiastek prostych, ufnych, krzepiących ("Astronauci", "Obłok Magellana"), by wkrótce dojść zarówno do parodii ("Dzienniki gwiazdowe Ijona Tichego"), jak do apokaliptycznej i koncentracyjnej wizji "najgorszego z możliwych światów" ("Eden"). Co więcej - systematycznie sprawdzał szanse literackie, które przynosi fantazja naukowa: Lem rzeczywiście obszedł science-fiction dookoła, tak iż będąc w Polsce praktycznie jedynym, jest także - jeśli wolno powiedzieć - wystarczającym przedstawicielem rodzaju, który reprezentuje: z ogródka science-fiction zerwał jeżeli nie najpiękniejsze, to na pewno najbardziej charakterystyczne kwiatki. Stąd radość i oszczędność dla krytyka, który - przeglądając Lema - rozporządza zarazem doskonałą kolekcją próbek rozmaitych odmian utopii naukowej.

    Szans literackich science-fiction umiem wyróżnić trzy: nazwę je - od najłatwiejszej do najtrudniejszej - baśnią, przypowieścią i modelem.

    "Obłok Magellana" jest bajką, opartą o mit Argonautów: przyjemność, jaką czytelnik czerpie z lektury, płynie z rozpoznania znanego (z niezliczonych wersji) motywu, ale umiejscowionego w całkowicie nowym tle; w istocie, perypetie tej międzyplanetarnej opowieści powtarzają dramat każdej podróży: zniechęcenie, katastrofę, bunt i końcowe "thalassa!"; odświeżenie zawdzięczamy przede wszystkim technice, która nadaje narracji połysk cudowności: wszystko jest możliwe, rakieta posiada najrozmaitsze automaty, integratory czy dezintegratory, które metodą cudownego stoliczka - pozwalają spełnić się życzeniom załogi i autora. "Eden" różni się zwłaszcza tonacją, aż nadto minorową; punktem wyjścia jest historia Robinsona: z tym, że - jakby dla zrównoważenia niesamowitości planety - rozbitków jest pięciu.  I  tu jak w młodzieżowych wersjach arcydzieła Defoego - odczuwamy pewne zażenowanie: za łatwo udało się tym pięciu ludziom wygrzebać z opałów. Rzeczywistość, doświadczenie nie stawiają oporu: można by powiedzieć, że baśń techniczna jest w swojej istocie "nieuczciwa", pisarz ma zawsze w zanadrzu wytrych, którym otworzy oporne drzwi; czytelnik odnosi wrażenie trochę dziecinnego i bezpłodnego zarazem marzenia na. jawie: jakby wygrał wojnę w kawiarni.

    Skąd ta dwuznaczność technicznej cudowności? Różnica między baśnią a science-fiction jest taka, jak między prostą i szlachetną zabawką z drzewa czy gliny, którą dłoń dziecka poleruje, wyciera i w końcu - niszczy, wchodząc w bliski i ożywczy kontakt z "pierwotnym" materiałem, z przyrodą samą - a zabawką mechaniczną, która jest cała gotowa, której wyobraźnia nie nadaje znaczeń, nie współtworzy, i która wreszcie rozsypuje się, skoro jej zajrzeć do wnętrza. (Głębokie uwagi na ten temat można znaleźć w "Mitologiach" Rolanda Barthesa.) Słowem, bajka godzi się spontanicznie z podświadomością, z dzieciństwem człowieka i ludzkości, pomaga nam wrócić tam, gdzie ukształtowało się nasze odczuwanie, elementarny kontakt z rzeczywistością; baśniowość zaś science-fiction jest wtórna, "sfabrykowana"; z jednej strony pasożytuje ona na znanych wątkach, z drugiej - cudowność, jaką opisuje, jest mechaniczna i o wiele mniej autentyczna, to znaczy dalsza od tej "wielkości początków", o której tak pięknie pisze w "Smutku tropików" Levi Strauss.
    
    Jakkolwiek byśmy szanowali i podziwiali technikę, prawdziwe jest przekonanie, że samochód jest mniej poetyczny niż drzewo:  ponieważ to ostatnie jest niepowtarzalne, a przede wszystkim – istniało przed człowiekiem.  Toteż w drzewie mieszkają całe światy, a w samochodzie – co najwyżej konie mechaniczne;  nic nie starzeje się bardziej niż poezja techniki.  Jest w marzeniach technicznych coś gładkiego, wyrachowanego, mechanicznego i powtarzalnego, co wprawia mnie, muszę przyznać, w osobliwy smutek – szczególnie dotkliwy po początkowym zainteresowaniu. Ale dość już tej dygresji, która za daleko prowadzi, bo chyba do badań nad elementarnymi materiałami wyobraźni. To jednak pewne, że science-fiction, traktowana baśniowo, prędko się wyczerpuje - prędzej zaś jeszcze wyczerpuje czytelnika: ta odmiana literatury wiele zyskuje artystycznie, ufając przede wszystkim intelektowi, pod którego wezwaniem powstała.



 
yaskier.pl