 Dyktanda czyli w jaki sposób wujek Staszek wówczas Michasia – dziś Michała – uczył pisać bez błędów. Jest to zbiorek utworów z zupełnie innej rzeczywistości. Powstał w roku 1970 jako pomoc w nauce ortografii, sporządzona dla siostrzeńca żony pisarza, Michała Zycha. Dyktanda, przedrukowane po raz pierwszy w roku 2001 ze starego brulionu, są pełne absurdalnego dowcipu, stanowią też erupcję fantastycznej, czasem okrutnej wyobraźni i można je porównać z rysunkami i tekstami klasyka czarnego humoru, Rolanda Topora. Kto wie, czy nie są to najzabawniejsze utwory napisane przez Lema. Rozśmiesza czytelnika dodatkowo połączenie w tekście nieokiełznanego zmysłu absurdu – i sumiennie zachowywanych walorów użytkowych, bo przecie jakkolwiek dziwaczne rzeczy się tam dzieją, to dzieją się zapisane przez „u”, „ó”, „rz” „ż” itd. nagromadzone ponad zwykłą miarę.
Dyktandom – w wiele lat po powstaniu – wydarzyła się zresztą przygoda dorównująca dziwacznością treści samych tekstów. Otóż organizatorzy ogólnopolskiego konkursu ortograficznego, którzy posłużyli się nimi – niespodzianie zostali, wraz z autorem, oskarżeni przez środowiska narodowo-katolickie o szerzenie „cywilizacji śmierci”, choć z pewnością krotochwilne okrucieństwo wyobraźni Lema nie dorównywało swoistemu sadyzmowi, z jakim całkiem poważnie karał kiedyś za byle przewinienia niegrzeczne dzieci autor wzorowo katolickich bajek ze zbioru Złota różdżka („Różdżką dziateczki Duch Święty bić radzi” – zaczynał pedagog, kończyło się wszelako na obcinaniu palców nożycami i paleniu żywcem). Oburzenie budziła dziś zapewne w pobożnych czytelnikach Dyktand dezynwoltura i prześmiech, z jakimi pisarz konstruował sytuacje w rodzaju: „Pan Szczypiórek zdjął komżę, strzepnął z tużurka gęsie pierze, miętówkę wypluł do dziecinnej spluwaczki, wyjął z szuflady bębenkowiec, włożył lufę w usta i pociągnął za spust”, choćby nawet za chwilę miało się okazać, że: „Cyngiel nie drgnął, ponieważ rewolwer był z czekolady”. Czytając dzisiaj dyktanda – choć przeznaczone były do użytku w jakimś sensie szkolnego – widzimy Lema „niegrzecznego”, skłonnego do aktów prowokacji pod adresem obowiązkowej w podręcznikowej stylistyce poczciwości. To niejako drugi biegun jego stosunku do wartości. Jeśli w pierwszych opowiadaniach i powieściach przeważał u niego styl po trosze pedagogiczny i szacunek dla etycznych kodeksów, o tyle w miarę zyskiwania pisarskiej dojrzałości skłaniał się coraz mocniej ku rozmaitego typu prowokacjom wobec obowiązujących dekalogów, a przede wszystkim – wobec słodkawego stylu moralnych sentencji, które tak popsuły kiedyś Obłok Magellana. Opowiadania Lema z lat czterdziestych nie cierpią może na właściwy Obłokowi gust do moralnych deklaracji, ale ich autor opowiada się wyraźnie za pewnym zespołem wartości, które można by określić ogólnym mianem „humanizmu”. W Dyktandach widzimy już Lema dojrzalszego, skłonnego do eksperymentów z „niepoczciwością”, choć przecie wcale niegotowego do etycznych koncesji na rzecz cynizmu czy zbrodni. Równolegle pisał opowiadania z Cyberiady i Bajek robotów, gdzie także znaleźć można wiele scen okrutnych, a przecie kręgosłup moralny tych historyjek – jak to w bajkach – pozostawał nienaruszony. Bo w literaturze cynizm może sobie uwić gniazdko w stylu, w próbach łamania etycznych przyzwyczajeń odbiorcy – nie znaczy to jednak, aby infekował jednocześnie sferę wymowy ogólnej utworu. Literatura broniąca wartości nie musi tego wciąż deklaratywnie obwieszczać czytelnikowi, może nawet operować scenami i zdarzeniami na granicy etycznego czy estetycznego skandalu, wypowiadać się „na próbę” w sposób budzący sprzeciw lub wręcz zgrozę. Właśnie w tej szczelinie pomiędzy chłodem etycznego czy artystycznego eksperymentu, wyglądającego często na wykwit autorskiego okrucieństwa, a stałością moralnych zasad, które gdzieś za tym wszystkim stoją, jest miejsce na rozwój literatury nie bojącej się własnych słów, a zatem literatury serio. Takiej właśnie literaturze oddał pióro Lem w swoich najciekawszych, najdojrzalszych utworach.
|