|
Strona 1 z 5 Szpital Przemienienia to jedna z najdziwniejszych książek Lema. Nosi datę ukończenia: wrzesień 1948, i w swej dzisiejszej formie zdaje się być książką zamkniętą i spuentowaną. A przecież ukazała się początkowo jako część pierwsza dzieła w trójnasób obszerniejszego i noszącego tytuł Czas nieutracony. Autor opisywał wielokrotnie, jak doszło do powstania tego niezwykłego tworu: napisał oto swą powieść tuż przed zjazdem szczecińskim Związku Literatów Polskich i proklamowaniem socrealizmu jako obowiązkowej doktryny twórczej, co spowodowało, iż redaktorzy-strażnicy nowej poetyki poczęli dopominać się o wątki partyjno-komunistyczne, stosowną apoteozę nowego ustroju, demaskację wrogów, spekulantów i szpiegów, opis dojrzewania bohaterów w drodze do służby sadowiącej się w Polsce władzy itd.
Młody pisarz dał się przekonać i dopisywał, dopisywał — a jego mentorom wciąż było mało — aż w końcu powstała olbrzymia, trzyczęściowa powieść, której literackie walory obniżają się stopniowo, w miarę jak autor coraz udatniej imituje styl i problematykę socrealizmu. W całej pełni nie udało mu się to nigdy — dlatego Czas nieutracony — ukończony w roku 1950 — ukazał się dopiero w okresie odwilży, w 1955 roku, miał w dwa lata później jeszcze jedno wznowienie i wskutek wiadomych „poprawek” stał się natychmiast pozycją anachroniczną — dopóki autor nie wznowił go już bez nakazanych uzupełnień. Jakże jednak traktować dziś całość utworu? Na wznawianie Czasu nieutraconego Lem nie daje po prostu zgody, twierdząc słusznie, że druga i trzecia część powieści zostały na nim wymuszone i w żadnej mierze nie odpowiadają osobistym jego zamysłom twórczym. Ale przecież całość tego potężnego, choć niejednorodnego dzieła istnieje w bibliotekach i nosi nazwisko autora — niezależnie od tego, w jakiej mierze można je dziś uznać za owoc kolektywnego wysiłku Lema i jego politycznych nadzorców. Mało tego — w dopisanych tomach książki jest sporo całkiem dobrej literatury realistycznej, pisarz zmieścił tam bowiem swe doświadczenia montera z lat wojny i okupacji, a potem — z czasów powojennych, kiedy odbywał lekarską praktykę jako student medycyny. I to nie wszystko: niektóre wątki filozoficzne ze Szpitala Przemienienia zyskują dopełnienie w kolejnych tomach; można rzec, iż problematyka serio wyziera spoza ideologicznego kamuflażu, a jej odczytanie wymaga tylko pewnego wysiłku, potrzebnego, by odcedzić rzeczywiste dylematy od propagandowych sloganów. Jednym słowem, Czas nieutracony przypomina kawałek tortu polany z wierzchu ketchupem: da się go jeść pod warunkiem dokonania wstępnych zabiegów oczyszczających, identyfikujących i odsiewających obowiązkowe koncesje na rzecz socrealizmu. O czym jest więc ta historia — najpierw mniejsza, rozgrywająca się pomiędzy okładkami Szpitala Przemienienia, a potem większa — ogarniająca trzy tomy Czasu nieutraconego? Książka, którą trzymamy w rękach, jest rodzajem traktatu filozoficzno-moralnego, nie ukrywającego swych związków z Czarodziejską górą Tomasza Manna. Z opus magnum Manna łączy ją przede wszystkim „laboratoryjny”, by tak rzec, charakter miejsca akcji, którym jest oddzielone od reszty świata sanatorium, wątek edukacyjny, a nade wszystko połączenie perypetii bohaterów z wielką dyskusją na tematy filozoficzne, która jest zarazem próbą diagnozy sytuacji kultury europejskiej. Różnica w tym przede wszystkim, że Lem — w odróżnieniu od Manna — naprawdę był lekarzem, dlatego wątek choroby i w ogóle ciała w jego powieści nie jest tylko metaforą, ale ma całkiem realistyczny wydźwięk. Polski pisarz — powiedzmy to od razu — zajmuje się stanem zdrowia kulturowego organizmu, w którym żyjemy, z pozycji innej niż Mann, z pozycji mianowicie człowieka po holocauście, po największej w dziejach masakrze ludzi i systemów wartości, społeczeństw i ideałów.
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 następna > ostatnia >>
|