|
Strona 1 z 3 Po trzech tygodniach Trzyniecki przeniósł się na oddział Kautersa. Przed rozpoczęciem pracy złożył nowemu przełożonemu wizytę. Otworzył mu chirurg w zbyt przestronnej, granatowej bonżurce ze srebrnymi naszywkami. Stefan przeprosił go i niósł jeszcze swoje przemówienie przez ciemny przedpokój do mieszkania, gdzie umilkł, osłupiały. Pierwsze było wrażenie brązu przełamanego czernią i drgającym fioletem. Z sufitu zwieszały się jakby różańce wyschłych, blado zabarwionych łusek, podłogę zaścielała czarno-pomarańczowa smyrna w wypełzłe gondole? płomienie? salamandry? Ściany znikały pod sztychami, obrazami w czarnych ramach i wąskimi jak kapliczki szafkami, tęczującymi szkłem, o nóżkach z rogów bawolich.
Z najbliższej ściany, jak nóż z pochwy, wysuwał się wyszczerzony żółtymi kłami pysk krokodyla, rzekłbyś: zdrewniała, drapieżna roślina. Stół bardzo niski, kryty dziewięciokątną płytą szlifowanego szkła, pod nią intarsja bursztynowych i brunatnych, nigdzie nie istniejących kwiatów. Po obu stronach drzwi wznosiły się szafy biblioteczne, pełne książek niedbale rzuconych na półki, dzieł w skórę oprawnych, omszałych starością wydań o złoconych brzeżkach kart. Ogromne atlanty, szare albumy, krwiste i papuzie grzbiety wyzierały pomieszane zza bibelotów, zajmujących przednie brzegi półek. Kauters usadził gościa, którego wzrok mimowiednie błądził wśród japońskich drzeworytów, staroindyjskich figurek i świecących cacek z porcelany, powiedział, że się cieszy, i prosił, by Stefan opowiedział mu coś o sobie: powinni się poznać. Na tym pustkowiu trudno o kogoś inteligentnego. Czy chce się specjalizować? Stefan odpowiedział półgębkiem, z przyjemnością dotykając sutych frędzli surowego jedwabiu, który osłaniał poręcz fotela, aerodynamicznego kolosa, opiętego chrzęszczącą skórą. Zaczynał się powoli orientować: przyokienna część pokoju służyła najwidoczniej za pracownię. Nad ogromnym biurkiem wisiały reprodukcje i maski gipsowe. Niektóre znał. Była tam ikonografia kretyna: na ślimaczo wiotkim ciałku głowa bez szyi, o żabio rozkrojonych oczach i ustach wpółotwartych, wypełnionych glistowatym językiem. Za szkłem ciemniało kilka obrzydłych twarzy Leonarda da Vinci: jedna, o brodzie wywiniętej do przodu jak czub starego chodaka, z oczodołami na kształt pomarszczonych gniazdek, patrzyła na niego. Były tam czaszki o deformacji spiralnej i stwory Goi o uszach niczym stulone skrzydełka nietoperzy, ze skośnie zaciętymi szczękami. Między oknami wisiała wielka maska gipsowa z kościoła Santa Maria Formosa: prawa połowa twarzy należała do plugawo uśmiechniętego opoja, lewą wybrzuszała puchlina, w której pływało rozdęte oko i rzadkie, łopatkowate zęby. Widząc zainteresowanie Stefana, Kauters zaczął mu z przyjemnością pokazywać to i owo. Okazał się namiętnym zbieraczem. Miał olbrzymi album sztychów Meuniera, ilustrujących dawne sposoby leczenia obłąkanych: wirowanie w wielkich drewnianych bębnach, kajdany o wymyślnie torturujących kolcach, doły z grzechotnikami, w których pobyt miał oddziaływać uzdrawiająco na przyćmione umysły, gruszki żelazne, wsadzane do ust i spinane łańcuszkiem na potylicy, by chory nie mógł krzyczeć. Wracając od biurka do fotela, Stefan zauważył na wierzchu szaf szereg wysokich słojów. Mętniały w nich kształty fioletowe i szarosine. — Ach, to moja kolekcja — rzekł Kauters, wskazując po kolei czarną trzcinką — to jest cephalothoracopagus, dalej craniopagus parietalis, bardzo ładny okaz potworniaka, i jeden bardzo rzadki epigastrius. Ostatni płód to prześliczny diprosopus, któremu z podniebienia wyrasta coś w rodzaju nogi — niestety, trochę się uszkodził przy porodzie. Jest i kilka mniej interesujących... Przeprosił i uchylił drzwi. Dobiegł stamtąd delikatny dźwięk porcelany i weszła pani Kauters, niosąc czarną lakową tacę, na której dymił pąsowy ze srebrnymi obwódkami serwis. Stefan zdumiał się znowu.
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 następna > ostatnia >>
|