IV
( głosowano 14 razy )

W końcu raczył się pan zjawić! — powitał mnie młodzieńczy głos. Zza mahoniowego biurka podniósł się oficer z konopiastą czupryną, w samej koszuli. W pokoju było bardzo gorąco. Wyciągnął z szuflady małą szczoteczkę.

— Powalał się pan ścianą...

Czyszcząc rękaw mego ubrania, mówił jednocześnie:

— Spodziewałem się pana od wczoraj. Mam nadzieję, że spędził pan możliwie noc? Robota nie pozwalała mi dziś wyjść, ale byłem temu nawet rad, bo w ten sposób miałem pewność, że się nie miniemy — zaraz, tu jeszcze trochę wapna — ale, ale, tak już zaawansowałem się w pańskiej sprawie, że traktuję pana jak starego znajomego, a przecież właściwie jeszcześmy się nie widzieli. Jestem Erms, pan wie zresztą...

— Tak, wiem — powiedziałem — dziękuję, niech się pan nie trudzi, majorze, to głupstwo. Pan ma dla mnie instrukcję?

— Jasne, a po cóż bym tu był? Herbaty?

— Napiję się, owszem.

Podsunął mi szklankę, schował szczotkę do szuflady i usiadł. Uśmiechał się wciąż; miał ujmujący wygląd płowowłosego chłopaka, choć przyjrzawszy mu się z bliska odkryłem wokół jego roześmianych, niebieskich oczu zmarszczki — ale były to zmarszczki śmiechu. Zęby miał jak młody pies.

— No, do dzieła, mój drogi, do dzieła, instrukcja, gdzież ja ją mam — tę instrukcję...

— Niech pan tylko nie mówi, że musi po nią wyjść — zauważyłem z bladym uśmiechem. Wybuchnął wesołością tak hałaśliwą, że aż oczy zaszły mu łzami. Poprawiał rozwiązany krawat, wołając:

— Kawalarz z pana! Nie potrzebuję nigdzie wychodzić, mam ją tu — pokazał ręką w bok. Z bladobłękitnej ściany wysuwała się obudowa małego sejfu. Podszedł do niego, zakręcił cyfrową tarczą, aż zafurczało, wydobył z wnętrza gruby plik papierów przewiązanych sznurkiem, rzucił go na biurko i położywszy na nich mocne, duże dłonie rzekł:

— Dał panu nasz stary orzeszek, że szkoda mówić. Napoci się pan — to pierwszyzna dla pana, co?

— W zasadzie tak — rzekłem i, że jego oczy tchnęły taką poczciwością, dodałem: — Gdybym dłużej tu był, zostałbym chyba pierwszorzędnym fachowcem, nie ruszając w żadne misje. U was nasiąka się mimo woli tym, tym... — zabrakło mi słowa.

— Tym kolorytem! — palnął i znowu się roześmiał. I ja się śmiałem. Było mi lekko i dobrze. Nie musiałem się nawet przezwyciężyć, aby zamieszać herbatę. Aż dziwiłem się na myśl, z czym mi się to do niedawna kojarzyło.

— Mogę zobaczyć to? — spytałem, wskazując na związany fascykuł.

— Wszystko, co pan tylko chce...

Podał mi pakiet przez biurko, porządnie ciężki.

— Proszę pana...

Jego cichy, pełen łagodnego nacisku głos przeszkodził mi spojrzeć na papiery.

— Może uporządkujemy pierwej pewne — zaszłości... Takim brzydkim urzędowym terminem określa się to u nas. Pan pomoże mi, prawda?

— Tak?... — powiedziałem ustami, które stały się nagle obce i niedołężne.

— Może trzeba zatelefonować gdzieś?... — podsunął mi, opuszczając dyskretnie oczy.

— A tak! Zapomniałem zupełnie! Do księdza w Wydziale Teologicznym, całkiem o nim zapomniałem! Czy mogę zadzwonić?

— Ach, już zrobiłem to za pana...

— Pan? Jak to — skąd?...

— Głupstwo. Pozostałaby jeszcze drobnostka, hm?

— Nie wiem, co mam zrobić. Opowiedzieć panu?

— Nie nalegam...

— To było, majorze, to wszystko było próbą? Tak? Wystawiono mnie na próbę?

— Co pan rozumie przez próbę?

— No, bo ja wiem... rodzaj wstępnego badania. Rozumiem, że przydatność kogoś, kto jest poniekąd nowicjuszem, może być kwestionowana, więc podsuwa mu się...

— Ależ, proszę pana...

Był zgorszony, zasmucony.

— Kwestionowanie? Badanie? Podsuwanie? Jak może pan przypuszczać coś podobnego! Miałem na myśli to, co pan... wziął tam — nieprawdaż? — zamierzając wręczyć mi... Ależ z pana zapominalski — uśmiechnął się na widok mej bezradności. — No, tam, w kaplicy. Ma pan to przy sobie, pewno w kieszeni, nie?

— Ach!


 
yaskier.pl