|
Strona 1 z 3 W końcu raczył się pan zjawić! — powitał mnie młodzieńczy głos. Zza mahoniowego biurka podniósł się oficer z konopiastą czupryną, w samej koszuli. W pokoju było bardzo gorąco. Wyciągnął z szuflady małą szczoteczkę. — Powalał się pan ścianą... Czyszcząc rękaw mego ubrania, mówił jednocześnie:
— Spodziewałem się pana od wczoraj. Mam nadzieję, że spędził pan możliwie noc? Robota nie pozwalała mi dziś wyjść, ale byłem temu nawet rad, bo w ten sposób miałem pewność, że się nie miniemy — zaraz, tu jeszcze trochę wapna — ale, ale, tak już zaawansowałem się w pańskiej sprawie, że traktuję pana jak starego znajomego, a przecież właściwie jeszcześmy się nie widzieli. Jestem Erms, pan wie zresztą... — Tak, wiem — powiedziałem — dziękuję, niech się pan nie trudzi, majorze, to głupstwo. Pan ma dla mnie instrukcję? — Jasne, a po cóż bym tu był? Herbaty? — Napiję się, owszem. Podsunął mi szklankę, schował szczotkę do szuflady i usiadł. Uśmiechał się wciąż; miał ujmujący wygląd płowowłosego chłopaka, choć przyjrzawszy mu się z bliska odkryłem wokół jego roześmianych, niebieskich oczu zmarszczki — ale były to zmarszczki śmiechu. Zęby miał jak młody pies. — No, do dzieła, mój drogi, do dzieła, instrukcja, gdzież ja ją mam — tę instrukcję... — Niech pan tylko nie mówi, że musi po nią wyjść — zauważyłem z bladym uśmiechem. Wybuchnął wesołością tak hałaśliwą, że aż oczy zaszły mu łzami. Poprawiał rozwiązany krawat, wołając: — Kawalarz z pana! Nie potrzebuję nigdzie wychodzić, mam ją tu — pokazał ręką w bok. Z bladobłękitnej ściany wysuwała się obudowa małego sejfu. Podszedł do niego, zakręcił cyfrową tarczą, aż zafurczało, wydobył z wnętrza gruby plik papierów przewiązanych sznurkiem, rzucił go na biurko i położywszy na nich mocne, duże dłonie rzekł: — Dał panu nasz stary orzeszek, że szkoda mówić. Napoci się pan — to pierwszyzna dla pana, co? — W zasadzie tak — rzekłem i, że jego oczy tchnęły taką poczciwością, dodałem: — Gdybym dłużej tu był, zostałbym chyba pierwszorzędnym fachowcem, nie ruszając w żadne misje. U was nasiąka się mimo woli tym, tym... — zabrakło mi słowa. — Tym kolorytem! — palnął i znowu się roześmiał. I ja się śmiałem. Było mi lekko i dobrze. Nie musiałem się nawet przezwyciężyć, aby zamieszać herbatę. Aż dziwiłem się na myśl, z czym mi się to do niedawna kojarzyło. — Mogę zobaczyć to? — spytałem, wskazując na związany fascykuł. — Wszystko, co pan tylko chce... Podał mi pakiet przez biurko, porządnie ciężki. — Proszę pana... Jego cichy, pełen łagodnego nacisku głos przeszkodził mi spojrzeć na papiery. — Może uporządkujemy pierwej pewne — zaszłości... Takim brzydkim urzędowym terminem określa się to u nas. Pan pomoże mi, prawda? — Tak?... — powiedziałem ustami, które stały się nagle obce i niedołężne. — Może trzeba zatelefonować gdzieś?... — podsunął mi, opuszczając dyskretnie oczy. — A tak! Zapomniałem zupełnie! Do księdza w Wydziale Teologicznym, całkiem o nim zapomniałem! Czy mogę zadzwonić? — Ach, już zrobiłem to za pana... — Pan? Jak to — skąd?... — Głupstwo. Pozostałaby jeszcze drobnostka, hm? — Nie wiem, co mam zrobić. Opowiedzieć panu? — Nie nalegam... — To było, majorze, to wszystko było próbą? Tak? Wystawiono mnie na próbę? — Co pan rozumie przez próbę? — No, bo ja wiem... rodzaj wstępnego badania. Rozumiem, że przydatność kogoś, kto jest poniekąd nowicjuszem, może być kwestionowana, więc podsuwa mu się... — Ależ, proszę pana... Był zgorszony, zasmucony. — Kwestionowanie? Badanie? Podsuwanie? Jak może pan przypuszczać coś podobnego! Miałem na myśli to, co pan... wziął tam — nieprawdaż? — zamierzając wręczyć mi... Ależ z pana zapominalski — uśmiechnął się na widok mej bezradności. — No, tam, w kaplicy. Ma pan to przy sobie, pewno w kieszeni, nie? — Ach!
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 następna > ostatnia >>
|