List na temat "Kongresu Futurologicznego"

Kraków, 15 maja 1974

Drogi Panie*,

otrzymałem resztę tłumaczenia i oto moje uwagi - po części krytyczne.

Powiadając "you are working miracles" w depeszy, nie miałem na myśli czczego komplementu, lecz tę okoliczność, że Pan w samej rzeczy dokonywał cudu - transsubstancjacji. Utwór ["Kongres futurologiczny"] mianowicie udaje, że dzieje się w USA, czyli że jego przyrodzonym językiem jest angielski: toteż zarówno wersja polska jak niemiecki przekład mogą brzmieć jak przekłady (jak dobre przekłady, ale jak przekłady). Cud w tym, że Pan musiał uczynić wymowę, słownictwo - całkowicie wiarygodnymi, autentycznie angielskimi, czyli w pewnym sensie Pana zadanie było miejscami trudniejsze od mojego. Tam, gdzie to było najtrudniejsze - w neologizmach, w obrotach mowy, w idiomatyce fikcyjnej - to się Panu udało, ten cud. Ale ostatnia partia wyszła Panu gorzej - zaskakująca rzecz!

Dlaczego tak? Tekst był zamyślany pod względem modalności jak utwór muzyczny, w którym lejtmotyw koszmaru, tragizmu, mającego zabrzmieć fortissimo w finale, znajduje wcześniej tylko słaby wyraz: gdyż zrazu dominuje humorystyka, zarówno w treści, jak w formie (ta forma, tutaj,  to po prostu lakonizm memuarów, przejęty od Pepysa, nieumyślnie komiczne "and so to bed", chociaż literalnie "a potem spać" czy "do łóżka" w tekście nie występuje. Tak więc, gdy spadają ostatnie zasłony i pojawia się ta naga ohyda, już nie mówi właściwie narrator, ale ja przez niego mówię, i tym samym zmienia się stylistyka narracji. Żadnych stereotypów dlaboga, żadnych łatwizn! "an outcast in the wilderness" to jest właśnie sztampa, "byłem już poza nawiasem zwidu, więc na pustyni" nie jest taką kliszą, bo "poza nawiasem" to idiom, a "poza nawiasem zwidu" to idiom niejako odwrócony i ożywiony dodanym słowem "zwid". "Ulica - to był kres" znaczy "äusserste Grenze", jak w wersji niemieckiej, a nie "barrier", bo ulica jest po prostu tutaj ostatnią stacją Golgoty. Kres, jako punkt ostatniego dojścia. "Zrobiło się jaśniej - biało" - to zdanie domaga się po "biało" kropki, cezury, dla wypunktowania, ponieważ odtąd mówi się już inaczej.

Jednym słowem, w tej ostatniej części Pan jakby nieco pofolgował,  jakby w przeświadczeniu, że ma Pan już najtrudniejsze za sobą. Niewątpliwie najtrudniejsze miał Pan już tam za sobą, lecz i ta ostatnia część wymaga osobnej uwagi, innego podejścia. Upadek i rozkład Trottelreinera nie jest w Pana wersji tak NAOCZNY, tak "behawiorystyczny", jak w polskim i w niemieckim. W finale słowa muszą mieć swoją rzeczową, zimną, ciężką, bezwzględną wagę. Zima, śnieg, lód, pryzmy lodu, to wszystko wymaga takiej prezentacji, jak w naturalistycznym utworze dobrego, XIX-wiecznego rzemieślnika prozy. Powiedziałbym, że Pan się pospieszył tam i dlatego trafiają się właśnie utarte zwroty, niedopuszczalne! Pod tym kątem proszę porównać niemiecki tekst z polskim a potem ze swoim! Dostrzeże Pan różnicę. Zresztą - nie chciałbym wchodzić w szczegóły,  z jednym wyjątkiem.  "Mascons" powinno dla Tichego znaczyć "mass concentrations", jak w oryginale, żart nie jest na miejscu (ten, który Pan wymyślił), nie dla tego, żeby to był zły żart, czyli nie ze względów taktycznych, ale strategicznych: miejsca takie to są odwołania do pozafantastycznej rzeczywistości, do znaczeń faktycznych, przywoływanych z rozmysłem zaplanowanej rachuby. W moim odczuciu w tym miejscu powinno być tylko suche zdziwienie Tichego, konstatacja, a nie przejście z neologizmu w inny neologizm. To niby drobiazg, lecz dotykam punktu, w którym kiedy niekiedy się rozchodzimy. Wartości, powstające pod piórem lokalnie, muszą zawsze podlegać całościowemu uchwytowi. Inaczej słowa "In der Begrenzung zeigt sich erst der Meister" nie miałyby bardzo rzeczowego, bardzo rzemieślniczego sensu. Ośmielam się tedy prosić, aby dla wspólnego dobra zechciał Pan, pod tym kątem, jeszcze raz przemyśleć ostatnie stronice. (Rozmowa ostatnia z Symingtonem i sam koniec są już znowu bez zarzutu - gorzej wypadła tylko partia OPISOWA).

 


 
yaskier.pl