Bóg, diabeł i list z kosmosu - Strona 2

 

    Nie mniej pasjonująca jest jednak druga część wywodów Hogartha, gdzie ukazuje, jak — uciekłszy ze zgrozą od fizycznej inkarnacji losowego Zła w świat czystego matematycznego modelu, który był tego losu jeno beznamiętnym opisem — przebył następnie drogę od matematyki z powrotem ku światu:

    „W matematyce szukałem [...] wielości światów, zrywającej łączność z narzuconym, tak lekko, jakby wyzbyty był owej siły, również w nas samych tkwiącej, a tylko dostatecznie skrytej, abyśmy mogli zapominać o jej obecności. Lecz potem, jak każdy matematyk, przekonywałem się ze zdumieniem, jak wstrząsająco nieoczekiwana i niewiarygodnie wszechstronna jest owa działalność, podobna zrazu do zabawy. Wchodzi się w nią z dumą, jawnie i wyraźnie odcinając myśl od świata, postanowieniami arbitralnymi, dorównującymi apodyktycznością — kreacji, dokonuje się zamknięcia definicyjnego, które ma nas odseparować od owego kłębowiska, w jakim przychodzi żyć.

    I oto ta odmowa, to najradykalniejsze zerwanie doprowadza nas właśnie do rdzenia zjawisk i ucieczka okazuje się zdobyciem, dezercja — zrozumieniem, a zerwanie — pojednaniem. [...] Wróg przepoczwarza się w sojusznika, dostępujemy oczyszczenia, w którym świat daje nam poznać, milcząco, że tylko nim możemy go przezwyciężyć”.

    Czym jest w Głosie Pana ten „rozumiejący” powrót ze sfery abstrakcji ku samemu sobie? Na początku przybiera postać dowodu na rozchwianie sterowania algedonicznego w ludzkim mózgu, pojmowanym jako automat skończony, przekraczający taki próg komplikacji, poza którym prawidłowość reagowania na kary i nagrody podlega fluktuacjom losowym. Brzmi to hermetycznie, wyjaśnijmy więc na użytek laików, że idzie o taki dowód, który językiem matematyki wykładałby poglądy na człowieka wyrażane kiedyś przez „człowieka z podziemia” Dostojewskiego, tzn. że jednostki nie muszą w życiu kierować się zdrowym sensem i „dobrze pojętym własnym interesem”, mogą natomiast znajdować przyjemność w czynieniu zła, a nawet w pogardzie i nienawiści, jaką im za to odpłaca społeczeństwo. Taką oto nieprostą drogą odczarowuje Hogarth tajemnicze Zło w sobie i bliźnich. Ale następnie cała historia projektu Master’s Voice okazuje się podług zwierzeń profesora pretekstem, by ukazać dramat intelektu.

    Nierozłamywalny sygnał z kosmosu staje się dogodnym przykładem takiego przedmiotu, wokół którego myśl nie potrafi się wygodnie owinąć, bo też on cały jest z abstrakcji utkany. Gest intelektualny ujawnia wówczas swoje funkcje autoteliczne i ekspresywne, daje się rozpoznać w swojej osobliwej strukturze, wskazującej na podmiot i powracającej ku niemu w ostatecznej niemocy wykreowania czegoś absolutnie względem owego podmiotu „zewnętrznego”. Dzieje się tak, ponieważ nauka zetknęła się wreszcie z obiektem nastręczającym kwestie już nie tyle scjentycznej, co par excellence filozoficznej natury.

    Jaki istnieje związek pomiędzy prywatnym „gestem” intelektualnym Hogartha, oswajającego matematycznie zło w sobie i w świecie, a dziejami Projektu? Samo „zło” odnajdziemy tam z łatwością: czai się wokół pustynnych laboratoriów w postaci wścibskich wojskowych, wybucha pozornie czystym diabelstwem w efekcie „Trexu”, przybrać też może postać domniemanego „Szatana”-nadawcy „listu”. Rzecz jasna, ten ostatni to już czysta projekcja metafizycznego lęku, zrodzonego z niepewności co do natury świata. Jak widać, Projekt także przechodzi przez swoją epokę manichejską; jest też i wersja specjalna determinizmu, wprowadzona w tekst powieści łatwym do przeoczenia — i zresztą przez autora nie zamierzonym — skojarzeniem „człowieka-płyty gramofonowej” z pierwszej części wspomnień Hogartha oraz samego kryptonimu badawczego przedsięwzięcia: Master’s Voice, co przywodzi od razu na myśl znane płyty amerykańskiej wytwórni — z pieskiem i tubą patefonu na etykiecie.

    Miano nadane Projektowi jest wszak jednocześnie wyrazem pewnego założenia, które się na temat sygnału czyni. Jeśli to rzeczywiście „Głos Pana”, to być może wszyscy ludzie, Ziemia, świat cały jest w sytuacji płyty, na którą kosmiczny rylec nanosi niedocieczone Słowo? Wizja kosmosu-mechanizmu, kierowanego zmaterializowanym w potoku neutrinowym Objawieniem, jest tyleż nęcąca, co niebezpieczna — powracają bowiem natychmiast w całej ostrości wszystkie przerażenia, jakie Hogarthowi przyniosły w młodości manicheizm, teodycea, wiara w deterministyczną Opatrzność: „Głos Pana” ma swe dopełnienie we „Władcy Much”. Wizja Kosmosu rządzonego przez Najwyższy Rozum, który, celem urzeczywistnienia absolutnego ładu (utożsamianego z Dobrem), dopuszcza Zło jako pragmatycznie pojętą konieczność na etapach pośrednich kreacji, zdaje się Hogarthowi odrażająca. Nie darmo jej głównym krytykiem czyni Rappaporta — ofiarę hitlerowskiego mirażu Doskonałego Porządku. „Uroszczenie rozumu”, ukazane tak plastycznie w Dziennikach gwiazdowych, staje się chorobą nauki, uwikłanej w swego rodzaju świecką teodyceę:

    „Uczony w takich sytuacjach zachowuje się jak tresowany słoń, którego poganiacz ustawia czołem do przeszkody. Posługuje się siłą rozumu, jak słoń — siłą mięśni, to znaczy na zlecenie; jest to niezwykle wygodne, ponieważ uczony dlatego okazuje się gotowy na wszystko, bo za nic już nie odpowiada. Nauka staje się zakonem kapitulantów; rachunek logiczny ma zostać automatem zastępującym człowieka jako moralistę; podlegamy szantażowi «wiedzy lepszej», która ośmiela się twierdzić, że wojna atomowa może być czymś wtórnie dobrym dlatego, ponieważ wynika to z arytmetyki. Dzisiejsze zło staje się jutrzejszym dobrem, ergo to zło też jest pod pewnymi względami dobre. Rozum przestaje słuchać intuicyjnych podszeptów emocji, ideałem staje się harmonia doskonale skonstruowanej maszyny, ma się nią stać cywilizacja w całości i każdy jej członek z osobna”.



 

Pro Auctore
Joga Kraków