Rozważania sylwiczne XXV
( głosowano 5 razy )

Image1. Przeglądając „Odry” ostatnich lat, skonstatowałem, że moje sylwy wywodziły się na ogół z bieżących zajść, przez co polityki było w nich więcej aniżeli długowiecznej myśli. Z czasem jednak, gdzieś koło 1993 roku, jęło się stawać przemożne ciążenie ku nauce, pomieszanej z filozoficzną refleksją. Grawitacji takiej ulegałem zresztą „zawsze”, to znaczy, wedle rozmiarów ludzkiego życia, od jakichś bez mała trzydziestu lat. Człowiek piszący (homo scriptor) może jako tako panować nad tekstem doraźnie koncypowanym, ale im tekst obszerniejszy, tym jawniej wymykają mu się z rąk cugle. Konspekt konspektem, plan planem, ale predyspozycje z wolna biorą górę i na koniec inklinacje uzewnętrzniają się niczym bieg koni, co zagryzły wędzidła. Nie mówię tego ani żeby wyjaśniać i podkreślać powiększającą się „głębię” tych sylw, to jest, aby się wynosić bądź na odwrót, poniżać. Staram się po prostu powiedzieć, jak to jest, szczególnie ze mną, albowiem już dawno przekonałem się, że znam początki tego, co pisane przeze mnie, ale dokąd mnie to pisanie poniesie, na ogół raczej nie wiem i nie dotyczy to wyłącznie beletrystyki: z tym, co dyskursywne, było zazwyczaj tak samo. Sypię mąkę, dodaję tego, co mące się należy, a kiedy już wraz z drożdżami ciasto idzie do wypieku, jak w miarę doświadczona gospodyni domowa, nie wiem, czy to, co urośnie, będzie apetycznie lekkie i dorodne, czy też się zakalec ulęgnie i wszystko mi oklapnie.

Jest w tym procederze sporo podobieństwa ze snem, który śniąc się, wysnuwa się w kierunkach dla śpiącego-śniącego niewiadomych poza chwilą doraźną. Gombrowicz zalecał poddawanie się takim śnionym, a może na wpół śnionym przewodnikom: ja muszę — czy raczej winienem — być ostrożny, ponieważ jestem dywagacjonistą-dygresjonerem zwłaszcza w zakresie pozabeletrystycznym: nie powożę mym zaprzęgiem, to on wodzi mną, kędy zachce i tylko co nieco potrafię ukrócać odskoki od przewodniego tematu wewnątrz tej konnej metafory. Może to zresztą porządna metafora wcale nie jest. Jest natomiast faktem stopniowe odchodzenie od spraw bieżących, niezamierzone, skoro ogarnia nie tylko to, co zostało przelane na papier, lecz i to, co przelane będzie. „Przelane” bierze się niechybnie od ciekłej fazy środka, jakim się pisało ongiś: inkaustu. Zresztą poddając się lubej chętce dygresyjnej, szybko dodam, że w języku odciskają się podstawowe prawa fizyki z grawitacją na czele. To widać już w parze „wynosić — poniżać”. Kto „wywyższa”, „podnosi”, „wzbija się na wyżyny”, ten się grawitacji przeciwstawia i ją pokonuje, a kto „poniża”, „spada”, ulega jej i w ten sposób przemożne ciążenie językowi także się daje we znaki: moc jego wszędzie się ujawnia, przecież, jak pisałem gdzieś, „walka biustów z ciążeniem” kończy się ich bezapelacyjną klęską i nie dotyczy to wcale płci żeńskiej; starzejącym się „wszystko z wolna obwisa”, policzki, podgardle, i mniej więcej cała reszta. Zgarbieni do grobu zmierzamy.

Z matematyką w tych jej czyhających podstępnie wnykach i zakusach, o których powstający gdzieś kilkaset tysięcy lat temu język ludzi-praludzi nic nie mógł wiedzieć świadomie, ale jakoś owe pułapki przeczuwał czy, skromniej, omijał, radzi sobie zarówno małomówność, jak elokwencja w ten trudny do uchwycenia sposób, że się wypowiedzi nie dają złapać i tym samym skompromitować okrutnym ułomnościom, odkrytym w arytmetyce przez Goedla.

 



 
yaskier.pl